Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

What’s up?

Jak łatwo zauważyć, nastąpiła kolejna długa przerwa na blogu. Prawda jest taka, że przy aktualnym stopniu rozbudowania wszystkich społecznościówek spada troszkę potrzeba pisania na blogu. Mało finezyjne wpisy pt. „co tam słychać?” zostały dość skutecznie wyparte przez statusy na fejsie, blipnięcia czy też ostatnio (po oficjalnym ogłoszeniu zamknięcia blipa) tweety.
Fakt, że w moim życiu nie dzieje się nic spektakularnego sprzyja blogowemu marazmowi.
Ale co by nie pisać tylko notki o niepisaniu bloga, zapdejtujmy ostatnie kilka miesięcy.
Po raz kolejny zmieniłam dział w ramach firmy – teraz pracuję na najfajniejszym, najluźniejszym i powiązanym z największymi profitami. Chwilowo porzuciłam myśli o szukaniu innej pracy, mając nadzieję, że przy przeprowadzce do Miasta na K. uda mi się przetransferować, dzięki czemu na dzień dobry będę miała zapewnioną robotę, a czegoś lepszego poszukam na miejscu.
W wolnych chwilach zgłębiam tajniki HTMLa i CSSa dzięki Code Academy. Bardzo polecam!
Poza tym żyję sobie spokojnie, cicho i bardzo geekowo(nerdowo?) wolne chwile poświęcając raczej na grania/serialowanie niż ekscesy.
Główną siłą napędową jest myśl o przeprowadzce. Nawet jeśli nie od razu do Miasta na K., to przynajmniej GDZIEKOLWIEK INDZIEJ. Szczerze dość mam już naszej nory – jak zaczęłam myśleć o tym przyciasnym, wymagającym gruntownego remontu i przemeblowaniu mieszkanku. Dość mam robali wypełzających z rozmaitych kątów kuchni pomimo regularnej dezynsekcji. I dość mam tej cholernej, brudnej, zapijaczonej, zadresionej Pragi. Atmosfery permanentnego melanżu. Braku kultury na każdym kroku.
Marzy nam się coś miłego, czystego, uprysznicowanego. Najlepiej na Ursynowie, względnie Żoliborzu.
I jest nadzieja.
Jest projekt, który, jeśli tylko wypali, ułoży nam życie na wystarczająco długo. Oczekujemy wyklarowania w połowie sierpnia. Tak więc trzymajcie kciuki.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 13.07.2013. Komentarzy (Możliwość komentowania What’s up? została wyłączona) Posted in blog, Frustracje, praca, życie kota Tagi: , , ,

No pizza for the wicked

Wspominałam już, że w grudniu pracuję nie dość, że absurdalną ilość godzin to jeszcze w godzinach absurdalnych? A głównie nocnych?
No właśnie.
Owocuje to tym, że jestem wiecznie padnięta, niedospana i w zasadzie bez mocy przerobowych do tak zwanych „czynności okołodomowych” na przykład gotowania.
Wracam więc do domu o takiej 7 rano po 16 godzinach zapierdalania jak mróweczka i chciałabym coś zjeść. dRaiser ostatnio również zapierdala równo nad kilkoma projektami, a kotki jakoś nie chcą zrozumieć czego od nich chcemy próbując dać reklamówkę, prostokątny kawałek plastiku i listę z zakupami, więc nierzadko w lodówce znajduje się jedynie światło i, obowiązkowa w grudniu, flaszka w zamrażalniku. Logicznym jest założenie iż jestem głodna + mam pieniądze = mogę zamówić żarcie. Tylko że der haha!
Trzykrotne przeszukanie internetów wszerz i wzdłuż, konsultacja poprzez sołszjal midja i dupa blada – najwyraźniej 7 rano jest mrocznym punktem w funkcjonowaniu pizzerii.
A najgorsze jest to, że owe przybytki dają złudną nadzieję:

24h w linku brzmi zachęcająco. Szkoda tylko, że po wejściu na stronę okazuję się, że oznacza to zazwyczaj do ok. 4 :/

A teraz czalendż! Prove me wrong! Znajdźcie mi pizzerię, która dostarcza na Pragę o 7 rano, a wdzięczność ma nie będzie znała granic.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 18.12.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania No pizza for the wicked została wyłączona) Posted in Frustracje Tagi: ,

Bo czymże byłoby kocie życie bez małej dramy every now and then?

