Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Praskie klimaty

Wyobraźcie sobie taką sytuację:

Czas akcji: godzina wczesna – 10 rano.
Miejsce akcji: sypialnia w Kocim Legowisku; uściślając – łóżko (i to nie będzie historia z pornografią w tle!)
Okoliczności przyrody: śpimy z dRaiserem snem twardym. Tzn.: on śpi snem twardym, ja się powoli wybudzam, ale bynajmniej nie mam jeszcze zamiaru wstawać, tylko przekręcam się z boku na bok na granicy jawy i snu. Trzy z naszych kotów spokojnie wylegują się z nami. Dwóch pozostałych nie ma w polu widzenia, siedzą cicho, jeść nie płaczą. Istna sielanka.

Niespodziewanie sielankową ciszę przerywa upiornie głośny, podwójny dzwonek do drzwi, a po nim natarczywe pukanie.

*/W tym miejscu pragnę nadmienić, że kiedyś byłam względnie normalnym człowiekiem, który nie reagował paranoicznie na dzwonek do drzwi. To było zanim przeprowadziłam się do naszego aktualnego mieszkania. Odkąd tam mieszkam, regularnie jestem/śmy nawiedzana/ni przez tabuny świadków Jehowy, dezynsektorów, który wpraszają się na siłę, wmawiają, że byli umówieni, a potem żądają kasy (bez kitu! mój poprzedni współlokator miał taką sytuację!), policję (albo przebierańców – trudno powiedzieć – nie otwieraliśmy) oraz całą galerię podejrzanych typków (w dużej mierze pytających o naszych sąsiadów – prawdopodobnie nie w pełni legalnych imigrantów). Po kilku mocno stresujących doświadczeniach drzwi otwieramy tylko jeśli widzimy przed nimi kogoś znajomego albo listonosza czy gospodarza domu./*

Nie zamawialiśmy żadnej przesyłki ani nie umawialiśmy żadnych gości, więc zignorowałam dzwonek i przekręciłam się na drugi bok.
Dzwonek zadzwonił ponownie. Koty się zainteresowały i zaczęły węszyć pod drzwiami. Trwałam w zamiarze ignorowania. W końcu była 10 rano – pora o której przeciętny obywatel jest w pracy. A nawet jeśli nie, to nie ma żadnego obowiązku otwierać niezapowiedzianym wizytatorom.
Kolejny dzwonek i następujące po nim pukanie obudziły dRaisera, który patrzył na mnie pytająco zaspanym wzrokiem.
Nieustępliwość niechcianego gościa, sprawiła, że zaczęłam powoli myśleć o wstaniu, chociażby po to, żeby zobaczyć przez wizjer, kto się tak niekulturalnie dobija.
W tym momencie nastąpił szczyt bezczelności – uparty natręt pociągnął za klamkę do naszych drzwi wejściowych. Powtórzę – niechciany człowiek, który nie dostał żadnego sygnału, że może wejść do mieszkania, ba!, żadnego sygnału, że ktokolwiek się w tym mieszkaniu w danej chwili znajduje, samowolnie pociągnął za klamkę, próbując wbrew ciszy po drugiej stronie wejść do środka.
Czy wyobrażacie sobie nasze osłupienie?
Gdyby cała sytuacja miała miejsce o nieco bardziej cywilizowanej godzinie, jak nic chwyciłabym za najcięższą patelnię i wybiegła na korytarz z włosem rozwianym, wzrokiem szalonym i okrzykiem bojowym na ustach: „Czy kogoś pojebało?!”.
O 10 zdołałam jedynie wygrzebać się ociężale z pościeli i podejść na drzwi na tyle szybko, że przez wizjer dojrzałam sylwetkę naszego porannego prześladowcy.
A był nim zawsze cichy, bardzo uprzejmy, podeszły wiekiem i lekko zniedołężniały gospodarz domu.

Just one more reason to move.

