Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Malkavianie uczą nas jak nie wracać z Woodstocku.

Chciałoby się powiedzieć, że po takich perypetiach z dotarciem na miejsce, reszta pobytu i powrót były usłane różami. Byłoby szkoda, gdyby Y po spędzeniu jednej nocy na polu namiotowym rozchorował się do tego stopnia, że następnego dnia wieczorem pakował się w pociąg powrotny. Również byłoby szkoda, gdyby w pożyczonym namiocie pękła jedna z głównych rurek i „dach” się zapadał na nas. Czy był to efekt zbyt dużego napięcia, czy ktoś w odmiennym stanie świadomości zwalił się na nasz namiot – nie ustaliliśmy. Za to kradzież metalowych rurek podtrzymujących wejście do namiotu była ewidentnie dziełem ludzkim.
Other than that, sam pobyt przebiegał w zasadzie spokojnie.
Za to powrót!
Jako że w Lemonce zostało tylko jedno wolne miejsce (które pierwotnie załatwiliśmy Y, a które zwolniło się z racji jego przedwczesnego wyjazdu), wracaliśmy ze znajomymi z Blipa. Obładowani niczym wielbłądy(oprócz swoich klamotów mieliśmy jeszcze jeden z namiotów Y) zapakowaliśmy się z jeszcze jedną laską do Passata Combi.
O 11 udało nam się wyjechać z pola namiotowego. Następną godzinę+ spędziliśmy w koszmarnym korku trwającym aż do wyjazdu z Kostrzyna. Po tej godzinie+ zajechaliśmy na stację benzynową, gdzie właściciele zatankowali autko do pełna, przemyli szyby, sprawdzili ciśnienie w oponach, etc. Wszystko 100% no problems.
No problems skończyło się po wjeździe na autostradę, kiedy osiągnęliśmy zawrotną prędkość 140 km/h. Obroty silnika gwałtownie skoczyły, a potem spadły i tak kilkukrotnie. Samochód nie chciał się bardziej rozpędzić, mimo iż w podróży w drugą stronę, wyciągał bez problemu 170 km/h (zresztą, który współczesny samochód ma ograniczenie do 140?).
Zrobiliśmy awaryjny postów (tak, NA AUTOSTRADZIE). Właściciel zajrzał pod maskę, daliśmy autku chwilę odpocząć i spróbowaliśmy podjąć podróż. Nie przejechaliśmy więcej niż 40 km autostradą nim zrobiliśmy kolejny postój. Przy czym po ponownym zatrzymaniu, Passat odmówił ruszenia. Warczał trochę silnikiem, bo czemu nie, ale automatyczna skrzynia biegów nie wrzucała żadnego biegu.
– Ha! Myśleliście, że jak nie jedziecie ze mną, to was ominie podróż lawetą? Naiwne Koty! – Skomentował przez telefon Y.
Konsultacje telefoniczne, mające na celu ściągnięcie lawety trwały. Mini Assistance poinformował, że przyjazd lawety może potrwać 3-4 godziny, ale mogą podać numer do szybszej pomocy drogowej. Szybsza pomoc drogowa estymowała 2-3 godziny, ale dysponowała numerem do lokalnego warsztatu, który dysponował własną lawetą. Wreszcie, lokalny mechanik oznajmił, że przyjedzie w pół godziny.
Oględziny w międzyczasie wykryły, że wyciekł olej do skrzyni biegów. Mieliśmy więc niewielką nadzieję, że po uzupełnieniu płynu, będziemy w stanie kontynuować podróż. Dowiedzieliśmy się także, że w tygodniu poprzedzającym wyjazd, samochód był u poleconego mechanika i została w niego wrzucona czterocyfrowa kwota.
Mechanik lawetą przyjechał faktycznie w ciągu pół godziny. Warsztat, do którego nas zawiózł mieścił się w Torzymiu, ale po drodze zahaczyliśmy o dom znajomego, do którego kierowca nie mógł się dodzwonić po jakąś informację.
W warsztacie dowiedzieliśmy się między innymi, że:
– laweta będzie kosztowała dwa więcej niż zrozumieliśmy przez telefon (wycena lawetowania została dokonana po uprzednim wybadaniu skąd jesteśmy)
– samochód nie pojedzie dzisiaj ani jutro za żadne skarby świata
– skrzynię biegów można regenerować albo wymienić na nową (używaną). Warsztat od najbliższego dnia roboczego może zacząć kontakty w lokalsami w celu namierzania odpowiedniej skrzyni, a jeśli właściciel chce żeby kupować przez te, tfu, internety, to sam się musi tym zająć (i zapewne przyjechać z zakupioną w ten sposób skrzynią)
– mogą nam sprawdzić pociągi i dowieźć z bagażami na dworzec.
