Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Malkavianie uczą nas jak nie wracać z Woodstocku.

Chciałoby się powiedzieć, że po takich perypetiach z dotarciem na miejsce, reszta pobytu i powrót były usłane różami. Byłoby szkoda, gdyby Y po spędzeniu jednej nocy na polu namiotowym rozchorował się do tego stopnia, że następnego dnia wieczorem pakował się w pociąg powrotny. Również byłoby szkoda, gdyby w pożyczonym namiocie pękła jedna z głównych rurek i „dach” się zapadał na nas. Czy był to efekt zbyt dużego napięcia, czy ktoś w odmiennym stanie świadomości zwalił się na nasz namiot – nie ustaliliśmy. Za to kradzież metalowych rurek podtrzymujących wejście do namiotu była ewidentnie dziełem ludzkim.
Other than that, sam pobyt przebiegał w zasadzie spokojnie.
Za to powrót!
Jako że w Lemonce zostało tylko jedno wolne miejsce (które pierwotnie załatwiliśmy Y, a które zwolniło się z racji jego przedwczesnego wyjazdu), wracaliśmy ze znajomymi z Blipa. Obładowani niczym wielbłądy(oprócz swoich klamotów mieliśmy jeszcze jeden z namiotów Y) zapakowaliśmy się z jeszcze jedną laską do Passata Combi.
O 11 udało nam się wyjechać z pola namiotowego. Następną godzinę+ spędziliśmy w koszmarnym korku trwającym aż do wyjazdu z Kostrzyna. Po tej godzinie+ zajechaliśmy na stację benzynową, gdzie właściciele zatankowali autko do pełna, przemyli szyby, sprawdzili ciśnienie w oponach, etc. Wszystko 100% no problems.
No problems skończyło się po wjeździe na autostradę, kiedy osiągnęliśmy zawrotną prędkość 140 km/h. Obroty silnika gwałtownie skoczyły, a potem spadły i tak kilkukrotnie. Samochód nie chciał się bardziej rozpędzić, mimo iż w podróży w drugą stronę, wyciągał bez problemu 170 km/h (zresztą, który współczesny samochód ma ograniczenie do 140?).
Zrobiliśmy awaryjny postów (tak, NA AUTOSTRADZIE). Właściciel zajrzał pod maskę, daliśmy autku chwilę odpocząć i spróbowaliśmy podjąć podróż. Nie przejechaliśmy więcej niż 40 km autostradą nim zrobiliśmy kolejny postój. Przy czym po ponownym zatrzymaniu, Passat odmówił ruszenia. Warczał trochę silnikiem, bo czemu nie, ale automatyczna skrzynia biegów nie wrzucała żadnego biegu.
– Ha! Myśleliście, że jak nie jedziecie ze mną, to was ominie podróż lawetą? Naiwne Koty! – Skomentował przez telefon Y.
Konsultacje telefoniczne, mające na celu ściągnięcie lawety trwały. Mini Assistance poinformował, że przyjazd lawety może potrwać 3-4 godziny, ale mogą podać numer do szybszej pomocy drogowej. Szybsza pomoc drogowa estymowała 2-3 godziny, ale dysponowała numerem do lokalnego warsztatu, który dysponował własną lawetą. Wreszcie, lokalny mechanik oznajmił, że przyjedzie w pół godziny.
Oględziny w międzyczasie wykryły, że wyciekł olej do skrzyni biegów. Mieliśmy więc niewielką nadzieję, że po uzupełnieniu płynu, będziemy w stanie kontynuować podróż. Dowiedzieliśmy się także, że w tygodniu poprzedzającym wyjazd, samochód był u poleconego mechanika i została w niego wrzucona czterocyfrowa kwota.
Mechanik lawetą przyjechał faktycznie w ciągu pół godziny. Warsztat, do którego nas zawiózł mieścił się w Torzymiu, ale po drodze zahaczyliśmy o dom znajomego, do którego kierowca nie mógł się dodzwonić po jakąś informację.
W warsztacie dowiedzieliśmy się między innymi, że:
– laweta będzie kosztowała dwa więcej niż zrozumieliśmy przez telefon (wycena lawetowania została dokonana po uprzednim wybadaniu skąd jesteśmy)
– samochód nie pojedzie dzisiaj ani jutro za żadne skarby świata
– skrzynię biegów można regenerować albo wymienić na nową (używaną). Warsztat od najbliższego dnia roboczego może zacząć kontakty w lokalsami w celu namierzania odpowiedniej skrzyni, a jeśli właściciel chce żeby kupować przez te, tfu, internety, to sam się musi tym zająć (i zapewne przyjechać z zakupioną w ten sposób skrzynią)
– mogą nam sprawdzić pociągi i dowieźć z bagażami na dworzec.
Sprawdzono nam jakieś tam połączenia i całkiem niedługo mieliśmy mieć TLK z Rzepina do Poznania. Sprężyliśmy się zatem, szybko przepakowaliśmy zostawiając prawie całe mienie z wyjątkiem czegoś ciepłego na plecy oraz przedmiotów wartościowych. Mechanik i jego znajomy zapakowali naszą piątkę na dwa samochody i po kilku minutach wysadzili na dworcu. Byłoby pięknie i nasza przygoda by się zakończyła, gdyby był to dworzec, zgodnie z tym co wcześniej zrozumieliśmy, w Rzepinie, a nie w Torzymiu. I gdyby nad tym dworcem nie zbierały się właśnie burzowe chmury.
Gdybyśmy wracali tydzień później, nie byłoby tak tragicznie – za kwadrans mielibyśmy regionalną kolejkę do Rzepina i zdążylibyśmy na TLKa. Niestety, trafiliśmy na dziurę czasowo-komunikacyjną – z niewiadomych przyczyn w tym tygodnia połowa połączeń była wstrzymana i na najbliższy pociąg do Rzepina czekaliśmy półtorej godziny. Gdybyśmy wracali tydzień później, wspaniałą burzę podziwialibyśmy z okien pociągu siedząc w cieple i suchości. Tymczasem mokliśmy jak głupi nie mając się gdzie schronić. Bo faktycznie znajdowaliśmy się NA DWORCU nie W BUDYNKU DWORCA. Nie to, żeby budynku nie było. Owszem, stał mały kwadratowy ceglaczek, który wszystkie drzwi i okna miał solidnie zamurowane i zabite deskami, żeby komuś nie przyszło do głowy szukać w nim schronienia. Perony, owszem – były dwa. Jeden nawet posiadał szerokie siedzisko zabudowane solidnym daszkiem. Oczywiście, nie był to nasz peron.
W burzy, modląc się, żeby nie dostać piorunem, opędzlowaliśmy zabrane z Wooda piwko (tak, byliśmy ludźmi, którzy z Woodstocku wracali z kupionym a niewypitym piwem), starając nie poddać się czarnej rozpaczy.
Wreszcie pociąg przyjechał i dojechaliśmy do Rzepina, zbliżywszy się tym samym jakieś 20 km do punktu, z którego zaczęliśmy podróż.
W okienku na dworcu dowiedzieliśmy się, że jeśli chcemy jechać oszczędnie, żeby złapać TLK do Warszawy w Poznaniu, jak pierwotnie zamierzaliśmy, musielibyśmy jechać 12 godzin, z kilkoma przesiadkami, w tym pierwszą w Kostrzynie(sic!). Alternatywą był drogi ekspres InterCity, który odjeżdżał za ok. 40 minut i po 3 godzinach niecałych miał dojechać do Warszawy. Z bólem portfela zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję.
Korzystając z wolnych 30 minut, pobiegliśmy na poszukiwanie sklepu spożywczego, w którym zaopatrzyliśmy się w produkty chmielowe kojące nerwy oraz niewielką ilość produktów mocniejszych o działaniu rozgrzewającym, które po przemoknięciu w klimatyzowanym EIC było nam bardzo potrzebne.
Przeleciawszy wszystkie wagony 2 klasy, zajęliśmy jedyne miejsce dostępne dla łącznie 5 osób: tył korytarza w ostatnim wagonie przeznaczony do przewozy rowerów. Urządziliśmy tam sobie scenerię piknikową i w efekcie było nam wygodniej niż w jakimkolwiek przedziale. Tylko chłodno było i zawijałam się w kołderkę, którą dzikim przypadkiem zabraliśmy ze sobą.
Pociąg podjechał i odjechał punktualnie. Przejechaliśmy kilkaset metrów za stację w tempie małego żółwika, po czym zatrzymaliśmy się w szczerym polu i staliśmy. Staliśmy tak chyba z pół godziny zanim rozległ się jakiś komunikat. Przejechaliśmy następne kilkadziesiąt metrów i znowu stanęliśmy. Miły głos z megafonu poinformował nas, że jest im bardzo przykro, że dostaniemy mały poczęstunek i to wszystko odbywa się „z przyczyn niezależnych od PKP”.
– No owszem, nie jest winą PKP, że wsiedliśmy do ich pociągu. – skomentował filozoficznie dRaiser.
En effet, podróż rozpoczęliśmy po 50 minutach. Na trasie opóźnienie zwiększyło się do 70+, ale nie przejmowaliśmy się za bardzo.
Do Centralnej dojechaliśmy o OO:43. Że nie byliśmy planowo ok. 23 to pikuś. Bardziej nas zabolał 10 minutowy postój na Zachodnim – gdyby nie on, zdążylibyśmy na nocne, a tak czekaliśmy pół godziny na następne.
#failwoodstock na tym się właściwie dla nas zakończył.
Tzn, musimy jeszcze odkupić części do namiotu, ale to pikuś.
Nieszczęsny Passat do Warszawy wrócił NA HOLU.
Y swojego samochodu AFAIK do tej pory nie odzyskał (a na pewno nie miał go jeszcze w zeszłym tygodniu, kiedy pragnęliśmy się nim przeprowadzać.
Ponadto w podróży powrotnej zaginął jeden z namiotów Y (o dziwo ten, który NIE wracał z nami).