Kurtyna.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.07.2013. Komentarzy (Możliwość komentowania Praskie klimaty została wyłączona) Posted in całe życie z wariatami Tagi: , , ,

Wielki wzrusz

W miniony poniedziałek, 15 lipca, odbyło się kolejne spotkanie z cyklu WarsawTeetUp – spotkań warszawskich użytkowników Twittera. Pojawiamy się na nich z dRaiserem bardzo sporadycznie, tym razem jednak mieliśmy dobry powód.
Półtora tygodnia przed planowanym eventem, dostaliśmy zaproszenie do tajnej facebookowej grupy „Pomidor”, która została założona przez LANcastera.
Pozwolę sobie zacytować cel całego przedsięwzięcia:

Zebraliśmy się tutaj. Zebraliśmy się tutaj… Zebraliśmy się tutaj aby omówić to co będzie się działo 15.07.
Po pierwsze, będzie Tweetup.
Po drugie, trzydzieste urodziny Małgosi.
Po trzecie, ja kupuję pierścionek, Wy kibicujecie, Małgosia patrzy z niedowierzaniem jak go zakładam jej na palec i płacze.
O czymś zapomniałem? :>

Przez półtora tygodnia dane mi było śledzić „spiskowanie” na fejsie, a potem świadkować całemu wydarzeniu.
I muszę powiedzieć – WOW!
Niby dla mnie, jako świadka, nie powinno być elementu zaskoczenia, ale i tak napięcie było niesamowite.
LANowi w trakcie głos drżał z emocji, Gosia powiedziała „tak”, a ja popłakałam się ze wzruszenia.
Muszę przyznać, że nie jestem wielką zwolenniczką publicznych oświadczyn (a przynajmniej nie chciałabym być bezpośrednią zainteresowaną w takim evencie ;)), ale jestem niesamowicie wdzięczna LANcasterowi za zaproszenie do udziału i obdarzenie zaufaniem. Pierwszy raz świadkowałam takiej uroczystej chwili i emocji z tym związanych nigdy nie zapomnę.

A LANcasterowi i Avdotii życzymy z dRaiserem dużo szczęścia i opanowania w trakcie przygotować do ślubu 😉

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 18.07.2013. Komentarzy (Możliwość komentowania Wielki wzrusz została wyłączona) Posted in całe życie z wariatami, Imprezy, związki Tagi: , , , ,

