Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Malkavianie uczą nas jak nie wracać z Woodstocku.

Chciałoby się powiedzieć, że po takich perypetiach z dotarciem na miejsce, reszta pobytu i powrót były usłane różami. Byłoby szkoda, gdyby Y po spędzeniu jednej nocy na polu namiotowym rozchorował się do tego stopnia, że następnego dnia wieczorem pakował się w pociąg powrotny. Również byłoby szkoda, gdyby w pożyczonym namiocie pękła jedna z głównych rurek i „dach” się zapadał na nas. Czy był to efekt zbyt dużego napięcia, czy ktoś w odmiennym stanie świadomości zwalił się na nasz namiot – nie ustaliliśmy. Za to kradzież metalowych rurek podtrzymujących wejście do namiotu była ewidentnie dziełem ludzkim.
Other than that, sam pobyt przebiegał w zasadzie spokojnie.
Za to powrót!
Jako że w Lemonce zostało tylko jedno wolne miejsce (które pierwotnie załatwiliśmy Y, a które zwolniło się z racji jego przedwczesnego wyjazdu), wracaliśmy ze znajomymi z Blipa. Obładowani niczym wielbłądy(oprócz swoich klamotów mieliśmy jeszcze jeden z namiotów Y) zapakowaliśmy się z jeszcze jedną laską do Passata Combi.
O 11 udało nam się wyjechać z pola namiotowego. Następną godzinę+ spędziliśmy w koszmarnym korku trwającym aż do wyjazdu z Kostrzyna. Po tej godzinie+ zajechaliśmy na stację benzynową, gdzie właściciele zatankowali autko do pełna, przemyli szyby, sprawdzili ciśnienie w oponach, etc. Wszystko 100% no problems.
No problems skończyło się po wjeździe na autostradę, kiedy osiągnęliśmy zawrotną prędkość 140 km/h. Obroty silnika gwałtownie skoczyły, a potem spadły i tak kilkukrotnie. Samochód nie chciał się bardziej rozpędzić, mimo iż w podróży w drugą stronę, wyciągał bez problemu 170 km/h (zresztą, który współczesny samochód ma ograniczenie do 140?).
Zrobiliśmy awaryjny postów (tak, NA AUTOSTRADZIE). Właściciel zajrzał pod maskę, daliśmy autku chwilę odpocząć i spróbowaliśmy podjąć podróż. Nie przejechaliśmy więcej niż 40 km autostradą nim zrobiliśmy kolejny postój. Przy czym po ponownym zatrzymaniu, Passat odmówił ruszenia. Warczał trochę silnikiem, bo czemu nie, ale automatyczna skrzynia biegów nie wrzucała żadnego biegu.
– Ha! Myśleliście, że jak nie jedziecie ze mną, to was ominie podróż lawetą? Naiwne Koty! – Skomentował przez telefon Y.
Konsultacje telefoniczne, mające na celu ściągnięcie lawety trwały. Mini Assistance poinformował, że przyjazd lawety może potrwać 3-4 godziny, ale mogą podać numer do szybszej pomocy drogowej. Szybsza pomoc drogowa estymowała 2-3 godziny, ale dysponowała numerem do lokalnego warsztatu, który dysponował własną lawetą. Wreszcie, lokalny mechanik oznajmił, że przyjedzie w pół godziny.
Oględziny w międzyczasie wykryły, że wyciekł olej do skrzyni biegów. Mieliśmy więc niewielką nadzieję, że po uzupełnieniu płynu, będziemy w stanie kontynuować podróż. Dowiedzieliśmy się także, że w tygodniu poprzedzającym wyjazd, samochód był u poleconego mechanika i została w niego wrzucona czterocyfrowa kwota.
Mechanik lawetą przyjechał faktycznie w ciągu pół godziny. Warsztat, do którego nas zawiózł mieścił się w Torzymiu, ale po drodze zahaczyliśmy o dom znajomego, do którego kierowca nie mógł się dodzwonić po jakąś informację.
W warsztacie dowiedzieliśmy się między innymi, że:
– laweta będzie kosztowała dwa więcej niż zrozumieliśmy przez telefon (wycena lawetowania została dokonana po uprzednim wybadaniu skąd jesteśmy)
– samochód nie pojedzie dzisiaj ani jutro za żadne skarby świata
– skrzynię biegów można regenerować albo wymienić na nową (używaną). Warsztat od najbliższego dnia roboczego może zacząć kontakty w lokalsami w celu namierzania odpowiedniej skrzyni, a jeśli właściciel chce żeby kupować przez te, tfu, internety, to sam się musi tym zająć (i zapewne przyjechać z zakupioną w ten sposób skrzynią)
– mogą nam sprawdzić pociągi i dowieźć z bagażami na dworzec.
Sprawdzono nam jakieś tam połączenia i całkiem niedługo mieliśmy mieć TLK z Rzepina do Poznania. Sprężyliśmy się zatem, szybko przepakowaliśmy zostawiając prawie całe mienie z wyjątkiem czegoś ciepłego na plecy oraz przedmiotów wartościowych. Mechanik i jego znajomy zapakowali naszą piątkę na dwa samochody i po kilku minutach wysadzili na dworcu. Byłoby pięknie i nasza przygoda by się zakończyła, gdyby był to dworzec, zgodnie z tym co wcześniej zrozumieliśmy, w Rzepinie, a nie w Torzymiu. I gdyby nad tym dworcem nie zbierały się właśnie burzowe chmury.
Gdybyśmy wracali tydzień później, nie byłoby tak tragicznie – za kwadrans mielibyśmy regionalną kolejkę do Rzepina i zdążylibyśmy na TLKa. Niestety, trafiliśmy na dziurę czasowo-komunikacyjną – z niewiadomych przyczyn w tym tygodnia połowa połączeń była wstrzymana i na najbliższy pociąg do Rzepina czekaliśmy półtorej godziny. Gdybyśmy wracali tydzień później, wspaniałą burzę podziwialibyśmy z okien pociągu siedząc w cieple i suchości. Tymczasem mokliśmy jak głupi nie mając się gdzie schronić. Bo faktycznie znajdowaliśmy się NA DWORCU nie W BUDYNKU DWORCA. Nie to, żeby budynku nie było. Owszem, stał mały kwadratowy ceglaczek, który wszystkie drzwi i okna miał solidnie zamurowane i zabite deskami, żeby komuś nie przyszło do głowy szukać w nim schronienia. Perony, owszem – były dwa. Jeden nawet posiadał szerokie siedzisko zabudowane solidnym daszkiem. Oczywiście, nie był to nasz peron.
W burzy, modląc się, żeby nie dostać piorunem, opędzlowaliśmy zabrane z Wooda piwko (tak, byliśmy ludźmi, którzy z Woodstocku wracali z kupionym a niewypitym piwem), starając nie poddać się czarnej rozpaczy.
Wreszcie pociąg przyjechał i dojechaliśmy do Rzepina, zbliżywszy się tym samym jakieś 20 km do punktu, z którego zaczęliśmy podróż.
W okienku na dworcu dowiedzieliśmy się, że jeśli chcemy jechać oszczędnie, żeby złapać TLK do Warszawy w Poznaniu, jak pierwotnie zamierzaliśmy, musielibyśmy jechać 12 godzin, z kilkoma przesiadkami, w tym pierwszą w Kostrzynie(sic!). Alternatywą był drogi ekspres InterCity, który odjeżdżał za ok. 40 minut i po 3 godzinach niecałych miał dojechać do Warszawy. Z bólem portfela zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję.
Korzystając z wolnych 30 minut, pobiegliśmy na poszukiwanie sklepu spożywczego, w którym zaopatrzyliśmy się w produkty chmielowe kojące nerwy oraz niewielką ilość produktów mocniejszych o działaniu rozgrzewającym, które po przemoknięciu w klimatyzowanym EIC było nam bardzo potrzebne.
Przeleciawszy wszystkie wagony 2 klasy, zajęliśmy jedyne miejsce dostępne dla łącznie 5 osób: tył korytarza w ostatnim wagonie przeznaczony do przewozy rowerów. Urządziliśmy tam sobie scenerię piknikową i w efekcie było nam wygodniej niż w jakimkolwiek przedziale. Tylko chłodno było i zawijałam się w kołderkę, którą dzikim przypadkiem zabraliśmy ze sobą.
Pociąg podjechał i odjechał punktualnie. Przejechaliśmy kilkaset metrów za stację w tempie małego żółwika, po czym zatrzymaliśmy się w szczerym polu i staliśmy. Staliśmy tak chyba z pół godziny zanim rozległ się jakiś komunikat. Przejechaliśmy następne kilkadziesiąt metrów i znowu stanęliśmy. Miły głos z megafonu poinformował nas, że jest im bardzo przykro, że dostaniemy mały poczęstunek i to wszystko odbywa się „z przyczyn niezależnych od PKP”.
– No owszem, nie jest winą PKP, że wsiedliśmy do ich pociągu. – skomentował filozoficznie dRaiser.
En effet, podróż rozpoczęliśmy po 50 minutach. Na trasie opóźnienie zwiększyło się do 70+, ale nie przejmowaliśmy się za bardzo.
Do Centralnej dojechaliśmy o OO:43. Że nie byliśmy planowo ok. 23 to pikuś. Bardziej nas zabolał 10 minutowy postój na Zachodnim – gdyby nie on, zdążylibyśmy na nocne, a tak czekaliśmy pół godziny na następne.
#failwoodstock na tym się właściwie dla nas zakończył.
Tzn, musimy jeszcze odkupić części do namiotu, ale to pikuś.
Nieszczęsny Passat do Warszawy wrócił NA HOLU.
Y swojego samochodu AFAIK do tej pory nie odzyskał (a na pewno nie miał go jeszcze w zeszłym tygodniu, kiedy pragnęliśmy się nim przeprowadzać.
Ponadto w podróży powrotnej zaginął jeden z namiotów Y (o dziwo ten, który NIE wracał z nami).