Miałam urlop, pamiętacie? Spędzałam go sobie radośnie i beztrosko zabijając hordy potworów. Było błogo i bezstresowo.

Do czasu.

W niedzielę, przedostatni dzień mojego urlopu, do drzwi mieszkania zapukał Gospodarz. Przyniósł rozliczenie za wodę za minione pół roku. Na wszelkie tego typu papiery zazwyczaj rzucam tylko kątem oka i wkładam do koszyczka do przekazania w bliżej nieokreślonej przyszłości Właścicielu. Tym razem jednak kwota końcowa rozliczenia skutecznie przykuła moją uwagę na dłużej. Cyferki twierdziły bowiem, że niedopłata za poprzednie 6 miesięcy wynosi 3880 (słownie: trzy TYSIĄCE osiemset osiemdziesiąt złotych).
W tej sytuacji natychmiast skontaktowaliśmy się z Właścicielem, który obiecał zająć się wyjaśnieniem sprawy.
Następne kilka dni minęło pod znakiem totalnej dramy. Nie muszę chyba mówić, że 4 tysie to nie jest kwota, którą moglibyśmy ot tak sobie skądś wyciągnąć…
W międzyczasie analiza otrzymanego rozliczenia wykazała, że zwiększone zużycie („odpowiedzialne” za naszą niedopłatę) wystąpiło w ciągu 1 miesiąca w postaci 403 m3 (TAK, 403 000 LITRÓW) zimnej wody. Na zdrowy rozum poziom zużycia całkowicie absurdalny i nieosiągalny, chyba że prowadzilibyśmy jakąś nielegalną myjnię samochodową pod oknem. Żeby było zabawniej zaraz na początku następnego miesiąca wymieniali nam liczniki, więc całej sprawy nie można było wyjaśnić prostym skonfrontowaniem z aktualnym stanem sprzętu.
Jako że pisze teraz na spokojnie, zapewne łatwo się domyślić, że cała sprawa została rozwiązana z pozytywnym dla nas skutkiem. W spółdzielni faktycznie się pomylili – ot taki mały błędzik na kilka tysiączków i do przodu, c’nie? W efekcie zapłaciliśmy tylko stosunkowo nieduże wyrównanie, ale zszarganych nerwów nic nam nie wynagrodzi.

Wróciwszy do pracy, zrezygnowałam z pięknych, błękitnych włosów, nie będąc pewną, co na nie Regulamin Pracy i Stroju Służbowego. Nie zrezygnowałam jednak z cudnych tonerów La Riche – po konsultacji z dRaiserem zamówiłam Poppy Red, który na próbkach prezentowała się przeczerwoniście. Na mojej w głowie w trakcie nakładanie także był krwisty. A potem spłukałam, wyszłam na świat i okazało się, że mam rurzowe włosy. To tyle a propos powrotu bez wzbudzania kontrowersji wyglądem. Ale że nikt władny w mej pracy nie wyraża sprzeciwu, to ja się zachwycam i na trochę* rurzowa pozostanę 😉