Jestę grafikię*

Mój chłopiec ma kuzyna. Kuzyn ma kumpla, a kumpel ma matkę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to że mamuśka kuzyna poczuła żyłkę Biznesłomen. Synek usłyszawszy o zapotrzebowaniu matki na magików od stron www polecił swego kumpla – aspirującego do miana grafika komputerowego (kuzyna dRaisera), a ten wciągnął w biznesy swojego kuzyna programistę.
Biznes wpierw miał być wielki, ale mamuśkę przerosły koszty, więc zaczęła kombinować nad czymś mniejszym, żeby na ten Wielki Biznes zarobić.
Uzgadnianie szczegółów ciągnęło się dobre pół roku – co samo w sobie jest śmieszne, ale przyznać trzeba, że wina była nie tylko po stronie klientki, ale też kuzyna, który bezczelnie olał kilka spotkań. dRaiser nadrabiał za niego, więc szczęśliwie udało się ustalić zakres prac oraz owe wycenić.
Gorzej zrobiło się, gdy przyszedł moment, w którym spotkanie kuzyna z klientką stało się nieuniknione, bo wypadałoby jednak, żeby szczegóły szaty graficznej z klientem ustał grafik, a nie programista, który w zasadzie do momentu wdrażania może mieć w nosie jak strona będzie wyglądać. Kuzyn nie stawił się na jedno spotkanie, drugie spotkanie, a potem przestał odbierać telefony i wiadomości zarówno od klientki jak i od dRaisera. Pełna profeska, czyż nie?
dRaiser się zirytował, przestał się przejmować „biednym” kuzynkiem, któremu rzekomo „bardzo zależy na tym zleceniu” (tak powtarzał na początku współpracy) i zatrudnił godną zaufania graficzkę. Mnie znaczy się.
Pierwszy kontakt mailowy przebiegł pomyślnie. Klientka poproszona o podanie linków do przykładowych stron, które jej się podobają, wysłała ze trzy. Wszystkie strony były zrobione staromodnie, do tego brzydkie jak noc, ale ostatecznie ja tu nie jestem od oceniania gustu szanownej pani tylko od zaspokajania jej potrzeb. Przygotowałam jej próbkę mojej pracy – wstępny design i poszłam na spotkanie z założeniem, że będzie jakiś punkt wyjścia.
Klientka okazała się zaprawdę z piekła rodem. Wyrzucała z siebie kilkanaście zdań na minutę, jedno z drugim powiązane było jak słoń ze słońcem, a żadne nie zawierało odpowiedzi na pytanie, które zadałam chwilę temu, ale nic to – trzeba było zaciskać zęby i próbować do skutku. En effet zostałam zatrudniona do – jak to dumnie brzmi – wykonania pełnej identyfikacji wizualnej pani biznesu, zgodziłam się pracować za taką samą kwotę jaką wcześniej zaproponował kuzyn (zdając sobie sprawę, że cena była zaniżona solidnie, ale ostatecznie całe zlecenie miało być trochę „po znajomości”, a i tak bardziej mnie cieszyła możliwość dodanie poważnej roboty do portfolio). Co więcej – klientce mój wstępny design spodobał się bardzo, udało mi się z niej wydusić co chciałaby w nim zmienić/dodać/zawrzeć, więc wróciłam do domu i zabrałam się do pracy.
Schody zaczęły się bardzo szybko – po pierwsze szanowna pani za nic nie była w stanie pojąć, że grafik zajmuje się sprawami graficznymi, programista przerabia grafikę na gotową stronę i to w zasadzie tyle z naszych kompetencji. Idea, że kupowanie domen, serwerów i zarządzanie tymi to już powinna we własnym zakresie albo wynająć administratora przerastała jej pojmowanie rzeczy. Bo jak to? Zatrudniła ludzi do zrobienia strony internetowej, to przecież oni jej wszytko zrobią. Co więcej wszytko jej wytłumaczą co i jak. Nauczą korzystać z platformy na której to stoi. Zajmą się wypozycjonowaniem w guglach, a najlepiej również wypromowaniem. Ermm…. czy trochę się nie zapędzamy? Ależ!
