Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Grinch mode on

W tym roku jestem troszku Grinchem. Zupełnie nie czuję Świąt. Ilość pracy, jaką na siebie wzięłam, sprawiła, że zupełnie nie miałam czasu myśleć o świątecznych przygotowaniach. Te kilka prezentów, którymi obdarowałam najbliższych, kupowałam w biegu i mimochodem.
Nie mamy choinki. Jedyne porządki w grudniu robiłam w Wigilię, bo wtedy w końcu miałam czas, a nie mogłam już patrzeć na mieszkanie, które przez trzy tygodnie doprowadziliśmy do stanu zaburdelowienia gorszego niż w akademikach Politechniki.
Wprawdzie wpadłam na chwilę do babci, złożyć pospieszne życzenia, ale potem zaległam przed kompem z podgrzewaną pizzą z poprzedniego dnia. Pragnęłam towarzystwa Bruce’a jako Johna McClane’a, ale nie do końca wyszło – będę musiała dokończyć po powrocie do Warszawy.
25 obraliśmy kierunek Wyszków i zrobiło się piękniej i świąteczniej. Zostajemy do jutra, a potem się zobaczy. Oboje mamy urlop do końca roku, więc można by wreszcie trochę odpocząć.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 26.12.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Grinch mode on została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: ,

Hibernacja

Jeśli nie odbieram telefonów, nie odpisuję na SMSy, nie pojawiam się w internetach, oznacza to, że śpię i mam cały świat w poważaniu. Sen ostanimi czasy to jedyna czynność, która mnie interesuje. Wracam do domu z kolejnej podwójnej zmiany w pracy i ŚPIĘ (często padam jeszcze w ubraniu na łoże). Jadę do pracy i ŚPIĘ w tramwaju. Na 15 minutowej przerwie w robocie ZASYPIAM z głową opartą o stół. Kiedy z konieczności załatwiania różnych ważnych spraw, nie śpię, to MYŚLĘ O SPANIU. Nie chcę jeść, czytać, oglądać seriali ani filmów (a zostało mi tylko 14 do #104filmy!). Nie chcę pójść na spacer, grać w planszówki, rozmawiać, bawić się – chcę SPAĆ!
Zawsze o tej porze roku powtarzałam, że chciałabym zapaść sen zimowy i obudzić się w marcu, ale w tym roku po raz pierwszy jestem na dobrej drodze.
Jedyne co mi przeszkadza w spaniu, to praca, a tej mam nader sporo – robię głównie na nocki i biorę ile tylko wlezie dodatkowych godzin na zlecenie. Gdyby nie to, prawdopodobnie nie wstawałabym z łóżka. A przynajmniej nie dalej niż do łazienki. Nie mogę się doczekać poświątecznego urlopu i zwiększonej ilości dni wolnych w styczniu – ależ będę wtedy SPAŁA!
Jeśli świat skończy się tego 21 grudnia będzie trochę głupio, że ostatni miesiąc istnienia spędziłam na spaniu. Zakładając, że w ogóle ten cały koniec świata zauważę – bo obawiam się poważnie, że mogę go PRZESPAĆ.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 08.12.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Hibernacja została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , ,

All Heil The Internet!