Trudno pisać teraz o czymkolwiek i całkowicie zignorować festyn, który rozpoczął się w miniony piątek. Tak, tak – całe to EURO mam na myśli. Chciałabym móc napisać, że, za przeproszeniem, leję na nie ciepłym moczem. Niestety, nie jest to możliwe. Codziennie przejeżdżam koło Narodowego Koszyka – no chyba że nie przejeżdżam, bo właśnie jest po/przed meczem i mi urywają od komunikacji miejskiej. Również moja praca została zaafektowana przez piłkę – najpierw wydłużyli nam godziny pracy, przewidując że tłumy bogatych kibiców będą po meczach zachodzić do nas ze Strefy Kibica i kupować kolorowe eurorupiecie. Już pierwszego dnia Euro okazało się, że kibice mają lepsze rzeczy do roboty niż zakupy i od poniedziałku wszystko wróciło do normy. No może oprócz tego, że więcej niż zwykle klientów bucha na mnie oparami gorzały.
I nie, to nie jest tak że jestem całkowicie przeciwna temu EURU – nie neguję, że zrobiło wiele dobrego i dla infrastruktury, i dla promocji Polandu zagranico. Ja bym tylko bardzo, bardzo, bardzo chciała, żeby osoby, które mają na mistrzostwa całkowicie wyjebane (tak jak ja), nie musiały być zewsząd atakowane piłką i atmosferą „WSZYSCY jesteśmy DUMNYMI GOSPODARZAMI”, „WSZYSCY JESTEŚMY KIBICAMI”. Otóż nie, nie wszyscy jesteśmy. Tymczasem z okazji tego ‚festynu’ miasto się blokuje, nawet nie można normalnie pójść na piwo, bo praktycznie każdy pub urządza retransmisje, a czasem i do domu strach wracać, bo agresywni, pijani kibole.
I śmiać mi się chce z tych wszystkich osób, które cieszą się, że miasto jest teraz „kolorowym festiwalem napędzanym pozytywną energią i zjednoczeniem w narodzie”. W związku z tą „pozytywną energią” mieliśmy kilka bardzo poważnych spotkań służbowych poświęconych temu, jak sobie radzić w sytuacji zagrożenia zdrowia/życia, groźby ataku terrorystycznego, itp. W związku z tą „pozytywną energią” dwie nasze filie zostały dziś zamknięte przed czasem z powodów zamieszek polsko-rosyjskich. Pojawiły się nawet plotki o morderstwie w Fanzonie. Świetna sprawa, naprawdę! A co do zjednoczenia – ostatni raz w podstawówce czułam się równie wyizolowana od otaczających mnie ludzi, co teraz wśród wymalowanych rodaków ryczących jakieś dziwne przyśpiewki.
A jeśli miałabym już komuś życzyć wygranej (bo słowo „kibicować” byłoby tu poważnym nadużyciem), to chyba tylko Niemcom w ramach świeżo wyhodowanej i rozwijanej germanofilii oraz planów uczynienia Deutschlandu swoim domem w średnio odległej przyszłości**

* zapewne do lipcowego urlopu
** bo w tej najbliższej czeka nas #MiastonaK

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.06.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Bo czymże byłoby kocie życie bez małej dramy every now and then? została wyłączona) Posted in Bez kategorii, Frustracje, Imprezy, praca, życie kota Tagi: , , , , ,

#nieprzerwanepasmosukcesow – ciąg dalszy

Pamiętacie, jak ostatnio opowiadałam, że próbujemy całego możliwego pecha wyczerpać na początku roku? #nieprzerwanepasmosukcesow nadal trwa. Najpierw jedna z firm, z którą dRaiser współpracował, stwierdziła, że nie przedłuża współpracy, więc na gwałt szukaliśmy nowego pracodawcy.
Następnie moja matka oznajmiła, że jednak nie zapłaci za moją poprawkę. Co więcej, oznajmiła to w ostatnim dniu przed wyznaczonym terminem płatności – szkoda, że nie jeszcze z tydzień później, prawda? Po długich rozważaniach, postanowiłam w końcu przerwać tę farsę i dać sobie spokój z idiotycznym kierunkiem. Jak kiedyś odkryję do czego mógłby mi się przydać licencjat, wznowię studia albo zacznę inne. Póki co są ważniejsze rzeczy.
Nowy pracodawca wprawdzie się znalazł, ale pod koniec miesiąca trzeba będzie oddać służbowego laptopa, a to boli bardzo. Nie muszę chyba dodawać, że nie stać nas chwilowo na nowego, a na moim netbuczku, to dRaiser nie popracuje.
Najważniejsze, że się staramy. Szukamy zleceń, poszerzamy umiejętności… byle do przodu.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.02.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania #nieprzerwanepasmosukcesow – ciąg dalszy została wyłączona) Posted in Frustracje, praca, studia, życie kota Tagi: ,