Teraz przyjmuję zakłady: czego mamy się spodziewać za rok?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.09.2014. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, malkaviański kącik porad wszelakich, Wyjazdy Tagi: , , , , ,

Woodstock 2013. Epilog.

Trochę spóźniony.
Wiem.

Na Woodstocku był Y. To znaczy był przez dwa dni, wyrwawszy się na chwilę z wyjazdu planszówkowego.
Wyjazd planszówkowy odbywał się na zadupiu pod Łodzią. Z Łodzi są taniutkie i szybkie pociągi do Warszawy. Ja, jak już wspominałam, miałam rozwalony układ moczowy.
Po głębokim zastanowieniu uznaliśmy, że ani pieniądze wydane na Toi Camp, ani te wydane na pociąg powrotny, nie są ważniejsze od mojego zdrowia, więc poprosiliśmy Y, żeby nas podrzucił do Łodzi i stamtąd ewakuujemy się do Warszawy.

Przy okazji, będąc przez chwilę w Pięknym Mieście Uć, postanowiliśmy odwiedzić Mriję, której nie widziałam szmat czasu.

W drodze do Pięknego Miasta, ulegliśmy propagandzie Y i daliśmy się namówić na dołączenie do wyjazdu planszówkowego.

Wróciliśmy w niedzielę. Spod Łodzi zamiast spod granicy z Niemcami.

I na co komu plany?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 02.09.2013. Komentarzy (0) Posted in Wyjazdy Tagi: , , ,

Woodstock 2013. Reality check. TOI CAMP.

Na wstępie chciałam powiedzieć, że Woodstock jest zajebistą imprezą. I zamierzamy tam wracać. Serio, Serio. I can’t stress that enough, bo z treści wpisu może wynikać coś zgoła innego.

* * *

Dojechaliśmy. Z zaledwie trochę ponad półtora-godzinnym opóźnieniem. Grzecznie poczekaliśmy aż wszyscy bardziej pijani i mniej przytomni od nas wytoczą się z pociągu.
Wreszcie! Świeże (względnie) powietrze i 30 minut spaceru z ciężkimi bagażami.*

Muszę przyznać, że po ponad 8 godzinach w pociągowym ścisku, spacer nawet dobrze mi zrobił. Nie spieszyliśmy się, bo i po co?
Po dotarciu na teren festiwalu, skierowaliśmy się na TOI CAMP.

W tym miejscu pozwolę sobie przypomnieć (lub wyjaśnić – jeśli jeszcze nie tłumaczyłam), dlaczego w ogóle zdecydowaliśmy się płacić po 30zł od osoby za dobę (240 za całość pobytu) za odgrodzone pole namiotowe pośrodku wielkiego bezpłatnego pola.
Po pierwsze – od lat mam problemy z, pardon les mots, układem moczowym, z tego względu MUSZĘ mięć ciągły, w miarę wygodny i bezkolejkowy dostęp do toalety. W zeszłym roku musiałam drałować przez pół zastawionej namiotami górki i często stać w kolejkach – po kilku dniach w lekkiej panice biegłam do apteki w Kostrzynie. W tym roku chciałam tego uniknąć.
dRaiser z kolei napalił się na ciepłą wodę w prysznicach (zachwalanych przez Asję). Poza tym planowaliśmy wziąć trochę droższy sprzęt – ja lustrzankę; do tego oboje zrezygnowaliśmy z brania zastępczych starych „cegieł” na rzeczy smartfonów – a TOI CAMP ogłasza się zarówno z dostępem do prądu jak i depozytem. A że jechaliśmy sami, nie z ekipą, to trochę martwiliśmy się o swój dobytek.
Słowem, TOI CAMP miał zniwelować wszelkie bolączki z zeszłego roku.
Zresztą, przeczytajcie jak sami się zachwalają, o tu:

Każdy TOI CAMP zapewnia między innymi:
Ogrodzony i oświetlony teren
Ochrona 24 godziny na dobę
Punkt gastronomiczny z gorącymi daniami i napojami
Profesjonalną obsługę pracowników TOI CAMP, którzy służą pomocą i z chęcią odpowiedzą na wszelkie pytania
System opasek identyfikujących mieszkańców TOI CAMP
Najwyższej jakości węzeł sanitarny zapewniający prysznice i umywalki z gorącą wodą
Wysokiej jakości kontenery z toaletami
Ułatwienia dla niepełnosprawnych i osób z małymi dziećmi
Wyznaczone i oznakowane miejsca na namiot, camper lub przyczepę kempingową (wybrane imprezy)
Możliwość podłączenia urządzeń elektrycznych do prądu
Bezpieczny depozyt dla cennych przedmiotów osobistych
Punkt opieki medycznej

Brzmi pięknie, prawda?

No to teraz reality check.

Na miejscu okazało się, że są dwa TOI CAMPy – po dwóch stronach ulicy, a każdy ma swoje wejście. Brak jakichkolwiek dodatkowych oznaczeń. Lekko skonfundowani zdecydowaliśmy się podejść do ochroniarza stojącego w bliższej nam bramce.**
– Dzień dobry, jak możemy się zameldować: tutaj czy po drugiej stronie? – Zapytaliśmy grzecznie.
– Ale to jest płatne pole! – Odburknął(!) z ponurą miną niedźwiedziowaty typ.
– Tak wiemy, wykupiliśmy rezerwację przez internet… – Próbowaliśmy wytłumaczyć.
– To trzeba najpierw opaskę!
Wprost doskonale! Bardzo pan pomocny, nie ma co. Pomimo gburowatości ochroniarza, udało nam się dowiedzieć, że musimy się najpierw udać do kasy, tam załatwimy wszystkie formalności.
Nie takiej obsługi się spodziewaliśmy, ale OK. Do kasy kolejki nie było, więc w miarę szybko otrzymaliśmy „opaski identyfikujące mieszkańców TOI CAMP”. Opaski stały się kolejnym źródłem dyskomfortu, albowiem wykonano je z plastiku. Nie z modnego, wodoodpornego papieru, jakiego się zazwyczaj używa do produkcji opasek identyfikujących uczestników kilkudniowej imprezy, nie z materiału (jak podobno było na Heinekenie), tylko z PLASTIKU – obcierającego, rozgrzewającego się w gorącu i parzącego PLASTIKU. Moje alergie skórne przez najbliższe dni miały używanie.

– Z tym nie wejdziecie! – Powitał nas ten sam gburowaty ochroniarz, co wcześniej, kiedy wróciliśmy. Wskazywał palcem na czteropak piwa w puszcze trzymany przeze mnie. Poprosiliśmy o wyjaśnienia. Gbur wyjaśnił, że obowiązuje zakaz wnoszenie alkoholu na teren TOI CAMPu. Rzekomo zgodnie z regulaminem.

BULLSHIT!

Pozwolę sobie zacytować regulamin(którego kopia wisiała na budce kasowej):

4. Na terenie pola namiotowego TOI CAMP obowiązuje zakaz:
spożywania alkoholu i napojów alkoholowych poza wyznaczoną strefą gastronomiczną
konsumpcji jakichkolwiek substancji odurzających
Wszelkie wykroczenia mogą poskutkować wydaleniem z pola namiotowego bez zwrotu opłaty za niewykorzystany pobyt.

Może ja jestem głupia i nie rozumiem po polsku, ale ostatni raz, kiedy sprawdzałam zakaz spożywania, a zakaz wnoszenia czy posiadania to były dwie różne rzeczy.
Cóż, najwyraźniej pracownicy tego TOI CAMPu postanowili wprowadzić własny regulamin, taki w interesie oddzielnego punktu gastronomicznego, który, oczywiście, serwował złoty trunek – w cenie o 2 złote wyższej niż oficjalny Woodstockowy punkt Carlsberga.

Nieśmiało próbowaliśmy protestować, wyjaśniać, ale wszelkie próby dyskusji zostały ucięte w zarodku.

