Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Malkavianie uczą nas jak nie żyć – poradnika część kolejna

Może być tak, że marazm, mrhok i dupa, ale mimo wszystko są wydarzenia, które sprzyjają powstawaniu notek. A skoro życie samo pcha materiał do mojego ulubionego cyklu pojawiającego się na tym blogu, kimże ja jestem, żeby się opierać.
Myśleliście, że zeszłoroczny wyjazd na Woodstock stał pod znakiem faila? W tym roku idziemy na rekord. Słuchajcie zatem jak nie należy wyjeżdżać.
Przede wszystkim starannie zadbajcie o to, żeby przypadkiem niczego wcześniej skutecznie nie ustalić. Macie przyjaciela, z którym chcecie jechać? Doskonale! Pilnujcie, żeby nie poruszać tematu wyjazdu zbyt często. Takie ogólne ustalenia w stylu, że tak wszyscy na pewno chcecie jechać są ok i w zasadzie to fajnie by było chwilę wcześniej dojechać, a nie w dniu rozpoczęcia, ale bez konkrektów. Zawsze istnieje szansa, że przed wyjazdem na Woodstock wasz kierowca pojedzie na inny wyjazd i zrobi się zabawnie. Bo może się zdarzyć tak, że wy będzie sobie myśleć, że jest jeszcze czas, po co przeszkadzać komuś w wyjeździe – odezwiecie się po jego powrocie; a tymczasem druga strona nabierze przekonania, że w zasadzie to już z wami rozmawiała i wszystko jest ustalone. W ten sposób w niedzielę wieczorem zadzwoni do was potwierdzić, że wyjazd jest pojutrze o 8 rano. Co w normalnych okolicznośniach mogłoby być realne, ale wy już w międzyczasie profilaktycznie zadbaliście o odpowiednie komplikacje.
Przygarnijcie zwierzątka. W liczbie mnogiej koniecznie. Jednego psa czy jednego kota jeszcze idzie komuś wcisnąć pod opiekę – z całym stadem już jest problem. Oczywiście termin wyjazdu trzeba wybrać taki, żeby absolutnie nikomu z zaufanych opiekunów nie pasował.
Tuż przed wyjazdem weźcie też dodatkowe zlecenie. Najlepiej dla niekopetentnego zleceniodawcy, który pomimo półtoramiesięcznych ustalań, nie będzie w stanie wszystkiego przygotować na planowany termin rozpoczęcia prac.
Jak możecie się domyślać, myśmy starannie poczynili wszystkie niezbędne, wyżej wymienione przygotowania.
Po niedzielnym telefonie Y trochę się sprężyliśmy. Resztki nadziei natchnęły nas, żeby odezwać się do kuzyna dRaisera w sprawie opieki nad kiciami i okazał się to strzał w dziesiątkę. Mieliśmy nianię do kotów – co mogło pójść nie tak?
Otóż na przykład Y mógł zadzwonić od nas następnego dnia rano i poinformować, że w zasadzie to skoro powiedzieliśmy mu, że nasz wyjazd we wtorek rano jest niemożliwy, to on znalazł innych pasażerów. Ale nadal możemy z nim wracać i możemy podrzucić mu bagaże, bo on specjalnie jedzie wcześniej, żeby w tym roku WJECHAĆ na pole i mieć samochód obok obozowiska. W międzyczasie dRaiser wysłał maila, w którym poinformował firmę, że skoro jest niekopetentna i od kilku dni nie da się nic ustalić, postawić środowiska, etc. to on pierdoli i popracuje jednak po powrocie z urlopu.* En effet, zostaliśmy bez transportu z dodatkowymi wolnymi dniami i kupą rzeczy do ogarnięcia.