Różnica pomiędzy kompetencjami moimi a dRaisera też ni diabła do niej nie docierała. W każdej sprawie kontaktowała się z dRaiserem (i to telefonicznie (!) w godzinach często porannych, gdy ten wyraźnie zaznaczył, że poza sprawami niezwykle pilnymi prosi o komunikację mailową) i nie ważne czy chodziło o to, że chciałaby dodanie kolorowego paseczka na stronie głównej, czy o zalogowanie się do panelu admina i przestawienie czegośtam.
No ale ogólnie prace szły do przodu. Wprowadzałam wszystkie zmiany w grafice, jakie sobie tylko zażyczyła (za dziesiątym razem nawet zrozumiała, że pewnych ikon popkultury nie możemy używać, bo istnieje coś takiego jak „prawa autorskie”). Po każdej najdrobniejszej zmianie projekt był do niej wysyłany, żeby zatwierdziła zanim przejdziemy dalej.
Efekt końcowy no… moim zdaniem nie był piękny, ale jak już podkreślałam moje zdanie tu się nie liczy. Ona – cała w skowronkach – wyraziła końcową aprobatę, dając dRaiseru zielone światło na wdrażanie. Moja robota już prawie skończona – jeszcze jakieś uloteczki miałam jej walnąć. I tu kolejne schody. Poprosiłam panią albo o kontakt do drukarni z której usług zamierza korzystać, albo o skontaktowanie się z nimi i wytyczne odnośnie formatu w jakim sobie życzą ową ulotkę. Pani, owszem, skontaktowała się, po czym w rozmowie mailowej z dRaiserem stwierdziła: „No tak. Oni mi cośtam powiedzieli, ale nic nie zrozumiałam, to nie zapamiętałam. Pomyślałam, że ty będziesz wiedział”. Serio. Bardzo kuźwa serio.
W międzyczasie umówiliśmy się na podpisywanie umowy. Spotkanie można w skrócie opisać tak: przyszliśmy, popatrzyliśmy się na siebie. Ona: No to podpisujemy? My: No tak. Dalej na siebie patrzymy. Ona: A to ja miałam coś przygotować?
Mogłabym się rozwlekać jeszcze długo a to na temat braku zrozumienia, absurdalnych wyobrażeń o kompetencjach twórców stron internetowych lub braku umiejętności napisania maila poprawnie po polsku (najchętniej obrazując cytatami, no ale są granice…).
Point is: zlecenie zostało ukończone. dRaiser wdrożył stronę. Zostały jeszcze jakieś małe popraweczki w stylu button do fanpage’a. Cieszyliśmy się niezmiernie, że mamy to już za sobą, bo oboje koszmarnej kobiety mieliśmy już dość. I wtedy wybuchło.
Kolejnego pięknego dnia kolejny mail, którego treść sprowadzała się do: przyjrzałyśmy się stronie z moją wspólniczką i w zasadzie to ona nam się nie podoba, chciałybyśmy ją przebudować tak żeby była wielokolumnowa, do tego może udałoby się znaleźć jakąś gotową templatkę? W ogóle powinniśmy (ja i dRaiser, nie że my z nimi) przysiąść, spojrzeć na tę stronę i się zastanowić „Co zmieniłbym/abym gdyby to była moja strona? Co jeszcze mogę poprawić?”. I oczywiście wszytko w ramach tego samego zlecenia i ustalonej już kwoty.
Wolne żarty!
Podziwiam dRaisera za stoicki spokój z jakim odpisał paniom, że bardzo mu przykro, że zrobiliśmy wszystko w ramach dotychczasowej umowy i to pod ścisłym nadzorem i stuprocentową akceptacją zleceniodawczyni. Jeśli jednak panie są gotowe zebrać raz a skutecznie wszystkie poprawki, które chciałyby wprowadzić, to możliwym jest wycenienie ich i dalsza współpraca na zasadzie aneksu.
Szanowna pani zamilkła.
Ponieważ wścibscy jesteśmy niemożebnie udało nam się wyśledzić najpierw jej jedną nieudolną próbę działania na gotowym szablonie spod marki wix.com, następnie drugą skuteczniejszą na bloggerze. Ponadto we wpisie na blogu skarżyła się płaczliwie, że miała marzenie, wynajęła do zrealizowania go „internetowych grafików” a ci ją niecnie wykorzystali, no ale. Wariatów/idiotów na świecie nie brakuje, a dopóki nasze nazwiska nie są szkalowane nie ma się czym przejmować. Tylko zapamiętać, żeby więcej nie brać takich zleceń po znajomości.