Teraz przyjmuję zakłady: czego mamy się spodziewać za rok?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.09.2014. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, malkaviański kącik porad wszelakich, Wyjazdy Tagi: , , , , ,

Polcon 2013

Wniosek po tegorocznym Polconie mam jeden: to strasznie dziwne, kiedy konwent odbywa się w mieście zamieszkania konwentowicza.
Codzienne życie jakoś strasznie nam z konwentem kolidowało.
Niby wzięłam 4 dni wolnego, ale… W czwartek na przykład nie dotarliśmy wcale, chociaż mieliśmy wykupioną pełną akredytację, ponieważ wywoziliśmy rzeczy do mojej mamy i objeżdżaliśmy sklepy budowlane. Dzięki temu wprawdzie ominął nas Kolejkon, ale też kilka prelekcji.
Przez pozostałe trzy dni byliśmy już obecni, ale od jakiegoś południa, na spokojnie, bez spiny. Więcej czasu chyba spędziliśmy (przynajmniej ja) w Games Roomie czy lokalnym chińczyku niż na prelekcjach. Zwłaszcza, że znaczna część interesujących nas prelekcji była przekładana/odwoływana.
Tegoroczna gala zniechęcała dłużyzną. Występ Pawła Penksy był miłą niespodzianką, ogłoszenie laureata (jednego de facto!) emocjonujące, ale poza tym dłuuuuugo za długo i nudno. W poprzednich latach jakoś sprawniej szło.
Miło było zobaczyć się ze znajomymi spoza Warszawy. W sumie powroty do własnego łóżka to spoko sprawa.
Niemniej z przyjemnością w przyszłym roku pojadę do Bielska Białej.
Jednak kiedy się wyjeżdża tylko w celu konwentowania, przeżywa się konwent pełniej.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 07.09.2013. Komentarzy (0) Posted in Imprezy Tagi: , ,

Level Up!

Zakochałam się. Po uszy i od pierwszego wrażenia. Nazywa się… Level Up i jest pubem mieszczącym się w Warszawie przy ul. Moliera 4/6.
Właściwie pub, to za mało powiedziane. Level Up to połączenie pubu i arcade center. Jedyne miejsce w Warszawie, gdzie można przy piwku (bądź innym trunku) pograć sobie na rozmaitych konsolach i to całkiem za free.
Wystrój jest boski. Dwie sale (górna dla niepalących i dolna na palaczy) podzielone kotarami na wygodne, kameralne boksiki. Przyciemnione światła oraz laserowe linie (które mi osobiście kojarzą się z salami do Laser Taga w HIMYM).

żródło: http://polygamia.pl

Na wejściu każdy klient dostaje plastikową kartę, którą okazuje w barze przy składaniu zamówienia. Szalenie wygodne, a zarazem sprytne. Za drinki/piwo/cokolwiek nie płaci się od razu, tylko barmani skanują kartę, zapisują na niej zamówienia, a opłatę uiszcza się przy wyjściu. Super pomysł z punktu widzenia klienta – nie trzeba co chwilę sięgać do portfela oraz z punktu widzenia pubu – klient, który nie płaci od razu, wydaje więcej pieniędzy.

Szczęśliwie, ceny, jak na Warszawę, są bardzo przyzwoite i nie pomyślałabym, że jesteśmy tuż obok uber-drogiej Starówki.

No i konsole…
Wczoraj byliśmy tam przez około godzinę i pograliśmy sobie spokojnie w ostatni Mortal Kombat na Xboxie oraz Szalone Króliki na Wii. Oprócz nowych konsol (Xbox360, PS3, Wii) dostępne są również starsze: Nintendo64, Pegasus. I to wszystko dostępne całkowicie za darmo (płaci się tylko za zamówienia z baru) dostępne od ręki bez rezerwacji (acz można takowej dokonać).

Do tego nad graczami w stanie euforii czuwa przemiła i kompetentna obsługa.

Gorąco polecam. Okot.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 21.08.2013. Komentarzy (0) Posted in Imprezy Tagi: , , , , , ,

Woodstock 2013. Reality check. TOI CAMP.

Na wstępie chciałam powiedzieć, że Woodstock jest zajebistą imprezą. I zamierzamy tam wracać. Serio, Serio. I can’t stress that enough, bo z treści wpisu może wynikać coś zgoła innego.