Tak, moglibyśmy podrzucić Y całe bagaże(całe szczęście, że tak nie uczyniliśmy) i próbować pociągu Woodstockowego bez zbędnego balastu, ale po zeszłym roku powiedzieliśmy tej opcji stanowcze NIE. Zaczęśliśmy więc zasypywać smsami, telefonami, fejsmesedżami każdego, kogo znamy, kto miał szansę jechać na Woodstock własnym samochodem niezależnie od tego, kiedy ostatni raz utrzymywaliśmy jakiś kontakt. Ale dziwnym nie jest, że na dwa dni przed planowanym wyjazdem, nikt nie miał już wolnego miejsca w samochodzie, a co dopiero mówić o dwóch.
Poniedziałkowego popołudnia oprócz organizowania transportu, pakowania i zawożenia rzeczy do Y, mieliśmy jeszcze zaplanowane spotkanie z opiekunem do kotów celem wytłumaczenia mu wszystkiego. Spotkanie trochę się przeciągnęło. W trakcie pakowałam najbardziej nieporęczne rzeczy i prowadziłam telekonferencje. Na nasze szczęście znajomej w ciągu dosłownie kilku godzin po kolei zwolniły się dwa miejsca w samochodzie i udało nam się je zaklepać. Wyjazd w środę rano o 6(sic!). Progres.
Jak na złość, kiedy wychodziliśmy do Y, żeby zawieźć mu klamoty, zaczęło lać. Nic to – jesteśmy dzielni; wszystko zawieźliśmy. Przy okazji przypomnieliśmy, że w zasadzie to Y miał nam pożyczyć namiot – i dobrze, że to zrobiliśmy, bo w międzyczasie Y obiecał go jeszcze innym ludziom, ale szczęśliwie ma w posiadaniu aż trzy, więc zanotował sobie, żeby zapakować WSZYSTKIE. I przez kilka godzin wydawało się nam, że chaos organizacyjny został zażegnany.
We wtorek o 10 rano obudził mnie telefon.
– Samochód jak zwykle nie zawiódł – oznajmił Y. – Przejechaliśmy 75km, nie dojechaliśmy nawet do pierwszych bramek na autostradzie, a teraz czekamy na lawetę.
Apdejt sytuacyjny wyglądał tak, że ekipa wylądowała w warsztacie na Okęciu i absolutnie nie jest w stanie się zabrać gdziekolwiek z wszystkimi bagażami. W samochodzie w zasadzie zepsuła się i jest do wymiany tylko jedna część – silnik. Obdzwanianie znajomych w sprawie samochodu, którym mogliby podskoczyć na Okęcie niewiele dało, gdyż był wtorek standardowe godziny pracy dla większości. Nam z domu dojazd na miejsce komunikacją miejską zająłby godzinę.
Dzielna ekipa postanowiła zabrać, ile tylko się da, ale generalnie najbardziej niezbędne rzeczy i udać się na Dworzec Cenralny, skąd pociągiem niezrażeni pojadą jednak na ten Woodstock.
Na centralnym ich złapaliśmy. Odebraliśmy nasze rzeczy, z którymi nie mieli po co ładować się do pociągu. Dowiedzieliśmy się, że Y musiał zostawić w samochodzie jeden ze swoich namiotów, bo nie byliby w stanie zabrać się z dodatkowymi 14kg bagażu, ergo nie mamy namiotu na wyjazd.
Szczęśliwie, kuzyn, który zgodził się zaopiekować kotkami, wspominał, że mógłby mieć namiot do pożyczenia. Telefonicznie potwierdziliśmy, że owszem, tylko musimy w dwie godziny dojechać do niego do Konstancina, żeby go złapać przed pracą. Więc z centralnego, objuczeni nieporęcznymi bagażami wyruszyliśmy dalej.
Z Konstancina wracaliśmy po 18 i uznaliśmy, że najmądrzej będzie pojechać od razu do znajomych, z którymi będziemy jechać, żeby potem nie wieźć wszystkiego na raz (w końcu po to oddawaliśmy bagaże dzień wcześniej Y, żeby czekały na nas grzecznie na polu, right?). W domu byliśmy po 20, a musieliśmy jeszcze zrobić zakupy, pranie i się spakować. W efekcie położyliśmy się spać ok. 3, a przed 5 trzeba było wyjść z domu. #tyleradości.
Jedynym pozytywem jest fakt, że cytrynka, którą jechaliśmy dowiozła nas całych i zdrowych.
Niemniej, w kwestii chaosu organizacyjnego ustanowiliśmy nowy rekord.