– Ja musiałem wypić 5, które miałam przy sobie, zanim mnie wpuścili – Skomentował z nieszczęśliwą miną facet siedzący pod płotem.
– Ale to może chociaż możemy zostawić w depozycie? – Zapytałam z nadzieją. Kupiliśmy ten czteropak Shandy’ego(niesamowicie wysokoprocentowego trunku), żeby się orzeźwić na trawce, bo wyczerpującym rozstawianiu namiotu, nie żeby żłopać na akord przed wejściem.
Ochroniarz łaskawie wyraził aprobatę, po czym przystąpił do przeszukiwania naszych bagaży w poszukiwaniu wielce niebezpiecznych przedmiotów takich jak słoik z dżemikiem, przed posiadaniem których ostrzegł na ostro.
Czy muszę podkreślać, że w żadnym punkcie regulaminu nie jest napisane, że ochrona ma prawo przeszukiwać rezydentów albo ich bagaże? Oraz że ani słowem nie zająknęli się o zakazie wnoszenia szklanych pojemników? Zdawałam sobie sprawę, że szklane opakowania są niemile widziane na ogólnodostępnym polu, ale wydaje mi się, że taki zakaz w przypadku pola prywatnego-płatnego powinien być uwzględniony w przepisach.
Co prawda nie mieliśmy przy sobie słoiku z dżemikiem, ale mieliśmy flaszkę – wysokoprocentowe napoje nie są szczególnie aprobowane na Woodstocku – w Kostrzynie na czas festiwalu wprowadzają nawet zakaz sprzedaży alkoholu mocniejszego niż piwo we wszystkich sklepach. Powiedziałam panu, że flaszkę oddamy do depozytu razem z piwem – nawet nie mrugnął. Nie przeszkadzało mu również, jak później tego samego dnia popijaliśmy z owej flaszki pod bramą.

Przeszedłszy przez kontrolę, odkryliśmy dlaczego rozwiązanie z depozytem zostało gładko zaaprobowane – otóż ów depozyt, którym TOI CAMP się chwalił jest… uwaga, uwaga… dodatkowo płatny – 7 zł. Niby kwota niewielka, ale czy na stronie TOI CAMPu zająknęli się chociaż słowem o ekstra kosztach? Ależ! Uszczęśliwiono nas również informacją o opłacie 20 zł w przypadku zgubienia numerka.
Jak myślicie? Ilu Woodstockowiczów w odmiennych stanach świadomości musiało płacić karę?

Chcieliśmy też szybko podładować telefony, bo po długiej podróży mój był całkiem rozładowany, a dRaiserowi zostały ostatnie procenty.
Od razu więc wyszła cała prawda o prądzie na TOI CAMPie – nie dość, że dostęp jest mocno ograniczony – urządzenie można podłączyć jedynie w budce przy samym wejściu(czyt.: z daleka od namiotu), to jeszcze… zgadujcie… TAK! Zgadliście! – dostęp do prądu to kolejne dodatkowe koszta.
Jednorazowe podłączenie urządzenia do prądu, to opłata w wysokości 3 zł. Wyjątkiem są telefony komórkowe, które najwyraźniej wykorzystują inny, specjalny rodzaj prądu(z czego do tej pory nie zdawałam sobie sprawy) – ładowanie telefonu kosztuje bowiem 4 zł. I trzeba dać obsłudze własną ładowarkę.
Czy muszę dodawać, że powyższych informacji nie ma ani w regulaminie, ani na stronie?

Słów mi brak.

Następne rozczarowanie – „Profesjonalna obsługa pracowników TOI CAMP, którzy służą pomocą i z chęcią odpowiedzą na wszelkie pytania”. O ile ta część z odpowiedziami na pytania względnie się zgadza, to profesjonalizm na TOI CAMPie nie ma miejsca.
W trakcie tej całej polki udało nam się skontaktować z Argasem, który w tym roku również wykupił pobyt na TOI CAMPie. Zdawaliśmy mu na bieżąco relację z różnić pomiędzy tym, co miało być, a tym, co jest i przy okazji postanowiliśmy rozbić się koło siebie.
„Wyznaczone i oznakowane miejsca na namiot” – napisali. Aha. Owszem, bardzo gadatliwy pracownik obsługi zaprowadził nas pod ogrodzenie, pod którym mogliśmy się rozstawić, wypytawszy najpierw jaki posiadamy namiot.
Zapytaliśmy uprzejmie czy istnieje możliwość zarezerwowania miejsca obok nas pod namiot znajomych, którzy przyjadą później. Nasz „opiekun” pomyślał chwilę, podumał, zaczął dopytywać jaki namiot mają owi znajomi (tak, spekulowaliśmy na temat rozmiarów namiotu, którego w życiu na oczy nie widzieliśmy), znowu podumał… Powiedział, że to może być trudne, ale że się postara, bo w tej części, w której nas ulokował, to już w sumie jest dość na styk, ale że koło nas w sumie z dwóch stron jeszcze trochę miejsca, to akurat – nie będzie kierować nikogo pomiędzy nas a sąsiadów i damy radę. Tylko żeby odebrać znajomych spod bramki i się przypomnieć.

Ucieszyliśmy się bardzo i przystąpiliśmy do rozkładnia namiotu (no dobra, dRaiser przystąpił, ja usiadłam na trawie i byłam kwiatem lotosu wychodząc z założenia, że bardziej w tym rozkładaniu bym przeszkadzała niż pomagała).

Nie mamy własnego namiotu. W zeszłym roku pożyczaliśmy namiot od Y, w tym planowaliśmy kupić, ale że nie wyszło, na ostatnią chwilę pożyczaliśmy od ojca dRaisera. Ojciec dRaisera ma dość specyficzne podejście do przedmiotów użytkowych i ich terminów przydatności do użycia. Namiot, który dostaliśmy nie dość, że starego typu, to jeszcze ubogi w kalenicę.
Po rozłożeniu powinien wyglądać mniej-więcej tak:
.

Nasz zapadał się po bokach i od góry.

Nic to. Dopóki dach nad głową i ciepło materaca pod tyłkiem nic mnie nie rusza.
No właśnie – ciepło materaca pod tyłkiem… Zabraliśmy ze sobą klasyczny dmuchany materac. Taki, który doskonale izoluje od zimnego podłoża, a przy okazji jest mięciutki i wygodny. dRaiser go zaczął dmuchać (tak, ustnie). Po nadmuchaniu do połowy obłamał się kawałek wentyla zabezpieczającego przed wyciekiem powietrza.
No i dramat.

Najpierw poszliśmy do Lidla na polu w nadziei, że tam znajdziemy zastępstwo. Niestety – można było kupić namiot, ale dmuchanego materaca już nie(jedynie dmuchany jednoosobowy fotel). Z niechęcią skierowaliśmy się więc w stronę Tesco, marząc o kawie, bo noc w pociągu zaczęłam nam się dawać we znaki. W Tesco również nie znaleźliśmy materaca ani kropelki (w desperacji uznaliśmy iż może wystarczy skleić zakrętkę – ostatecznie ma wytrzymać tylko 4 dni).
Do centrum miasta nie chciało nam się drałować, na szczęście w małym kiosku, położonym niedaleko Tesco, kropelka była.

Kiedy wróciliśmy ze spaceru z zamiarem dodmuchania materaca i odpoczynku, znowu ciśnienie nam skoczyło. Okazało się, że podczas naszej godzinnej nieobecności, zastawili nas doszczętnie obcymi namiotami i dla naszych znajomych nie zostało dość miejsca.

Mnie nerwy puściły doszczętnie, usiadłam na trawie i się poryczałam jak głupia. dRaiser poszedł wyjaśniać.
Otóż człowień, który nas obsługiwał, owszem przyjął naszą prośbę do wiadomości, ale nie przekazał jej nikomu innemu, co więcej drugi pan, z którym mój luby rozmawiał teraz(bo tamtego nie dało się znaleźć) twierdził, że obsługa nawet nie ma żadnego punktu, w którym mogłaby sobie zostawiała takie informacje. W ogóle najlepiej przyjeżdżać razem (co z tego, że mieszkamy w różnych miastach?).
Ponadto przecież został jeszcze maleńki kawałek ziemi między nami a sąsiadami – może nasi znajomi tam się zamieszczą (co z tego, że na owym kawałku była spora dziura?), a jak nie to może uda się nas przenieść.
Doskonały plan, milordzie!

Kiedy znajomi przyjechali, gorąco zaprotestowali przeciwko rozstawianiu się dziurze. Szczęśliwie w międzyczasie minimalnie drgnęło w jakości obsługi (może więcej osób złożyło skargi?) i udało się ogarnąć nasze przenosiny i ulokowanie nas razem. Nasz namiot po przenosinach prezentował się dziesięć razy marniej (nie myślałam, że to możliwe), ale nic to – twardzi jesteśmy, damy radę!