Sprawdzono nam jakieś tam połączenia i całkiem niedługo mieliśmy mieć TLK z Rzepina do Poznania. Sprężyliśmy się zatem, szybko przepakowaliśmy zostawiając prawie całe mienie z wyjątkiem czegoś ciepłego na plecy oraz przedmiotów wartościowych. Mechanik i jego znajomy zapakowali naszą piątkę na dwa samochody i po kilku minutach wysadzili na dworcu. Byłoby pięknie i nasza przygoda by się zakończyła, gdyby był to dworzec, zgodnie z tym co wcześniej zrozumieliśmy, w Rzepinie, a nie w Torzymiu. I gdyby nad tym dworcem nie zbierały się właśnie burzowe chmury.
Gdybyśmy wracali tydzień później, nie byłoby tak tragicznie – za kwadrans mielibyśmy regionalną kolejkę do Rzepina i zdążylibyśmy na TLKa. Niestety, trafiliśmy na dziurę czasowo-komunikacyjną – z niewiadomych przyczyn w tym tygodnia połowa połączeń była wstrzymana i na najbliższy pociąg do Rzepina czekaliśmy półtorej godziny. Gdybyśmy wracali tydzień później, wspaniałą burzę podziwialibyśmy z okien pociągu siedząc w cieple i suchości. Tymczasem mokliśmy jak głupi nie mając się gdzie schronić. Bo faktycznie znajdowaliśmy się NA DWORCU nie W BUDYNKU DWORCA. Nie to, żeby budynku nie było. Owszem, stał mały kwadratowy ceglaczek, który wszystkie drzwi i okna miał solidnie zamurowane i zabite deskami, żeby komuś nie przyszło do głowy szukać w nim schronienia. Perony, owszem – były dwa. Jeden nawet posiadał szerokie siedzisko zabudowane solidnym daszkiem. Oczywiście, nie był to nasz peron.
W burzy, modląc się, żeby nie dostać piorunem, opędzlowaliśmy zabrane z Wooda piwko (tak, byliśmy ludźmi, którzy z Woodstocku wracali z kupionym a niewypitym piwem), starając nie poddać się czarnej rozpaczy.
Wreszcie pociąg przyjechał i dojechaliśmy do Rzepina, zbliżywszy się tym samym jakieś 20 km do punktu, z którego zaczęliśmy podróż.
W okienku na dworcu dowiedzieliśmy się, że jeśli chcemy jechać oszczędnie, żeby złapać TLK do Warszawy w Poznaniu, jak pierwotnie zamierzaliśmy, musielibyśmy jechać 12 godzin, z kilkoma przesiadkami, w tym pierwszą w Kostrzynie(sic!). Alternatywą był drogi ekspres InterCity, który odjeżdżał za ok. 40 minut i po 3 godzinach niecałych miał dojechać do Warszawy. Z bólem portfela zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję.
Korzystając z wolnych 30 minut, pobiegliśmy na poszukiwanie sklepu spożywczego, w którym zaopatrzyliśmy się w produkty chmielowe kojące nerwy oraz niewielką ilość produktów mocniejszych o działaniu rozgrzewającym, które po przemoknięciu w klimatyzowanym EIC było nam bardzo potrzebne.
Przeleciawszy wszystkie wagony 2 klasy, zajęliśmy jedyne miejsce dostępne dla łącznie 5 osób: tył korytarza w ostatnim wagonie przeznaczony do przewozy rowerów. Urządziliśmy tam sobie scenerię piknikową i w efekcie było nam wygodniej niż w jakimkolwiek przedziale. Tylko chłodno było i zawijałam się w kołderkę, którą dzikim przypadkiem zabraliśmy ze sobą.
Pociąg podjechał i odjechał punktualnie. Przejechaliśmy kilkaset metrów za stację w tempie małego żółwika, po czym zatrzymaliśmy się w szczerym polu i staliśmy. Staliśmy tak chyba z pół godziny zanim rozległ się jakiś komunikat. Przejechaliśmy następne kilkadziesiąt metrów i znowu stanęliśmy. Miły głos z megafonu poinformował nas, że jest im bardzo przykro, że dostaniemy mały poczęstunek i to wszystko odbywa się „z przyczyn niezależnych od PKP”.
– No owszem, nie jest winą PKP, że wsiedliśmy do ich pociągu. – skomentował filozoficznie dRaiser.
En effet, podróż rozpoczęliśmy po 50 minutach. Na trasie opóźnienie zwiększyło się do 70+, ale nie przejmowaliśmy się za bardzo.
Do Centralnej dojechaliśmy o OO:43. Że nie byliśmy planowo ok. 23 to pikuś. Bardziej nas zabolał 10 minutowy postój na Zachodnim – gdyby nie on, zdążylibyśmy na nocne, a tak czekaliśmy pół godziny na następne.
#failwoodstock na tym się właściwie dla nas zakończył.
Tzn, musimy jeszcze odkupić części do namiotu, ale to pikuś.
Nieszczęsny Passat do Warszawy wrócił NA HOLU.
Y swojego samochodu AFAIK do tej pory nie odzyskał (a na pewno nie miał go jeszcze w zeszłym tygodniu, kiedy pragnęliśmy się nim przeprowadzać.
Ponadto w podróży powrotnej zaginął jeden z namiotów Y (o dziwo ten, który NIE wracał z nami).

