Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

What’s up?

Jak łatwo zauważyć, nastąpiła kolejna długa przerwa na blogu. Prawda jest taka, że przy aktualnym stopniu rozbudowania wszystkich społecznościówek spada troszkę potrzeba pisania na blogu. Mało finezyjne wpisy pt. „co tam słychać?” zostały dość skutecznie wyparte przez statusy na fejsie, blipnięcia czy też ostatnio (po oficjalnym ogłoszeniu zamknięcia blipa) tweety.
Fakt, że w moim życiu nie dzieje się nic spektakularnego sprzyja blogowemu marazmowi.
Ale co by nie pisać tylko notki o niepisaniu bloga, zapdejtujmy ostatnie kilka miesięcy.
Po raz kolejny zmieniłam dział w ramach firmy – teraz pracuję na najfajniejszym, najluźniejszym i powiązanym z największymi profitami. Chwilowo porzuciłam myśli o szukaniu innej pracy, mając nadzieję, że przy przeprowadzce do Miasta na K. uda mi się przetransferować, dzięki czemu na dzień dobry będę miała zapewnioną robotę, a czegoś lepszego poszukam na miejscu.
W wolnych chwilach zgłębiam tajniki HTMLa i CSSa dzięki Code Academy. Bardzo polecam!
Poza tym żyję sobie spokojnie, cicho i bardzo geekowo(nerdowo?) wolne chwile poświęcając raczej na grania/serialowanie niż ekscesy.
Główną siłą napędową jest myśl o przeprowadzce. Nawet jeśli nie od razu do Miasta na K., to przynajmniej GDZIEKOLWIEK INDZIEJ. Szczerze dość mam już naszej nory – jak zaczęłam myśleć o tym przyciasnym, wymagającym gruntownego remontu i przemeblowaniu mieszkanku. Dość mam robali wypełzających z rozmaitych kątów kuchni pomimo regularnej dezynsekcji. I dość mam tej cholernej, brudnej, zapijaczonej, zadresionej Pragi. Atmosfery permanentnego melanżu. Braku kultury na każdym kroku.
Marzy nam się coś miłego, czystego, uprysznicowanego. Najlepiej na Ursynowie, względnie Żoliborzu.
I jest nadzieja.
Jest projekt, który, jeśli tylko wypali, ułoży nam życie na wystarczająco długo. Oczekujemy wyklarowania w połowie sierpnia. Tak więc trzymajcie kciuki.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 13.07.2013. Komentarzy (Możliwość komentowania What’s up? została wyłączona) Posted in blog, Frustracje, praca, życie kota Tagi: , , ,