Ja byłam wściekła, bo miałam przed sobą perspektywę drałowania wszędzie z aparatem i kindelkiem (płacenie 7 złotych za każdym razem, kiedy się gdzieś oddalam na dłużej – no way!), dRaiser miał w sobie resztki optymizmu, bo, jak jeszcze kilkukrotnie podkreślał, najbardziej zależy mu na ciepłej wodzie. Nie zdziwicie się chyba, jeśli napiszę, że z tym również była chryja?
No więc ciepła woda, owszem, bywała czasem. Uściślając, głównie bardzo rano, a wtedy była gorąca, a nie ciepła – nasza koleżanka się poparzyła, kiedy kran był ustawiony w pozycji środka. W późniejszych godzinach ciepła nie uświadczyłam ani pod prysznicem, ani w kranie.

A „Wysokiej jakości kontenery z toaletami”? Faktycznie, sama estetyka kontenerów przewyższała standardowe ToiToie. Owszem, można było skorzystać bez kolejki, a w środku znajdowały się „domowe”, porcelanowe(czy z czego tam się je robi) sedesy oraz małe umywaleczki. Ale miejsca w kabinie było z 2-3 razy mnie niż w ToiToiu, a i o czystości około kontenerowej nie mogę powiedzieć za wiele dobrego. Szczerze nie bardzo sobie wyobrażam jak ktoś z nogami odrobinę dłuższymi od moich(a ja przecież nie mam długaśnych nóg modelki) mógł usiąść w środku, skoro ja dotykałam kolanami drzwi.

Syf i malaria. Kiła i mogiła.

A cała sprawa ma jeszcze jedno, nieprzyjemne dno.

Następnego dnia wieczorem wybraliśmy się na „ten drugi TOI CAMP” – chciałam skorzystać z toalety, a akurat mieliśmy do niego bliżej, no i pomyślałam, że w sumie skoro mamy opaski, to pewnie możemy wchodzić na oba.
Ochrona na bramce była miła. Nikt nie próbował nam przeszukiwać plecaków, które mieliśmy przy sobie. Kontenery toaletowe podzielono na męskie i żeńskie. W kabinie było od groma miejsca i czysto na błysk. Wyposażyli je nawet w miękki, biały papier toaletowy (niby bzdurka, ale u nas był ekonomiczny szary). Nie miałam problemu z ciepłą wodą w umywalce.
Zapytaliśmy przechodzącego chłopaczka z obsługi, skąd ta różnica. Niestety, pan był bardzo miły, ale średnio kompetentny. Powiedział nam, że ludzi z rezerwacjami on-line kierowano na nasz, a tych, którzy kupowali na miejscu na ten. Dowiedzieliśmy się też, że szefostwo jest niezadowolone z części obsługi i będą zwolnienia za niemiłe akcje, których niektórzy się dopuścili.
Od Lisa później usłyszeliśmy, że kiedy on się meldował, mógł wybrać pomiędzy polami, natomiast uprzedzono go, że na tym nie-naszym mieszkają rodziny z dziećmi, więc uprasza się o ciszę i spokój.

Wszystko pięknie i ładnie. Rozumiem problemy z ludźmi – mogą się zdarzyć wszędzie. Jestem w stanie się wysilić i ogarnąć problemy z wodą – ostatecznie to tylko instalacja, która może się spsuć. Natomiast nie rozumiem jak jedna firma mogła na jednej imprezie, na dwóch częściach własnego pola namiotowego zamontować kontenery sanitarne o tak odmiennym standardzie. Jeszcze gdyby je wymieszali – i tu i tu dali oba rodzaje, bo może akurat nie mogli zamówić wszystkich takich samych czy coś. Ale nie! Z zewnątrz wygląda to trochę jakby z premedytacją jedno pole uczynili bardziej luksusowym. A my byliśmy Toicampowiczami drugiej kategorii.

Bez sensu, ale czy ja się znam.

 

 

* Tak, mogliśmy wziąć taryfę za 30 złotych, ale po zbankrutowaniu na TOI CAMP i pociąg, musieliśmy oszczędzać.
** Jestem pewna, że to była decyzja, która zaważyła na naszych losach na tegorocznym Woodstocku.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 15.08.2013. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , ,

Woodstock 2013. The POCIĄG.

Chciałam tylko powiedzieć, że mam na koncie kilka przeżytych ekstremalnych sytuacji – dachowałam w lesie, o mały włos utonęłam w bagnie, byłam sparaliżowana od szyi w dół przez kilka godzin – natomiast po minionym wtorku za NAJBARDZIEJ ekstremalne doświadczenie EVER uznaję jazdę woodstockowym pociągiem musicREGIO.

Nie zna życia ten, kto nigdy tego nie spróbował. Wszystkie opowieści jakie kiedykolwiek mieliście okazje usłyszeć o tym, co się dzieje w tych wyjątkowych pociągach – są PRAWDZIWE. Serio serio.

Ale po kolei.

Na wyjazd na Woodstock zdecydowaliśmy się już kilka miesięcy wcześniej. Wszystko sobie dokładnie zaplanowaliśmy*. W połowie lipca zarezerwowaliśmy miejsca na Toi Campie, kilka dni przed wyjazdem kupiłam przez internet bilety na pociąg odjeżdżający z Warszawy 30.08 o 22:40.

O wyborze pociągu na środek transportu zadecydowało kilka czynników – po pierwsze, Y, z którym jechaliśmy w zeszłym roku, tym razem nie jechał z Warszawy oraz nie planował zostawać do końca festiwalu ze względu na Wyjazd Planszówkowy. Po drugie, wydawszy 240 złotych za Toi Camp, pragnęliśmy oszczędności.
I tu pojawiło się pierwsze rozczarowanie. W zeszłym roku za podróż samochodem w obie strony, w komfortowych warunkach, z licznymi postojami dla rozprostowania kości zapłaciliśmy za dwie osoby 220 złotych. W tym roku na serwisie Bla Bla Car znaleźliśmy ofertę z dwoma wolnymi miejscami po 50 złotych od osoby w jedną stronę (nie zdecydowaliśmy się na nią ze względu na mniej atrakcyjną godzinę odjazdu oraz lekkie obawy przed jazdą z zupełnie obcym człowiekiem). Po wejściu na stronę Przewozów Regionalnych i wyklikaniu interesującej nas oferty wyskoczyła suma do zapłaty 192 złote (tak „niewiele” tylko dzięki rabatowi za zakup biletów tam i z powrotem oraz studenckiej zniżce dRaisera). Śmiało mogę stwierdzić, że to najgorzej zainwestowane 200 złotych w moim życiu (a kiedyś kupiliśmy po taniości tablet w Carrefourze, który nie dość, że zawieszał się na amen po zainstalowaniu większej ilości aplikacji, to nie da rady znaleźć specyfikacji wyświetlacza na wymianę po tym, jak dRaiser potłukł oryginalny na wyjeździe).

Prawdą jest, że słyszało się to i owo o podróżach musicREGIO. Pełni nadziei wierzyliśmy jednak, że to tylko hiperbole i propaganda ze strony Ojca Dyrektora i mu podobnych mająca na celu odstraszyć niewinną młodzież od Woodstocku.
Relacje naocznych świadków – naszych znajomych – nie brzmiały wstrząsająco. Y z rozbawieniem wspominał bratanie się nad baniaczkami ze spirytusem ze współpodróżującymi. Konrad wprawdzie wyśmiał moją chęć kupowania biletu („Naprawdę wierzysz, że ktoś będzie próbował kontrolować bilety w pociągu pełnym pijanych panczurów?”), ale nie ostrzegał o niczym ponadto. Patryk z kolei wesoło opowiadał o komforcie jazdy, jakiego doświadczył w zeszłym roku w piętrowej kolejce, o wędrówkach i integracji a także spacyfikował mój entuzjazm do jazdy na gapę, informując, że rok wcześniej kontrole miały miejsce w obie strony. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jak BARDZO musiał być zjarany, że mu obskurne interregio wychodowało pięterko i dodatkową przestrzeń.

Point is że absolutnie nie byliśmy przygotowani na to, co zastaliśmy po dotarciu na właściwy peron Warszawy Gdańskiej. Ludzi było od groma. W życiu nie widziałam tyle osób zgromadzonych na jednym peronie. Oczywiście, większość z nich była pod wpływem rozmaitych używek, a znaczną część kontynuowała spożywanie. Jeden delikwent uznał za zabawny pomysł zejścia na tory i sikania tuż przed przejeżdżającym pociągiem, ignorując wściekłe gwizdy maszynisty.
Pociąg odjeżdżał o 22:40. My dotarliśmy na peron ok.22:10. Z podstawieniem pociągu zwlekano do ostatniej chwili. Ok. 22:20, kiedy było już wiadomo, przy którym torze podstawią, tłum zaczął się ustawiać tuż przy krańcu peronu. My też, bo co robić – z całych sił pragnęliśmy miejsc siedzących, chociaż szansa na nie wydawała się mikra.
Przez kolejne 20 minut przechodziłam od histerii przez załamanie do wściekłości. Byliśmy popychali z każdej strony; bałam się zrzucenia na tory. Nad głowami latały nam puste butelki i puszki. Apogeum nastąpiło, oczywiście, gdy pociąg pojawił się na horyzoncie. Nie tyle wsiadłam przez najbliższe drzwi (które szczęśliwie znalazły się tuż przed nami), co zostałam przez nie wepchnięta. Cudem uniknąwszy wepchnięcia pod pociąg/zdeptania, po mocnym pchnięciu, niezgrabne wylądowałam na pierwszym z brzegu siedzeniu, zaklepałam miejsce obok dla dRaisera (któremu udało się dopchać do wejścia długą chwilę później). Sukces! Wrzuciliśmy największy plecak na półkę bagażową i oboje siedzieliśmy.
Tym sposobem wyczerpaliśmy limit szczęścia na ten wyjazd.