Teraz przyjmuję zakłady: czego mamy się spodziewać za rok?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.09.2014. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, malkaviański kącik porad wszelakich, Wyjazdy Tagi: , , , , ,

Malkavianie uczą nas jak nie żyć – poradnika część kolejna

Może być tak, że marazm, mrhok i dupa, ale mimo wszystko są wydarzenia, które sprzyjają powstawaniu notek. A skoro życie samo pcha materiał do mojego ulubionego cyklu pojawiającego się na tym blogu, kimże ja jestem, żeby się opierać.
Myśleliście, że zeszłoroczny wyjazd na Woodstock stał pod znakiem faila? W tym roku idziemy na rekord. Słuchajcie zatem jak nie należy wyjeżdżać.
Przede wszystkim starannie zadbajcie o to, żeby przypadkiem niczego wcześniej skutecznie nie ustalić. Macie przyjaciela, z którym chcecie jechać? Doskonale! Pilnujcie, żeby nie poruszać tematu wyjazdu zbyt często. Takie ogólne ustalenia w stylu, że tak wszyscy na pewno chcecie jechać są ok i w zasadzie to fajnie by było chwilę wcześniej dojechać, a nie w dniu rozpoczęcia, ale bez konkrektów. Zawsze istnieje szansa, że przed wyjazdem na Woodstock wasz kierowca pojedzie na inny wyjazd i zrobi się zabawnie. Bo może się zdarzyć tak, że wy będzie sobie myśleć, że jest jeszcze czas, po co przeszkadzać komuś w wyjeździe – odezwiecie się po jego powrocie; a tymczasem druga strona nabierze przekonania, że w zasadzie to już z wami rozmawiała i wszystko jest ustalone. W ten sposób w niedzielę wieczorem zadzwoni do was potwierdzić, że wyjazd jest pojutrze o 8 rano. Co w normalnych okolicznośniach mogłoby być realne, ale wy już w międzyczasie profilaktycznie zadbaliście o odpowiednie komplikacje.
Przygarnijcie zwierzątka. W liczbie mnogiej koniecznie. Jednego psa czy jednego kota jeszcze idzie komuś wcisnąć pod opiekę – z całym stadem już jest problem. Oczywiście termin wyjazdu trzeba wybrać taki, żeby absolutnie nikomu z zaufanych opiekunów nie pasował.
Tuż przed wyjazdem weźcie też dodatkowe zlecenie. Najlepiej dla niekopetentnego zleceniodawcy, który pomimo półtoramiesięcznych ustalań, nie będzie w stanie wszystkiego przygotować na planowany termin rozpoczęcia prac.
Jak możecie się domyślać, myśmy starannie poczynili wszystkie niezbędne, wyżej wymienione przygotowania.
Po niedzielnym telefonie Y trochę się sprężyliśmy. Resztki nadziei natchnęły nas, żeby odezwać się do kuzyna dRaisera w sprawie opieki nad kiciami i okazał się to strzał w dziesiątkę. Mieliśmy nianię do kotów – co mogło pójść nie tak?
Otóż na przykład Y mógł zadzwonić od nas następnego dnia rano i poinformować, że w zasadzie to skoro powiedzieliśmy mu, że nasz wyjazd we wtorek rano jest niemożliwy, to on znalazł innych pasażerów. Ale nadal możemy z nim wracać i możemy podrzucić mu bagaże, bo on specjalnie jedzie wcześniej, żeby w tym roku WJECHAĆ na pole i mieć samochód obok obozowiska. W międzyczasie dRaiser wysłał maila, w którym poinformował firmę, że skoro jest niekopetentna i od kilku dni nie da się nic ustalić, postawić środowiska, etc. to on pierdoli i popracuje jednak po powrocie z urlopu.* En effet, zostaliśmy bez transportu z dodatkowymi wolnymi dniami i kupą rzeczy do ogarnięcia.
Tak, moglibyśmy podrzucić Y całe bagaże(całe szczęście, że tak nie uczyniliśmy) i próbować pociągu Woodstockowego bez zbędnego balastu, ale po zeszłym roku powiedzieliśmy tej opcji stanowcze NIE. Zaczęśliśmy więc zasypywać smsami, telefonami, fejsmesedżami każdego, kogo znamy, kto miał szansę jechać na Woodstock własnym samochodem niezależnie od tego, kiedy ostatni raz utrzymywaliśmy jakiś kontakt. Ale dziwnym nie jest, że na dwa dni przed planowanym wyjazdem, nikt nie miał już wolnego miejsca w samochodzie, a co dopiero mówić o dwóch.