Jestę grafikię*

Mój chłopiec ma kuzyna. Kuzyn ma kumpla, a kumpel ma matkę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to że mamuśka kuzyna poczuła żyłkę Biznesłomen. Synek usłyszawszy o zapotrzebowaniu matki na magików od stron www polecił swego kumpla – aspirującego do miana grafika komputerowego (kuzyna dRaisera), a ten wciągnął w biznesy swojego kuzyna programistę.
Biznes wpierw miał być wielki, ale mamuśkę przerosły koszty, więc zaczęła kombinować nad czymś mniejszym, żeby na ten Wielki Biznes zarobić.
Uzgadnianie szczegółów ciągnęło się dobre pół roku – co samo w sobie jest śmieszne, ale przyznać trzeba, że wina była nie tylko po stronie klientki, ale też kuzyna, który bezczelnie olał kilka spotkań. dRaiser nadrabiał za niego, więc szczęśliwie udało się ustalić zakres prac oraz owe wycenić.
Gorzej zrobiło się, gdy przyszedł moment, w którym spotkanie kuzyna z klientką stało się nieuniknione, bo wypadałoby jednak, żeby szczegóły szaty graficznej z klientem ustał grafik, a nie programista, który w zasadzie do momentu wdrażania może mieć w nosie jak strona będzie wyglądać. Kuzyn nie stawił się na jedno spotkanie, drugie spotkanie, a potem przestał odbierać telefony i wiadomości zarówno od klientki jak i od dRaisera. Pełna profeska, czyż nie?
dRaiser się zirytował, przestał się przejmować „biednym” kuzynkiem, któremu rzekomo „bardzo zależy na tym zleceniu” (tak powtarzał na początku współpracy) i zatrudnił godną zaufania graficzkę. Mnie znaczy się.
Pierwszy kontakt mailowy przebiegł pomyślnie. Klientka poproszona o podanie linków do przykładowych stron, które jej się podobają, wysłała ze trzy. Wszystkie strony były zrobione staromodnie, do tego brzydkie jak noc, ale ostatecznie ja tu nie jestem od oceniania gustu szanownej pani tylko od zaspokajania jej potrzeb. Przygotowałam jej próbkę mojej pracy – wstępny design i poszłam na spotkanie z założeniem, że będzie jakiś punkt wyjścia.
Klientka okazała się zaprawdę z piekła rodem. Wyrzucała z siebie kilkanaście zdań na minutę, jedno z drugim powiązane było jak słoń ze słońcem, a żadne nie zawierało odpowiedzi na pytanie, które zadałam chwilę temu, ale nic to – trzeba było zaciskać zęby i próbować do skutku. En effet zostałam zatrudniona do – jak to dumnie brzmi – wykonania pełnej identyfikacji wizualnej pani biznesu, zgodziłam się pracować za taką samą kwotę jaką wcześniej zaproponował kuzyn (zdając sobie sprawę, że cena była zaniżona solidnie, ale ostatecznie całe zlecenie miało być trochę „po znajomości”, a i tak bardziej mnie cieszyła możliwość dodanie poważnej roboty do portfolio). Co więcej – klientce mój wstępny design spodobał się bardzo, udało mi się z niej wydusić co chciałaby w nim zmienić/dodać/zawrzeć, więc wróciłam do domu i zabrałam się do pracy.
Schody zaczęły się bardzo szybko – po pierwsze szanowna pani za nic nie była w stanie pojąć, że grafik zajmuje się sprawami graficznymi, programista przerabia grafikę na gotową stronę i to w zasadzie tyle z naszych kompetencji. Idea, że kupowanie domen, serwerów i zarządzanie tymi to już powinna we własnym zakresie albo wynająć administratora przerastała jej pojmowanie rzeczy. Bo jak to? Zatrudniła ludzi do zrobienia strony internetowej, to przecież oni jej wszytko zrobią. Co więcej wszytko jej wytłumaczą co i jak. Nauczą korzystać z platformy na której to stoi. Zajmą się wypozycjonowaniem w guglach, a najlepiej również wypromowaniem. Ermm…. czy trochę się nie zapędzamy? Ależ!
Różnica pomiędzy kompetencjami moimi a dRaisera też ni diabła do niej nie docierała. W każdej sprawie kontaktowała się z dRaiserem (i to telefonicznie (!) w godzinach często porannych, gdy ten wyraźnie zaznaczył, że poza sprawami niezwykle pilnymi prosi o komunikację mailową) i nie ważne czy chodziło o to, że chciałaby dodanie kolorowego paseczka na stronie głównej, czy o zalogowanie się do panelu admina i przestawienie czegośtam.
No ale ogólnie prace szły do przodu. Wprowadzałam wszystkie zmiany w grafice, jakie sobie tylko zażyczyła (za dziesiątym razem nawet zrozumiała, że pewnych ikon popkultury nie możemy używać, bo istnieje coś takiego jak „prawa autorskie”). Po każdej najdrobniejszej zmianie projekt był do niej wysyłany, żeby zatwierdziła zanim przejdziemy dalej.
Efekt końcowy no… moim zdaniem nie był piękny, ale jak już podkreślałam moje zdanie tu się nie liczy. Ona – cała w skowronkach – wyraziła końcową aprobatę, dając dRaiseru zielone światło na wdrażanie. Moja robota już prawie skończona – jeszcze jakieś uloteczki miałam jej walnąć. I tu kolejne schody. Poprosiłam panią albo o kontakt do drukarni z której usług zamierza korzystać, albo o skontaktowanie się z nimi i wytyczne odnośnie formatu w jakim sobie życzą ową ulotkę. Pani, owszem, skontaktowała się, po czym w rozmowie mailowej z dRaiserem stwierdziła: „No tak. Oni mi cośtam powiedzieli, ale nic nie zrozumiałam, to nie zapamiętałam. Pomyślałam, że ty będziesz wiedział”. Serio. Bardzo kuźwa serio.
W międzyczasie umówiliśmy się na podpisywanie umowy. Spotkanie można w skrócie opisać tak: przyszliśmy, popatrzyliśmy się na siebie. Ona: No to podpisujemy? My: No tak. Dalej na siebie patrzymy. Ona: A to ja miałam coś przygotować?
Mogłabym się rozwlekać jeszcze długo a to na temat braku zrozumienia, absurdalnych wyobrażeń o kompetencjach twórców stron internetowych lub braku umiejętności napisania maila poprawnie po polsku (najchętniej obrazując cytatami, no ale są granice…).
Point is: zlecenie zostało ukończone. dRaiser wdrożył stronę. Zostały jeszcze jakieś małe popraweczki w stylu button do fanpage’a. Cieszyliśmy się niezmiernie, że mamy to już za sobą, bo oboje koszmarnej kobiety mieliśmy już dość. I wtedy wybuchło.
Kolejnego pięknego dnia kolejny mail, którego treść sprowadzała się do: przyjrzałyśmy się stronie z moją wspólniczką i w zasadzie to ona nam się nie podoba, chciałybyśmy ją przebudować tak żeby była wielokolumnowa, do tego może udałoby się znaleźć jakąś gotową templatkę? W ogóle powinniśmy (ja i dRaiser, nie że my z nimi) przysiąść, spojrzeć na tę stronę i się zastanowić „Co zmieniłbym/abym gdyby to była moja strona? Co jeszcze mogę poprawić?”. I oczywiście wszytko w ramach tego samego zlecenia i ustalonej już kwoty.
Wolne żarty!
Podziwiam dRaisera za stoicki spokój z jakim odpisał paniom, że bardzo mu przykro, że zrobiliśmy wszystko w ramach dotychczasowej umowy i to pod ścisłym nadzorem i stuprocentową akceptacją zleceniodawczyni. Jeśli jednak panie są gotowe zebrać raz a skutecznie wszystkie poprawki, które chciałyby wprowadzić, to możliwym jest wycenienie ich i dalsza współpraca na zasadzie aneksu.
Szanowna pani zamilkła.
Ponieważ wścibscy jesteśmy niemożebnie udało nam się wyśledzić najpierw jej jedną nieudolną próbę działania na gotowym szablonie spod marki wix.com, następnie drugą skuteczniejszą na bloggerze. Ponadto we wpisie na blogu skarżyła się płaczliwie, że miała marzenie, wynajęła do zrealizowania go „internetowych grafików” a ci ją niecnie wykorzystali, no ale. Wariatów/idiotów na świecie nie brakuje, a dopóki nasze nazwiska nie są szkalowane nie ma się czym przejmować. Tylko zapamiętać, żeby więcej nie brać takich zleceń po znajomości.