Pociąg był zapchany niemożebnie. Nie rozumiem jakim prawem Przewozy inkasują tyle kasy za bilety, skoro przewożono nas w gorszych warunkach niż bydło na ubój. Ludzie siedzieli WSZĘDZIE. Na podłodze, na sobie, w przejściu, w toalecie.
Przez pierwsze dwie godziny, ktokolwiek chciał skorzystać z przybytku w założeniach ustronnego, nie dość że przeciskał się doń w mękach, to jeszcze musiał użytkować przy otwartych drzwiach w obecności trzech obróconych plecami do siebie chłopów. Po tym czasie panowie stwierdzili, że jednak im tam niewygodnie, bo za duży ruch, więc przenieśli się do przejścia. Dzięki temu, można było korzystać z WC przy zamkniętych drzwiach, za to było się niemalże przenoszonym na rękach, żeby się tam dostać.
Nie wszystkim zamykane drzwi przyniosły ulgę. Jedna laska, próbując przejść do przed drzwi, tak niefortunnie chwyciła się futryny, że wchodzący przytrzasnął jej palce. Całe przejście się dobijało i krzyczało o otwarcie, ale ogólny harmider sprawił, że człowiek w środku nic nie słyszał, a drzwi otworzył dopiero po skorzystaniu.
Na szczęście, do najbliższej stacji nie było daleko. Na miejscu czekali już medycy, karetka podjechała, ale dla tej dziewczyny Woodstock skończył się już w pociągu.

Był to nasz najdłuższy postój na stacji. Jednak już po niecałej godzinie, zaliczyliśmy najdłuższy postój w całej podróży, pośrodku szczerego pola, spowodowany… podpaleniem. #WTEM doleciał nas podejrzany smród i zobaczyliśmy więcej dymu, niż dotychczas powstawało w wyniku palenia papierosów. Po chwili pociąg został zatrzymany i czekaliśmy. Po długiej, długiej chwili okazało się, że w wagonie za nami, ktoś wpadł na pomysł, by uprawiać fireshow poikami. Opóźniło to naszą podróż o co najmniej godzinę.

Nie był to koniec atrakcji.

Mocno podpici panowie, uznali, że kolejki do łazienki są za długie, więc postanowili temu zaradzić. Przy użyciu brute force’a udało im się otworzyć drzwi do wagonu. Aby uniknąć ponownego ich zamknięcia, wykorzystali opróżnione butelki i puszki jako klina i przez powstałą w ten sposób szparę, wystawiali co trzeba i oddawali mocz.
O dziwo nie doszło do brutalnej kastracji.

Doprawdy nie wiem, jakim cudem dojechaliśmy żywi, niepodeptani, niepobici i z całym dobytkiem. A także obrzydliwie trzeźwi.

 

 

* Czy muszę przypominać jaki jest najlepszy sposób na rozbawienie bogów?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 05.08.2013. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , , , , ,

Polcon 2012

Co by tu… a tak – było zajebiście!
Zdążyłam już trochę odwyknąć od konwentów – ostatni raz byłam bodajże na Falkonie w 2009. Polcon 2012 w sumie nie charakteryzował się niczym absolutnie wyjątkowym, ale i tak jestem szalenie zadowolona, że pojechaliśmy.
Nie obyło się bez komplikacji – chociażby wspominanych wcześniej idiotycznych (moje dzieło, moje!) rezerewacji na Polski Bus oraz błądzenia po mieście w poszukiwaniu konwentu (a można było przeczytać instrukcje ze strony :P). Pierwszy dzień praktycznie przespaliśmy – dotarliśmy dopiero na 19 na spotkanie z Kubą Ćwiekiem. W ogóle przyznaję się ze wstydem, że przegapiłam strasznie dużo interesujących mnie prelekcji – z w sumie niewielkiej puli (motyw przewodni konwentu – niepokoje związane z końcem świata i rokiem 2012 – wybitnie do mnie nie trafiał), ale te najważniejsze zaliczyłam – 4 spotkania z K. Ćwiekiem, 1 z M. Kozak, E. Białołęcką, cudna prelekcja o kocie jako ulubionym zwierzęciu fantastów, na którą głównie składały się cudne opowieści Kossakowskiej i Białołęckiej o ich kotach. Mój dzielny netbuczek został Bohaterem Jednej Prelekcji przez co stał się w tym momencie najcenniejszym (emocjonalnie) dobrem jakie posiadam.
Poza tym kupiłam uroczą koszulkę z Yodą i przecudnego Minecraft’owego Pumpkina. Niestety, po raz kolejny we Wrocławiu, nie udało mi się kupić kolczyków – na kownencie, o dziwo!, żadne stoisko nie sprzedawało, a na mieście też nie trafiliśmy. Aczkolwiek najwspanialsza pamiątka z Polconu nie kosztowała ani grosza, ale o tym ciiiii.
Jak zwykle po konwencie, wracam z dłuuugą listą filmów/seriali/książek do zapoznania się z. I w ogóle solennie sobie obiecuje, że zwiększę znacząco przerób dóbr kultury.
Sam Wrocław troszę złagodził moją niechęć do siebie, acz daleko mi od zachwytu tym, uwielbianym przez wielu, miastem. Owszem, ładny jest (przynajmniej w centrum), ale dla mnie nie ma w nim magii/klimatu/jakkolwiek byście określili tę cechę, która sprawia, że do danego miasta chce się wracać. Najbardziej przeraża mnie organizacja ruchu. Jeszcze nigdzie nie spotkałam się z tak KRÓTKIMI zielonymi światłami. A wrocławscy kierowcy jeżdżą strasznie szybko i nieostrożnie (zważcie, że mówi to osoba na codzień poruszająca się po Warszawie, która ze spokojności kierowców nie słynie). Ludzie najwyraźniej zniechęceni krótkimi światłami praktycznie wszędzie przechodzą albo w miejscu nie wyznaczonym albo na czerwonym. Ja się potwornie stresowałam za każdym razem, gdy musiałam przejść przez ulice.
Najgorszym pomysłem było zabookowanie powrotu na 6 rano. Przez 12 godzin musieliśmy szwędać się po mieście – a jako że nie bardzo już mieliśmy kasę (pomimo dwóch dosyłek ekspresem pocztowym od Igora), skończyło się na siedzenie najpierw w Macu, potem na dworcu i oglądaniu Supernaturala.
W planach na najbliższą przyszłość mamy konwent komiksowo-growy w Pięknym Mieście Uć i Falkon 2012 w Lublinie. A że przyszłoroczy Polcon WTEM będzie w Warszawie, to tak sobie myślę, żeby do Miasta Na K przeprowadzić się jednak pod koniec września, a nie lipca 😉

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 04.09.2012. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, Wyjazdy, życie kota Tagi: , , ,

Wrocław – dzień 1

Moja pierwsza wizyta we Wrocławiu w zeszłym roku pozostawiła mnie w głębokim przekonaniu, że miasto mnie nie lubi. Chociaż był to środek lata, było koszmarnie zimno , cały dzień lało dziko i wróciłam przeziębiona. A z wszystkich przewidzianych do zwiedzania atrakcji, zobaczyłam jedynie knajpę, w której mieliśmy jedynie zjeść obiad a spędziliśmy całe popołudnie i wieczór.
dRaiser usiłował mnie potem przekonać, że miasto wcale nie jest takie złe, jak mi się wydaje i powinnam dać mu drugą szansę. Opierałam się długo, ale w końcu ulec musiałam – we Wrocławiu odbywa się tegoroczny Polcon, na który jedziemy, a w zasadzie już prawie dojechaliśmy.
Swoją drogą powinnam w końcu nauczyć lepiej planować podróż. Tym razem, żeby zaoszczędzić jechaliśmy po raz pierwszy Polskim Busem. Uczucia mam mieszane z przewagą pozytywnych, ale nie o tym miało być… Mieliśmy dojechać o 4:15, a dojechaliśmy pół godziny wcześniej. Nocleg mamy wykupiony w szkole, która otwiera swoje podwoje po 9. Zanim do niej dotrzemy i będziemy mogli odpocząć po podróży, musimy dojechać na teren konwentu i wykupić akredytację właściwą, gdyż, chociaż wyjazd planowaliśmy od dwóch miesięcy, jakoś nie udało nam się sprawy załatwić po bożemu, czyli przez Internety.
Point is, po opuszczeniu PKSu mieliśmy, a właściwie wciąż mamy, mnóstwo czasu do przetrwonienia. Póki co odwiedziliśmy lokalne Przekąski i Zakąski, gdzie spożyliśmy niezłe kiełbaski i ciepłą cytrynówkę oraz napatrzyliśmy się na lokalne indywiduum, trochę pobłądziliśmy po Starym Mieście, zapolowaliśmy na kawę i prąd w EMPiK Cafe a za chwilę wyruszymy na poszukiwanie śniadania.
So far podobuje mi się. Może moja niechęć do Wro się trochę zmniejszy.
Stay tuned.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.08.2012. Komentarzy (0) Posted in Wyjazdy, życie kota Tagi:

Kącik Porad Malkaviańskich – Jak nie wyjeżdżać w góry. Part one.

