Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Jestę grafikię*

Mój chłopiec ma kuzyna. Kuzyn ma kumpla, a kumpel ma matkę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to że mamuśka kuzyna poczuła żyłkę Biznesłomen. Synek usłyszawszy o zapotrzebowaniu matki na magików od stron www polecił swego kumpla – aspirującego do miana grafika komputerowego (kuzyna dRaisera), a ten wciągnął w biznesy swojego kuzyna programistę.
Biznes wpierw miał być wielki, ale mamuśkę przerosły koszty, więc zaczęła kombinować nad czymś mniejszym, żeby na ten Wielki Biznes zarobić.
Uzgadnianie szczegółów ciągnęło się dobre pół roku – co samo w sobie jest śmieszne, ale przyznać trzeba, że wina była nie tylko po stronie klientki, ale też kuzyna, który bezczelnie olał kilka spotkań. dRaiser nadrabiał za niego, więc szczęśliwie udało się ustalić zakres prac oraz owe wycenić.
Gorzej zrobiło się, gdy przyszedł moment, w którym spotkanie kuzyna z klientką stało się nieuniknione, bo wypadałoby jednak, żeby szczegóły szaty graficznej z klientem ustał grafik, a nie programista, który w zasadzie do momentu wdrażania może mieć w nosie jak strona będzie wyglądać. Kuzyn nie stawił się na jedno spotkanie, drugie spotkanie, a potem przestał odbierać telefony i wiadomości zarówno od klientki jak i od dRaisera. Pełna profeska, czyż nie?
dRaiser się zirytował, przestał się przejmować „biednym” kuzynkiem, któremu rzekomo „bardzo zależy na tym zleceniu” (tak powtarzał na początku współpracy) i zatrudnił godną zaufania graficzkę. Mnie znaczy się.
Pierwszy kontakt mailowy przebiegł pomyślnie. Klientka poproszona o podanie linków do przykładowych stron, które jej się podobają, wysłała ze trzy. Wszystkie strony były zrobione staromodnie, do tego brzydkie jak noc, ale ostatecznie ja tu nie jestem od oceniania gustu szanownej pani tylko od zaspokajania jej potrzeb. Przygotowałam jej próbkę mojej pracy – wstępny design i poszłam na spotkanie z założeniem, że będzie jakiś punkt wyjścia.
Klientka okazała się zaprawdę z piekła rodem. Wyrzucała z siebie kilkanaście zdań na minutę, jedno z drugim powiązane było jak słoń ze słońcem, a żadne nie zawierało odpowiedzi na pytanie, które zadałam chwilę temu, ale nic to – trzeba było zaciskać zęby i próbować do skutku. En effet zostałam zatrudniona do – jak to dumnie brzmi – wykonania pełnej identyfikacji wizualnej pani biznesu, zgodziłam się pracować za taką samą kwotę jaką wcześniej zaproponował kuzyn (zdając sobie sprawę, że cena była zaniżona solidnie, ale ostatecznie całe zlecenie miało być trochę „po znajomości”, a i tak bardziej mnie cieszyła możliwość dodanie poważnej roboty do portfolio). Co więcej – klientce mój wstępny design spodobał się bardzo, udało mi się z niej wydusić co chciałaby w nim zmienić/dodać/zawrzeć, więc wróciłam do domu i zabrałam się do pracy.
Schody zaczęły się bardzo szybko – po pierwsze szanowna pani za nic nie była w stanie pojąć, że grafik zajmuje się sprawami graficznymi, programista przerabia grafikę na gotową stronę i to w zasadzie tyle z naszych kompetencji. Idea, że kupowanie domen, serwerów i zarządzanie tymi to już powinna we własnym zakresie albo wynająć administratora przerastała jej pojmowanie rzeczy. Bo jak to? Zatrudniła ludzi do zrobienia strony internetowej, to przecież oni jej wszytko zrobią. Co więcej wszytko jej wytłumaczą co i jak. Nauczą korzystać z platformy na której to stoi. Zajmą się wypozycjonowaniem w guglach, a najlepiej również wypromowaniem. Ermm…. czy trochę się nie zapędzamy? Ależ!