* * *

Dojechaliśmy. Z zaledwie trochę ponad półtora-godzinnym opóźnieniem. Grzecznie poczekaliśmy aż wszyscy bardziej pijani i mniej przytomni od nas wytoczą się z pociągu.
Wreszcie! Świeże (względnie) powietrze i 30 minut spaceru z ciężkimi bagażami.*

Muszę przyznać, że po ponad 8 godzinach w pociągowym ścisku, spacer nawet dobrze mi zrobił. Nie spieszyliśmy się, bo i po co?
Po dotarciu na teren festiwalu, skierowaliśmy się na TOI CAMP.

W tym miejscu pozwolę sobie przypomnieć (lub wyjaśnić – jeśli jeszcze nie tłumaczyłam), dlaczego w ogóle zdecydowaliśmy się płacić po 30zł od osoby za dobę (240 za całość pobytu) za odgrodzone pole namiotowe pośrodku wielkiego bezpłatnego pola.
Po pierwsze – od lat mam problemy z, pardon les mots, układem moczowym, z tego względu MUSZĘ mięć ciągły, w miarę wygodny i bezkolejkowy dostęp do toalety. W zeszłym roku musiałam drałować przez pół zastawionej namiotami górki i często stać w kolejkach – po kilku dniach w lekkiej panice biegłam do apteki w Kostrzynie. W tym roku chciałam tego uniknąć.
dRaiser z kolei napalił się na ciepłą wodę w prysznicach (zachwalanych przez Asję). Poza tym planowaliśmy wziąć trochę droższy sprzęt – ja lustrzankę; do tego oboje zrezygnowaliśmy z brania zastępczych starych „cegieł” na rzeczy smartfonów – a TOI CAMP ogłasza się zarówno z dostępem do prądu jak i depozytem. A że jechaliśmy sami, nie z ekipą, to trochę martwiliśmy się o swój dobytek.
Słowem, TOI CAMP miał zniwelować wszelkie bolączki z zeszłego roku.
Zresztą, przeczytajcie jak sami się zachwalają, o tu:

Każdy TOI CAMP zapewnia między innymi:
Ogrodzony i oświetlony teren
Ochrona 24 godziny na dobę
Punkt gastronomiczny z gorącymi daniami i napojami
Profesjonalną obsługę pracowników TOI CAMP, którzy służą pomocą i z chęcią odpowiedzą na wszelkie pytania
System opasek identyfikujących mieszkańców TOI CAMP
Najwyższej jakości węzeł sanitarny zapewniający prysznice i umywalki z gorącą wodą
Wysokiej jakości kontenery z toaletami
Ułatwienia dla niepełnosprawnych i osób z małymi dziećmi
Wyznaczone i oznakowane miejsca na namiot, camper lub przyczepę kempingową (wybrane imprezy)
Możliwość podłączenia urządzeń elektrycznych do prądu
Bezpieczny depozyt dla cennych przedmiotów osobistych
Punkt opieki medycznej

Brzmi pięknie, prawda?

No to teraz reality check.

Na miejscu okazało się, że są dwa TOI CAMPy – po dwóch stronach ulicy, a każdy ma swoje wejście. Brak jakichkolwiek dodatkowych oznaczeń. Lekko skonfundowani zdecydowaliśmy się podejść do ochroniarza stojącego w bliższej nam bramce.**
– Dzień dobry, jak możemy się zameldować: tutaj czy po drugiej stronie? – Zapytaliśmy grzecznie.
– Ale to jest płatne pole! – Odburknął(!) z ponurą miną niedźwiedziowaty typ.
– Tak wiemy, wykupiliśmy rezerwację przez internet… – Próbowaliśmy wytłumaczyć.
– To trzeba najpierw opaskę!
Wprost doskonale! Bardzo pan pomocny, nie ma co. Pomimo gburowatości ochroniarza, udało nam się dowiedzieć, że musimy się najpierw udać do kasy, tam załatwimy wszystkie formalności.
Nie takiej obsługi się spodziewaliśmy, ale OK. Do kasy kolejki nie było, więc w miarę szybko otrzymaliśmy „opaski identyfikujące mieszkańców TOI CAMP”. Opaski stały się kolejnym źródłem dyskomfortu, albowiem wykonano je z plastiku. Nie z modnego, wodoodpornego papieru, jakiego się zazwyczaj używa do produkcji opasek identyfikujących uczestników kilkudniowej imprezy, nie z materiału (jak podobno było na Heinekenie), tylko z PLASTIKU – obcierającego, rozgrzewającego się w gorącu i parzącego PLASTIKU. Moje alergie skórne przez najbliższe dni miały używanie.

– Z tym nie wejdziecie! – Powitał nas ten sam gburowaty ochroniarz, co wcześniej, kiedy wróciliśmy. Wskazywał palcem na czteropak piwa w puszcze trzymany przeze mnie. Poprosiliśmy o wyjaśnienia. Gbur wyjaśnił, że obowiązuje zakaz wnoszenie alkoholu na teren TOI CAMPu. Rzekomo zgodnie z regulaminem.

BULLSHIT!

Pozwolę sobie zacytować regulamin(którego kopia wisiała na budce kasowej):

4. Na terenie pola namiotowego TOI CAMP obowiązuje zakaz:
spożywania alkoholu i napojów alkoholowych poza wyznaczoną strefą gastronomiczną
konsumpcji jakichkolwiek substancji odurzających
Wszelkie wykroczenia mogą poskutkować wydaleniem z pola namiotowego bez zwrotu opłaty za niewykorzystany pobyt.

Może ja jestem głupia i nie rozumiem po polsku, ale ostatni raz, kiedy sprawdzałam zakaz spożywania, a zakaz wnoszenia czy posiadania to były dwie różne rzeczy.
Cóż, najwyraźniej pracownicy tego TOI CAMPu postanowili wprowadzić własny regulamin, taki w interesie oddzielnego punktu gastronomicznego, który, oczywiście, serwował złoty trunek – w cenie o 2 złote wyższej niż oficjalny Woodstockowy punkt Carlsberga.

Nieśmiało próbowaliśmy protestować, wyjaśniać, ale wszelkie próby dyskusji zostały ucięte w zarodku.

– Ja musiałem wypić 5, które miałam przy sobie, zanim mnie wpuścili – Skomentował z nieszczęśliwą miną facet siedzący pod płotem.
– Ale to może chociaż możemy zostawić w depozycie? – Zapytałam z nadzieją. Kupiliśmy ten czteropak Shandy’ego(niesamowicie wysokoprocentowego trunku), żeby się orzeźwić na trawce, bo wyczerpującym rozstawianiu namiotu, nie żeby żłopać na akord przed wejściem.
Ochroniarz łaskawie wyraził aprobatę, po czym przystąpił do przeszukiwania naszych bagaży w poszukiwaniu wielce niebezpiecznych przedmiotów takich jak słoik z dżemikiem, przed posiadaniem których ostrzegł na ostro.
Czy muszę podkreślać, że w żadnym punkcie regulaminu nie jest napisane, że ochrona ma prawo przeszukiwać rezydentów albo ich bagaże? Oraz że ani słowem nie zająknęli się o zakazie wnoszenia szklanych pojemników? Zdawałam sobie sprawę, że szklane opakowania są niemile widziane na ogólnodostępnym polu, ale wydaje mi się, że taki zakaz w przypadku pola prywatnego-płatnego powinien być uwzględniony w przepisach.
Co prawda nie mieliśmy przy sobie słoiku z dżemikiem, ale mieliśmy flaszkę – wysokoprocentowe napoje nie są szczególnie aprobowane na Woodstocku – w Kostrzynie na czas festiwalu wprowadzają nawet zakaz sprzedaży alkoholu mocniejszego niż piwo we wszystkich sklepach. Powiedziałam panu, że flaszkę oddamy do depozytu razem z piwem – nawet nie mrugnął. Nie przeszkadzało mu również, jak później tego samego dnia popijaliśmy z owej flaszki pod bramą.