* Poinformował w nieco bardziej cywilizowany sposób, ale sens łapiecie.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 08.08.2014. Komentarzy (0) Posted in Bez kategorii Tagi:

All Heil The Internet!

‚Własnego’ Internetu bardzo długo nie miałam. Pamiętam – w gimnazjum chodziłam do osiedlowej czytelni, gdzie można było korzystać bezpłatnie i wracałam do domu z toną dyskietek z zapisanymi newsami, zdjęciami, etc. odnośnie fascynującego mnie w owym czasie serialu. U sąsiadki czatowałyśmy z obcymi chłopakami, podając się za starsze niż w rzeczywistości. Później, w liceum miałam cudnie wyposażoną mediatekę, w której siedziałam godzinami po skończonych zajęciach, a czasem również zamiast zajęć 😉
Przełom nastąpił, gdy poczytałam trochę o metodach łączenia się z netem. Od początku mój pecet wyposażony był w modem, a ja znienacka dodałam dwa do dwóch i zaczęłam się zastanawiać, co się stanie, jeśli wyjmę kabelek z telefonu i podłączę go do owego modemu. W ten sposób rozpoczęła się dla mnie era potajemnego łączenia się do sieci, kiedy nikogo nie było w domu. Oczywiście moje działania wyszły na jaw przy pierwszym rachunku od TePsy. Na szczęście (dla kiełkującego nałogowca), Rodzicielka nie bardzo miała pomysł jak mnie powstrzymać. Frustrowałam się straszliwie. Modem ciągle się rozłączał, plik ze zdjęciem ściągał się wieczność, ale i tak jaram się strasznie – BYŁAM ON-LINE.
Rodzicielka nie chciała zakładać stałego łącza, „bo to przecież koszmarnie drogie”. Well, rachunki dochodzące do kilkuset złotych jednak zmieniły jej zdanie.
Któregoś pięknego poranka, za moich czasów licealnych, wybrałyśmy się do TePsy, podpisałyśmy umowę na neostradę (1MB) i wyszłyśmy z modemem (po tym jak stanowczo odmówiłam posiadania LiveBoxa, o którym słyszałam jedynie same negatywne opinie). Podłączyłam wszystko i znalazłam się w raju.
Przez następnych kilka lat internet stał się dodatkowym zmysłem. Byłam tak przyzwyczajona do bycia podłączoną do sieci, że kiedy przeprowadziłam się do mieszkania wyposażonego jedynie w playowy internet mobilny oparty na jednym pizdryku USB do podziału na dwie (bez routera, obviously) bardzo długo nie mogłam się przyzwyczaić. Częściowo ratowałam się Internetem w pracy i wykorzystywałam wcześniejsze od moich pory zasypiania współlokatorki, ale czegoś brakowało.
Po kilku miesiącach współlokatorka się wyprowadziła, wprowadził Igor i, za upoważnieniem właściciela mieszkania, po raz pierwszy założyłam internet na siebie. Tym razem w Aster, wiedząc, że już kiedyś providował do tego mieszkania oraz mając ciut dość niezbyt kompetentnej TePsy. Tym razem prędkość wynosiła 2MB w dzień/4 w nocy i to było coś. W zasadzie działało bezproblemowo. Dopiero dRaiser, wprowadziwszy się zaczął narzekać na prędkość łącza. Kilka miesięcy mobilizowałam się do pójścia do Astera i załatwienia zwiększeniu transferu, ale życie zlitowało się nade mną leniwą, sprawiając, że UPC przejęło Astera i w ramach prezentu zwiększyło nam prędkość do 5MB przez całą dobą.
W zasadzie byliśmy zadowoleni i w sumie nie chcieliśmy więcej. A jednak… na początku września wygasała nam umowa. Z otrzymanego mailingu wynikało, że ze jedynie 9 złotych miesięcznie więcej, możemy mieć 30MB. Ciężko było nie skorzystać, więc w pewną środę kolo południa przyszło do nas dwóch panów (których niesamowite kompetencje i profesjonalizm zasługują na oddzielną notkę) i odprawiło czary mary z kabelkami. Przeprowadzony speedtest wykazał iż zaprawdę staliśmy się posiadaczami niesamowicie szybkiego* internetu.
Szkoda tylko, że nie możemy w pełni potestować jego możliwości, gdyż kilka dni po instalacji, umarł nam serwerek, ale takie już nasze szczęście.