* a przynajmniej się staram

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 25.11.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Jestę grafikię* została wyłączona) Posted in całe życie z wariatami, Internety, praca Tagi: ,

Bo czymże byłoby kocie życie bez małej dramy every now and then?

Miałam urlop, pamiętacie? Spędzałam go sobie radośnie i beztrosko zabijając hordy potworów. Było błogo i bezstresowo.

Do czasu.

W niedzielę, przedostatni dzień mojego urlopu, do drzwi mieszkania zapukał Gospodarz. Przyniósł rozliczenie za wodę za minione pół roku. Na wszelkie tego typu papiery zazwyczaj rzucam tylko kątem oka i wkładam do koszyczka do przekazania w bliżej nieokreślonej przyszłości Właścicielu. Tym razem jednak kwota końcowa rozliczenia skutecznie przykuła moją uwagę na dłużej. Cyferki twierdziły bowiem, że niedopłata za poprzednie 6 miesięcy wynosi 3880 (słownie: trzy TYSIĄCE osiemset osiemdziesiąt złotych).
W tej sytuacji natychmiast skontaktowaliśmy się z Właścicielem, który obiecał zająć się wyjaśnieniem sprawy.
Następne kilka dni minęło pod znakiem totalnej dramy. Nie muszę chyba mówić, że 4 tysie to nie jest kwota, którą moglibyśmy ot tak sobie skądś wyciągnąć…
W międzyczasie analiza otrzymanego rozliczenia wykazała, że zwiększone zużycie („odpowiedzialne” za naszą niedopłatę) wystąpiło w ciągu 1 miesiąca w postaci 403 m3 (TAK, 403 000 LITRÓW) zimnej wody. Na zdrowy rozum poziom zużycia całkowicie absurdalny i nieosiągalny, chyba że prowadzilibyśmy jakąś nielegalną myjnię samochodową pod oknem. Żeby było zabawniej zaraz na początku następnego miesiąca wymieniali nam liczniki, więc całej sprawy nie można było wyjaśnić prostym skonfrontowaniem z aktualnym stanem sprzętu.
Jako że pisze teraz na spokojnie, zapewne łatwo się domyślić, że cała sprawa została rozwiązana z pozytywnym dla nas skutkiem. W spółdzielni faktycznie się pomylili – ot taki mały błędzik na kilka tysiączków i do przodu, c’nie? W efekcie zapłaciliśmy tylko stosunkowo nieduże wyrównanie, ale zszarganych nerwów nic nam nie wynagrodzi.

Wróciwszy do pracy, zrezygnowałam z pięknych, błękitnych włosów, nie będąc pewną, co na nie Regulamin Pracy i Stroju Służbowego. Nie zrezygnowałam jednak z cudnych tonerów La Riche – po konsultacji z dRaiserem zamówiłam Poppy Red, który na próbkach prezentowała się przeczerwoniście. Na mojej w głowie w trakcie nakładanie także był krwisty. A potem spłukałam, wyszłam na świat i okazało się, że mam rurzowe włosy. To tyle a propos powrotu bez wzbudzania kontrowersji wyglądem. Ale że nikt władny w mej pracy nie wyraża sprzeciwu, to ja się zachwycam i na trochę* rurzowa pozostanę 😉