Poniedziałkowego popołudnia oprócz organizowania transportu, pakowania i zawożenia rzeczy do Y, mieliśmy jeszcze zaplanowane spotkanie z opiekunem do kotów celem wytłumaczenia mu wszystkiego. Spotkanie trochę się przeciągnęło. W trakcie pakowałam najbardziej nieporęczne rzeczy i prowadziłam telekonferencje. Na nasze szczęście znajomej w ciągu dosłownie kilku godzin po kolei zwolniły się dwa miejsca w samochodzie i udało nam się je zaklepać. Wyjazd w środę rano o 6(sic!). Progres.
Jak na złość, kiedy wychodziliśmy do Y, żeby zawieźć mu klamoty, zaczęło lać. Nic to – jesteśmy dzielni; wszystko zawieźliśmy. Przy okazji przypomnieliśmy, że w zasadzie to Y miał nam pożyczyć namiot – i dobrze, że to zrobiliśmy, bo w międzyczasie Y obiecał go jeszcze innym ludziom, ale szczęśliwie ma w posiadaniu aż trzy, więc zanotował sobie, żeby zapakować WSZYSTKIE. I przez kilka godzin wydawało się nam, że chaos organizacyjny został zażegnany.
We wtorek o 10 rano obudził mnie telefon.
– Samochód jak zwykle nie zawiódł – oznajmił Y. – Przejechaliśmy 75km, nie dojechaliśmy nawet do pierwszych bramek na autostradzie, a teraz czekamy na lawetę.
Apdejt sytuacyjny wyglądał tak, że ekipa wylądowała w warsztacie na Okęciu i absolutnie nie jest w stanie się zabrać gdziekolwiek z wszystkimi bagażami. W samochodzie w zasadzie zepsuła się i jest do wymiany tylko jedna część – silnik. Obdzwanianie znajomych w sprawie samochodu, którym mogliby podskoczyć na Okęcie niewiele dało, gdyż był wtorek standardowe godziny pracy dla większości. Nam z domu dojazd na miejsce komunikacją miejską zająłby godzinę.
Dzielna ekipa postanowiła zabrać, ile tylko się da, ale generalnie najbardziej niezbędne rzeczy i udać się na Dworzec Cenralny, skąd pociągiem niezrażeni pojadą jednak na ten Woodstock.
Na centralnym ich złapaliśmy. Odebraliśmy nasze rzeczy, z którymi nie mieli po co ładować się do pociągu. Dowiedzieliśmy się, że Y musiał zostawić w samochodzie jeden ze swoich namiotów, bo nie byliby w stanie zabrać się z dodatkowymi 14kg bagażu, ergo nie mamy namiotu na wyjazd.
Szczęśliwie, kuzyn, który zgodził się zaopiekować kotkami, wspominał, że mógłby mieć namiot do pożyczenia. Telefonicznie potwierdziliśmy, że owszem, tylko musimy w dwie godziny dojechać do niego do Konstancina, żeby go złapać przed pracą. Więc z centralnego, objuczeni nieporęcznymi bagażami wyruszyliśmy dalej.
Z Konstancina wracaliśmy po 18 i uznaliśmy, że najmądrzej będzie pojechać od razu do znajomych, z którymi będziemy jechać, żeby potem nie wieźć wszystkiego na raz (w końcu po to oddawaliśmy bagaże dzień wcześniej Y, żeby czekały na nas grzecznie na polu, right?). W domu byliśmy po 20, a musieliśmy jeszcze zrobić zakupy, pranie i się spakować. W efekcie położyliśmy się spać ok. 3, a przed 5 trzeba było wyjść z domu. #tyleradości.
Jedynym pozytywem jest fakt, że cytrynka, którą jechaliśmy dowiozła nas całych i zdrowych.
Niemniej, w kwestii chaosu organizacyjnego ustanowiliśmy nowy rekord.

* Poinformował w nieco bardziej cywilizowany sposób, ale sens łapiecie.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 08.08.2014. Komentarzy (0) Posted in Bez kategorii Tagi:

To blog or not to blog

Pierwszego bloga zaczęłam pisać, żeby nie skłamać, jak miałam jakieś 17 lat. Od tamtej pory przeprowadzałam się, zmieniałam domenę, etc. chyba już z 5 razy. W międzyczasie trafiło do publicznej świadomości, że bloga prowadzą nie tylko emo nastolatki, chcące wyżalić się na brak miłości i niesprawiedliwość w szkole, tylko że blog może być potężnym narzędziem opiniotwórczym, więc pisania bloga powoli przestawało być krępującą tajemnicą.
Chociaż nie oszukujmy się – mój blog nigdy poza formę pamiętnikowania nie wychodził i raczej nie wyjdzie.