* Tak, wiem, że niektórzy to i 120 mają, ale patrząc w kontekście dotychczasowych mych doświadczeń…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 22.09.2012. Komentarzy (0) Posted in Bez kategorii, Internety, życie kota Tagi: , , , , ,

Bo czymże byłoby kocie życie bez małej dramy every now and then?

Miałam urlop, pamiętacie? Spędzałam go sobie radośnie i beztrosko zabijając hordy potworów. Było błogo i bezstresowo.

Do czasu.

W niedzielę, przedostatni dzień mojego urlopu, do drzwi mieszkania zapukał Gospodarz. Przyniósł rozliczenie za wodę za minione pół roku. Na wszelkie tego typu papiery zazwyczaj rzucam tylko kątem oka i wkładam do koszyczka do przekazania w bliżej nieokreślonej przyszłości Właścicielu. Tym razem jednak kwota końcowa rozliczenia skutecznie przykuła moją uwagę na dłużej. Cyferki twierdziły bowiem, że niedopłata za poprzednie 6 miesięcy wynosi 3880 (słownie: trzy TYSIĄCE osiemset osiemdziesiąt złotych).
W tej sytuacji natychmiast skontaktowaliśmy się z Właścicielem, który obiecał zająć się wyjaśnieniem sprawy.
Następne kilka dni minęło pod znakiem totalnej dramy. Nie muszę chyba mówić, że 4 tysie to nie jest kwota, którą moglibyśmy ot tak sobie skądś wyciągnąć…
W międzyczasie analiza otrzymanego rozliczenia wykazała, że zwiększone zużycie („odpowiedzialne” za naszą niedopłatę) wystąpiło w ciągu 1 miesiąca w postaci 403 m3 (TAK, 403 000 LITRÓW) zimnej wody. Na zdrowy rozum poziom zużycia całkowicie absurdalny i nieosiągalny, chyba że prowadzilibyśmy jakąś nielegalną myjnię samochodową pod oknem. Żeby było zabawniej zaraz na początku następnego miesiąca wymieniali nam liczniki, więc całej sprawy nie można było wyjaśnić prostym skonfrontowaniem z aktualnym stanem sprzętu.
Jako że pisze teraz na spokojnie, zapewne łatwo się domyślić, że cała sprawa została rozwiązana z pozytywnym dla nas skutkiem. W spółdzielni faktycznie się pomylili – ot taki mały błędzik na kilka tysiączków i do przodu, c’nie? W efekcie zapłaciliśmy tylko stosunkowo nieduże wyrównanie, ale zszarganych nerwów nic nam nie wynagrodzi.

Wróciwszy do pracy, zrezygnowałam z pięknych, błękitnych włosów, nie będąc pewną, co na nie Regulamin Pracy i Stroju Służbowego. Nie zrezygnowałam jednak z cudnych tonerów La Riche – po konsultacji z dRaiserem zamówiłam Poppy Red, który na próbkach prezentowała się przeczerwoniście. Na mojej w głowie w trakcie nakładanie także był krwisty. A potem spłukałam, wyszłam na świat i okazało się, że mam rurzowe włosy. To tyle a propos powrotu bez wzbudzania kontrowersji wyglądem. Ale że nikt władny w mej pracy nie wyraża sprzeciwu, to ja się zachwycam i na trochę* rurzowa pozostanę 😉