Trudno pisać teraz o czymkolwiek i całkowicie zignorować festyn, który rozpoczął się w miniony piątek. Tak, tak – całe to EURO mam na myśli. Chciałabym móc napisać, że, za przeproszeniem, leję na nie ciepłym moczem. Niestety, nie jest to możliwe. Codziennie przejeżdżam koło Narodowego Koszyka – no chyba że nie przejeżdżam, bo właśnie jest po/przed meczem i mi urywają od komunikacji miejskiej. Również moja praca została zaafektowana przez piłkę – najpierw wydłużyli nam godziny pracy, przewidując że tłumy bogatych kibiców będą po meczach zachodzić do nas ze Strefy Kibica i kupować kolorowe eurorupiecie. Już pierwszego dnia Euro okazało się, że kibice mają lepsze rzeczy do roboty niż zakupy i od poniedziałku wszystko wróciło do normy. No może oprócz tego, że więcej niż zwykle klientów bucha na mnie oparami gorzały.
I nie, to nie jest tak że jestem całkowicie przeciwna temu EURU – nie neguję, że zrobiło wiele dobrego i dla infrastruktury, i dla promocji Polandu zagranico. Ja bym tylko bardzo, bardzo, bardzo chciała, żeby osoby, które mają na mistrzostwa całkowicie wyjebane (tak jak ja), nie musiały być zewsząd atakowane piłką i atmosferą „WSZYSCY jesteśmy DUMNYMI GOSPODARZAMI”, „WSZYSCY JESTEŚMY KIBICAMI”. Otóż nie, nie wszyscy jesteśmy. Tymczasem z okazji tego ‚festynu’ miasto się blokuje, nawet nie można normalnie pójść na piwo, bo praktycznie każdy pub urządza retransmisje, a czasem i do domu strach wracać, bo agresywni, pijani kibole.
I śmiać mi się chce z tych wszystkich osób, które cieszą się, że miasto jest teraz „kolorowym festiwalem napędzanym pozytywną energią i zjednoczeniem w narodzie”. W związku z tą „pozytywną energią” mieliśmy kilka bardzo poważnych spotkań służbowych poświęconych temu, jak sobie radzić w sytuacji zagrożenia zdrowia/życia, groźby ataku terrorystycznego, itp. W związku z tą „pozytywną energią” dwie nasze filie zostały dziś zamknięte przed czasem z powodów zamieszek polsko-rosyjskich. Pojawiły się nawet plotki o morderstwie w Fanzonie. Świetna sprawa, naprawdę! A co do zjednoczenia – ostatni raz w podstawówce czułam się równie wyizolowana od otaczających mnie ludzi, co teraz wśród wymalowanych rodaków ryczących jakieś dziwne przyśpiewki.
A jeśli miałabym już komuś życzyć wygranej (bo słowo „kibicować” byłoby tu poważnym nadużyciem), to chyba tylko Niemcom w ramach świeżo wyhodowanej i rozwijanej germanofilii oraz planów uczynienia Deutschlandu swoim domem w średnio odległej przyszłości**

* zapewne do lipcowego urlopu
** bo w tej najbliższej czeka nas #MiastonaK

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.06.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Bo czymże byłoby kocie życie bez małej dramy every now and then? została wyłączona) Posted in Bez kategorii, Frustracje, Imprezy, praca, życie kota Tagi: , , , , ,

#nieprzerwanepasmosukcesow – ciąg dalszy

Pamiętacie, jak ostatnio opowiadałam, że próbujemy całego możliwego pecha wyczerpać na początku roku? #nieprzerwanepasmosukcesow nadal trwa. Najpierw jedna z firm, z którą dRaiser współpracował, stwierdziła, że nie przedłuża współpracy, więc na gwałt szukaliśmy nowego pracodawcy.
Następnie moja matka oznajmiła, że jednak nie zapłaci za moją poprawkę. Co więcej, oznajmiła to w ostatnim dniu przed wyznaczonym terminem płatności – szkoda, że nie jeszcze z tydzień później, prawda? Po długich rozważaniach, postanowiłam w końcu przerwać tę farsę i dać sobie spokój z idiotycznym kierunkiem. Jak kiedyś odkryję do czego mógłby mi się przydać licencjat, wznowię studia albo zacznę inne. Póki co są ważniejsze rzeczy.
Nowy pracodawca wprawdzie się znalazł, ale pod koniec miesiąca trzeba będzie oddać służbowego laptopa, a to boli bardzo. Nie muszę chyba dodawać, że nie stać nas chwilowo na nowego, a na moim netbuczku, to dRaiser nie popracuje.
Najważniejsze, że się staramy. Szukamy zleceń, poszerzamy umiejętności… byle do przodu.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.02.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania #nieprzerwanepasmosukcesow – ciąg dalszy została wyłączona) Posted in Frustracje, praca, studia, życie kota Tagi: ,

Święta w pracy wcale nie przyprawiają mnie o dziwny stan umysłu, wcale ale to wcale

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 09.12.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Święta w pracy wcale nie przyprawiają mnie o dziwny stan umysłu, wcale ale to wcale została wyłączona) Posted in Komiks, praca Tagi: ,

Eksploatować każdy może!