W tym moim blogowaniu tyle sprzeczności. Z jednej strony chęć pisania i bycia czytaną, z drugiej – ale żeby tylko nie trafili tu niewłaściwi (wedle subiektywnej definicji niewłaściwości) ludzie. Chęć pisania O WSZYSTKIM walcząca z prawem innych do prywatności. No i mam wrażenie, że wbrew przyklejonej etykiecie „internetowej ekshibicjonistki” z wiekiem przyszła jakby niechęć do publicznych wynurzeń. I to, o ironio!, właśnie wtedy, kiedy zaczęłam dzielić życie z kimś, kto w sumie żyje w internetach bardziej niż ja.

Może to nic złego? Może to właśnie to mityczne dojrzewanie? W sumie ze znajomych, których blogi czytałam, którzy regularnie blogowali w tym czasie, co ja, chyba jeszcze tylko Luca blogowania „osobistego” nie porzuciła. Chociaż częstotliwość wpisów, mam wrażenie, również spadła.

Od kilku dni biję się z myślami, czy warto bloga w ogóle trzymać. Niby nie po to w zeszłym(?) roku robiłam i wdrażałam nowy lay, a jeszcze wcześniej cenzurowałam wpisy, zmieniając domenę*, żeby teraz wszystko zwijać, NO ALE…

… ale ostatnio używam bloga tylko do apdejtowania spożytych dóbr kulturalnych (tak, to jest ta część nowego layu, która WCIĄŻ nie działa)
… ale ostatnio moje życie jest tak nudne, monotonne, że ojapierdzielę, jedyne tematy na które mogłabym pisać to „wieje nudą jak w polskim filmie”, „och, jakbym chciała, żeby powiało przygodą”, etc. A tego nie tylko nikt nie chce czytać, ale samo opisywanie nudy jest… no bezsensowne jest.

Pewnie pozwolę temu projektu jeszcze chwilę powisieć. Ostatecznie nie ma przymusu zamykania niepisanych blogów. Zawsze można trzymać się nadziei, że skoro nam się od jesieni finanse poprawiają, to może zaczniemy robić więcej ekscytujących rzeczy.*

TL;DR

Blog taki niepisany WOW życie takie nudne WOW defetyzm siejo tak bardzo (ANTY)USZANOWANKO

* BTW, czy tylko ja uważam, że jak się miało <25 lat, to kasa była jakby mniej potrzebna? Nie mówię, że wcale, ale jako młodsi ludzie lepiej organizowaliśmy sobie rozrywki z ograniczonym budżetem (pojechać na festiwal reggae stopem przez pół Polski prawie bez kasy? - no problem; przeżyć miesiąc na chlebie z masłem i czarnej kawie - ależ!). Teraz to jest bardziej "no pojechałabym na ten wyjazd, ale czy potem w lodówce znajdzie się coś więcej niż światło?" albo "od trzech lat planujemy ten rejsik stateczkiem w lecie, ale z kasą nie jest hiper, to zostańmy w domu i oglądajmy seriale cały dzień". Smuteczek.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 22.07.2014. Komentarzy (0) Posted in blog Tagi:

Jak przestałam być klientem Tesco Online.

Tesco Ezakupy przez długi czas kochałam miłością dziką. Wszystko dostarczali na czas, zazwyczaj bez zamienników. Byli tani i wygodni. Prawie rok korzystałam z jedną tylko wpadką, którą próbowali rekompensować zniesieniem kosztów dostawy. Za to po przeprowadzce – LABOGA!

Pierwsza próba miała miejsce w zeszłym tygodniu. Zamówiliśmy dostawę na wtorek wieczorem, dogodne okienko 20-22. Do 22 czekaliśmy cierpliwie, ale nie doczekaliśmy się. Daliśmy dostawcy akademicki kwadrans, ale o 22:15 zaczęłam dzownić na infolinię mocno już zdenerwowana. Dobre 10 minut czekałam zanim w ogóle mnie z kimś połączyło, bo „wszyscy konsultanci są w tym momencie zajęci”. Kiedy wreszcie dotarłam do „żywego człowieka” następne prawie pół godziny czekałam na linii, bo pani musiała się dodzwonić do kierownika. Ok. 22:45 uzyskałam infomację, że moje zamówienie musi być anulowane ze względu na złe warunki atmosferyczne („Taki mamy klimat”, c’nie?). Zanim zdążyłam o cokolwiek więcej zapytać, połączenie zostało zerwane.
OK. Zdeterminowana, zadzwoniłam ponownie. Ile się naczekałam słuchając NAPRAWDĘ irytującej muzyczki, to moje, ale w końcu połączyło mnie z inną panią. Od drugiej pani dowiedziałam się, że zamówienie nie tyle anulowane, co przesunięte. Bardzo przepraszają i mogą przyjechać następnego dnia w dogodnych godzinach. Dobrze, niech przyjadą między 12 a 14.
(jestem oazą spokoju i te sprawy).