(bo przecież jedna podróż jest najlepszym momentem na to, by spisywać wspomnienia z poprzedniej)

Po rozmowie z J. odpalił Kot 1 odcinek „Supernaturala” i zwinął się w kłębek. Na sekundkę. Sekundka potrwała o wiele za długo i kiedy otworzył Kot ponownie oczka było o wiele za późno, a przecież jeszcze musiał się dopakować! W efekcie wybiegał w dzikim przerażeniu, przeświadczony, że zapomniał miliona Bardzo Ważnych Rzeczy (łącznie z biletem PKSowym, którego lokalizacji wciąż nie był pewien) i nie zdążył sobie niczego zgrać na netbuczka. Szczęśliwie Opatrzność czuwała nad Kotem, gdyż złapał pociąg do Zachodniego tuż po dotarciu na Wschodni i na przystanku PKSowym znalazł się na całe 2 minuty przed odjazdem PKSu.
W PKSie zajał Kot spokojnie miejsce i pierwsza część podróży upłynęła Kotu na dosypianiu. Gdy już się wyspał, postanowił Kot, w przypływie Szaleństwa niewątpliwie, że podróż rozbujanym PKSem jest idealną chwilą na podjęcie prób naprawy nie działającej klawiatury poprzez wyjęcie nie działających klawiszy. Czy muszę pisać, że w efekcie klawisze latały po całym korytarzu i Kot je w panice wyciągął spod siedzeń?* Zdążył rónież Kot po drodze co najmniej trzy razy zgubić czapkę, arafatkę bądź oba na raz. Ponadto tuż za Rzeszowem uświadomił sobie, że w swej nieroztropności i zabieganiu wziął zaledwie jedną książkę ze sobą, w dodatku niezbyt grubą i już dotarł do połowy… Szczęśliwie w tym momencie za oknem zaczęły pojawiać się wzniesienia i Kot już zamarł do końca, obserwując i się zachwycając, starając się nie myśleć, jak właściwie przetransportuje się o godzinie 19 z Ustrzyk do Ustrzyk.
Wspomnieliśmy już, że Opatrzność nad Kotem czuwa? Na miejscu bowiem okazało się, że za 5 minut odjeżdża ostatni PKS do Ustrzyk Górnych i Kot spokojnie na niego zdążył.
Gdy PKS zatrzymał się, a kierowca oznjamił koniec trasy i Kot wyszedł na świat, było już całkiem ciemno. Kot stał pośrodku obcej miejscowości z ponurą świadomością, że zupełnie nie wie, gdzie jest, ani w którą stronę znajduje się Zajazd, w którym dokonał rezerwacji.
– Nic to! – pomyślał Kot z determinacją. Widział przecież Kot zdjęcia, domostwo miało na sobie wielką tabliczkę z nazwą przybytku, miejscowość jest malutka i składa się z jednej ulicy, na pewno Kot znajdzie!
– Der haha! – zaśmiał się Wszechświat, tudzież zaśmiałby sie, gdyby Wszechświaty posiadały struny głosowe i gardło zdatne do wytwarzania odgłosów.
20 minut później ponownie, tym razem już lekko zaniepokojony, stał Kot w, szumnie nazwanym, Centrum miejscowości i dzwonił do Igora, co by ten wygooglał jakieś wskazówki topograficzne. Igor grzecznie podał Kotu adres, obejrzał mapkę Ustrzyk, powiedział Kotu, w którą stronę powinien się Kot kierować, po czym się rozłączył.
Kot uczynił jak mu przykazano i doprowadziło to Kot na wprost wielce malowniczego… placu budowy, na którym stało 3/5 domku i wielka tablica informacyjna głosząca, iż w tym oto miejscu już lipcu stanie „Zajazd pod Caryńską” (w którym to zajedździe Kot zarezerwował nocleg na kilka dni w maju.) Szczęśliwie Kot byłoaząpokoju i bardzospokojnieianitrochęnienerwowo spisał z tablicy informacyjnej numer telefonu, zadzwonił i bardzo miłej i pani, która odebrała powiedział, że bardzo chciałby skorzystać ze swojej rezerwacji, ale trochę tak jakby niekompletność zajazdu ciut to uniemożliwia.
– To nikt pani nie powiedział, jak pani dzwoniła i rezerwowała? – spytała lekko zaniepokojona rozmówczyni Kota.
– Nie powiedział czego? – zapytał Kot odruchowo.
Otóż, czy nikt Kotu nie powiedział, że chociaż Zajazd Pod Caryńską ma już swoją stronę internetową, numer telefonu i wszystko, to trwa budowa, otwarty będzie dopiero od lipca a wszystkie rezerwację czynione do tego czasu jak najbardziej zostają uwzględnione, ale w znajdującym się 6 kilometrów od Ustrzyk Zajeździe Pod Tarnicą. No więc, NIE, nikt Kotu nie powiedział, że tak sprawa wygląda. Gdyby ktoś to Kotu raczył był powiedzieć, nie stałby Kot o godzinie prawie 22, jak ten jelonek bezbronny z ciężkim plecakiem na środku obcej miejscowości.
Pani szczęśliwie nie pozbawiona była pomyślunku i rezonu, bezbłędnie wyczuła lekką frustrację, narastającą w kocim głosie i szybko zadecydowała, że skoro Kot sam niezmotoryzowany, to ona natychmiast wysyła po Kota samochód.
W efekcie, tuż po godzinie 22 zameldował się Kot pod dachem. Tylko niestety, nie pod ślicznym dachem, który widział Kot na zdjęciach, nie w domostwie wyposażonym w WiFI i inne udogodnienia, ale w pokoiku przypominajacym celę, w miejscu, które od najbliższego pola, gdzie można było złapać zasięg Orange, dzieliło co najmniej 10 minut spaceru.
I tak oto minął poranek i wieczór kociego wojażu – dzień pierwszy.

* I czy możliwe, że to właśnie kocia hiperaktywność była przyczyną dla której praktycznie przez całą drogę nikt się do Kota nie przysiadł?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.07.2011. Komentarzy (0) Posted in malkaviański kącik porad wszelakich, Wyjazdy Tagi: , , , ,

Malkaviański Kącik Porad Wszelakich – Jak nie należy wyjezdzac w góry. Prequel

Jako że wszyscy zapewne tęsknili za kolejną notką cyklu „Malkavianie uczą nas jak nie żyć”, oto ona.

[miejsce na aplauz]

W dzisiejszym odcinku nauczymy:

Jak nie należy wyjeżdżać w góry, czyli Kot ucieka. Prequel.

Jak już wcześniej Kot wspominał, zdobywanie górskich szczytów śniło się Kotu po nocach od lat kilku, a rozmaici mężczyźni, wbrew składanych obietnicom, nigdy nie doprowadzili do spełnienia kocich marzeń.

Poirytowany i zdeterminowany Kot postanowił w końcu sam się o siebie zatroszczyć.

Decyzję o Ucieczce powziął Kot prawie dwa miesiące temu, a jako że czasu było od groma, wyjazd miau być solidnie przygotowany, zaplanowany i Absolutnie Nie Chaotyczny. Wiecie, co bogowie robią, jak im opowiedzieć o naszych planach, right? Więc wy też teraz możecie się zaśmiać.

Pierwsza część planowania wypadła Kotu nawet całkiem nieźle. Kot starannie przemyślał termin ucieczki, uznał, że nie ma sensu ze swoim gawiedziowstrętem pchać się w majówkę, natomiast jakby tak wyjechał w czwartek po długim weekendzie, to mógłby zostać nawet do niedzieli. Posłuchawszy rad Luki, wybrał Kot miejscowość na ucieczkę, wygooglał uroczy, mały, niedrogi zajazd, gdzie, oprócz tony innych udogodnień, miało być WiFi; zadzwonił do owego i zarezerwował pokoik w pożądanym terminie. Dowiedział się przy tym, że na dwa tygodnie przed planowanym przyjazdem zobowiązany jest dokonania przedpłaty celem potwierdzenia rezerwacji.