A przynajmniej tak najwyraźniej uważają Nowe Władze nieszczęsnej Firmy, w której mam coraz większą nieprzyjemność pracować.
Już kiedyś opisywałam jak sprytnie podwyższyć pracownikom pensje, żeby mniej zarabiali. Tym razem napiszę o tym jak bardzo Firma szanuje czas swojego pracownika.
Wiadomo, że grudzień, dla Firmy takiej jak ta, jest czasem największego zysku, najwyższych obrotów oraz największego napięcia. Tłumy klientów pragnących zostawić u nas góry pieniędzy wbijają z obłędem w oczach drzwiami (gdyby tylko mogli oknami pewnie też by chętnie wbijali) już od drugiej połowy listopada. Wszyscy pracownicy zdają sobie sprawę, że jest to czas wytężonej pracy, braku odpoczynku, przychodzenia na nocki, itp. Z tej okazji są też dotrudniani ludzie jako tzw.”pomoc świąteczna”. Niejednokrotnie zdarzają się również nadgodziny.
I tu zbliżam się do sedna.
Jeśli dobrze liczę, to będą moje 4(sic!) święta w tej Firmie i, nie da się ukryć, zawsze zostawało się po godzinach lub przychodziło na dodatkowy dzień (lub noc) za co dostawało się pieniążki lub odbierało godziny w miesiącu następnym. I było to w porządku, ponieważ nie byliśmy do tego zmuszani. Pracownik był pytany (czasem nawet proszony) i dopiero kiedy się zgodził dopisywano mu dodatkowe godziny. A większość pracowników się zgadzała. I uważam, że był to bardzo przyzwoity układ.
Ale nie w tym roku, o nie! W tym roku, ok. ostatniego tygodnia listopada dowiedziałam się, że odgórnym zarządzeniem Dyrekcji w grudniu WSZYSCY pracownicy mają odjęte dwa dni wolne od przysługującej, wynikającej z prawa pracy, liczby dni wolnych w miesiącu. Wprawdzie te dni ponoć mają być do odebrania w styczniu, ale zarządzenie nie podlega dyskusji. Podkreślę: zostaliśmy poinformowani. Nikt się nie pytał nikogo o zgodę ani nie brał pod uwagę, że być może ktoś ma Bardzo Ważne Powody, żeby odmówić przychodzenia ponadetatowo.
Jako osoba, studiująca dziennie i mająca w grudniu mnóstwo zaliczeń (bo przecież wszystkie kolosy najlepiej pisać tuż przed świętami) jestem przerażona. Już chodzę ciągle zmęczona, niedospana i nieprzytomna, a miesiąc się na dobre nie zaczął.
Koleżanka, która ma małe dziecko, wyda prawie jedną trzecią swojej pensji na nianię.
Bo przecież pracownicy zmuszani do nadprogramowych godzin na pewno będą obsługiwać klientów z pasją i uśmiechem, right?

Czy ktoś jeszcze się dziwi, że Firma zajmuje tak wysokie miejsce w rankingach na Najgorszego Pracodawcę Roku?

Anyway, ja mam już serdecznie dość i po wielokrotnym przeanalizowaniu sytuacji finansowej dojrzałam do zmiany pracy. Tym razem tak naprawdę-naprawdę. Bo mogę znieść wiele rzeczy (w tym marne zarobki i coraz bardziej idiotyczne procedury wymyślane przez oszołomów, którzy codziennie z klientem styczności nie mają), ale nie zniosę pozbawiania mnie czasu mojego czasu wolnego. No bo skoro mogą tak postępować teraz (choć osobiście nie jestem przekonana czy to w ogóle zgodne z Kodeksem Pracy), to co ich powstrzyma przed eskalacją eksploatacji pracowników w przyszłości?

Więc jak byście słyszeli o jakieś miłej posadce, pamiętajcie o mnie.
Nie mam dużych wymagań:
– praca nie może kolidować z moim trybem studiów (czyli w godzinach południowo-popołudniowo-wieczornych)
– musi przynosić 1k+ dochodu na łapkę
– mile widziany niepełny etat.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 02.12.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Eksploatować każdy może! została wyłączona) Posted in Frustracje, praca Tagi: , ,

Jak podwyższyć, żeby obniżyć.