Różnica pomiędzy kompetencjami moimi a dRaisera też ni diabła do niej nie docierała. W każdej sprawie kontaktowała się z dRaiserem (i to telefonicznie (!) w godzinach często porannych, gdy ten wyraźnie zaznaczył, że poza sprawami niezwykle pilnymi prosi o komunikację mailową) i nie ważne czy chodziło o to, że chciałaby dodanie kolorowego paseczka na stronie głównej, czy o zalogowanie się do panelu admina i przestawienie czegośtam.
No ale ogólnie prace szły do przodu. Wprowadzałam wszystkie zmiany w grafice, jakie sobie tylko zażyczyła (za dziesiątym razem nawet zrozumiała, że pewnych ikon popkultury nie możemy używać, bo istnieje coś takiego jak „prawa autorskie”). Po każdej najdrobniejszej zmianie projekt był do niej wysyłany, żeby zatwierdziła zanim przejdziemy dalej.
Efekt końcowy no… moim zdaniem nie był piękny, ale jak już podkreślałam moje zdanie tu się nie liczy. Ona – cała w skowronkach – wyraziła końcową aprobatę, dając dRaiseru zielone światło na wdrażanie. Moja robota już prawie skończona – jeszcze jakieś uloteczki miałam jej walnąć. I tu kolejne schody. Poprosiłam panią albo o kontakt do drukarni z której usług zamierza korzystać, albo o skontaktowanie się z nimi i wytyczne odnośnie formatu w jakim sobie życzą ową ulotkę. Pani, owszem, skontaktowała się, po czym w rozmowie mailowej z dRaiserem stwierdziła: „No tak. Oni mi cośtam powiedzieli, ale nic nie zrozumiałam, to nie zapamiętałam. Pomyślałam, że ty będziesz wiedział”. Serio. Bardzo kuźwa serio.
W międzyczasie umówiliśmy się na podpisywanie umowy. Spotkanie można w skrócie opisać tak: przyszliśmy, popatrzyliśmy się na siebie. Ona: No to podpisujemy? My: No tak. Dalej na siebie patrzymy. Ona: A to ja miałam coś przygotować?
Mogłabym się rozwlekać jeszcze długo a to na temat braku zrozumienia, absurdalnych wyobrażeń o kompetencjach twórców stron internetowych lub braku umiejętności napisania maila poprawnie po polsku (najchętniej obrazując cytatami, no ale są granice…).
Point is: zlecenie zostało ukończone. dRaiser wdrożył stronę. Zostały jeszcze jakieś małe popraweczki w stylu button do fanpage’a. Cieszyliśmy się niezmiernie, że mamy to już za sobą, bo oboje koszmarnej kobiety mieliśmy już dość. I wtedy wybuchło.
Kolejnego pięknego dnia kolejny mail, którego treść sprowadzała się do: przyjrzałyśmy się stronie z moją wspólniczką i w zasadzie to ona nam się nie podoba, chciałybyśmy ją przebudować tak żeby była wielokolumnowa, do tego może udałoby się znaleźć jakąś gotową templatkę? W ogóle powinniśmy (ja i dRaiser, nie że my z nimi) przysiąść, spojrzeć na tę stronę i się zastanowić „Co zmieniłbym/abym gdyby to była moja strona? Co jeszcze mogę poprawić?”. I oczywiście wszytko w ramach tego samego zlecenia i ustalonej już kwoty.
Wolne żarty!
Podziwiam dRaisera za stoicki spokój z jakim odpisał paniom, że bardzo mu przykro, że zrobiliśmy wszystko w ramach dotychczasowej umowy i to pod ścisłym nadzorem i stuprocentową akceptacją zleceniodawczyni. Jeśli jednak panie są gotowe zebrać raz a skutecznie wszystkie poprawki, które chciałyby wprowadzić, to możliwym jest wycenienie ich i dalsza współpraca na zasadzie aneksu.
Szanowna pani zamilkła.
Ponieważ wścibscy jesteśmy niemożebnie udało nam się wyśledzić najpierw jej jedną nieudolną próbę działania na gotowym szablonie spod marki wix.com, następnie drugą skuteczniejszą na bloggerze. Ponadto we wpisie na blogu skarżyła się płaczliwie, że miała marzenie, wynajęła do zrealizowania go „internetowych grafików” a ci ją niecnie wykorzystali, no ale. Wariatów/idiotów na świecie nie brakuje, a dopóki nasze nazwiska nie są szkalowane nie ma się czym przejmować. Tylko zapamiętać, żeby więcej nie brać takich zleceń po znajomości.