Always the hard way

Staramy się wyczerpać całą pulę pecha przeznaczoną na ten rok już na początku. A przynajmniej tak wnioskuję, po tym co nam Wszechświat serwuje. Bo jeśli to mają być te spokojniejsze dni, to ja dziękuję bardzo, nie chcę wiedzieć, co będzie dalej.
W ciągu zaledwie miesiąca (i tygodnia) co najmniej 5 razy szłam do pracy z nastawieniem, że to mój ostatni dzień. dRaiser w sumie nadal nie wie czy firma, z którą ma umowę do końca lutego, będzie chciała przedłużyć z nim współpracę. Z różnych powodów musiałam zmniejszyć etat do 3/4. Na studiach plan mam idiotyczny jak jeszcze nigdy. Tylko w pierwszym tygodniu lutego znienacka, zupełnie nieplanowanie przez własną głupotę i zapominalstwo musieliśmy wydać 2 stówy. Firma, która miała dostarczać zlecenia zajmujące co najmniej 20 godzin tygodniowo trochę nie wyrabia. Małe niedopowiedzenie sprawiło, że pieniądze potrzebne na konkretny cel, poszły na coś zupełnie innego, co było zaplanowane na późniejszą część miesiąca i na gwałt potrzebujemy 4 setek. Porzeczka ma ruję i płacze żałośnie, starając się przy tym być jak najmniej inwazyjna. Okna są bardziej nieszczelne niż ustawa przewiduje, więc, pomimo owinięcia ich kocykami, zimno przedostaje się do pokoju, tak że jednego dnia byłam o krok od założenia czapeczki, szaliczka i rękawiczek do siedzenia przy kompie. Kotki stłukły bardzo ładny świecznik. Wymieniliśmy spławik w sedesie, postanowił więc on zepsuć się winny sposób – woda wycieka od dołu.
Nie wiem, kto nam życzył żyć w ciekawych czasach, ale jak go znajdę, marny będzie jego los.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 05.02.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Always the hard way została wyłączona) Posted in Frustracje Tagi: , , , ,

A głodnego nakarm…

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, że jest środek nocy, siedzi się większą lub mniejszą grupką w czyimś mieszkaniu i wtem rodzi się pragnienie… Pragnienie pożywienia. I idzie człowiek do lodówki, a w lodówce jeno światło. W najbliższym czynnym sklepie z jedzenia to tylko zagrycha do piwa; trochę słabo.
Taką właśnie sytuację mieliśmy w zeszłym tygodniu, kiedy gościliśmy Igora. Proste rozwiązanie nasunęło się samo – postanowiliśmy zamówić pizzę, w końcu od jakiegoś czasu funkcjonuje Pizza Nocą.
Najpierw zadzwoniliśmy do sprawdzonej pizzerii, ale Dziwny Pan, po poinformowaniu nas szczegółowo o kosztach dostawy, oznajmił, że piece im nie działają, więc w zasadzie nie mamy po co składać zamówienia.
Khem.
Po dłuższych dywagacjach zdecydowaliśmy się skorzystać z usług innej pizzerii, występującej w sieci pod jakże oryginalną nazwą Pizza W Nocy. Zamówiliśmy dwie duże pizze: Pepperoni i Góralską. Jako że mój luby nie cierpi cebuli i papryki wielokrotnie i bardzo dobitnie podczas rozmowy podkreślaliśmy, że na Góralskiej ma nie być cebuli, a na Pepperoni cebuli oraz papryki. Umiarkowanie przytomny Pan powtórzył dokładnie nasze zamówienie i poinformował nas, że pizza powinna dojechać w ciągu 40 minut. „Najpóźniej o 2:20 będzie” brzmiały słowa Pana.
Czekaliśmy niecierpliwie grając w Minecrafta. Byliśmy już głodni zamawiając, a z czasem ssanie w żołądku nasilało się niemiłosiernie.
O 2:20 pizzy nie było.
O 2:30 poddenerwowana kazałam dRaiserowi zadzwonić i zapytać, co-do-jasnej-cholery-i-wszystkich diabłów dzieje się z naszą pizzą. Pan na telefonie powiedział, że „nooo-ooo-o pizza już wyjechała i za 15 minut powinna być”. 15 minut licząc od 2:30 daje nam 2:45, czyli zaledwie 25 minut opóźnienia w stosunku do obiecywanych 40 minut, right?
A zgadnijcie co było o 2:45.
That’s right. Pizzy nadal nie było. A my coraz bardziej głodni wymyślaliśmy finezyjne tortury, którym poddamy Pana Dostawcę, jeśli ten raczy kiedykolwiek dojechać.
Pizza przyjechała chwilę przed trzecią. Szczęśliwie dostawca nie zapomniał wziąć terminala, co by było gwoździem do trumny, więc zapłaciliśmy, rozłożyliśmy się na łożu i rozpoczęliśmy konsumpcję.
Otworzyliśmy 1wszą pizzę z góry – Góralska. Z cebulą. A jakże. Najwyraźniej powtórzenie kilkanaście razy, że ma jej nie być nie wystarczyło.
Szczęśliwie przy pepperoni się postarali – nie dodali żadnego z zakazanych składników. Co, szczerze mówiąc, tym bardziej jest konfundujące. Bo jak to? Jedno zamówienie, to samo zastrzeżenie do obu pizz, ale Pan zanotował tylko do jednej chociaż powtórzył potem prawidłowo?
Żeby być zupełnie szczerą, muszę przyznać, że pizze były naprawdę smaczne i duże. Tylko co z tego, skoro czekaliśmy na nie ponad godzinę (Może Pan Dostawca stał w korku o 2 w nocy?) i dostaliśmy ze składnikami, o których pominięcie wyraźnie prosiliśmy? A za całą przyjemności zapłaciliśmy lekko ponad 8 dyszek.
Następnym razem skorzystamy z usług innej pizzerii, a tę będziemy wszystkim serdecznie odradzać. Szczęśliwie konkurencja na polu karmienia narodu pizzą w nocy rośnie.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 26.01.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania A głodnego nakarm… została wyłączona) Posted in Frustracje Tagi: ,