Przeszedłszy przez kontrolę, odkryliśmy dlaczego rozwiązanie z depozytem zostało gładko zaaprobowane – otóż ów depozyt, którym TOI CAMP się chwalił jest… uwaga, uwaga… dodatkowo płatny – 7 zł. Niby kwota niewielka, ale czy na stronie TOI CAMPu zająknęli się chociaż słowem o ekstra kosztach? Ależ! Uszczęśliwiono nas również informacją o opłacie 20 zł w przypadku zgubienia numerka.
Jak myślicie? Ilu Woodstockowiczów w odmiennych stanach świadomości musiało płacić karę?

Chcieliśmy też szybko podładować telefony, bo po długiej podróży mój był całkiem rozładowany, a dRaiserowi zostały ostatnie procenty.
Od razu więc wyszła cała prawda o prądzie na TOI CAMPie – nie dość, że dostęp jest mocno ograniczony – urządzenie można podłączyć jedynie w budce przy samym wejściu(czyt.: z daleka od namiotu), to jeszcze… zgadujcie… TAK! Zgadliście! – dostęp do prądu to kolejne dodatkowe koszta.
Jednorazowe podłączenie urządzenia do prądu, to opłata w wysokości 3 zł. Wyjątkiem są telefony komórkowe, które najwyraźniej wykorzystują inny, specjalny rodzaj prądu(z czego do tej pory nie zdawałam sobie sprawy) – ładowanie telefonu kosztuje bowiem 4 zł. I trzeba dać obsłudze własną ładowarkę.
Czy muszę dodawać, że powyższych informacji nie ma ani w regulaminie, ani na stronie?

Słów mi brak.

Następne rozczarowanie – „Profesjonalna obsługa pracowników TOI CAMP, którzy służą pomocą i z chęcią odpowiedzą na wszelkie pytania”. O ile ta część z odpowiedziami na pytania względnie się zgadza, to profesjonalizm na TOI CAMPie nie ma miejsca.
W trakcie tej całej polki udało nam się skontaktować z Argasem, który w tym roku również wykupił pobyt na TOI CAMPie. Zdawaliśmy mu na bieżąco relację z różnić pomiędzy tym, co miało być, a tym, co jest i przy okazji postanowiliśmy rozbić się koło siebie.
„Wyznaczone i oznakowane miejsca na namiot” – napisali. Aha. Owszem, bardzo gadatliwy pracownik obsługi zaprowadził nas pod ogrodzenie, pod którym mogliśmy się rozstawić, wypytawszy najpierw jaki posiadamy namiot.
Zapytaliśmy uprzejmie czy istnieje możliwość zarezerwowania miejsca obok nas pod namiot znajomych, którzy przyjadą później. Nasz „opiekun” pomyślał chwilę, podumał, zaczął dopytywać jaki namiot mają owi znajomi (tak, spekulowaliśmy na temat rozmiarów namiotu, którego w życiu na oczy nie widzieliśmy), znowu podumał… Powiedział, że to może być trudne, ale że się postara, bo w tej części, w której nas ulokował, to już w sumie jest dość na styk, ale że koło nas w sumie z dwóch stron jeszcze trochę miejsca, to akurat – nie będzie kierować nikogo pomiędzy nas a sąsiadów i damy radę. Tylko żeby odebrać znajomych spod bramki i się przypomnieć.

Ucieszyliśmy się bardzo i przystąpiliśmy do rozkładnia namiotu (no dobra, dRaiser przystąpił, ja usiadłam na trawie i byłam kwiatem lotosu wychodząc z założenia, że bardziej w tym rozkładaniu bym przeszkadzała niż pomagała).

Nie mamy własnego namiotu. W zeszłym roku pożyczaliśmy namiot od Y, w tym planowaliśmy kupić, ale że nie wyszło, na ostatnią chwilę pożyczaliśmy od ojca dRaisera. Ojciec dRaisera ma dość specyficzne podejście do przedmiotów użytkowych i ich terminów przydatności do użycia. Namiot, który dostaliśmy nie dość, że starego typu, to jeszcze ubogi w kalenicę.
Po rozłożeniu powinien wyglądać mniej-więcej tak:
.

Nasz zapadał się po bokach i od góry.

Nic to. Dopóki dach nad głową i ciepło materaca pod tyłkiem nic mnie nie rusza.
No właśnie – ciepło materaca pod tyłkiem… Zabraliśmy ze sobą klasyczny dmuchany materac. Taki, który doskonale izoluje od zimnego podłoża, a przy okazji jest mięciutki i wygodny. dRaiser go zaczął dmuchać (tak, ustnie). Po nadmuchaniu do połowy obłamał się kawałek wentyla zabezpieczającego przed wyciekiem powietrza.
No i dramat.

Najpierw poszliśmy do Lidla na polu w nadziei, że tam znajdziemy zastępstwo. Niestety – można było kupić namiot, ale dmuchanego materaca już nie(jedynie dmuchany jednoosobowy fotel). Z niechęcią skierowaliśmy się więc w stronę Tesco, marząc o kawie, bo noc w pociągu zaczęłam nam się dawać we znaki. W Tesco również nie znaleźliśmy materaca ani kropelki (w desperacji uznaliśmy iż może wystarczy skleić zakrętkę – ostatecznie ma wytrzymać tylko 4 dni).
Do centrum miasta nie chciało nam się drałować, na szczęście w małym kiosku, położonym niedaleko Tesco, kropelka była.

Kiedy wróciliśmy ze spaceru z zamiarem dodmuchania materaca i odpoczynku, znowu ciśnienie nam skoczyło. Okazało się, że podczas naszej godzinnej nieobecności, zastawili nas doszczętnie obcymi namiotami i dla naszych znajomych nie zostało dość miejsca.

Mnie nerwy puściły doszczętnie, usiadłam na trawie i się poryczałam jak głupia. dRaiser poszedł wyjaśniać.
Otóż człowień, który nas obsługiwał, owszem przyjął naszą prośbę do wiadomości, ale nie przekazał jej nikomu innemu, co więcej drugi pan, z którym mój luby rozmawiał teraz(bo tamtego nie dało się znaleźć) twierdził, że obsługa nawet nie ma żadnego punktu, w którym mogłaby sobie zostawiała takie informacje. W ogóle najlepiej przyjeżdżać razem (co z tego, że mieszkamy w różnych miastach?).
Ponadto przecież został jeszcze maleńki kawałek ziemi między nami a sąsiadami – może nasi znajomi tam się zamieszczą (co z tego, że na owym kawałku była spora dziura?), a jak nie to może uda się nas przenieść.
Doskonały plan, milordzie!