‚Własnego’ Internetu bardzo długo nie miałam. Pamiętam – w gimnazjum chodziłam do osiedlowej czytelni, gdzie można było korzystać bezpłatnie i wracałam do domu z toną dyskietek z zapisanymi newsami, zdjęciami, etc. odnośnie fascynującego mnie w owym czasie serialu. U sąsiadki czatowałyśmy z obcymi chłopakami, podając się za starsze niż w rzeczywistości. Później, w liceum miałam cudnie wyposażoną mediatekę, w której siedziałam godzinami po skończonych zajęciach, a czasem również zamiast zajęć 😉
Przełom nastąpił, gdy poczytałam trochę o metodach łączenia się z netem. Od początku mój pecet wyposażony był w modem, a ja znienacka dodałam dwa do dwóch i zaczęłam się zastanawiać, co się stanie, jeśli wyjmę kabelek z telefonu i podłączę go do owego modemu. W ten sposób rozpoczęła się dla mnie era potajemnego łączenia się do sieci, kiedy nikogo nie było w domu. Oczywiście moje działania wyszły na jaw przy pierwszym rachunku od TePsy. Na szczęście (dla kiełkującego nałogowca), Rodzicielka nie bardzo miała pomysł jak mnie powstrzymać. Frustrowałam się straszliwie. Modem ciągle się rozłączał, plik ze zdjęciem ściągał się wieczność, ale i tak jaram się strasznie – BYŁAM ON-LINE.
Rodzicielka nie chciała zakładać stałego łącza, „bo to przecież koszmarnie drogie”. Well, rachunki dochodzące do kilkuset złotych jednak zmieniły jej zdanie.
Któregoś pięknego poranka, za moich czasów licealnych, wybrałyśmy się do TePsy, podpisałyśmy umowę na neostradę (1MB) i wyszłyśmy z modemem (po tym jak stanowczo odmówiłam posiadania LiveBoxa, o którym słyszałam jedynie same negatywne opinie). Podłączyłam wszystko i znalazłam się w raju.
Przez następnych kilka lat internet stał się dodatkowym zmysłem. Byłam tak przyzwyczajona do bycia podłączoną do sieci, że kiedy przeprowadziłam się do mieszkania wyposażonego jedynie w playowy internet mobilny oparty na jednym pizdryku USB do podziału na dwie (bez routera, obviously) bardzo długo nie mogłam się przyzwyczaić. Częściowo ratowałam się Internetem w pracy i wykorzystywałam wcześniejsze od moich pory zasypiania współlokatorki, ale czegoś brakowało.
Po kilku miesiącach współlokatorka się wyprowadziła, wprowadził Igor i, za upoważnieniem właściciela mieszkania, po raz pierwszy założyłam internet na siebie. Tym razem w Aster, wiedząc, że już kiedyś providował do tego mieszkania oraz mając ciut dość niezbyt kompetentnej TePsy. Tym razem prędkość wynosiła 2MB w dzień/4 w nocy i to było coś. W zasadzie działało bezproblemowo. Dopiero dRaiser, wprowadziwszy się zaczął narzekać na prędkość łącza. Kilka miesięcy mobilizowałam się do pójścia do Astera i załatwienia zwiększeniu transferu, ale życie zlitowało się nade mną leniwą, sprawiając, że UPC przejęło Astera i w ramach prezentu zwiększyło nam prędkość do 5MB przez całą dobą.
W zasadzie byliśmy zadowoleni i w sumie nie chcieliśmy więcej. A jednak… na początku września wygasała nam umowa. Z otrzymanego mailingu wynikało, że ze jedynie 9 złotych miesięcznie więcej, możemy mieć 30MB. Ciężko było nie skorzystać, więc w pewną środę kolo południa przyszło do nas dwóch panów (których niesamowite kompetencje i profesjonalizm zasługują na oddzielną notkę) i odprawiło czary mary z kabelkami. Przeprowadzony speedtest wykazał iż zaprawdę staliśmy się posiadaczami niesamowicie szybkiego* internetu.
Szkoda tylko, że nie możemy w pełni potestować jego możliwości, gdyż kilka dni po instalacji, umarł nam serwerek, ale takie już nasze szczęście.

* Tak, wiem, że niektórzy to i 120 mają, ale patrząc w kontekście dotychczasowych mych doświadczeń…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 22.09.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania All Heil The Internet! została wyłączona) Posted in Bez kategorii, Internety, życie kota Tagi: , , , , ,