Następnie Kot postanowił zawczasu załatwić sobie wolne w pracy, żeby na ostatnią chwilę przy układaniu grafiku na maj nie było zgrzytów. Już w pierwszym tygodniu kwietnia poszedł do swojej przełożonej i wytłumaczył grzecznie, że sytuacja wygląda tak i tak, że musi dokonać wpłaty zaliczki, że strasznie Kotu zależy, ale póki jeszcze jest czas, to może ewentualnie przebookować się na późniejszy termin w ramach tego samego miesiąca. Kocia przełożona powiedziała, że problemu nie ma. Najmniejszego.

Kot uradowany zapłacił z góry za cały pobyt, żeby potem finansami sobie ślicznej główki nie zaprzątać, zorganizował Łobuza do opieki nad Kotletem, po czym resztę kwestii organizacyjnych, takich jak logistyka transportu, zostawił na koniec miesiąca.

Pierwszy zgrzyt pojawił się koło 20 kwietnia, kiedy to Kot wysłał swojej przełożonej sugestie grafikowe na maj. #WTEM okazało się, że w ten weekend, który Kot zamierzał spędzić na szlaku, przełożona ma wesele, a druga współpracownica szkołę i czy Kot naprawdę musi mieć ten weekend wolny, bo przecież nie może być tak, że nikogo z filmu nie będzie. No doprawdy! Przed zrobieniem karczemnej awantury dzielnie powstrzymał Kota Igor, głaszcząc po główce, dolewając drinka do szklaneczki i tłumacząc łopatologicznie konsekwencje powiedzenia szefowej, co Kot myśli o całej sytuacji. Ostatecznie stanęło na kocim, ale zszarpania nerwów nikt Kotu nie zrekompensował.

Przez kolejne dwa tygodnie Kot solennie sobie obiecywał, że dziś, już dziś, a najpóźniej jutro pojedzie na dworzec, dowie się, kupi te bilety. W międzyczasie zajmował się tak ważnymi sprawami jak Niepisanie Pracy Semestralnej (tak, co lepiej obeznani Czytelnicy słusznie przewidują temat na następną notkę), oglądanie „Trawki”, „Supernaturala”, granie w Disciples II, spotkania towarzyskie, kastracja Kotleta, a także szukanie nowego współlokatora i poskramianie dzikich napadów paniki.

A potem znienacka zaatakowała Majówka.

W Majówkę już ostatecznie-ostatecznie miau Kot opracowywać logistykę transportu, a nawet zawczasu się pakować, gdyż brał pod uwagę, że wyjedzie w środę bezpośrednio po pracy, ale nagle zaatakowały Kota zupełnie nowe dystrakcje i plan spalił na panewce.

W przedwyjazdową środę, Kot miau zamiar wstać odpowiednio wcześniej, pojechać z samego rana zrobić zaległe badania i, jeszcze przed zajęciami, zahaczyć o Zachodni (gdyż tyle, że z Zachodniego właśnie powinien Kot wyruszyć, udało się Kotu ustalić.). Czy zaspał okropnie? Oczywiście. Czy wylał na siebie pierwszą poranną kawę i musiał się w pospiechu przebierać? Ależ. Szczęśliwie zamiast pierwszych zajęć odbywała się prelekcja wygłaszana przez gościa z zagramanicy, więc Kot złapał dodatkową godzinę snu. Gość skończył wykład wcześniej niż kończyły się zajęcia, ponadto na następnych miau poprowadzić pogadankę na jeszcze inny temat, w sposób zapewne równie fascynujący, więc Kot zdecydował, że to będzie idealna przerwa, żeby podjechać na Zachodni.

Na miejscu okazało się, że PKSy, które Kot wcześniej wygooglował, nie jeżdżą o tej porze roku, a jedyny, którym Kot może się transportować, jedzie jedynie do Ustrzyk Dolnych i odjeżdża w środku nocy, tzn. o 8:45.

– Nic to – pomyślał Kot i zakupił bilet na w/w PKS, wychodząc z radosnego założenia, że o przetransportowanie się z Ustrzyk do Ustrzyk zatroszczy się już, jak się w jednych z nich znajdzie.

Powróciwszy na uczelnię, Kot postanowił zjeść śniadanie, co się okazało nader destruktywną w skutkach decyzją. Colą light szczęśliwie zalał Kot jedynie kawalątek podłogi. Niestety, jogurcik truskawkowy* znalazł się wszędzie: na podłodze, na Walerianie, a także na kociej bluzce. Przy czym na kociej bluzce znalazło się najwięcej i najbardziej malowniczo, a że Kot miau w owym stroju iść na jeszcze jedne ćwiczenia, a potem do pracy, uznał, że musi biegiem pędem udać się do najbliższego sklepu z tanią odzieżą i zanabyć okrycie zastępcze.

W międzyczasie Kot prawie że padł na zawał, gdy odczytał SMSa od Łobuza, w którym to Łobuz zapytywał, czy Kotleta to on odbiera dziś czy kiedy, bo coś mu się nie zgadza, poza tym on pracuje do 22, a potem śpieszy się do domu, bo mają grać i pić. Z powiedzeniem Łobuzowi, co o nim myśli, Kot nie miau problemu. Stanęło na tym, że przyjedzie po Kotleta po pracy dzikim pędem.

Czy bogowie komunikacji ze wszech miar utrudniali powrót do domu? No przecież.

Uznawszy, że, znając siebie i swoją przytomność o poranku, rozsądniej Kot zrobi, jeśli w ogóle nie pójdzie spać, zaczął Kot się pakować, cały czas intensywnie zastanawiając się, co u stu diabłów zrobił ze świeżo zakupionym biletem na PKS. Miau plan, że żeby dotrwać do rana będzie grać w Disciples i oglądać świeżo ściągnięty 1 sezon „Supernatural – the Animation”** oraz zgrywać filminki na Walerianowy dysk, co by mieć co robić w Bieszczadach długimi wieczorami

W międzyczasie odkrył Kot, że znaczna część klawiszy w Walerianie przestała działać zupełnie i nie pomagają żadne czyszczenia***. Z radośniejszych wieści, dRaiser uszczęśliwił Kota informacją, że zasadniczo to jest zdecydowany się przeprowadzać i Kot może jechać w góry spokojny, że przynajmniej kwestią poszukiwań współlokatora może się nie martwić.

Koło 1 zadzwonił J. i kiedy, po jakieś absurdalnej ilości czasu, skończyliśmy rozmawiać, Kot zwinął się w kłębek tylko na sekundkę…

Ile trwała rzeczona sekundka oraz jakie były jej konsekwencje? Te oraz inne zagadki wyjaśnimy w kolejnym odcinku Malkaviańskiego Poradnika.

Stay Tuned!

* uprzedzając pytania: w dalszym toku dnia Kotu udało się jeszcze upaćkać roztopionym serkiem pleśniowym, kolejną kawą, a także poupuszczać jakieś absurdalne ilości towaru.

** Supernatural. Wersja anime! AWESOME!!!!! ****

*** Ale to przecież nie mogło mieć nic wspólnego ze wcześniejszym zajogurceniem netbuczka…

**** Wszyscy wiemy, co oznacza 5 wykrzykników, right?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 21.05.2011. Komentarzy (0) Posted in Wyjazdy Tagi: , , , ,

A może by tak pierdolnąć to wszystko i uciec w Bieszczady?

Tak właśnie Kot uczyni. Jako że, wbrew pozorom, nie potrafi długo siedzieć i użalać się nad własnym nieszczęściem, tylko jak już się wypłacze, dół przemienia się w przemożną chęć do działania i dokonywania zmian w życiu.
Od kilku lat rozmaici mężczyźni obiecywali Kotu, że Kota w upragnione góry zabiorą. I wszyscy, jak jeden mąż, nie dotrzymywali słowa. Kot się w koncu zdenerwował. Prawie że umarł z zazdrości czytając i oglądając zdjęcia z gorskich wojaży Luki. Ostatecznie uznał, że sam przecież też moje pojechać, pieniądze posiada (powiedzmy), a sam będzie się bawił fantastycznie, będzie dużo chodzić i robić piękne zdjęcia.
A że okres w życiu Kota na prawie wszystkich frontach kiepski, Kot ucieka. Miau uciekać już na Wielkanoc, ale pensja za marzec okazała się tak żałosna, że nie stać go nawet na wyjazd, którego koszty zamknęłyby w 200-250 złotych. I to tylko gdyby Kot byłby bardzo rozrzutny. Ucieknie więc Kot trochę później, ale za to piękniej. Rezerwacji już Kot dokonał, za chwilę będzie musiał ją finansowo potwierdzić. Ironicznie, opiekę nad Rudą Cholerą (znaczy się moim ukochanym maleństwem) zapewni najpawdopodobniej główny motywator kociej ucieczki. A Kot ucieknie… jeśli będzie wystarczająco pięknie, to może naprawdę nie wróci?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 31.03.2011. Komentarzy (0) Posted in Wyjazdy Tagi: , , , , ,

Malkaviański Kącik Porad Wszelakich – Jak nie kupować samochodu?