Eksploatować każdy może!

A przynajmniej tak najwyraźniej uważają Nowe Władze nieszczęsnej Firmy, w której mam coraz większą nieprzyjemność pracować.
Już kiedyś opisywałam jak sprytnie podwyższyć pracownikom pensje, żeby mniej zarabiali. Tym razem napiszę o tym jak bardzo Firma szanuje czas swojego pracownika.
Wiadomo, że grudzień, dla Firmy takiej jak ta, jest czasem największego zysku, najwyższych obrotów oraz największego napięcia. Tłumy klientów pragnących zostawić u nas góry pieniędzy wbijają z obłędem w oczach drzwiami (gdyby tylko mogli oknami pewnie też by chętnie wbijali) już od drugiej połowy listopada. Wszyscy pracownicy zdają sobie sprawę, że jest to czas wytężonej pracy, braku odpoczynku, przychodzenia na nocki, itp. Z tej okazji są też dotrudniani ludzie jako tzw.”pomoc świąteczna”. Niejednokrotnie zdarzają się również nadgodziny.
I tu zbliżam się do sedna.
Jeśli dobrze liczę, to będą moje 4(sic!) święta w tej Firmie i, nie da się ukryć, zawsze zostawało się po godzinach lub przychodziło na dodatkowy dzień (lub noc) za co dostawało się pieniążki lub odbierało godziny w miesiącu następnym. I było to w porządku, ponieważ nie byliśmy do tego zmuszani. Pracownik był pytany (czasem nawet proszony) i dopiero kiedy się zgodził dopisywano mu dodatkowe godziny. A większość pracowników się zgadzała. I uważam, że był to bardzo przyzwoity układ.
Ale nie w tym roku, o nie! W tym roku, ok. ostatniego tygodnia listopada dowiedziałam się, że odgórnym zarządzeniem Dyrekcji w grudniu WSZYSCY pracownicy mają odjęte dwa dni wolne od przysługującej, wynikającej z prawa pracy, liczby dni wolnych w miesiącu. Wprawdzie te dni ponoć mają być do odebrania w styczniu, ale zarządzenie nie podlega dyskusji. Podkreślę: zostaliśmy poinformowani. Nikt się nie pytał nikogo o zgodę ani nie brał pod uwagę, że być może ktoś ma Bardzo Ważne Powody, żeby odmówić przychodzenia ponadetatowo.
Jako osoba, studiująca dziennie i mająca w grudniu mnóstwo zaliczeń (bo przecież wszystkie kolosy najlepiej pisać tuż przed świętami) jestem przerażona. Już chodzę ciągle zmęczona, niedospana i nieprzytomna, a miesiąc się na dobre nie zaczął.
Koleżanka, która ma małe dziecko, wyda prawie jedną trzecią swojej pensji na nianię.
Bo przecież pracownicy zmuszani do nadprogramowych godzin na pewno będą obsługiwać klientów z pasją i uśmiechem, right?

Czy ktoś jeszcze się dziwi, że Firma zajmuje tak wysokie miejsce w rankingach na Najgorszego Pracodawcę Roku?

Anyway, ja mam już serdecznie dość i po wielokrotnym przeanalizowaniu sytuacji finansowej dojrzałam do zmiany pracy. Tym razem tak naprawdę-naprawdę. Bo mogę znieść wiele rzeczy (w tym marne zarobki i coraz bardziej idiotyczne procedury wymyślane przez oszołomów, którzy codziennie z klientem styczności nie mają), ale nie zniosę pozbawiania mnie czasu mojego czasu wolnego. No bo skoro mogą tak postępować teraz (choć osobiście nie jestem przekonana czy to w ogóle zgodne z Kodeksem Pracy), to co ich powstrzyma przed eskalacją eksploatacji pracowników w przyszłości?