W jakiej firmie Kot pracuje, wie większość osób z Kotem zaprzyjaźnionych. Firma, istniejąca na rynku od wielu lat, ciesząca się dobrą reputacją wśród klientów… Wydawałoby się, że również jako pracodawca powinna prezentować się co najmniej przyzwoicie.
Guzik tam!
Owszem, praca nie jest najbardziej wymagającą pod słońcem i nikt nie oczekuje, że będą płacić kokosy, jednak wypadałoby przynajmniej trzymać poziom wynagrodzeń zbliżony do innych firm, które zatrudniają pracowników na podobne stanowiska. Jakby nie patrzeć, to szeregowi pracownicy są na pierwszej linii kontaktu z klientem i pod pewnymi względami, od kontaktu z nimi zależy czy klient ucieknie z krzykiem, czy też zechce wrócić. Zwłaszcza, że już od dłuższego czasu Firma nie jest jedyną tego typu na rynku, zdecydowanie nie jest najtańszą a i jeśli chodzi o asortyment – ten wiele pozostawia do życzenia. Szkoda tylko, że Wspaniali Przywódcy tego nie zauważają i zamiast docenić, zmotywować, wolą ciąć koszty i powodować, że rotacja pracowników tylko się zwiększy, ergo zmniejsza się poziom profesjonalizmu obsługi.
Skąd ta nagła frustracja? Otóż, jak co roku, pod koniec stycznia ogłoszono Nowy System Wynagrodzeń i Bonifikat. W zeszłym roku w ramach prób ograniczenia ilości zwolnień lekarskich, zostaliśmy uraczeni tzw.”premią za obecność w pracy”, która wynosiła na tyle dużo, że większość pracowników nie poszłaby na zwolnienie bez noża na gardle, za to wszyscy chodzili zasmarkani, kaszlący, co wcale, ale to wcale nie odstraszało klientów*. Premia obecnościowa została wprowadzona zamiast premii od obrotu i Władze zaczęły się dziwić, czemu ten spada. W tym roku więc postanowili się wycwanić. Zrezygnowali z premii od obecności, przywrócili od obrotu, a nawet podwyższyli całkiem konkretnie podstawową pensję. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że przy tej podwyżce tak bardzo ucieli pulę premiową, że przy założeniu, że wszystkie premie będą wymaksowane, pracownik dostanie na rękę prawie 200 złotych mniej niż przy wymaksowanych premiach w poprzednim systemie wynagrodzeń. Ain’t that sweet?
Pierwotna plotka, którą usłyszeliśmy, wspominała jedynie o podwyżce podstawy, nie o obcinaniu premii. Wtedy wreszcie nasze zarobki wyglądałyby przywzoicie. Kot nawet zdążył te zmiany celebrować. Jak zwykle okazało się, że nie mów „hop” póki nie przeskoczysz. Teraz czuje się Kot wielce zdemotywowany, zdegustowany i potraktowany jak idiota**. Dlatego nie ma oporów, żeby w ramach godzin pracy kupować buty, blipować, blogować, ściągac materiały edukacyjne i robić jeszcze kilka rzeczy, które zdecydowanie mają niewiele wspólnego z jego obowiązkami. Zresztą, nie tylko Kot tak czyni.***
Połową działu moglibyśmy zgodnie zaśpiewać: „Razm chłopcy, uciekajmy stąd(…)”.

* Uwaga Sarkazm!
** Mo bo czyżby Władni naprawdę zakładali, że wystarczy żeby powiedzieli nam, że podnoszą nam podstawę o xx%, a my wcale potem nie zauważymy, że de facto zarabiamy mniej?
*** A jeśli ktoś się w końcu zorientuje jakim mega-olewaczem jest Kot i Kota zwolni, to Kot się chyba za bardzo nie przejmie – przynajmniej wreszcie zyska solidną motywację, żeby znaleźć lepszą robotę.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 01.02.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Jak podwyższyć, żeby obniżyć. została wyłączona) Posted in Frustracje, praca Tagi:

Dlaczego ludzkość jest skazana na zagładę i co Kot ma z tym wspólnego? – Historia z morałem.