Polcon 2012

Co by tu… a tak – było zajebiście!
Zdążyłam już trochę odwyknąć od konwentów – ostatni raz byłam bodajże na Falkonie w 2009. Polcon 2012 w sumie nie charakteryzował się niczym absolutnie wyjątkowym, ale i tak jestem szalenie zadowolona, że pojechaliśmy.
Nie obyło się bez komplikacji – chociażby wspominanych wcześniej idiotycznych (moje dzieło, moje!) rezerewacji na Polski Bus oraz błądzenia po mieście w poszukiwaniu konwentu (a można było przeczytać instrukcje ze strony :P). Pierwszy dzień praktycznie przespaliśmy – dotarliśmy dopiero na 19 na spotkanie z Kubą Ćwiekiem. W ogóle przyznaję się ze wstydem, że przegapiłam strasznie dużo interesujących mnie prelekcji – z w sumie niewielkiej puli (motyw przewodni konwentu – niepokoje związane z końcem świata i rokiem 2012 – wybitnie do mnie nie trafiał), ale te najważniejsze zaliczyłam – 4 spotkania z K. Ćwiekiem, 1 z M. Kozak, E. Białołęcką, cudna prelekcja o kocie jako ulubionym zwierzęciu fantastów, na którą głównie składały się cudne opowieści Kossakowskiej i Białołęckiej o ich kotach. Mój dzielny netbuczek został Bohaterem Jednej Prelekcji przez co stał się w tym momencie najcenniejszym (emocjonalnie) dobrem jakie posiadam.
Poza tym kupiłam uroczą koszulkę z Yodą i przecudnego Minecraft’owego Pumpkina. Niestety, po raz kolejny we Wrocławiu, nie udało mi się kupić kolczyków – na kownencie, o dziwo!, żadne stoisko nie sprzedawało, a na mieście też nie trafiliśmy. Aczkolwiek najwspanialsza pamiątka z Polconu nie kosztowała ani grosza, ale o tym ciiiii.
Jak zwykle po konwencie, wracam z dłuuugą listą filmów/seriali/książek do zapoznania się z. I w ogóle solennie sobie obiecuje, że zwiększę znacząco przerób dóbr kultury.
Sam Wrocław troszę złagodził moją niechęć do siebie, acz daleko mi od zachwytu tym, uwielbianym przez wielu, miastem. Owszem, ładny jest (przynajmniej w centrum), ale dla mnie nie ma w nim magii/klimatu/jakkolwiek byście określili tę cechę, która sprawia, że do danego miasta chce się wracać. Najbardziej przeraża mnie organizacja ruchu. Jeszcze nigdzie nie spotkałam się z tak KRÓTKIMI zielonymi światłami. A wrocławscy kierowcy jeżdżą strasznie szybko i nieostrożnie (zważcie, że mówi to osoba na codzień poruszająca się po Warszawie, która ze spokojności kierowców nie słynie). Ludzie najwyraźniej zniechęceni krótkimi światłami praktycznie wszędzie przechodzą albo w miejscu nie wyznaczonym albo na czerwonym. Ja się potwornie stresowałam za każdym razem, gdy musiałam przejść przez ulice.
Najgorszym pomysłem było zabookowanie powrotu na 6 rano. Przez 12 godzin musieliśmy szwędać się po mieście – a jako że nie bardzo już mieliśmy kasę (pomimo dwóch dosyłek ekspresem pocztowym od Igora), skończyło się na siedzenie najpierw w Macu, potem na dworcu i oglądaniu Supernaturala.
W planach na najbliższą przyszłość mamy konwent komiksowo-growy w Pięknym Mieście Uć i Falkon 2012 w Lublinie. A że przyszłoroczy Polcon WTEM będzie w Warszawie, to tak sobie myślę, żeby do Miasta Na K przeprowadzić się jednak pod koniec września, a nie lipca 😉

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 04.09.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Polcon 2012 została wyłączona) Posted in Imprezy, Wyjazdy, życie kota Tagi: , , ,

Wrocław – dzień 1

Moja pierwsza wizyta we Wrocławiu w zeszłym roku pozostawiła mnie w głębokim przekonaniu, że miasto mnie nie lubi. Chociaż był to środek lata, było koszmarnie zimno , cały dzień lało dziko i wróciłam przeziębiona. A z wszystkich przewidzianych do zwiedzania atrakcji, zobaczyłam jedynie knajpę, w której mieliśmy jedynie zjeść obiad a spędziliśmy całe popołudnie i wieczór.
dRaiser usiłował mnie potem przekonać, że miasto wcale nie jest takie złe, jak mi się wydaje i powinnam dać mu drugą szansę. Opierałam się długo, ale w końcu ulec musiałam – we Wrocławiu odbywa się tegoroczny Polcon, na który jedziemy, a w zasadzie już prawie dojechaliśmy.
Swoją drogą powinnam w końcu nauczyć lepiej planować podróż. Tym razem, żeby zaoszczędzić jechaliśmy po raz pierwszy Polskim Busem. Uczucia mam mieszane z przewagą pozytywnych, ale nie o tym miało być… Mieliśmy dojechać o 4:15, a dojechaliśmy pół godziny wcześniej. Nocleg mamy wykupiony w szkole, która otwiera swoje podwoje po 9. Zanim do niej dotrzemy i będziemy mogli odpocząć po podróży, musimy dojechać na teren konwentu i wykupić akredytację właściwą, gdyż, chociaż wyjazd planowaliśmy od dwóch miesięcy, jakoś nie udało nam się sprawy załatwić po bożemu, czyli przez Internety.
Point is, po opuszczeniu PKSu mieliśmy, a właściwie wciąż mamy, mnóstwo czasu do przetrwonienia. Póki co odwiedziliśmy lokalne Przekąski i Zakąski, gdzie spożyliśmy niezłe kiełbaski i ciepłą cytrynówkę oraz napatrzyliśmy się na lokalne indywiduum, trochę pobłądziliśmy po Starym Mieście, zapolowaliśmy na kawę i prąd w EMPiK Cafe a za chwilę wyruszymy na poszukiwanie śniadania.
So far podobuje mi się. Może moja niechęć do Wro się trochę zmniejszy.
Stay tuned.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.08.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Wrocław – dzień 1 została wyłączona) Posted in Wyjazdy, życie kota Tagi:

Coś nowego, coś starego, coś niebieskiego.

Chociaż już od dłuuuugiego czasu powtarzam, że chcę się w końcu wynieść z tej cholernej Pragi – na Mokotów, Żoliborz, Ochotę, a do MiastanaK najlepiej – to nie da się ukryć, że ta dzielnica obfituje w niesamowicie klimatyczne miejsca. Na jedno z takich ostatnio przypadkiem trafiłam i z marszu się zakochałam.
Mówię o Atelier Klitka – niedużym zakładzie fotograficznym przy ulicy Ząbkowskiej. Jak wspomniałam – trafiałam tam zupełnie przypadkiem. Skończyłam kurs na prawo jazdy i nadeszła pora zapisać się na egzamin. Do dokumentów należy dołączyć zdjęcie (no shit, Sherlock), a że ja ostatnie „dokumentowe” miałam robione ładnych kilka lat temu, zaczęłam na szybko szukać fotografa w okolicy. Internet wyrzucił ze trzy propozycje na Pradze, Klitka była najbliżej, to poszłam.
Po przekroczeniu progu lokalu, poczułam się jak w innym świecie. Lokal jest jednocześnie zakładem fotograficznym, galerią i, jak głosi strona internetowa (osobiście nie testowałam), kawiarnią. Wszystkie meble są starusieńkie (lub na takie stylizowane). Również zdjęcia w części galeryjnej niewiele mają wspólnego ze współczesnością. Miejsce wydaje się jednocześnie wypchane po brzegi i bardzo przytulne. W tle gra nastrojowa muzyka. Cudo!
Właścicielka jest przemiłą, przesympatyczną i cierpliwą osobą. Zrobiłyśmy kilka ujęć (nowoczesną lustrzanką cyfrową Nikona), a potem usiadłyśmy do komputera (ślicznego, nowiutkiego Maczka). Pani cierpliwa znosiła moje „wybrzydzanie” nad zdjęciami aż wybrałam dwa (!) ujęcia. Następnie mogłam obserwować cały proces retuszu przy użyciu fotoszopa (przy okazji podchwyciłam parę sztuczek ;)) i druk. Dostałam również kopię cyfrową na maila, a pani zachęciła mnie do polubienia ich strony na fejsbuku.
Zauroczył mnie kompletnie kontrast pomiędzy wystrojem lokalu, dojrzała właścicielką, a nowoczesnymi technologiami i posługiwaniem się social mediami.
Gorąco polecam odwiedzić to wyjątkowe miejsce.

Ps. Atelier Klitka jest m.in. odpowiedzialne za wystawę „Jestem z Pragi”

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 21.07.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Coś nowego, coś starego, coś niebieskiego. została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , ,

Bo czymże byłoby kocie życie bez małej dramy every now and then?

Miałam urlop, pamiętacie? Spędzałam go sobie radośnie i beztrosko zabijając hordy potworów. Było błogo i bezstresowo.

Do czasu.

W niedzielę, przedostatni dzień mojego urlopu, do drzwi mieszkania zapukał Gospodarz. Przyniósł rozliczenie za wodę za minione pół roku. Na wszelkie tego typu papiery zazwyczaj rzucam tylko kątem oka i wkładam do koszyczka do przekazania w bliżej nieokreślonej przyszłości Właścicielu. Tym razem jednak kwota końcowa rozliczenia skutecznie przykuła moją uwagę na dłużej. Cyferki twierdziły bowiem, że niedopłata za poprzednie 6 miesięcy wynosi 3880 (słownie: trzy TYSIĄCE osiemset osiemdziesiąt złotych).
W tej sytuacji natychmiast skontaktowaliśmy się z Właścicielem, który obiecał zająć się wyjaśnieniem sprawy.
Następne kilka dni minęło pod znakiem totalnej dramy. Nie muszę chyba mówić, że 4 tysie to nie jest kwota, którą moglibyśmy ot tak sobie skądś wyciągnąć…
W międzyczasie analiza otrzymanego rozliczenia wykazała, że zwiększone zużycie („odpowiedzialne” za naszą niedopłatę) wystąpiło w ciągu 1 miesiąca w postaci 403 m3 (TAK, 403 000 LITRÓW) zimnej wody. Na zdrowy rozum poziom zużycia całkowicie absurdalny i nieosiągalny, chyba że prowadzilibyśmy jakąś nielegalną myjnię samochodową pod oknem. Żeby było zabawniej zaraz na początku następnego miesiąca wymieniali nam liczniki, więc całej sprawy nie można było wyjaśnić prostym skonfrontowaniem z aktualnym stanem sprzętu.
Jako że pisze teraz na spokojnie, zapewne łatwo się domyślić, że cała sprawa została rozwiązana z pozytywnym dla nas skutkiem. W spółdzielni faktycznie się pomylili – ot taki mały błędzik na kilka tysiączków i do przodu, c’nie? W efekcie zapłaciliśmy tylko stosunkowo nieduże wyrównanie, ale zszarganych nerwów nic nam nie wynagrodzi.

Wróciwszy do pracy, zrezygnowałam z pięknych, błękitnych włosów, nie będąc pewną, co na nie Regulamin Pracy i Stroju Służbowego. Nie zrezygnowałam jednak z cudnych tonerów La Riche – po konsultacji z dRaiserem zamówiłam Poppy Red, który na próbkach prezentowała się przeczerwoniście. Na mojej w głowie w trakcie nakładanie także był krwisty. A potem spłukałam, wyszłam na świat i okazało się, że mam rurzowe włosy. To tyle a propos powrotu bez wzbudzania kontrowersji wyglądem. Ale że nikt władny w mej pracy nie wyraża sprzeciwu, to ja się zachwycam i na trochę* rurzowa pozostanę 😉

Trudno pisać teraz o czymkolwiek i całkowicie zignorować festyn, który rozpoczął się w miniony piątek. Tak, tak – całe to EURO mam na myśli. Chciałabym móc napisać, że, za przeproszeniem, leję na nie ciepłym moczem. Niestety, nie jest to możliwe. Codziennie przejeżdżam koło Narodowego Koszyka – no chyba że nie przejeżdżam, bo właśnie jest po/przed meczem i mi urywają od komunikacji miejskiej. Również moja praca została zaafektowana przez piłkę – najpierw wydłużyli nam godziny pracy, przewidując że tłumy bogatych kibiców będą po meczach zachodzić do nas ze Strefy Kibica i kupować kolorowe eurorupiecie. Już pierwszego dnia Euro okazało się, że kibice mają lepsze rzeczy do roboty niż zakupy i od poniedziałku wszystko wróciło do normy. No może oprócz tego, że więcej niż zwykle klientów bucha na mnie oparami gorzały.
I nie, to nie jest tak że jestem całkowicie przeciwna temu EURU – nie neguję, że zrobiło wiele dobrego i dla infrastruktury, i dla promocji Polandu zagranico. Ja bym tylko bardzo, bardzo, bardzo chciała, żeby osoby, które mają na mistrzostwa całkowicie wyjebane (tak jak ja), nie musiały być zewsząd atakowane piłką i atmosferą „WSZYSCY jesteśmy DUMNYMI GOSPODARZAMI”, „WSZYSCY JESTEŚMY KIBICAMI”. Otóż nie, nie wszyscy jesteśmy. Tymczasem z okazji tego ‚festynu’ miasto się blokuje, nawet nie można normalnie pójść na piwo, bo praktycznie każdy pub urządza retransmisje, a czasem i do domu strach wracać, bo agresywni, pijani kibole.
I śmiać mi się chce z tych wszystkich osób, które cieszą się, że miasto jest teraz „kolorowym festiwalem napędzanym pozytywną energią i zjednoczeniem w narodzie”. W związku z tą „pozytywną energią” mieliśmy kilka bardzo poważnych spotkań służbowych poświęconych temu, jak sobie radzić w sytuacji zagrożenia zdrowia/życia, groźby ataku terrorystycznego, itp. W związku z tą „pozytywną energią” dwie nasze filie zostały dziś zamknięte przed czasem z powodów zamieszek polsko-rosyjskich. Pojawiły się nawet plotki o morderstwie w Fanzonie. Świetna sprawa, naprawdę! A co do zjednoczenia – ostatni raz w podstawówce czułam się równie wyizolowana od otaczających mnie ludzi, co teraz wśród wymalowanych rodaków ryczących jakieś dziwne przyśpiewki.
A jeśli miałabym już komuś życzyć wygranej (bo słowo „kibicować” byłoby tu poważnym nadużyciem), to chyba tylko Niemcom w ramach świeżo wyhodowanej i rozwijanej germanofilii oraz planów uczynienia Deutschlandu swoim domem w średnio odległej przyszłości**