Następnego dnia od 12 z niecierpliwością oczekuję dostawy, zbierając się do pracy. 14 to taka godzina zero. O 14 powinnam już być za drzwiami, żeby zdążyć do pracy. O 13:40 dostawy nadal nie ma, a we mnie narastają mordercze uczucia. Ok. 13:45 w przypływie natchnienia dzwonię na infolinię i proszę o skontaktowanie się z dostawcą i zapytanie go czy w ogóle zamierza dotrzeć na czas, bo może on tak lubi last minute, ale ja jakoś wątpię, żeby zamierzał zdążyć (ten klimat!). Po kilku minutach infolinia oddzwania. Dostawca jest nieosiągalny, nie odbiera telefonu i oni w ogóle nic nie wiedzą i nic nie są w stanie ustalić, ale jest im niezmiernie przykro. Ta, mnie też jest przykro. Ustalam z panią, że do 14 owszem poczekam profilaktycznie, a jeśli dostawa nie dotrze, to pani anuluje moje zamówienie i wyśle mi maila potwierdzającego anulację.
Z domu wyszłam 14:05, rozejrzałam się jeszcze pod blokiem czy zza rogu nie nadjeżdża samochód dostawczy – nie nadjeżdżał. Pojechałam do pracy wściekła i wciąż z pustą lodówką. Co jakiś czas z zaciekawieniem sprawdzałam pocztę – mail z informacją o anulacji nie przychodził.

Wieczorem dostałam maila o następującej treści:
„Szanowni Państwo,

w nawiązaniu do Państwa zamówienia numer 1322496187 oraz z powodu nieudanych prób kontaktu telefonicznego z Państwem (czy muszę dodawać, że nikt do mnie już tego popołudnia nie próbował sie dodzwonić?) uprzejmie informujemy, że Państwa zamówienie zostało anulowane z przyczyn technicznych uniemożliwiających jego realizację w dniu dzisiejszym(sic!).

Pragniemy również poinformować, że jeśli wyrażą Państwo chęć złożenia zamówienia ponownie, koszt dostawy zostanie anulowany.”

DKJP.

Prawie tydzień miałam focha. Zapasy uzupełniliśmy w stopniu niewielkim nakładem czasu i sił własnych.
We wtorek foch mi przeszedł niejako z przymusu – lekarz usadził mnie antybiotykiem w domu na prawie tydzień. dRaiser wykańcza rozpaczliwie wyjątkowo upierdliwe zlecenie. W efekcie żadne z nas nie jest zdatne do wycieczek po sklepach.

Wzięłam głęboki oddech i złożyłam zamówienie. Żadnych kosztów dostawy mi nie odjęło, ale trudno – nie chciało mi się znowu wydzwaniać na infolinię i wykłócać – w końcu lekarze kazał unikać stresu.
Dostawa miała być dziś między 12 a 14 – tak w sam raz, żeby dostarczyć produkty na śniadanie.
O 13:50 telefon. Dzwonił w miarę miły pan, żeby mnie poinformować, że opóźnienie będzie zamówione, to znaczy zamówienie opóźnione. Tak około pół godziny. Dostawca tym razem w ogromnie swej łaski raczył był zadzwonić i poinformować. I czy ja zechcę czekać. No zechcę, co mam nie zechcieć, to nie tak, że miałabym się gdziekolwiek ruszać.

Jakim cudem szlag mnie do tej pory nie trafł nie wiem, ale kiedy przyjechała dostawa miarka się przebrała.
OCZYWIŚCIE nawsadzali zamienników i OCZYWIŚCIE, że droższych, mniej opłacalnych. Innych produktów nawet nie raczyli zamienić, a bynajmniej nie były to produkty rzadkie i niespotykane (na przykład masło. Owszem, zamówiłam konkretne masło, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby to było jedyne masło jakie istnieje na świecie. Wodę zastąpili inną, ale masła już nie mogli. Albo jogurcik. Zgadza, się poprosiłam o Danone’a, ale nie obraziłabym się za Jogobellę albo za inny smak. Mam żreć jogurty osłonowo przy antybiotyku, antybiotykowi jest wszystko jedno jakie one by nie były.).
Ponadto pan (którego prezencji z litości opisywać nie będę) wydukał, że dziś był jakiś problem z pakowaniem, więc on będzie bardzo dokładnie sprawdzać co i czy wszystko nam wypakowuje po czym… podawał nam siatki jedna za drugą bez zaglądania do środka.
Tak więc całkowity brak kabanosów musiałam stwierdzić sama.