Kiedy znajomi przyjechali, gorąco zaprotestowali przeciwko rozstawianiu się dziurze. Szczęśliwie w międzyczasie minimalnie drgnęło w jakości obsługi (może więcej osób złożyło skargi?) i udało się ogarnąć nasze przenosiny i ulokowanie nas razem. Nasz namiot po przenosinach prezentował się dziesięć razy marniej (nie myślałam, że to możliwe), ale nic to – twardzi jesteśmy, damy radę!

Ja byłam wściekła, bo miałam przed sobą perspektywę drałowania wszędzie z aparatem i kindelkiem (płacenie 7 złotych za każdym razem, kiedy się gdzieś oddalam na dłużej – no way!), dRaiser miał w sobie resztki optymizmu, bo, jak jeszcze kilkukrotnie podkreślał, najbardziej zależy mu na ciepłej wodzie. Nie zdziwicie się chyba, jeśli napiszę, że z tym również była chryja?
No więc ciepła woda, owszem, bywała czasem. Uściślając, głównie bardzo rano, a wtedy była gorąca, a nie ciepła – nasza koleżanka się poparzyła, kiedy kran był ustawiony w pozycji środka. W późniejszych godzinach ciepła nie uświadczyłam ani pod prysznicem, ani w kranie.

A „Wysokiej jakości kontenery z toaletami”? Faktycznie, sama estetyka kontenerów przewyższała standardowe ToiToie. Owszem, można było skorzystać bez kolejki, a w środku znajdowały się „domowe”, porcelanowe(czy z czego tam się je robi) sedesy oraz małe umywaleczki. Ale miejsca w kabinie było z 2-3 razy mnie niż w ToiToiu, a i o czystości około kontenerowej nie mogę powiedzieć za wiele dobrego. Szczerze nie bardzo sobie wyobrażam jak ktoś z nogami odrobinę dłuższymi od moich(a ja przecież nie mam długaśnych nóg modelki) mógł usiąść w środku, skoro ja dotykałam kolanami drzwi.

Syf i malaria. Kiła i mogiła.

A cała sprawa ma jeszcze jedno, nieprzyjemne dno.

Następnego dnia wieczorem wybraliśmy się na „ten drugi TOI CAMP” – chciałam skorzystać z toalety, a akurat mieliśmy do niego bliżej, no i pomyślałam, że w sumie skoro mamy opaski, to pewnie możemy wchodzić na oba.
Ochrona na bramce była miła. Nikt nie próbował nam przeszukiwać plecaków, które mieliśmy przy sobie. Kontenery toaletowe podzielono na męskie i żeńskie. W kabinie było od groma miejsca i czysto na błysk. Wyposażyli je nawet w miękki, biały papier toaletowy (niby bzdurka, ale u nas był ekonomiczny szary). Nie miałam problemu z ciepłą wodą w umywalce.
Zapytaliśmy przechodzącego chłopaczka z obsługi, skąd ta różnica. Niestety, pan był bardzo miły, ale średnio kompetentny. Powiedział nam, że ludzi z rezerwacjami on-line kierowano na nasz, a tych, którzy kupowali na miejscu na ten. Dowiedzieliśmy się też, że szefostwo jest niezadowolone z części obsługi i będą zwolnienia za niemiłe akcje, których niektórzy się dopuścili.
Od Lisa później usłyszeliśmy, że kiedy on się meldował, mógł wybrać pomiędzy polami, natomiast uprzedzono go, że na tym nie-naszym mieszkają rodziny z dziećmi, więc uprasza się o ciszę i spokój.

Wszystko pięknie i ładnie. Rozumiem problemy z ludźmi – mogą się zdarzyć wszędzie. Jestem w stanie się wysilić i ogarnąć problemy z wodą – ostatecznie to tylko instalacja, która może się spsuć. Natomiast nie rozumiem jak jedna firma mogła na jednej imprezie, na dwóch częściach własnego pola namiotowego zamontować kontenery sanitarne o tak odmiennym standardzie. Jeszcze gdyby je wymieszali – i tu i tu dali oba rodzaje, bo może akurat nie mogli zamówić wszystkich takich samych czy coś. Ale nie! Z zewnątrz wygląda to trochę jakby z premedytacją jedno pole uczynili bardziej luksusowym. A my byliśmy Toicampowiczami drugiej kategorii.

Bez sensu, ale czy ja się znam.

 

 

* Tak, mogliśmy wziąć taryfę za 30 złotych, ale po zbankrutowaniu na TOI CAMP i pociąg, musieliśmy oszczędzać.
** Jestem pewna, że to była decyzja, która zaważyła na naszych losach na tegorocznym Woodstocku.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 15.08.2013. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , ,

Woodstock 2013. The POCIĄG.

Chciałam tylko powiedzieć, że mam na koncie kilka przeżytych ekstremalnych sytuacji – dachowałam w lesie, o mały włos utonęłam w bagnie, byłam sparaliżowana od szyi w dół przez kilka godzin – natomiast po minionym wtorku za NAJBARDZIEJ ekstremalne doświadczenie EVER uznaję jazdę woodstockowym pociągiem musicREGIO.

Nie zna życia ten, kto nigdy tego nie spróbował. Wszystkie opowieści jakie kiedykolwiek mieliście okazje usłyszeć o tym, co się dzieje w tych wyjątkowych pociągach – są PRAWDZIWE. Serio serio.

Ale po kolei.

Na wyjazd na Woodstock zdecydowaliśmy się już kilka miesięcy wcześniej. Wszystko sobie dokładnie zaplanowaliśmy*. W połowie lipca zarezerwowaliśmy miejsca na Toi Campie, kilka dni przed wyjazdem kupiłam przez internet bilety na pociąg odjeżdżający z Warszawy 30.08 o 22:40.

O wyborze pociągu na środek transportu zadecydowało kilka czynników – po pierwsze, Y, z którym jechaliśmy w zeszłym roku, tym razem nie jechał z Warszawy oraz nie planował zostawać do końca festiwalu ze względu na Wyjazd Planszówkowy. Po drugie, wydawszy 240 złotych za Toi Camp, pragnęliśmy oszczędności.
I tu pojawiło się pierwsze rozczarowanie. W zeszłym roku za podróż samochodem w obie strony, w komfortowych warunkach, z licznymi postojami dla rozprostowania kości zapłaciliśmy za dwie osoby 220 złotych. W tym roku na serwisie Bla Bla Car znaleźliśmy ofertę z dwoma wolnymi miejscami po 50 złotych od osoby w jedną stronę (nie zdecydowaliśmy się na nią ze względu na mniej atrakcyjną godzinę odjazdu oraz lekkie obawy przed jazdą z zupełnie obcym człowiekiem). Po wejściu na stronę Przewozów Regionalnych i wyklikaniu interesującej nas oferty wyskoczyła suma do zapłaty 192 złote (tak „niewiele” tylko dzięki rabatowi za zakup biletów tam i z powrotem oraz studenckiej zniżce dRaisera). Śmiało mogę stwierdzić, że to najgorzej zainwestowane 200 złotych w moim życiu (a kiedyś kupiliśmy po taniości tablet w Carrefourze, który nie dość, że zawieszał się na amen po zainstalowaniu większej ilości aplikacji, to nie da rady znaleźć specyfikacji wyświetlacza na wymianę po tym, jak dRaiser potłukł oryginalny na wyjeździe).