Więc jak byście słyszeli o jakieś miłej posadce, pamiętajcie o mnie.
Nie mam dużych wymagań:
– praca nie może kolidować z moim trybem studiów (czyli w godzinach południowo-popołudniowo-wieczornych)
– musi przynosić 1k+ dochodu na łapkę
– mile widziany niepełny etat.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 02.12.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Eksploatować każdy może! została wyłączona) Posted in Frustracje, praca Tagi: , ,

Praga w remoncie

Dawno, dawno temu kraina zwana Szmulki była doskonale skomunikowana z całym światem. A przynajmniej z tą częścią świata, która interesowała Kota. Kot w niecałe 20 minut docierał na uczelnię, ok. pół godziny zajmowało Kotu znalezienie się w pracy lub Domu Rodzinnym.
Dogodna komunikacja z Centrum była jedną z zalet, które Kot wymieniał w ogłoszeniu, gdy w maju br. rozpaczliwie poszukiwał współlokatora. „Przystanek tramwajowy jest praktycznie pod blokiem, a 7 w 20-25 minut dowiedzie do Metra Centrum, a 20 w 15-20 do Metra Ratusz. Niecałe 7 minut spacerem, a 2 tramwajem do Dworca Wschodniego, skąd odjeżdżają SKMki i Koleje Mazowieckie” – tak właśnie reklamował swoje miejsce zamieszkania Kot, święcie przekonany, że mówi prawdę, gdyż tak wspaniale komunikacja działała przez miniony ponad rok mieszkania Kota na Pradze. Pod koniec maja dRaiser ostatecznie się do Kota wprowadził i, abstrahując od wszystkich innych aspektów sprawy, Kot się cieszy, że zamieszkał z ukochanym, bo nikt emocjonalnie niezwiązany z Kotem nie wstrzymałby komunikacyjnego pandemonium, które po chwili wybuchło.
Otoż Organ Odpowiedzialny przypomniał sobie, że wszak Euro 2012, które hostujemy to tak jakby w przyszłym roku i można by w końcu powymieniać tory, wybudować porządną stację PKP przy Stadionie Narodowym no i Drugą Linię Metra popchnąć do przodu. W efekcie po kolei zamykano i otwierano kawałek Kijowskiej, ktorym tramwaje dojeżdżały do Wschodniego, Targową w stronę Wileńskiego, Targową w stronę Teatru Powszechnego, Kawęczyńską, Linię Średnicową, odcinek między Powszechnym, a Rondem Waszyngtona, ponownie Targową w stronę Wileńskiego. Zamiast 7 i 20 jeździło nam np. 20 i 28, sama 20, 25 przez chwilkę, 22, a teraz jeździ jedynie 3 do Ronda Wiatraczna. Był moment kiedy żeby cokolwiek złapać, musieliśmy na piechotę iść do Wschodniego, kiedy wyłączyli Średnicową, a część Targowej była w trakcie wymiany torów, do Centrum można było dojechać albo poprzez Bankowy, albo zastępczym autobusem który stal często w kilkudziesieciominutowych korkach. Wtedy Kot potrafił jechać ponad godzinę do pracy i spóźniał się notorycznie doprowadzając Szefa do szału. Co więcej, nikt nie zadawał sobie trudu wytworzenia dokładnego planu prac. Nie raz się zdarzało, że o tym iż coś nie jeździ, dowiadywaliśmy się w dniu wyłączenia, wychodząc na przystanek.
Aktualnie nie działa Targowa w stronę Wileńskiego i odcinek między Powszechnym a Stadionem oraz trasa W-Z(a jeśli jeszcze działa, to wyłączają ją za chwilę). Do Centrum da się dojechać jedynie pociągami ze Wschodniego, które już zaczęły się spóźniać(przecież jesień przyszła i zimno, i mokro jest), a za chwilę zima zupełnie zaskoczy kolejowców i piekło komunikacyjne rozpęta się ostatecznie. dRaiser podrzucił Kotu artykuł, w którym napisali, że JUŻ jest koszmarne opóźnienie z budową drugiej linii metra, teraz rusza budowa stacji Dworzec Wileński i Pragę czeka komunikacyjny zator najpewniej do końca 2013.
Poważnie zaczęliśmy rozważać przeprowadzkę, tylko jest „malutki” problem – gdzie w dobrze skomunikowanej Warszawie znajdziemy dwupokojowe, przyjazne kotom mieszkanie za 1400 łącznie z rachunkami(bo tyle, a nawet ciut mniej płacimy teraz)???