O tym, że za spóźnienie nawet werbalnie nie raczył przeprosić, nawet nie warto wspominać.

En effet, żegnać Tesco! Witaj Klub Auchan Direct. Mam nadzieję, że okażecie się bardziej poważni!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 06.02.2014. Komentarzy (0) Posted in zakupy Tagi: , ,

2014

Właściwie miałam nie spisywać postanowień na ten rok, biorąc pod uwagę, jak doskonale wychodzi mi ich spełnianie, ale to chyba silniejsze ode mnie.

1. Nadrobić tony polskiej kinematografii (którą od kocham miłością wielką a masochistyczną)
2. Obejrzeć po kolei wszystkie filmy z Nicolasem Cage’em (zły wpływ Community się odzywa)
3. Od czasu do czasu ugotować coś bardziej spektakularnego niż rozmaite wariacje chilli con carne.
4. Odbyć co najmniej jedną podróż zagraniczną.
5. Pojechać w Bieszczady (albo mi mózg eksplopduje – od początku roku niemal co noc mi się śnią)

Nie brzmi tak bardzo nierealnie, c’nie?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 14.01.2014. Komentarzy (0) Posted in życie kota Tagi: , ,

2013

58 książek przeczytanych
75 filmów obejrzanych (uściśliwszy 75 i pół, bo pod koniec listopada obejrzeliśmy pół drugich X-menów)
652 obejrzanych odcinków seriali

Zaliczyłam trzy koncerty: Bad Religion, Amandę Palmer i Nouvelle Vague. Wszystkie z promek!

Niestety, koszmarnie mało podróżowałam. Zaliczyliśmy (spektakularnym #nieprzerwanepasmosukcesow) kawałek Woodstocku, dwa ostatnie dni Wakacyjnego Wyjazdu Planszówkowego w Przedborzu. Kawałek świąt spędziliśmy w Wyszkowie i na okres między świętami a Sylwestrem znowu pojechaliśmy do Przedborza, gdzie miałam relaksować się po męczącym pracowo grudniu, ale nie wyszło. Nie udało się też pojechać w Bieszczady, a jedyny konwent, na którym byliśmy, odbywał się w Warszawie – w przyszłym roku trzeba będzie się poprawić.

Z końcem lata umarł blipuś, opuściliśmy #praskieklimaty i przenieśliśmy się na piękny, pieprzony i zielony Żoliborz, który kochamy niesamowicie.

Zaspokoiłam dwa swoje wielkie pragnienia: kupiłam Kindelka oraz (tatararattatata) upragnioną od lat zmywarkę (FANFARY I DZIKIE OKLASKI).

Pod koniec roku nasza geek-familia poszerzyła się o PS3 i Nintendo DS.

Udało nam się za to nie adoptować żadnych nowych kotów (pomimo intensywnej kampanii propagandowej Y).

Nie był to rok niesamowity, ale zdecydowanie udany wykazujący tendencję zwyżkową, która, mam nadzieję, będzie się teraz utrzymać.

What comes next?

2014, WOW, tyle planów no, ogromne takie, WOW.
(ale przecież jak się nimi podzielę, to zapeszę, right? czekajcie więc niecierpliwie na informacje bieżące)

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 01.01.2014. Komentarzy (0) Posted in życie kota Tagi: , , ,

Człowiek-remont.

Zagruntowaliśmy ściany. Zagruntowaliśmy sufit, po uprzednim zeskrobaniu z niego kilku warstw farby. Pomalowaliśmy ściany. Położyliśmy panele w kuchni i przedpokoju.
Sprzątaliśmy, czyściliśmy, szorowaliśmy.
Przewieźliśmy mój ogromny regał i go złożyliśmy.
Przenieśliśmy internet.
Przewieźliśmy metrem kanapę. Y nam przewiózł meble i część kotów.
Od dobrego tygodnia mieszkamy na nowym

I jeszcze tyle zostało do sprzątnięcia, do doczyszczenia. Jeszcze maluję kuchnię. O łazience, na którą w tym miesiącu nie starczy nam budżetu staram się nie myśleć.