Prawdą jest, że słyszało się to i owo o podróżach musicREGIO. Pełni nadziei wierzyliśmy jednak, że to tylko hiperbole i propaganda ze strony Ojca Dyrektora i mu podobnych mająca na celu odstraszyć niewinną młodzież od Woodstocku.
Relacje naocznych świadków – naszych znajomych – nie brzmiały wstrząsająco. Y z rozbawieniem wspominał bratanie się nad baniaczkami ze spirytusem ze współpodróżującymi. Konrad wprawdzie wyśmiał moją chęć kupowania biletu („Naprawdę wierzysz, że ktoś będzie próbował kontrolować bilety w pociągu pełnym pijanych panczurów?”), ale nie ostrzegał o niczym ponadto. Patryk z kolei wesoło opowiadał o komforcie jazdy, jakiego doświadczył w zeszłym roku w piętrowej kolejce, o wędrówkach i integracji a także spacyfikował mój entuzjazm do jazdy na gapę, informując, że rok wcześniej kontrole miały miejsce w obie strony. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jak BARDZO musiał być zjarany, że mu obskurne interregio wychodowało pięterko i dodatkową przestrzeń.

Point is że absolutnie nie byliśmy przygotowani na to, co zastaliśmy po dotarciu na właściwy peron Warszawy Gdańskiej. Ludzi było od groma. W życiu nie widziałam tyle osób zgromadzonych na jednym peronie. Oczywiście, większość z nich była pod wpływem rozmaitych używek, a znaczną część kontynuowała spożywanie. Jeden delikwent uznał za zabawny pomysł zejścia na tory i sikania tuż przed przejeżdżającym pociągiem, ignorując wściekłe gwizdy maszynisty.
Pociąg odjeżdżał o 22:40. My dotarliśmy na peron ok.22:10. Z podstawieniem pociągu zwlekano do ostatniej chwili. Ok. 22:20, kiedy było już wiadomo, przy którym torze podstawią, tłum zaczął się ustawiać tuż przy krańcu peronu. My też, bo co robić – z całych sił pragnęliśmy miejsc siedzących, chociaż szansa na nie wydawała się mikra.
Przez kolejne 20 minut przechodziłam od histerii przez załamanie do wściekłości. Byliśmy popychali z każdej strony; bałam się zrzucenia na tory. Nad głowami latały nam puste butelki i puszki. Apogeum nastąpiło, oczywiście, gdy pociąg pojawił się na horyzoncie. Nie tyle wsiadłam przez najbliższe drzwi (które szczęśliwie znalazły się tuż przed nami), co zostałam przez nie wepchnięta. Cudem uniknąwszy wepchnięcia pod pociąg/zdeptania, po mocnym pchnięciu, niezgrabne wylądowałam na pierwszym z brzegu siedzeniu, zaklepałam miejsce obok dla dRaisera (któremu udało się dopchać do wejścia długą chwilę później). Sukces! Wrzuciliśmy największy plecak na półkę bagażową i oboje siedzieliśmy.
Tym sposobem wyczerpaliśmy limit szczęścia na ten wyjazd.

Pociąg był zapchany niemożebnie. Nie rozumiem jakim prawem Przewozy inkasują tyle kasy za bilety, skoro przewożono nas w gorszych warunkach niż bydło na ubój. Ludzie siedzieli WSZĘDZIE. Na podłodze, na sobie, w przejściu, w toalecie.
Przez pierwsze dwie godziny, ktokolwiek chciał skorzystać z przybytku w założeniach ustronnego, nie dość że przeciskał się doń w mękach, to jeszcze musiał użytkować przy otwartych drzwiach w obecności trzech obróconych plecami do siebie chłopów. Po tym czasie panowie stwierdzili, że jednak im tam niewygodnie, bo za duży ruch, więc przenieśli się do przejścia. Dzięki temu, można było korzystać z WC przy zamkniętych drzwiach, za to było się niemalże przenoszonym na rękach, żeby się tam dostać.
Nie wszystkim zamykane drzwi przyniosły ulgę. Jedna laska, próbując przejść do przed drzwi, tak niefortunnie chwyciła się futryny, że wchodzący przytrzasnął jej palce. Całe przejście się dobijało i krzyczało o otwarcie, ale ogólny harmider sprawił, że człowiek w środku nic nie słyszał, a drzwi otworzył dopiero po skorzystaniu.
Na szczęście, do najbliższej stacji nie było daleko. Na miejscu czekali już medycy, karetka podjechała, ale dla tej dziewczyny Woodstock skończył się już w pociągu.

Był to nasz najdłuższy postój na stacji. Jednak już po niecałej godzinie, zaliczyliśmy najdłuższy postój w całej podróży, pośrodku szczerego pola, spowodowany… podpaleniem. #WTEM doleciał nas podejrzany smród i zobaczyliśmy więcej dymu, niż dotychczas powstawało w wyniku palenia papierosów. Po chwili pociąg został zatrzymany i czekaliśmy. Po długiej, długiej chwili okazało się, że w wagonie za nami, ktoś wpadł na pomysł, by uprawiać fireshow poikami. Opóźniło to naszą podróż o co najmniej godzinę.

Nie był to koniec atrakcji.

Mocno podpici panowie, uznali, że kolejki do łazienki są za długie, więc postanowili temu zaradzić. Przy użyciu brute force’a udało im się otworzyć drzwi do wagonu. Aby uniknąć ponownego ich zamknięcia, wykorzystali opróżnione butelki i puszki jako klina i przez powstałą w ten sposób szparę, wystawiali co trzeba i oddawali mocz.
O dziwo nie doszło do brutalnej kastracji.

Doprawdy nie wiem, jakim cudem dojechaliśmy żywi, niepodeptani, niepobici i z całym dobytkiem. A także obrzydliwie trzeźwi.

 

 

* Czy muszę przypominać jaki jest najlepszy sposób na rozbawienie bogów?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 05.08.2013. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , , , , ,

Wielki wzrusz

W miniony poniedziałek, 15 lipca, odbyło się kolejne spotkanie z cyklu WarsawTeetUp – spotkań warszawskich użytkowników Twittera. Pojawiamy się na nich z dRaiserem bardzo sporadycznie, tym razem jednak mieliśmy dobry powód.
Półtora tygodnia przed planowanym eventem, dostaliśmy zaproszenie do tajnej facebookowej grupy „Pomidor”, która została założona przez LANcastera.
Pozwolę sobie zacytować cel całego przedsięwzięcia:

Zebraliśmy się tutaj. Zebraliśmy się tutaj… Zebraliśmy się tutaj aby omówić to co będzie się działo 15.07.
Po pierwsze, będzie Tweetup.
Po drugie, trzydzieste urodziny Małgosi.
Po trzecie, ja kupuję pierścionek, Wy kibicujecie, Małgosia patrzy z niedowierzaniem jak go zakładam jej na palec i płacze.
O czymś zapomniałem? :>

Przez półtora tygodnia dane mi było śledzić „spiskowanie” na fejsie, a potem świadkować całemu wydarzeniu.
I muszę powiedzieć – WOW!
Niby dla mnie, jako świadka, nie powinno być elementu zaskoczenia, ale i tak napięcie było niesamowite.
LANowi w trakcie głos drżał z emocji, Gosia powiedziała „tak”, a ja popłakałam się ze wzruszenia.
Muszę przyznać, że nie jestem wielką zwolenniczką publicznych oświadczyn (a przynajmniej nie chciałabym być bezpośrednią zainteresowaną w takim evencie ;)), ale jestem niesamowicie wdzięczna LANcasterowi za zaproszenie do udziału i obdarzenie zaufaniem. Pierwszy raz świadkowałam takiej uroczystej chwili i emocji z tym związanych nigdy nie zapomnę.