* a przynajmniej się staram

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 25.11.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Jestę grafikię* została wyłączona) Posted in całe życie z wariatami, Internety, praca Tagi: ,

All Heil The Internet!

‚Własnego’ Internetu bardzo długo nie miałam. Pamiętam – w gimnazjum chodziłam do osiedlowej czytelni, gdzie można było korzystać bezpłatnie i wracałam do domu z toną dyskietek z zapisanymi newsami, zdjęciami, etc. odnośnie fascynującego mnie w owym czasie serialu. U sąsiadki czatowałyśmy z obcymi chłopakami, podając się za starsze niż w rzeczywistości. Później, w liceum miałam cudnie wyposażoną mediatekę, w której siedziałam godzinami po skończonych zajęciach, a czasem również zamiast zajęć 😉
Przełom nastąpił, gdy poczytałam trochę o metodach łączenia się z netem. Od początku mój pecet wyposażony był w modem, a ja znienacka dodałam dwa do dwóch i zaczęłam się zastanawiać, co się stanie, jeśli wyjmę kabelek z telefonu i podłączę go do owego modemu. W ten sposób rozpoczęła się dla mnie era potajemnego łączenia się do sieci, kiedy nikogo nie było w domu. Oczywiście moje działania wyszły na jaw przy pierwszym rachunku od TePsy. Na szczęście (dla kiełkującego nałogowca), Rodzicielka nie bardzo miała pomysł jak mnie powstrzymać. Frustrowałam się straszliwie. Modem ciągle się rozłączał, plik ze zdjęciem ściągał się wieczność, ale i tak jaram się strasznie – BYŁAM ON-LINE.
Rodzicielka nie chciała zakładać stałego łącza, „bo to przecież koszmarnie drogie”. Well, rachunki dochodzące do kilkuset złotych jednak zmieniły jej zdanie.
Któregoś pięknego poranka, za moich czasów licealnych, wybrałyśmy się do TePsy, podpisałyśmy umowę na neostradę (1MB) i wyszłyśmy z modemem (po tym jak stanowczo odmówiłam posiadania LiveBoxa, o którym słyszałam jedynie same negatywne opinie). Podłączyłam wszystko i znalazłam się w raju.
Przez następnych kilka lat internet stał się dodatkowym zmysłem. Byłam tak przyzwyczajona do bycia podłączoną do sieci, że kiedy przeprowadziłam się do mieszkania wyposażonego jedynie w playowy internet mobilny oparty na jednym pizdryku USB do podziału na dwie (bez routera, obviously) bardzo długo nie mogłam się przyzwyczaić. Częściowo ratowałam się Internetem w pracy i wykorzystywałam wcześniejsze od moich pory zasypiania współlokatorki, ale czegoś brakowało.
Po kilku miesiącach współlokatorka się wyprowadziła, wprowadził Igor i, za upoważnieniem właściciela mieszkania, po raz pierwszy założyłam internet na siebie. Tym razem w Aster, wiedząc, że już kiedyś providował do tego mieszkania oraz mając ciut dość niezbyt kompetentnej TePsy. Tym razem prędkość wynosiła 2MB w dzień/4 w nocy i to było coś. W zasadzie działało bezproblemowo. Dopiero dRaiser, wprowadziwszy się zaczął narzekać na prędkość łącza. Kilka miesięcy mobilizowałam się do pójścia do Astera i załatwienia zwiększeniu transferu, ale życie zlitowało się nade mną leniwą, sprawiając, że UPC przejęło Astera i w ramach prezentu zwiększyło nam prędkość do 5MB przez całą dobą.
W zasadzie byliśmy zadowoleni i w sumie nie chcieliśmy więcej. A jednak… na początku września wygasała nam umowa. Z otrzymanego mailingu wynikało, że ze jedynie 9 złotych miesięcznie więcej, możemy mieć 30MB. Ciężko było nie skorzystać, więc w pewną środę kolo południa przyszło do nas dwóch panów (których niesamowite kompetencje i profesjonalizm zasługują na oddzielną notkę) i odprawiło czary mary z kabelkami. Przeprowadzony speedtest wykazał iż zaprawdę staliśmy się posiadaczami niesamowicie szybkiego* internetu.
Szkoda tylko, że nie możemy w pełni potestować jego możliwości, gdyż kilka dni po instalacji, umarł nam serwerek, ale takie już nasze szczęście.

* Tak, wiem, że niektórzy to i 120 mają, ale patrząc w kontekście dotychczasowych mych doświadczeń…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 22.09.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania All Heil The Internet! została wyłączona) Posted in Bez kategorii, Internety, życie kota Tagi: , , , , ,

Google prawdę Ci powie. Or Not.

W ramach niezwykle ambitnego wieczoru w pracy Kot postanowił zrobić sobie dobrze poprzez zmienienie tapety na jednym z pracowych komputerów. Dotychczasową tapetę z Garfieldem zapragnął zastąpić roznegliżowanym wizerunkiem atrakcyjnego samca płci przeciwnej.
Wobec czego, idą po najmniejszej linii oporu, wpisał Kot w Google „Piękny młody długowłosy”, po czym wszedł w zakładkę grafika. Jakież było kocie zaskoczenia, gdy po kocim oczom ukazała się cała strona zdjęć… piesków. Kot przecierając oczy ze zdumienia, zajrzał na następną stronę wyników i jeszcze następną. Rezultat nie uległ zmianie.

A powiadają, że jak czegoś się nie wygooglować, to nie istnieje.

EDIT (3 minuty później):

Kot niezrażony wrzucił w Google hasło „długowłosi mężczyźni nago”.
Oczywiście rezultat odległy był od pożądanego. Najbardziej jednego Kota rozbroiło iż na 5 stronie wyników (ponownie w grafice) znalazło się zdjęcia Basisty Zaprzyjaźnionego Zespołu (i nie, nie mają Koty na myśli żadnego z basistów Wyciągniętych). Uprzedzając pytania, nie… zdjęcia nie miało nic wspólnego z użytym w zapytaniu przysłówkiem.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 04.10.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Google prawdę Ci powie. Or Not. została wyłączona) Posted in Internety, praca Tagi: ,