Kot już się przyzwyczaił, że do klienteli kociej firmy zalicza się cała banda kretynów, dziwaków i wariatów. Większość charakteryzuje się zadawaniem durnych pytań, których treść wybitnie świadczy o tym, że przeciętny Polak ma niższy iloraz inteligencji niż Kot obwód biustu, jednak czasami zdarzają sytuacje wyjątkowe.
Posłuchajcie…
Piątkowe późne popołudnie. Kot spędzał siódmą godzinę w pracy na strasznym kacu, który ciągnął się za Kotem od dnia poprzedniego* i myślał jedynie o tym, żeby jak najszybciej opuścić ów przybytek udręki. Niestety, do końca męczarni wciąż pozostawało jakieś 2,5 godziny, po salonie grasowały niezadowolone Siły Wyższe, a Kot pomimo swego ciężkiego stanu został oddelegowany do obsługi klienta w punkcie info. Siedział sobie więc Kot w owym punkcie i przez większość czasu wpatrywał niezbyt inteligentnym wzrokiem w monitor do czasu, gdy podbiegł do Kota człowiek płci męskiej, wieku młodego, atrakcyjności przeciętnej, ubrany, między innymi, w szalik w czarno-szare pasy. Człowiek spojrzał na Kota przejętym wzrokiem, po czym oznajmił Kotu iż jest… Wysłannikiem z Przyszłości, który cofnął się w czasie, co by Kota odnaleźć i przekazać mu Bardzo Ważną Wiadomość.
– Za chwilę podejdzie tu moja młodsza kopia. Proszę koniecznie z nim porozmawiać. Od tego zależą losy świata – oznajmił człowiek, po czym odbiegł.
Kot metaforycznie podrapał się po głowie ze zdziwienia, po czym wrócił do przerwanych czynności. Nie zdążył nawet przemyśleć, o co właściwie człowiekowi chodziło, kiedy przybiegł następny człowiek, ni w ząb nie podobny do poprzedniego, aczkolwiek miał na sobie ten sam szalik.
– Proszę pani, ja to pani muszę dokładnie wytłumaczyć – odezwał się. – Jak jest linia czasu – he actually drew a line through the Cat’s monitor – to pani jest teraz tutaj, ja pochodzę stąd, a w tym miejscu coś się strasznie spieprzyło. Za chwilę przyjdzie tu moja młodsza kopia. To bardzo ważne, żeby była pani dla niego bardzo miła – po czym koleś, wzrorem swojego poprzednika, odbiegł.
No dobra, Kot smelled the Sense of Adventure i poczuł się zaintrygowany. Miał nadzieję, że za chwilę się wyjaśni, ale… niezupełnie.
Następny człowiek podbiegł do Kota, kiedy Kot akurat obługiwał klientkę. Chociaż zupełnie inny od pozostałych dwóch, dało się go poznać po szaliku. Kot uprzejmie powiedział, że za sekundkę się człowiekiem zajmie, tylko dokończy tłumaczyć jedną rzecz pani. Wtedy zaczęło się robić mniej radośnie. Człowiek zaczął się upierać, że jego sprawa jest super ważna i powinna być rozpatrywana przed wszystkimi innymi. Publicznie ogłosił, że pochodzi z przyszłości, musi przekazać Kotu Bardzo Ważną Wiadomość i Kot go natychmiast ma wysłuchać. Szczęśliwie trafiły się klientki albo z ogromnym poczuciem humoru, albo z ogromną dozą wyrozumiałości, gdyż same zaczęły nalegać, żeby Kot najpierw zajął się chłopakiem. Tłumiąc dużo niecenzuralnych słów, Kot tak właśnie uczynił. Niestety, chłopak nie wniósł nic nowego do sprawy. Powtórzył mniej więcej słowa swoich poprzedników, nalegał, żeby Kot był dla wszystkich uber miły i odbiegł. Kot zajął się panią, po czym policzył do 10. Przygoda Przygodą, ale Kot poczuł się lekko zirytowany takim przeszkadzaniem w pracy. Zresztą, tłumaczył sobie Kot, pewnie to wszystko nie ma nic wspólnego z Przygodą, tylko… no właśnie – z czym? Na flashmoba za mało rozmachu, a Candid Camera chyba nie funkcjonuje w naszym pięknym kraju. Niemniej, rozwiązanie zagadki okazało się jeszcze bardziej banalne i rozczarowywujące.
– Przepraszam, ile ten film kosztuje? – Zapytał Człowiek Z Szalikiem Nr 1, materializując się po kociej lewej stronie.**
– Tyle a tyle – odczytał Kot z metki znajdującej się z tyłu produktu. Zdążył nawet ze zniechęceniem pomyśleć, co to za idiotyczne pytanie na rozpoczęcie rozmowy, biorąc pod uwagę iż wszystki produkty mają ponaklejane metki z tyłu. Koci Sens of Adventure zamilkł zasmucony, a Kot chociaż się uśmiechał promiennie, myślał tylko o tym, żeby ten śmieszny człowiek powiedział w końcu o co mu, do diabła, chodzi.
– Proszę pani, ja prowadzę badania nad podróżami w czasie – oznajmił człowiek. – Za kilka lat wybuchnie straszna epidemia. Ktoś wypuści koszmarnego wirusa, który wybije prawie że całą ludzkość. Zostanę tylko ja i garstka strasznie brzydkich kobiet. Na szczęście, przeprowadziłem badania, te badania wykazały, że tylko pani w całym wszechświecie, ma DNA, które pasuje do mojego i my dwoje będziemy w stanie odtworzyć ludzkość. Dlatego błagam: niech pani wróci ze mną do przyszłości i uratuje ludzkość.
– Przykro mi. Ja się nie rozmnażam. – Odpowiedział Kot uprzejmie i ze stoickim spokojem.
– Pani się nie rozmnaża? – Chłopiec popatrzył na Kota z niedowierzaniem. – Chce pani powiedzieć, że skarze pani całą ludzkość na zagładę?!
– A-ha. – Tym razem radość w głosie Kota była autentyczna.
Chłopiec jeszcze raz popatrzył na Kota zszokowanym wzrokiem, po czym odszedł zawiedziony i zasmucony.
Więcej podróżników w czasie nie odwiedziło Kota ani tamtego popołudnia ani kolejnego, ani żadnego z następnych.
Anyway, drodzy czytelnicy, jeśli za kilka lat ludzkość przestanie istnieć w wyniku strasznej epidemii, po której nigdy nie odrodzi, you know who to blame.
Everyone knows how much the Cat loves the humanity, więc nikogo nie powinno dziwić, że Kot z dumą opowiada historię o tym, jak skazał ludzką rasą na zagładę. Wspaniały finał nie zmienia jednak faktu, że takie a nie inne rozwiązanie zagadki Wysłannika z Przyłości strasznie Kota rozczarowało. Koci Sense of Adventure poczuł się zgwałcony analnie i to bez wazeliny*** All this effort, this absurd, ridiculous yet very lovely story was created only in one purpose – to get laid… So sad. Even sadder considering the huge failure****

* Kochani,witamy ponownie w malkaviańskim kąciku, uczącym nas jak nie żyć. Jeśli jednego dnia macie w planach przeprowadzanie wielkiego, ciężkiego biurka do nowego mieszkania przy pomocy zaledwie jednej pary rąk z samego rana, niewskazane jest siedzenie poprzedzającej nocy do 4 nad ranem, granie w BSG i wypicie 12 Desperadosów w ciągu dnia. Niewskazane, ponieważ może się skończyć obudzeniem się o 9 rano, po niecałych 4 przespanych godzinach, na najgorszym kacu tego roku, bo właśnie zadzwonił domofon, a wy zamiast być przytomnymi, obudzonymi, ubranymi i gotowymi do przeprowadzania, jesteście zaspani, nieprzytomni, macie na sobie jedynie powyciąganą koszulkę, a jedyne o czym marzycie to powrót do łóżka a nie dźwiganie ciężkiego mebla.*****

** Oczywiście, nie zmaterializował się dosłownie, tylko zaszedł niepostrzeżenie zamyślonego Kota, co, biorąc pod uwagę koci stan, nie było ani trochę trudne.