A LANcasterowi i Avdotii życzymy z dRaiserem dużo szczęścia i opanowania w trakcie przygotować do ślubu 😉

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 18.07.2013. Komentarzy (0) Posted in całe życie z wariatami, Imprezy, związki Tagi: , , , ,

Polcon 2012

Co by tu… a tak – było zajebiście!
Zdążyłam już trochę odwyknąć od konwentów – ostatni raz byłam bodajże na Falkonie w 2009. Polcon 2012 w sumie nie charakteryzował się niczym absolutnie wyjątkowym, ale i tak jestem szalenie zadowolona, że pojechaliśmy.
Nie obyło się bez komplikacji – chociażby wspominanych wcześniej idiotycznych (moje dzieło, moje!) rezerewacji na Polski Bus oraz błądzenia po mieście w poszukiwaniu konwentu (a można było przeczytać instrukcje ze strony :P). Pierwszy dzień praktycznie przespaliśmy – dotarliśmy dopiero na 19 na spotkanie z Kubą Ćwiekiem. W ogóle przyznaję się ze wstydem, że przegapiłam strasznie dużo interesujących mnie prelekcji – z w sumie niewielkiej puli (motyw przewodni konwentu – niepokoje związane z końcem świata i rokiem 2012 – wybitnie do mnie nie trafiał), ale te najważniejsze zaliczyłam – 4 spotkania z K. Ćwiekiem, 1 z M. Kozak, E. Białołęcką, cudna prelekcja o kocie jako ulubionym zwierzęciu fantastów, na którą głównie składały się cudne opowieści Kossakowskiej i Białołęckiej o ich kotach. Mój dzielny netbuczek został Bohaterem Jednej Prelekcji przez co stał się w tym momencie najcenniejszym (emocjonalnie) dobrem jakie posiadam.
Poza tym kupiłam uroczą koszulkę z Yodą i przecudnego Minecraft’owego Pumpkina. Niestety, po raz kolejny we Wrocławiu, nie udało mi się kupić kolczyków – na kownencie, o dziwo!, żadne stoisko nie sprzedawało, a na mieście też nie trafiliśmy. Aczkolwiek najwspanialsza pamiątka z Polconu nie kosztowała ani grosza, ale o tym ciiiii.
Jak zwykle po konwencie, wracam z dłuuugą listą filmów/seriali/książek do zapoznania się z. I w ogóle solennie sobie obiecuje, że zwiększę znacząco przerób dóbr kultury.
Sam Wrocław troszę złagodził moją niechęć do siebie, acz daleko mi od zachwytu tym, uwielbianym przez wielu, miastem. Owszem, ładny jest (przynajmniej w centrum), ale dla mnie nie ma w nim magii/klimatu/jakkolwiek byście określili tę cechę, która sprawia, że do danego miasta chce się wracać. Najbardziej przeraża mnie organizacja ruchu. Jeszcze nigdzie nie spotkałam się z tak KRÓTKIMI zielonymi światłami. A wrocławscy kierowcy jeżdżą strasznie szybko i nieostrożnie (zważcie, że mówi to osoba na codzień poruszająca się po Warszawie, która ze spokojności kierowców nie słynie). Ludzie najwyraźniej zniechęceni krótkimi światłami praktycznie wszędzie przechodzą albo w miejscu nie wyznaczonym albo na czerwonym. Ja się potwornie stresowałam za każdym razem, gdy musiałam przejść przez ulice.
Najgorszym pomysłem było zabookowanie powrotu na 6 rano. Przez 12 godzin musieliśmy szwędać się po mieście – a jako że nie bardzo już mieliśmy kasę (pomimo dwóch dosyłek ekspresem pocztowym od Igora), skończyło się na siedzenie najpierw w Macu, potem na dworcu i oglądaniu Supernaturala.
W planach na najbliższą przyszłość mamy konwent komiksowo-growy w Pięknym Mieście Uć i Falkon 2012 w Lublinie. A że przyszłoroczy Polcon WTEM będzie w Warszawie, to tak sobie myślę, żeby do Miasta Na K przeprowadzić się jednak pod koniec września, a nie lipca 😉

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 04.09.2012. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, Wyjazdy, życie kota Tagi: , , ,

Bo czymże byłoby kocie życie bez małej dramy every now and then?

Miałam urlop, pamiętacie? Spędzałam go sobie radośnie i beztrosko zabijając hordy potworów. Było błogo i bezstresowo.

Do czasu.

W niedzielę, przedostatni dzień mojego urlopu, do drzwi mieszkania zapukał Gospodarz. Przyniósł rozliczenie za wodę za minione pół roku. Na wszelkie tego typu papiery zazwyczaj rzucam tylko kątem oka i wkładam do koszyczka do przekazania w bliżej nieokreślonej przyszłości Właścicielu. Tym razem jednak kwota końcowa rozliczenia skutecznie przykuła moją uwagę na dłużej. Cyferki twierdziły bowiem, że niedopłata za poprzednie 6 miesięcy wynosi 3880 (słownie: trzy TYSIĄCE osiemset osiemdziesiąt złotych).
W tej sytuacji natychmiast skontaktowaliśmy się z Właścicielem, który obiecał zająć się wyjaśnieniem sprawy.
Następne kilka dni minęło pod znakiem totalnej dramy. Nie muszę chyba mówić, że 4 tysie to nie jest kwota, którą moglibyśmy ot tak sobie skądś wyciągnąć…
W międzyczasie analiza otrzymanego rozliczenia wykazała, że zwiększone zużycie („odpowiedzialne” za naszą niedopłatę) wystąpiło w ciągu 1 miesiąca w postaci 403 m3 (TAK, 403 000 LITRÓW) zimnej wody. Na zdrowy rozum poziom zużycia całkowicie absurdalny i nieosiągalny, chyba że prowadzilibyśmy jakąś nielegalną myjnię samochodową pod oknem. Żeby było zabawniej zaraz na początku następnego miesiąca wymieniali nam liczniki, więc całej sprawy nie można było wyjaśnić prostym skonfrontowaniem z aktualnym stanem sprzętu.
Jako że pisze teraz na spokojnie, zapewne łatwo się domyślić, że cała sprawa została rozwiązana z pozytywnym dla nas skutkiem. W spółdzielni faktycznie się pomylili – ot taki mały błędzik na kilka tysiączków i do przodu, c’nie? W efekcie zapłaciliśmy tylko stosunkowo nieduże wyrównanie, ale zszarganych nerwów nic nam nie wynagrodzi.