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 20.10.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Praga w remoncie została wyłączona) Posted in Frustracje Tagi: , , , ,

Lazy Kitten? Oh I wish so

Standardowy koci dzień roboczy wygląda tak, że Kot się leniwie przebudza koło 12, nieśpiesznie wstaje około 13, pół godziny później z przerażeniem patrząc na zegarek wybiega z domu, zostawiając w nim masę tak mało potrzebnych rzeczy jak: telefon, portfel ze wszystkimi dokumentami i pieniędzmi albo przygotowane jedzenie. O 14 Kot zazwyczaj zaczyna pracę*. Spędza w niej niezwykle męczących psychicznie osiem godzin, po czym, zwykle wraca do domu. Dociera do owego przed 23, przejrzy trochę Internetu, trochę ogarnie, trochę posprząta, pogłaska koty, pogra w coś chwilę albo i nie, próbuje coś oglądać z Draiserem i najczęściej zasypia w połowie**

Dla porównania – ostatni Dzień Wolny Kota wyglądał następująco:

Miau Kot koło 11 pojawić się w Domu Rodzinnym. Oczywiście, zaspał koszmarnie, rano w ogóle nie był w stanie zwlec się z łóżka, udało mu się to dopiero tuż przed 13. Od 13 przyjmował koci pan doktor, od którego Kot koniecznie potrzebował recepty, więc udał się ze swoich Szmulek na Saską do przychodni. Do przychodni jadą bezpośrednio autobusy ze Wschodniego. Całe trzy zazwyczaj. Czy to zazwyczaj budzi w czujnym czytelniku zaznajomionym z kocim niezakorzeniem w Rzeczywistości pewne obawy? Tak? No i słusznie. Kot bowiem przesiedział na przsytanku co najmniej 20 minut zanim się zorientował, że w związku z remontami dwa z owych trzech zostały skierowane na trasy zastępcze i już nie zatrzymują się na przystanku, na którym Kot czekał. Gdy Kot wreszcie doczekał się na jedyny kursujący bus i dotarł do przychodni, pan doktór zaczął już godziny urzędowania a pod gabinetem zebrała się tak charakterystyczna dla naszej służby zdrowia Kolejka. Spędziwszy urocze półgodziny w towarzystwie pań, które niekrępowały się raczyć nawzajem najmniejszymi detalmi swoich schorzeń, powszechnie określanych, najwyraźniej niesłusznie, takimi przymiotnikami jak „wstydliwe”, „intymne”, wszedł do gabinetu i wyszedł po niecałych 2 minutach z pożądanym świstkiem papieru.
Od pana doktora skierował się Kot, wreszcie, do Domu Rodzinnego, skąd odebrał Kota Draiser celem uwolnienia kocich łapek od gabarytów. Mieli śmy udać się zasadniczo prosto do domu własnego, ale w praktyce pozwiedzaliśmy bazarek, wstąpiliśmy na Najlepsze Rurki Z Kremem Jakie Kot Kiedykolwiek Jadł (Rurki z 52 latami Tradycji!) i do domu zawitaliśmy koło 17. Ledwo weszliśmy, a już trzeba było wybiegać, gdyż okazało się, że sklep z monitorami, do którego planowaliśmy pojechać zamykali już o 18. Szczęśliwie zdążyliśmy, upragniony monitor zanabyliśmy i powróciliśmy do domu. Czy Szanowni Czytelnicy myślą, że dane nam było w nim pozostać i cieszyć się błogim lenistwem? Nie? No właśnie! Trzeba było bowiem wybrać się do Zapola, którego wielką pufę, znaną powszechnie jako „Gniotek” nieopatrznie przejeliśmy od Igora, zupełnie nie myśląc o tym, że de facto nie mamy na nią miejsca. Wybieraliśmy się, oczywiście, w celu zwrócenia nieszczęsnego mebla. U Zapola zabawiliśmy krótko, gnani głodem, gdyż gdzieś po drodze Kotu się przypomniało, że tak właściwie to przez cały zabiegany dzień udało mu się zjeść całe jedno jajko na twardo. Zahaczając o EMPiK przy Nowym Świecie***, dotarliśmy do Ryżowego Pola.****
Po późnej kolacji mogliśmy już bez dalszych przeszkód wrócić do domu przetestować Nowy Monitor.
Czy naprawdę Kot musi wspominać, że zasnął w połowie oglądanego odcinka?