* zapewne do lipcowego urlopu
** bo w tej najbliższej czeka nas #MiastonaK

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.06.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Bo czymże byłoby kocie życie bez małej dramy every now and then? została wyłączona) Posted in Bez kategorii, Frustracje, Imprezy, praca, życie kota Tagi: , , , , ,

I’m NOT too old for this shit.

Trochę czuję się znowu jakbym miała osiemnaście lat.
Drugi tydzień mam wyjebane na wszystko i gram w Diablo 3. Ostatni raz jakaś gra mnie wciągnęła tak bardzo właśnie, gdy miałam osiemnaście lat. Byłam tuż przed maturami i, zamiast się uczyć, namiętnie grałam całe dnie w Baldur’s Gate 2. Tylko że wtedy Rodzicielka krzyczała, że się nie uczę, a teraz Najcudowniejszy Mężczyzna Pod Słońcem do niczego mnie nie przymusza, a i czasem nakarmi, jak ja się nakarmić zapomnę.

Chwilkę oddechu od zabijania szkieletów (i nie tylko) zafundowałam sobie jedynie z okazji Juwenaliów, na których pojawiłam się po dwu- (albo i trzy-?) letniej przerwie. Zaciągnęłam dRaisera (a potem także współpracowników) w sam środek pogo i przypomniałam sobie jakie to zajebiste uczucie.
Zdecydowanie musimy znaleźć jakieś minimum w budżecie, które sprawi, że będę mogła częściej. Bo chociaż mam wrażenie, że wokół same dzieciaki, to wciąż nie jestem na to za stara. Z ran „bojowych” dorobiłam się guza, a dRaiserowi troszku się okulary odlutowały, ale it’s worth it.

Poza tym mam niebieskie włosy. Tak, dobrze widzicie – NIEBIESKIE. O takie. Chciałam białe albo rurzowe*, ale dRaiser się uparł. A że jest Najcudowniejszy Pod Słońcem i godzi się na WSZYSTKIE moje dziwactwa, to i ja się zgodziłam. Ale że w tonerach La Riche się zakochałam, to stay tuned – inne wariackie kolory pewnie pojawią się wkrótce. Szkoda mi tylko, że okazji końca urlopu muszę wrócić do jakiegoś minimalnie socially acceptable koloru. Może gdyby nie moja niechęć do aktualnej Dyrekcji, to poszłabym negocjować.

Dobrze mi tak ogólnie. Borykamy się z problemami mniejszymi i większymi, ale sprawy idą do przodu. Mamy plan** i tego się trzymajmy.

 

 

* Błędna ortografia całkowicie zamierzona.
** Jak Cyloni, c’nie? 😉

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 01.06.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania I’m NOT too old for this shit. została wyłączona) Posted in Imprezy, życie kota Tagi: , , ,

Urlop od życia spędzam w Tristram.

Od najbliższego wtorku zaczynam urlop. Całe dwa tygodnie.
Nie wyjeżdżam nigdzie. Nie imprezuję. Nie sprzątam. Nie gotuję. Nie robię wielu innych rzeczy.
Ignoruję Rzeczywistość i ratuję świat.

BTW, jakby ktoś był zainteresowany mamy jeszcze 2 guest passy.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.05.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Urlop od życia spędzam w Tristram. została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , ,

Więcej! Szybciej! Teraz!