Wróciwszy do pracy, zrezygnowałam z pięknych, błękitnych włosów, nie będąc pewną, co na nie Regulamin Pracy i Stroju Służbowego. Nie zrezygnowałam jednak z cudnych tonerów La Riche – po konsultacji z dRaiserem zamówiłam Poppy Red, który na próbkach prezentowała się przeczerwoniście. Na mojej w głowie w trakcie nakładanie także był krwisty. A potem spłukałam, wyszłam na świat i okazało się, że mam rurzowe włosy. To tyle a propos powrotu bez wzbudzania kontrowersji wyglądem. Ale że nikt władny w mej pracy nie wyraża sprzeciwu, to ja się zachwycam i na trochę* rurzowa pozostanę 😉

Trudno pisać teraz o czymkolwiek i całkowicie zignorować festyn, który rozpoczął się w miniony piątek. Tak, tak – całe to EURO mam na myśli. Chciałabym móc napisać, że, za przeproszeniem, leję na nie ciepłym moczem. Niestety, nie jest to możliwe. Codziennie przejeżdżam koło Narodowego Koszyka – no chyba że nie przejeżdżam, bo właśnie jest po/przed meczem i mi urywają od komunikacji miejskiej. Również moja praca została zaafektowana przez piłkę – najpierw wydłużyli nam godziny pracy, przewidując że tłumy bogatych kibiców będą po meczach zachodzić do nas ze Strefy Kibica i kupować kolorowe eurorupiecie. Już pierwszego dnia Euro okazało się, że kibice mają lepsze rzeczy do roboty niż zakupy i od poniedziałku wszystko wróciło do normy. No może oprócz tego, że więcej niż zwykle klientów bucha na mnie oparami gorzały.
I nie, to nie jest tak że jestem całkowicie przeciwna temu EURU – nie neguję, że zrobiło wiele dobrego i dla infrastruktury, i dla promocji Polandu zagranico. Ja bym tylko bardzo, bardzo, bardzo chciała, żeby osoby, które mają na mistrzostwa całkowicie wyjebane (tak jak ja), nie musiały być zewsząd atakowane piłką i atmosferą „WSZYSCY jesteśmy DUMNYMI GOSPODARZAMI”, „WSZYSCY JESTEŚMY KIBICAMI”. Otóż nie, nie wszyscy jesteśmy. Tymczasem z okazji tego ‚festynu’ miasto się blokuje, nawet nie można normalnie pójść na piwo, bo praktycznie każdy pub urządza retransmisje, a czasem i do domu strach wracać, bo agresywni, pijani kibole.
I śmiać mi się chce z tych wszystkich osób, które cieszą się, że miasto jest teraz „kolorowym festiwalem napędzanym pozytywną energią i zjednoczeniem w narodzie”. W związku z tą „pozytywną energią” mieliśmy kilka bardzo poważnych spotkań służbowych poświęconych temu, jak sobie radzić w sytuacji zagrożenia zdrowia/życia, groźby ataku terrorystycznego, itp. W związku z tą „pozytywną energią” dwie nasze filie zostały dziś zamknięte przed czasem z powodów zamieszek polsko-rosyjskich. Pojawiły się nawet plotki o morderstwie w Fanzonie. Świetna sprawa, naprawdę! A co do zjednoczenia – ostatni raz w podstawówce czułam się równie wyizolowana od otaczających mnie ludzi, co teraz wśród wymalowanych rodaków ryczących jakieś dziwne przyśpiewki.
A jeśli miałabym już komuś życzyć wygranej (bo słowo „kibicować” byłoby tu poważnym nadużyciem), to chyba tylko Niemcom w ramach świeżo wyhodowanej i rozwijanej germanofilii oraz planów uczynienia Deutschlandu swoim domem w średnio odległej przyszłości**

* zapewne do lipcowego urlopu
** bo w tej najbliższej czeka nas #MiastonaK

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.06.2012. Komentarzy (0) Posted in Bez kategorii, Frustracje, Imprezy, praca, życie kota Tagi: , , , , ,

I’m NOT too old for this shit.

Trochę czuję się znowu jakbym miała osiemnaście lat.
Drugi tydzień mam wyjebane na wszystko i gram w Diablo 3. Ostatni raz jakaś gra mnie wciągnęła tak bardzo właśnie, gdy miałam osiemnaście lat. Byłam tuż przed maturami i, zamiast się uczyć, namiętnie grałam całe dnie w Baldur’s Gate 2. Tylko że wtedy Rodzicielka krzyczała, że się nie uczę, a teraz Najcudowniejszy Mężczyzna Pod Słońcem do niczego mnie nie przymusza, a i czasem nakarmi, jak ja się nakarmić zapomnę.

Chwilkę oddechu od zabijania szkieletów (i nie tylko) zafundowałam sobie jedynie z okazji Juwenaliów, na których pojawiłam się po dwu- (albo i trzy-?) letniej przerwie. Zaciągnęłam dRaisera (a potem także współpracowników) w sam środek pogo i przypomniałam sobie jakie to zajebiste uczucie.
Zdecydowanie musimy znaleźć jakieś minimum w budżecie, które sprawi, że będę mogła częściej. Bo chociaż mam wrażenie, że wokół same dzieciaki, to wciąż nie jestem na to za stara. Z ran „bojowych” dorobiłam się guza, a dRaiserowi troszku się okulary odlutowały, ale it’s worth it.

Poza tym mam niebieskie włosy. Tak, dobrze widzicie – NIEBIESKIE. O takie. Chciałam białe albo rurzowe*, ale dRaiser się uparł. A że jest Najcudowniejszy Pod Słońcem i godzi się na WSZYSTKIE moje dziwactwa, to i ja się zgodziłam. Ale że w tonerach La Riche się zakochałam, to stay tuned – inne wariackie kolory pewnie pojawią się wkrótce. Szkoda mi tylko, że okazji końca urlopu muszę wrócić do jakiegoś minimalnie socially acceptable koloru. Może gdyby nie moja niechęć do aktualnej Dyrekcji, to poszłabym negocjować.

Dobrze mi tak ogólnie. Borykamy się z problemami mniejszymi i większymi, ale sprawy idą do przodu. Mamy plan** i tego się trzymajmy.

 

 

* Błędna ortografia całkowicie zamierzona.
** Jak Cyloni, c’nie? 😉

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 01.06.2012. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, życie kota Tagi: , , ,

Z dedykacją

And now for sth (not so) completely different…

[Tak, Kot wie, że powinien zajmować się czymś ciut innym, ale już jest strasznie zmęczony, a pisanie notki, nawet najkrótszej jest znacznie przyjemniejsze nż przyswajanie wiedzy na temat e-learningu.

So…]

W ramach bycia Kotem konswekwentym i niełączenia życia prywatnego z pracą, Kot organizuje u siebie posiadówę pod hasłem „Jest środa – idealny dzień na degustację Cytrynówki”. W zasadzie miał tylko zaprosić dwoje znajomych z pracy, którym zaproszenie obiecywał od stuleci, ale nagle spontanicznie zaprosił jeszcze tego i tamtego, rozważa zaproszenie jeszcze dwóch osób, spodziewa się też dwojga byłych współpracowników; sobotę spędził u Łobuza*; co więcej temu ostatniemu całkiem poważnie zaproponował wprowadzenie się, jeśli faktycznie czarny scenariusz wypieprzania go z mieszkania wejdzie w życie….
Taaa…. Kocie – w tym życiu nie dostaniesz tytułu Miss Konsekwencji. W następnym też nie. Ani w żadnym z pozostałych sześciu.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.04.2011. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, życie kota Tagi: , , , ,