Trudno pisać teraz o czymkolwiek i całkowicie zignorować festyn, który rozpoczął się w miniony piątek. Tak, tak – całe to EURO mam na myśli. Chciałabym móc napisać, że, za przeproszeniem, leję na nie ciepłym moczem. Niestety, nie jest to możliwe. Codziennie przejeżdżam koło Narodowego Koszyka – no chyba że nie przejeżdżam, bo właśnie jest po/przed meczem i mi urywają od komunikacji miejskiej. Również moja praca została zaafektowana przez piłkę – najpierw wydłużyli nam godziny pracy, przewidując że tłumy bogatych kibiców będą po meczach zachodzić do nas ze Strefy Kibica i kupować kolorowe eurorupiecie. Już pierwszego dnia Euro okazało się, że kibice mają lepsze rzeczy do roboty niż zakupy i od poniedziałku wszystko wróciło do normy. No może oprócz tego, że więcej niż zwykle klientów bucha na mnie oparami gorzały.
I nie, to nie jest tak że jestem całkowicie przeciwna temu EURU – nie neguję, że zrobiło wiele dobrego i dla infrastruktury, i dla promocji Polandu zagranico. Ja bym tylko bardzo, bardzo, bardzo chciała, żeby osoby, które mają na mistrzostwa całkowicie wyjebane (tak jak ja), nie musiały być zewsząd atakowane piłką i atmosferą „WSZYSCY jesteśmy DUMNYMI GOSPODARZAMI”, „WSZYSCY JESTEŚMY KIBICAMI”. Otóż nie, nie wszyscy jesteśmy. Tymczasem z okazji tego ‚festynu’ miasto się blokuje, nawet nie można normalnie pójść na piwo, bo praktycznie każdy pub urządza retransmisje, a czasem i do domu strach wracać, bo agresywni, pijani kibole.
I śmiać mi się chce z tych wszystkich osób, które cieszą się, że miasto jest teraz „kolorowym festiwalem napędzanym pozytywną energią i zjednoczeniem w narodzie”. W związku z tą „pozytywną energią” mieliśmy kilka bardzo poważnych spotkań służbowych poświęconych temu, jak sobie radzić w sytuacji zagrożenia zdrowia/życia, groźby ataku terrorystycznego, itp. W związku z tą „pozytywną energią” dwie nasze filie zostały dziś zamknięte przed czasem z powodów zamieszek polsko-rosyjskich. Pojawiły się nawet plotki o morderstwie w Fanzonie. Świetna sprawa, naprawdę! A co do zjednoczenia – ostatni raz w podstawówce czułam się równie wyizolowana od otaczających mnie ludzi, co teraz wśród wymalowanych rodaków ryczących jakieś dziwne przyśpiewki.
A jeśli miałabym już komuś życzyć wygranej (bo słowo „kibicować” byłoby tu poważnym nadużyciem), to chyba tylko Niemcom w ramach świeżo wyhodowanej i rozwijanej germanofilii oraz planów uczynienia Deutschlandu swoim domem w średnio odległej przyszłości**

* zapewne do lipcowego urlopu
** bo w tej najbliższej czeka nas #MiastonaK

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.06.2012. Komentarzy (0) Posted in Bez kategorii, Frustracje, Imprezy, praca, życie kota Tagi: , , , , ,

Praniegotowanie!

Jakiś czas temu wygraliśmy w konkursie organizowanym przez zaprzyjaźniony komiks, w związku z tym dzisiaj ukazał się odcinek z naszym udziałem!
Strasznie się jaram!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 01.12.2011. Komentarzy (0) Posted in Bez kategorii Tagi: , , ,

Emilka chce na wakacje

Moi drodzy. Kot ma przesympatyczną znajomą – Emilkę. Emilka jeszcze przez chwilę będzie pracować razem z Kotem, następnie będzie walczyć z S.E.S.J.Ą, a na wakacje chce wyjechać do Stanów. Pracować, a nie się turyzmować, żeby nie było. Ale, jak wiadomo, zanim praca przyniesie zyski, trzeba w wyjazd trochę włożyć. I właśnie w związku z gromadzeniem wkładu początkowego powstał poniższy ten oto BLOG. Zajrzyjcie moi drodzy – a nuż coś z wyprzedawanych przez Emilkę rzeczy przypadnie Wam do gustu 🙂

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 03.04.2011. Komentarzy (0) Posted in Bez kategorii Tagi: ,