* a przynajmniej się staram

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 25.11.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Jestę grafikię* została wyłączona) Posted in całe życie z wariatami, Internety, praca Tagi: ,

Bo Współlokator jest od tego…

Kot w przypływie desperacji zadzwonił do Igora.
– Skarbie, czy ty dzisiaj gdzieś imprezujesz?
– No nie.
– Cudownie. To teraz na mnie nakrzycz.
– ???
– No krzycz na mnie. Tak solidnie. Bo ja mam wrócić dziś po pracy prosto do domu i nie kupić po drodze żadnego alkoholu, tylko jakoś umiarkowanie wierzę w swoją silną wolę
– No więc słuchaj…. [tu wstaw pięciominutową tyradę na zażyczony temat, po której Kot poczuł się malutki i zdominowany]
-No dobra, to tylko mi powiedz, ten regał, co to przyszedł w końcu, to już złożony czy będziemy składać, jak wrócę?
– [szmery w tle]
– Tak, kocie, dziś w sumie wracam do domu, to…
– Zaraz, to ciebie nie ma w domu? To jak sprawdzisz czy Kot wrócił grzecznie?
– MASZ MI SIĘ ZAMELDOWAĆ NA GADU!

I w takich chwilach, Kot się cieszy, że mieszka z tym a nie innym Współlokatorem, pomimo wszelkich jego wad 🙂

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 08.04.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Bo Współlokator jest od tego… została wyłączona) Posted in całe życie z wariatami, dialogi Tagi: , ,

It’s a sign!

Czasami ze znajomymi podśmiewamy się, że Kot, jako internetowa ekshibicjonistka, praktycznie nie musi opowiadać, co nowego u niego, jako że o wszystkich ważnych wydarzeniach w kocoim życiu można przeczytać na blogu albo blipie. Są jednak ludzie, którzy kocich blogów nie czytają, głównie znajomi z pracy, i im radosne historie opowiada Kot osobiście, w ramach udawania, że jednak jest zwierząkiem społecznym i posiada śladowe umiejętności interpersonalne. Tak też dziś chciał uczynić – próbował Albercikowi i Irence opowiedzieć o najnowszym wyczynie kociego Współlokatora. Niestety, prób dokonywał stojąc na kasie i co rusz przychodził klient, zaczepiał, nie pozwalając Kotu dopowiedzieć do końca. Po tym jak po raz piąty zinteruptowano Kotu dokładnie w tym samym momencie, Albercik uznał, że pójdzie i może później będzie spokojniej i Kot dopowie, a Irenka rzuciła: „Napisz na fejsbuku, wtedy na pewno przeczytam!”. Doprawdy!

Anyway, Kot nie byłby sobą, gdyby nie tyle na fejsbuczku, co blogasku ową story umieścił.

A zatem posłuchajcie,

Wczoraj święto było niesłychane – Matki Boskiej Pieniężnej wobec czego Kot postanowił lekko uzupełnić zapas alkoholi w domu, jako że poprzedniego dnia dopijali ze Współlokatorem resztki Whiskey. Zanabył wino, a potem po chwili zastanowienia, co by w środku nocy do sklepu nie lecieć (czego i tak nie udało się Kotu uniknąć), drugie, wrócił do domu, pofarbował włosy i zaczął konsumpcję. Koci Współlokator balował w tym czasie gdzieś indziej, ale w końcu powrócił, nakarmił Kota i wraz z Białym udał się nocny spacer, mając w planach eksplorację jakiegoś opustoszałego budynku.
Kilka chwil później Kot był już pod koniec drugiej butelki wina, gdy usłyszał szczęk otwieranego zamka, a następnie mnogość niepokojących odgłosów. Zaintrygowany powstał sprzed kompa i wychylił się do przedpokoju. Wychylił się i ujrzał – Igora, Białego oraz znak drogowy. Tak, moi drodzi, dobrze widzicie – ZNAK DROGOWY. Przejście dla pieszych, uściślając. I nie to żeby samą tabliczkę przytargali, o nie nie nie, to by było zbyt soft – oni przytargali całą instalcją z długą ciężką rurą.*

Dziś rano Kot się obudził i zaspany, nie pamiętawszy o znaku, udał się do kuchnii kawę poranną sobie przygotować. Wychodzi ze swojego pokoju, a tu… znak leży radośnie w przedpokoju na podłodze, sięga do kuchni… O bogowie!

* Wprawdzie Kot ostatnio przebąkiwał, że życzy sobie zainstalawanie rury, przy której mógłby się wyginać, ale nie myślał, że Współlokator tak dosłownie potraktuje kocie słowa.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 31.03.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania It’s a sign! została wyłączona) Posted in całe życie z wariatami Tagi: , , , ,