*** Kot definitywnie spędza za dużo czasu z co poniektórymi osobami.

**** No dobra, gdyby ten cały Wysłannik Z Przyszłości był nieco starszy i nieco bardziej wyględny, Kot mógłby się zdecydować na podjęcie (NIEUDANYCH!) prób odrodzenia ludzkiej rasy.******

***** Oczywiście możecie mieć szczęście******* i człowiek, który poświęca swój cenny czas na dźwiganie waszych mebli zamiast was opieprzyć od góry do dołu za lekkomyślne podejście do sprawy, może wam przynieść do łóżka wielgachną kawę i pogłaskać po niemądrej główce, ale nie liczcie na to za bardzo.

****** Przy okazji możemy dopisać wstęp do malkaviańskiego poradnika, jak nie należy podrywać.
Well, po pierwsze, podryw na propozycję rozmnażania to nie najlepszy pomysł. Zawsze istnieje ryzyko, że dana jednostka żeńska, którą sobie upatrzyłeś, należy do tej mniejszości, która nie ślini się na widok różowych miniaturowych ubranek, słoników oraz grzechotek, wręcz przeciwnie idea wypuszczania czegoś małego i rozwrzeszczanego z własnej pochwy wydaje się jej mocno obrzydliwa ergo sama sugestia rozmnażania natychmiast ją odstraszy, niezależnie od atrakcyjności modelu proponującego owo rozmnażanie.
I tu przechodzimy do kociego wniosku, że wbrew popularnej teorii wysuniętej przez zaprzyjaźnionych samców, głoszącej, że nieważne, jak wyglądasz, ważne jaki masz bajer, aparycja i chemia pierwszego wrażenia SIĘ LICZĄ! Kot musi jeszcze swoją teorię przedłożyć w szerszym gronie, niemniej jest święcie przekonany, że o wiele większe szanse na numerek ma samiec w typie danej niewiasty, który po prostu podejdzie i spyta: „Wanna fuck?”, niż mniej atrakcyjny egzemplarz z wymyślnym bajerem. At least it’s how the Cat works. And what would make the world a simpler place to live.

******* Like the Cat.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.03.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Dlaczego ludzkość jest skazana na zagładę i co Kot ma z tym wspólnego? – Historia z morałem. została wyłączona) Posted in praca, życie kota Tagi: , , ,

101 powodów, dla których Kot kocha swoją pracę.

Kot: Jeszcze godzina i dwadzieścia minut….
M.: A no tak… ty dzisiaj wcześniej wychodzisz….
Kot: Ale mam bardzo ważny powód.
M.: Jaki?
Kot: Idę pić i grać w Battlestara.
M.: I Naszego Fuhrera to przekonało?
Kot: Nie. Dzwoniłam do Najcudowniejszej Szefowej.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 08.01.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania 101 powodów, dla których Kot kocha swoją pracę. została wyłączona) Posted in dialogi, praca Tagi: , ,

Family Portait

Wczorajszego dnia Kot pełnił spokojnie swój dyżur kasowy w pracy, gdy do lady podeszła pani w średnim wieku z córeczką w wieku podstawówkowym. Co kupowały, Kot nie pamięta. Natomiast na długo zapamięta wymianę zdań pomiędzy nimi. Córeczka opowiadała mamusi o swoim pomyśle na nowelkę czy opowiadanie, a mamusia jej doradzała, komentowała jej pomysły, podrzucała nowe. Krótko mówiąc, było stuprocentowo supportive.
Kiedy odeszły od kasy, Kot musiał się na chwilę schować na zapleczu, co by ochłonąć. Pomyślał bowiem o swojej własnej rodzicielce, która nigdy w życiu nie wykazała chociażby połowy suportywizmu owej pani, która wszystkie kocie artystyczne zapędy tłumiła w zarodku i wyśmiewała. Kotu zrobiło się strasznie źle i smutno, gdy sobie wyobraził, że sytuacja mogła by wyglądać inaczej, jak u tej dziewczynki, która marzy aby trafić do Księgi Rekordów Guinessa jako najmłodsza publikowana pisarka.
Tymczasem jest jak jest. Kot za sukces uważa sytuację, w której zamieni z własną rodzicielką więcej niż 5 nieociekających złośliwością i sarkazmem zdań w ciągu dnia.
Mimo wszystko dobrze widzieć na własne oczy, że jeszcze istnieją przyzwoici rodzice…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 05.01.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Family Portait została wyłączona) Posted in praca, rodzina Tagi: , ,