Kiedyś dawno temu uczył Kot jak nie pisać pracy semestralnej oraz jak nie zaliczać UberWażnegoEgzaminu. Wszystkim zapewne bardzo brakowało tego malkaviańskiego kącika porad wszelakich, w związku z czym dzisiaj ów kącik powraca w zupełnie nowej odsłonie, czyli

Kot uczy jak nie kupować samochodu.

Żeby sobie Szanowni Czytelnicy nie pomyśleli, Kot póki co samochodu nie kupił i przez najbliższy czas nie zamierza, auto kupował natomiast przyjaciel kociego Współlokatora – Biały.
Przede wszystkim, jeśli chcecie odnieść epickiego faila na zanabywaniu samochodu na dobry początek musicie oszczędzić niezadużą kwotę pieniędzy i uprzeć się, że jest to kwota wystarczająca na zakupienie samochodu w dobrym stanie. Następnie umówcie się z Człowiekiem Z Łodzi na odbiór samochodu w losowo wybraną sobotę. Zaangażujcie w projekt swojego najlepszego przyjaciela, który nieopatrznie powie swojej Współlokatorce, że w jej wolny weekend jedzie do jednego z jej ukochanych miast. Współlokatorka, oczywiście, z właściwą jej stanowczością oznajmi, że ona jedzie z nimi.
Kiedy ów wstępny plan zostanie ustalony, należy w przeddzień wyjazdu zadzwonić ponownie do Człowieka Z Łodzi, z którym jesteście umówieni, tylko po to by usłyszeć, że tak, że zasadniczo to on pamięta, że się umawialiście, ale w sumie to on już sprzedał ów samochód. Siedzicie w domu wkurwieni, przeglądacie ogłoszenia, natraficie na jeszcze jedno, które wydaje się mieć sens, dzwonicie…
W/w Współlokatorka, czyli Kot, wraca do domu w piątek wieczorem, po całym dniu pracy zakończonym o 22:20 epickim tłumaczeniem klientce, dobijającej się do krat sklepu, że ten jest od 15 minut zamknięty i choćby stanęła na głowie pod kratą i tak nikt jej nie sprzeda „Gazetki Wyborczej”. Wymigał się Kot z alkoholizacji z kolegami z pracy, wiedząc, że wczesnym rankiem będzie musiał być tomny, co by dotrzeć o własnych siłach do pociągu. Kupił za to czerwone wytrawne wino, co by umilić sobie trochę ten przed sesyjny wieczór* Przekracza obładowany jak wielbłąd** próg mieszkania ok. 23 tylko po to by usłyszeć.
– Kocie, a czemu ty właściwie chcesz jechać na naszą epicką wyprawę? – pytanie padające z ust Białego.
– Bo to jest epicka wyprawa, bo Kot kocha zwiedzać, podróżować i oglądać Większy Kawałek Świata!
– A przyzwyczajona jesteś do ekstremalnej jazdy?
– Da, raz nawet dachowałam, a innym razem zakopaliśmy się jeepem w błocie pod Piasecznem…
– Hmm…. a gastrofazy masz? Chorobę lokomocyjną?
– A w życiu!
– Hmm… a nie przeszkadza ci głośna muzyka: Korn, reggae?
– Oczywiście, że nie.
– No dobra. To zbieraj się, bo 15 po północy mamy pociąg do Katowic.
To zdecydowanie był jeden z tych momentów w życiu, kiedy Kot cieszył się, że jest jedyną w swoim rodzaju hybrydą, a nie babą, bo nie dość, że spokojnie zdążył przebrać się w ciuchy bardziej podróżne, zrzucić buty na obcasie, przepakować torbę i zgarnąć aparat, to jeszcze spokojnie nakarmił i ukochał Kotleta, zajrzał do Netu i wypił kieliszek wina. Następnie już ubrany zdążył jeszcze poczekać na współtowarzyszy podróży.
Pociąg oczywiście się spóźnił, na szczęście nie dużo. Sama podróż do Katowic przebiegła spokojnie, w międzyczasie Kot dowiedział się, że jadą odebrać poloneza Caro, który w przypływie jasnowidzenia został ochrzczony Szalonezem. Na dworcu w Katowicach Kot wygrał z Igorem wyścig do automatu z kawą, wyznał mu miłość (automatu, nie Igoru) i zaspokoił nałóg. Dalszym puktem podróży były pod katowickie Świętochłowice.
W Świętochłowicach znajdował się auto komis, w którym Biały miau Szaloneza obejrzeć. Auto komis był czynny od 7, Dzielna Ekipa dojechała na 6, więc trzeba było jakoś spędzić godzinę. Można było iść na jakąś kawę i bułeczkę do piekarni, ale to by było zbyt proste. Zamiast tego chopcy stwierdzili, że świetną rozrywką będzie próba znalezienia właściwego auto komisu bez używania mapy i nie pamiętając właściwego adresu, poza tym, że to miaua być ulica jakiegoś księdza. Kot nie narzakał na takie podejście, w trakcie gubienia się w zupełnie obcym mieście udało mu się zrobić kilka całkiem ładnych zdjęć. Wszechświat najwyraźniej uznał, że takich wariatów jednak trzeba mieć w opiece, bo gdy zatrzymaliśmy się na parkingu Lidla i odpaliliśmy Igorowego GPSa okazało się, że jesteśmy zaledwie 1,8 km od celu i wcale nie poszliśmy w zupełnie złą stronę. Przy okazji udowodniliśmy, że jesteśmy w 100% dziećmi XXI wieku. Od parkingu do komisu szliśmy z włączonym GPSem, używając Igorowego laptopa jako mapy. Na miejscu byliśmy, oczywiście, pierwszymi klientami. Pan Mechanik był wyraźnie święcie oburzony, że jakiś klient ośmiela się przyjeżdżać o 7 rano do komisu, który od 7 jest czynny i jeszcze domaga się obsługi, nie pozwalając w spokoju zjeść śniadania, wypić kawy i wypalić papierosa. Szalonez okazał się być w ciut gorszym stanie niż głosiło ogłoszenie, drzwi ewidentnie zamarzły i trzeba je było otwierać siłą, przedni zderzak ciutkę odstawał, w dodatku radio było na kasety, a nie CD. Pooglądawszy samochód ze wszystkich stron, poprosiliśmy o jazdę próbną. Pan Mechanik łaskawie się zgodził, ale z góry zapowiedział, że to on prowadzi, bo mają już dość tych wszystkich Schumacherów, którzy ledwie ich dopuścić za kółko, a szaleją po okolicznych zakrętach. Nie było by w takim podeściu nic dziwnego, gdyby on sam nie przewiózł nas z ponadprzepisową prędkością, zakręcając tak ostro i na poślizgu, że Kot poważnie się obawiał, że zanim wrócą, to zaliczy drugie w swoim życiu dachowanie.
Mimo licznych wątpliwości wniosek końcowy był „A co tam! Biorę!”. Umowa została podpisana i niecałe dwie godziny po przybyciu do komisu, wyjeżdżaliśmy Szalonezem, tylko po to by zatrzymać się najbliższym parkingu i nie być w stanie ponownie go odpalić (auta, nie parkingu). Szczęśliwie Pan Mechanik, okazał się minimalnie przyzwoitym człowiekiem i zaproponował nam, że pojedzie z jednym z nas po paliwo. Po zatankowaniu samochód dalej nie chciał ruszyć, więc Pan Mechanik zarządził start metodą na popych. Sam wskoczył za kierownicę i kiedy samochód wystartował przejechał kawałek z przerażonym Kotem na pokładzie.
Kiedy oddał samochód, wyruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy.. Na pierwszym ostrzejszym zakręcie okazało się, że Szalonez ma jeszcze jedną wadę, mianowicie przednie drzwi po stronie kierowcy spontanicznie się otwierają i trzeba je było zamknąć na sznurek przywiązany do siedzenia.
Kot nie wie, jakim cudem dojechaliśmy do Warszawy bez szwanku. Biały jest pozytywnie nastawiony względem Szaloneza – uważa, że trochę w niego włoży i będzie miau samochód, który pojeździ przez dłuższą chwilę. A jeśli się rozwali w międzyczasie…oh well… kosztował tyle, że mimo wszystko nie będzie szkoda.
Niemniej, Świetochłowskiego komisu zdecydowanie NIE POLECAMY.

* i niestety, nie mamy tu na myśli sesji RPG…
** bo raz na jakiś czas wpada Kot na szalony pomysł, że może warto by zabrać z pracy te wszystkie zalegające ubrania, buty, etc.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 24.01.2011. Komentarzy (0) Posted in Wyjazdy Tagi: , , , , ,