Zawsze byłam dumna z tego, że mam podzielną uwagę. Jeszcze w czasach szkolnych jednocześnie słuchałam nauczyciela i czytałam książkę pod ławką, nie tracąc z treści ani jednego, ani drugiego. W domu odrabiałam lekcje, oglądając TV i przeklikując się przez internet. Oglądając filmy/seriale na kompie, zazwyczaj mimochodem klikam coś na netbuczku. Prawie nigdy nie poświęcam się wyłącznie jednej czynności, tylko zawsze muszę „robić coś w tle”, coś dodatkowego.
Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy to aby na pewno jest zaleta, czy może jednak objaw pewnej dysfunkcji, problemów z koncentracją. Zauważyłam bowiem, że często trudno jest mi się skupić na określonej czynności, nawet jeśli jest to wymagane/wskazane. I o ile tyczyłoby się to tylko tzw czynności z przymusu, obowiązków czy pracy, nie martwiłoby mnie to, ale podobnie mam z rzeczami, które robię dla siebie, dla przyjemności. Kiedyś potrafiłam usiąść z książkę i czytać, czytać, czytać aż do ostatniej litery. Teraz nawet jak książka mnie wciąga po uszy, nie potrafię ciągiem przebrnąć przez kilkaset stron. Co chwila robię mniejsze lub większe przerwy, wstanę zrobię herbatę, pokręcę się, pogłaskam kotki. Podobnie mam, kiedy zajmuję się grafiką. Obrabianie zdjęć czy dopieszczanie starych komiksów, sprawia mi przecież przyjemność, ale i tak nie mogę się temu poświęcić całkowicie. Ciągle coś mnie rozprasza i opóźnia prace, chociaż mam świadomość, że im szybciej to zrobię, tym szybciej przejdę do nowych, jeszcze bardziej ekscytujących projektów.
Apogeum, które zainspirowało tę notkę, miało miejsce w ciągu ostatnich trzech dni. Oglądaliśmy film. A właściwie zaczęliśmy oglądać film. W sobotę. Po trochę ponad kwadransie wiercenia się na łóżku, zasnęłam, chociaż początek filmu był bardzo ciekawy. Pomyślałam, że to efekt zmęczenia po pracy. Ale sytuacja powtórzyła się następnego dnia, kiedy do domu wróciłam wcześniej wypoczęta. W efekcie film obejrzeliśmy na trzy raty, przy czym trzeciego dnia też oglądaliśmy z przerwami. Nagle skonstatowałam, że bezczynne leżenie i „wgapianie” się w monitor straszliwie mnie męczy i zupełnie nie mogę poświęcić się wchłanianiu fabuły, choćby nie wiem jak interesująca była.
Żyjemy w szalonych czasach, a czas to pieniądz. Codziennie życie przyzwyczaja nas do tego, że wszystko trzeba robić szybko, szybciej jak najszybciej i nie można marnować ani sekundy. Zastanawiam się, czy ten trend ku zabójczej skuteczności nie przeradza się powoli w kolejną chorobę cywilizacyjną, a ludzie powoli zapominają, jak funkcjonować bez pośpiechu. Przyzwyczajeni do działania ciągle na najwyższych obrotach, wyłączają się w pierwszej wolnej chwili, zamiast zwolnić i skupić się na przyjemnościach. Zewsząd napierają na nas rozmaite bodźce, tak że odzwyczajamy się do poświęcania czemuś niepodzielnej uwagi.
Ja postanowiłam spróbować zerwać z tym trendem. Chciałabym znowu umieć usiąść w miejscu na kilka godzin i w spokoju pokontemplować jakiś drobiazg, nawet jeśli nie będzie to przynosiło, żadnych wymiernych korzyści materialnych.
Może trochę wyolbrzymiam, ale naszła mnie wizja mnie za pięć, pogrążonej w jakiejś dziwnej pląsawicy, wykonującej 15 czynności na raz, żeby tylko zaoszczędzić trochę czasu, zarobić szybciej i więcej.
Tylko, co z tego że super efektywnie zaoszczędzę 3 godziny w ciągu dnia, skoro potem nie będę w stanie się wyluzować i spędzić je na czymś przyjemnym?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 03.04.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Więcej! Szybciej! Teraz! została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: ,