Ale i tak jest pięknie. Jest ciepło. Mamy szczelne okna i nie mamy robali.
Jutro pakuje resztę dobytku z Pragi, pojutrze wszystko przewozimy. Jeszcze tylko tam ogarnąć i farewell.
Żegnamy się bez żalu.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.09.2013. Komentarzy (0) Posted in życie kota Tagi: , ,

Polcon 2013

Wniosek po tegorocznym Polconie mam jeden: to strasznie dziwne, kiedy konwent odbywa się w mieście zamieszkania konwentowicza.
Codzienne życie jakoś strasznie nam z konwentem kolidowało.
Niby wzięłam 4 dni wolnego, ale… W czwartek na przykład nie dotarliśmy wcale, chociaż mieliśmy wykupioną pełną akredytację, ponieważ wywoziliśmy rzeczy do mojej mamy i objeżdżaliśmy sklepy budowlane. Dzięki temu wprawdzie ominął nas Kolejkon, ale też kilka prelekcji.
Przez pozostałe trzy dni byliśmy już obecni, ale od jakiegoś południa, na spokojnie, bez spiny. Więcej czasu chyba spędziliśmy (przynajmniej ja) w Games Roomie czy lokalnym chińczyku niż na prelekcjach. Zwłaszcza, że znaczna część interesujących nas prelekcji była przekładana/odwoływana.
Tegoroczna gala zniechęcała dłużyzną. Występ Pawła Penksy był miłą niespodzianką, ogłoszenie laureata (jednego de facto!) emocjonujące, ale poza tym dłuuuuugo za długo i nudno. W poprzednich latach jakoś sprawniej szło.
Miło było zobaczyć się ze znajomymi spoza Warszawy. W sumie powroty do własnego łóżka to spoko sprawa.
Niemniej z przyjemnością w przyszłym roku pojadę do Bielska Białej.
Jednak kiedy się wyjeżdża tylko w celu konwentowania, przeżywa się konwent pełniej.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 07.09.2013. Komentarzy (0) Posted in Imprezy Tagi: , ,

Woodstock 2013. Epilog.

Trochę spóźniony.
Wiem.

Na Woodstocku był Y. To znaczy był przez dwa dni, wyrwawszy się na chwilę z wyjazdu planszówkowego.
Wyjazd planszówkowy odbywał się na zadupiu pod Łodzią. Z Łodzi są taniutkie i szybkie pociągi do Warszawy. Ja, jak już wspominałam, miałam rozwalony układ moczowy.
Po głębokim zastanowieniu uznaliśmy, że ani pieniądze wydane na Toi Camp, ani te wydane na pociąg powrotny, nie są ważniejsze od mojego zdrowia, więc poprosiliśmy Y, żeby nas podrzucił do Łodzi i stamtąd ewakuujemy się do Warszawy.

Przy okazji, będąc przez chwilę w Pięknym Mieście Uć, postanowiliśmy odwiedzić Mriję, której nie widziałam szmat czasu.

W drodze do Pięknego Miasta, ulegliśmy propagandzie Y i daliśmy się namówić na dołączenie do wyjazdu planszówkowego.

Wróciliśmy w niedzielę. Spod Łodzi zamiast spod granicy z Niemcami.

I na co komu plany?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 02.09.2013. Komentarzy (0) Posted in Wyjazdy Tagi: , , ,

Level Up!

Zakochałam się. Po uszy i od pierwszego wrażenia. Nazywa się… Level Up i jest pubem mieszczącym się w Warszawie przy ul. Moliera 4/6.
Właściwie pub, to za mało powiedziane. Level Up to połączenie pubu i arcade center. Jedyne miejsce w Warszawie, gdzie można przy piwku (bądź innym trunku) pograć sobie na rozmaitych konsolach i to całkiem za free.
Wystrój jest boski. Dwie sale (górna dla niepalących i dolna na palaczy) podzielone kotarami na wygodne, kameralne boksiki. Przyciemnione światła oraz laserowe linie (które mi osobiście kojarzą się z salami do Laser Taga w HIMYM).

żródło: http://polygamia.pl

Na wejściu każdy klient dostaje plastikową kartę, którą okazuje w barze przy składaniu zamówienia. Szalenie wygodne, a zarazem sprytne. Za drinki/piwo/cokolwiek nie płaci się od razu, tylko barmani skanują kartę, zapisują na niej zamówienia, a opłatę uiszcza się przy wyjściu. Super pomysł z punktu widzenia klienta – nie trzeba co chwilę sięgać do portfela oraz z punktu widzenia pubu – klient, który nie płaci od razu, wydaje więcej pieniędzy.

Szczęśliwie, ceny, jak na Warszawę, są bardzo przyzwoite i nie pomyślałabym, że jesteśmy tuż obok uber-drogiej Starówki.

No i konsole…
Wczoraj byliśmy tam przez około godzinę i pograliśmy sobie spokojnie w ostatni Mortal Kombat na Xboxie oraz Szalone Króliki na Wii. Oprócz nowych konsol (Xbox360, PS3, Wii) dostępne są również starsze: Nintendo64, Pegasus. I to wszystko dostępne całkowicie za darmo (płaci się tylko za zamówienia z baru) dostępne od ręki bez rezerwacji (acz można takowej dokonać).

Do tego nad graczami w stanie euforii czuwa przemiła i kompetentna obsługa.

Gorąco polecam. Okot.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 21.08.2013. Komentarzy (0) Posted in Imprezy Tagi: , , , , , ,