Dzień Wolny – is there sth wrong with this picture?

Dlaczego Kot o tym wszystkim pisze? Bo musi wyrzucić z siebie tonę żalu i frustracji wynikającą z faktu, że jest cholernie, diabelnie, potwornie ZMĘCZONY. Niby przesypia rozsądną ilość godzin, a rano wcale nie ma siły wstać z łózka i iść do pracy. Przewraca się w pościeli z boku na bok do ostatniej chwili, a potem się dziwi, że nie ma czasu zjeść śniadania, wypić kawy, umyć włosów, umalować się i ubrać jak człowiek. Po pracy nie ma siły gdziekolwiek się ruszać – poza dotarciem do domu. A w tym ostatnim niby ma ambitne plany napisać coś, obrobić jakiś zdjęcie, przejść kampanię, doczytać książkę, etc. a w efekcie bardzo szybko pada bez sił na swoje wielke łóżko.

Zupełnie Kot nie rozumie swojego stanu. Na domiar złego, zapadł Kot na jakieś straszne rozkojarzenie i niezdarność. W ciągu zaledwie 24 godzin zdążył: zgubić kolczyk, znaleźć go pod łóżkiem, znaleziony włożyć w ucho, żeby przenieść bezpiecznie do drugiego pokoju zawierającego tablicę, a następnie, zapomniawszy go odwiesić wyjść w nim z domu. Zorientowawszy się, włożył go Kot do zewnętrznej kieszseni torby i pomyślał sobie, żeby go koniecznie przełożyć w tramwaju, bo przecież z tej kieszeni na pewno wypadnie. Kiedy kot wrócił wieczorem do domu kolczyka nie było. W ciągu tej samej doby wyszedł Kot z domu bez telefony i kluczy do mieszkania (przy czym po powrocie do domu okazało się, że klucze miau tylko nie w tej kieszeni, co zwykle, więc nie był w stanie ich znaleźć). Szczytem było stłuczenie w Tesco butelki po którą Kot sięgał.
Zazwyczaj takie osłabienia zdarzają się Kotu w zimie, gdy ciągle jest szaro, ciemno i zimno, a nie w środku lata, kiedy to powinien Kot ładować swoje baterie. Tymczasem marzy Kot o tym, by przespać tydzień. By nie musieć Nic. Nie sprzątać, nie myć, nie prać, nie gotować, a żeby przy tym mieszkanie nie zarosło brudem, a głodne koty nie ogłosiły buntu.
I tylko codziennie stojąc na peronie***** nachodzą Kota takie myśli, żeby tym razem wsiąść nie w pociąg Kolei Mazowieckich czy SKMkę, które dowiozą Kota na Dworzec Śródmieście, tylko w zupełnie inny pociąg, który wywiezie Kota w Nieznane.

* z premedytacją mówiąc „NIE!” dyktaturze Skowronków.
** choćby to był 22 minutowy odcinek „Family Guy’a”.
*** Wszak to był Dzień Ukazania Się Nowego CD Action!
**** Kto to ostatnio wspominał o niewłaściwoście finansowej spontanicznego udawania się na sushi?
***** Dochodzi Kot do wniosku, że dla kociej osobowości niezwykle niebezpieczne jest mieszkanie 7 minut spacerem od dworca PKP.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 04.08.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Lazy Kitten? Oh I wish so została wyłączona) Posted in Frustracje Tagi:

Bogowie, kiedy chcą nas pokarać spełniają nasze życzenia

Jak to szło?

Bogowie, kiedy chcą nas pokarać, spełniają nasze życzenia?

No więc, tak. Kot się zgadza się. Przypomniał sobie. A czy teraz kocie życie może wrócić do normy, proszę? Albo czy przynajmniej może być już przyszły tydzień? Pretty, pretty please?

PS. Naprawdę Kot kiedyś dokończy o Bieszczadach. Serio serio.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 31.05.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Bogowie, kiedy chcą nas pokarać spełniają nasze życzenia została wyłączona) Posted in Frustracje, święte prawdy Tagi: