Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

#WstydliweWyznania

Bo przychodzi taki moment, że człowiek (tudzież Kot) wraca z kolejnej imprezy w jednym tygodniu, po raz kolejny na niebotycznym kacu, jedzie metrem spóźniony do pracy, popija Muszyniankę, a głowę ma wypełnioną bardzo niepokojącym wspomnieniem tego, co wydaje mu się, że robił w nocy*. Siedzi taki i zastanawia się nad swoim życiem i próbuje ustalić, kiedy to wszystko zaczęło iść w tak tragicznie złą stronę.
I tylko jedna nasuwa się refleksja: Czas się wreszcie, kurwa, ogarnąć!

* Jeszcze nie traci Kot nadziei, że może po prostu miau niezwykle realistyczny sen.

PS. Nie, zdecydowania były w życiu Kota imprezy, na których skompromitował się o wiele bardziej i to na forum publicznym, a nie w zaciszu przed jednym świadkiem, ale nie przypomina sobie Kot, kiedy ostatni raz był sobą równie zdegustowany i zniesmaczony, co w dniu dzisiejszym po przebudzeniu.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 10.04.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania #WstydliweWyznania została wyłączona) Posted in Imprezy, życie kota Tagi: ,

Od jutra nie piję i nie imprezuję. Serio, serio.

Zaczęło się od wypłaty. To znaczy ona przyszła dzień przed przewidywanym terminem i trafiła na koci mocno średni humor, a także na kocią matkę. Kot Poszedł do sklepu z myślą, żeby lekko uzupełnić zapas alkoholu w domu (nie mieliśmy nawet pół butelki wygazowanego piwa), a przede wszystkim kupić jedzenie. Tylko że w trakcie zakupów telefonicznie objawiła się kocia Rodzicielka i nagle w kocim koszyku zamiast jednej butelki czegoś dobrego i dużej ilości nabiału, znalazły się 4 butelki i pięciopak budyniu. Nikt nie ma tak destruktywnego wpływu na Kota jak Rodzicielka. Tego samego wieczora Kot opróżnił 2 z 4 butelek, a w trakcie trzepnął się do sklepu po jeszcze jedną (rozsądnie uznając, że po wypiciu 2 butelek wina, nie powinien przerzucać się na vermoutha). Tej samej nocy Igor wpadł do mieszkania ze znakiem drogowym.
Następnego dnia wypadało piwo pracownicze z okazji pensji, po którym przenieśliśmy się do Łobuza, gdzie ja miałam się grzecznie zwinąć w kłębek, a chłopcy grać, ale spontanicznie wszyscy razem piliśmy. Kot odniósł poważne wrażenie, że do pracy na 12 dotarł jeszcze nie-trzeźwy. Po pracy miau Kot jechać grzecznie do domu, ale napadł go Phoenix informacją o Szewcowym ognisku, więc plan uległ drobnej modyfikacji. Z ogniska wrócił w środku nocy, po przemierzeniu na piechotę kawałka Młocin, a że był dość podkur….ny z powodów, na które spuścimy zasłonę miłosierdzia, to likier czekoladowy kupiony z ciekawości came in handy.
W sobotę już Kot był dzielny i po raz kolejny przesunął swój debiut na blipiwie, zamiast tego sprzątał mieszkanie, które przez te kilka dni zamieniło się w jakąś strasznę melinę i wszystko, I mean WSZYSTKO, leżało na wierzchu ku uciesze Kotleta. A że sprzątanie Kot zaczął od sprzątnięcia resztki zawartości ze stojącej na podłodze butelki wina, to inna kwestia.
W niedzielę był koncert kociego ukochanego duetu Tak Po Prostu. Kot miau zahaczyć tylko na 1 seta, a potem się uczyć, ale zostal do końca zauroczony po raz kolejny Głosem Chłopca, bo, wstyd przyznać, wspomnienie o jego cudowności zdążyło się lekko zatrzeć.
W poniedziałek i wtorek chyba nawet Kot nie szalał za bardzo, ale za to w środę pognał do Przechyłów, a potem do Łobuza, w związku z czym czwartkowa wizyta u dentystki nie doszła do skutku. W czwartkowy wieczór z kolei celebrowaliśmy urodziny kolegi Grzegorza. Impreza zaczęła się o 20 i było… zdecydowanie interesująco. Tym razem nawet udało się Kotu wziąć aparat i ma kompromitujące materiały dowodowe 😉 Do domu Kot wrócił koło drugiej i to tylko dlatego, że wpadliśmy z Łobuzem na pomysł, że dalsze oglądanie animki w środku nocy i po X litrach piwa to doskonały plan, więc zapakowaliśmy się w taksówkę. I może nawet udałoby się nam obejrzeć więcej niż 1 odcinek, gdybyśmy się wysiedli z tej taksówki pod nocnym, gdzie mieliśmy zamiar tylko kupić papierosy, a spontanicznie wylądowaliśmy z piwem dla niego i winem dla Kota (taaaak, picie wina, po tym jak się wypiło kilka litrów piwa, to znakomity pomysł – brawo Kocie!).
Całe szczęście, obudziwszy się rano, zastał Kot smsa od Pana Kierownika pod tytułem „Bądź w pracy godzinę później”, a w efekcie Kot przyszedł zamiast na 12 na 14. Uśmiał się przy tym serdecznie, bo kolega Oskar uczynił dokładnie tak samo.
Kota boli głowa (i wcale nie od kaca), lewa nereczka, lewa noga, oba płuca, a także ma spuchnięty prawy węzełek chłonny poduszny. Do tego deadline oddanie outline’u pracy semestralnej zbliża się nieuchronnie, a Kot nawet tematu nie ma w pełni sformułowanego.
Jutro jest impreza pożegnalna Grzesia, Łobuzowego współlokatora, który postanowił robić świetlaną karierę poza naszą drogą Firmą, w niedzielę tradycyjnie koncert TPP. Przynajmniej dziś próbuje Kot jechać po pracy prosto do domu, bo to imprezowanie w końcu Kota wykończy.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 08.04.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Od jutra nie piję i nie imprezuję. Serio, serio. została wyłączona) Posted in Imprezy Tagi: , , , ,

Świat jest mały

Świat. Jest. Mały. Serio serio.
Opijaliśmy wczoraj przeniesienie Pawełka do Lepszego Salonu Gdzie Płaca Jest Ciut Wyższa I Nie Ma R-Boya. Piliśmy sobie grzecznie w Pawilonach, ekipą głównie z kociego piętra, ale na chwilę wpadła Przyjaciółka Pawełka. Pawełek, dobrze wychowany chłopiec, przedstawił ją wszystkim. Kot przyglądał się jej uważnie z niejasnym wrażeniem, że gdzieś już widział tę twarz. Zagadka wyjaśniła się po chwili, gdy zaczęli rozmwiać o jej byłym facecie – A. Otóż kot zna A., poznał go sto lat temu przez Fixxera i swojego czasu regularnie wpadał na niego w Perle i widywał jego ówczesną dziewczyną, Przyjaciółkę Pawełka. Pawełek miał też oczywiście okazję poznać A.
Świat jest mały, a teoria o tylko garstce prawdziwych ludzi się sprawdza.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 01.03.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Świat jest mały została wyłączona) Posted in Imprezy Tagi: , ,

2010

„Nareszcie zbliża się koniec fatalnego miesiąca grudnia, a co za tym idzie, koniec roku 2010. Jak co roku Kot, jak wiele innych ludzi, dokonuje podsumowania minionych 12 miesięcy, gdyż ponieważ albowiem odczuwa masochistyczną potrzebę zastanowienia się nad sobą, swoim życiem i wszystkim, co osiągnął (albo i nie).
Po głębokim zastanowieniu doszedł do wniosku, że w gruncie rzeczy rok 2010 był rokiem bardzo udanym, wręcz rzekłby Kot rokiem spełnionych marzeń. Co było Kotu niewątpliwie bardzo porzebne po pełnym sprzeczności roku 2009.
Podsumowując:
– Po kilku miesiącach wahań i poszukiwań, na początku marca Kot wyprowadził się na Szmulki, gdzie zajął pokój nie tylko większy od kawałka korytarza na Placu Prostytucji, nie tylko zawierający drzwi, ale również tańszy. Przez pół roku mieszkał z tavernianą znajomą, dopóki ta się nie wyprowadziła pod koniec lipca, zostawiając wolny pokój, który w październiku zaanektował Igor.
– Mieszkanie z Igorem również jest spełnieniem kocich marzeń, gdyż Igor jest Współlokatorem Prawie Idealnym.
– Po mieszkaniu przez pół roku z dwoma przecudnymi kocicami, Kot wreszcie zaadopotował swojego własnego kociaczka, a właściwie swoje własne półdiablę. Zakochał się po uszy. Szczęśliwie ma wrażenie, że z wzajemnością.
– Zaczął Kot się meblować. Nie dość, że stał się posiadaczem własnego łóżka, to jeszcze od byłej współlokatorki odkupił przewspaniały, przewielki regał na książki i filmy. Ponadto zaczął być kotem świadomym – wie już dość dokładnie, jak powinien wyglądać wymarzony koci pokój.
– Poszerzył Kot swoje zbiory. Zarówno książkowe jak i filmowo-giercowe (i po dziś dzień jest przewdzięczny za Wielką 5cioZłotową Wyprzedaż w Electro Worldzie).
– Był Kot Zagranico. A dokładniej w Anglii. Kraju absurdów, ruchu lewostronnego i średniego wieku inicjacji seksualnej – 12 lat. Leciał Kot samolotem. I mu się podobało.
– Był Kot W Pięknym Mieście Uć i utwierdził się w miłości do niego.
– Spłacił Kot większość długów personalnych.
– Dorobił się Kot nowego (wypasionego) komputera, opanował umiejętność samodzielnego reinstalowania systemów. A także umiejętność radzenia sobie ze znaczną częścią problemów, które pojawiały się w trakcie.
– Po powrocie z Anglii schudł Kot 10 kilo.
– Wrócił Kot na studia i tym razem pomyślał Kot, żeby od razu załatwić sobie Indywidualny Tok Nauczania.
– Nauczył się Kot wyglądać jak Kobieta, a czasem nawet zachowywać się jak Kobiet, w myśl idei, że Mężczyźni to tak jednak z definicji raczej na Kobiety lecę a nie na hybrydowe zwierzęta domowe.
– Zmarł Człowiek, Który Spłodził Kota, pozostawiając Kota właścicielem połowy mieszkania.
– Spędził Kot najwspanialsze Święta BN w swoim życiu. Gościł na niezwykle ciepłej i sympatycznej Wigilii w Wyszkowie, zajmował się swoim ukochanym Nowym Komputerem, noc spędził w samczych ramionach, a drugi dzień integrował się ze znajomymi z pracy przy kolorowych trunkach, a następnie cały był mruczeniem na koncercie w Patricku.
– Na Sylwestra wychodzi na PW i ma nadzieję, że wreszcie będzie to Sylwester Udany.
Niestety zaliczył też Kot porażki:
– Tak, spłacił wszystko, co wisiał znajomym, ale nie uwolniło go to od długów, bo wziął kredyt (m.in. na nowe komputery oraz kaucję za mieszkanie).
– Generalnie kocie finanse wyglądają żałośnie, mieszkanie i kredyt pochłaniają większość kociej pensji i na życie niewiele zostaje.
– Człowiek, Który Spłodził Kota, nie tylko zostawił po sobie pół mieszkania, ale także Długi, które, niestety, przechodzą w spadku na Kota.
– Kot schudł 10kg, ale przez ostatnie dwa tygodnie przedświąteczne kiedy jadł fastfoody, tony czekolady i pił morze alkoholu, odrobił 3.
– W kwestiach uczuciowych nie zrobił Kot nawet najmniejszego kroku naprzód w stosunku do Rok Temu. Jest. Kot. Dokładnie. W. Tym. Samym. Miejscu.*
W Nowym Roku zamierza Kot:
– ogarnąć swoje finanse. Zacząć zmniejszać dług, zamiast go powiększać do kosmicznych rozmiarów. A żeby to osiągnąć…
– zmienić coś w kwestii swojej pracy. Po prawie trzech latach pracy w Tej Samej Firmie, na Tym Samym Stanowisku bez żadnych perspektyw rozwoju, czuje się Kot wypalony. Praca niby nie jest ciężka, ale ludzie są durni, a wynagrodzenie jeśli nie ma premii – żałosne. Albercik powiedział, że on w sumie nie wie, co chce w życiu robić zarobkowo. Trochę sobie czasem napisze, czasem brzdąknie w perkusję, niby zaczął studia, ale w sumie nie ma pomysłu na Zawód dla siebie i właściwie to mógłby całe życie przepracować w naszej firmie, gdyby tylko praca na cały etat dawała wynagrodzenie pozwalające się bezstresowo utrzymać. Kot się zasadniczo z Albercikiem zgadza. Na początku stycznia ma zostać ogłoszony nowy system wynagrodzeń i bonifikat. Jeśli okaże się, że nie przyniesie on żadnej poprawy, Kot zacznie szukać Czegoś Innego.
– spróbować usamodzielnić się mieszkaniowo. Jak już Kot pisał, mieszkanie, które wynajmuje jest niczego sobie, ale nie jest idealne. I nawet nie chodzi tylko o finansowy aspekt wynajmu (nie oszukujmy się, płacimy jedną z niższych rynkowych cen za wynajem dwupokojowego mieszkania w Warszawie), ale o… brak przestrzeni. Kot z premedytacją oddał Igoru większy pokój, nie tylko jako przekupstwo, ale przede wszystkim z myślą, że Igor jest o wiele mniej od Kota terytorialny i o wiele bardziej uspołeczniony i towarzyski, więc nie będzie mu przeszkadzało hostowanie większych posiadów, w przeciwieństwie do Kota, który jest terytorialistą i nienawidzi jak mu się ludzie w większej ilości, a jak jeszcze do w tym osoby mniej zaprzyjaźnione!, plączą po pokoju. Decyzja była jak najbardziej słuszna, a teraz dochodzi jeszcze plus w postaci Diego, którą Igor przygarnia jako Współlokatorkę do pokoju, co powinno nam ogółem zmniejszyć koszty; ale Kot z całym swoim dobytkiem przestaje się mieścić w wyznaczonej mu przestrzeni, co go frustruje niezmiernie. Poza tym rozwinął pewną wizję swojego pokoju, której, bądźmy szczerzy, nie chce mu się wcielać w życie w mieszkaniu, z którego za chwilę będzie się wyprowadzać.
Kot uważa, że skoro już został właścicielem połowy mieszkania, to powinien mieć z tego jakiś profit, a nie tylko siedzieć bezczynnie i czekać aż go spadak po babci trzepnie (zwłaszcza, że mieszkanie po babci się Kotu zwyczajnie NIE.PODOBA). Tak naprawdę sądzi Kot, że kocia Rodzicielka powinna przenieść się do swojej rodzicielki, a kociej babci, która niby jest w dobrym zdowiu, ale mimo wszystko przydałaby się jej pomoc, a dwupokojowe mieszkanie odstąpić Kotu, który mógłby się tam sprowadzić z Igorem (i zapewne Diego) i je wyremontować na swoje potrzeby. Ale jako że matka z babcią nie uważają tego pomysłu za dobry (za to obie bardzo chętnie, z niewyjaśnionych przyczyn, zamieszkałyby z Kotem), to Kot pomyślał, że może chociaż dałoby się jakoś to duże mieszkanie zamienić na dwie kawalerki (czy to metodą zamiany, czy to metodą sprzedaży i kupna). No bo do wszsytkich diabłów! To idiotyczne! Mamy dwa mieszkania (o łącznej powierzchni ok.100m2), mamy 5 pokojów, możliwość, żeby w nich spokojnie i z pięć osób mieszkało bez wchodzenia sobie na głowę, a mieszkają 2! Babka mieszka sama w trzech pokojach, matka mieszka sama w dwóch na które nie do końca ją stać, a z których de facto zajmuje jeden, a Kot płaci za wynajem małego pokoju, tyle co one za całe mieszkanie. Czuje się dziko sfrustrowany. Oczywiście, że wolałbym dalej mieszkać ze swoim Prawie Idealnym Współlokatorem, ale gdyby mógł, to nawet najmniejsza kawalerka, WŁASNA…. Za którą płaciłbym zapewne mniej niż teraz za pokój i byłaby kocia…. KOCIA własna… mógłby ją Kot urządzić po swojemu ze świadomością, że przez najbliższe wiele lat nie będzie musiał się wyprowadzać….
Dlatego zaczął wywierać presję na Rodzicielkę, co by dowiedziała się o możliwość zmiany. A jak nie w ten sposób… to, well, coś się wymyśli.
– Schudnąć jeszcze ok. 9-10 kg. W tym celu z powrotem wrócił na uprawianą wcześniej dietę i jest umiarkowanie szczęśliwy i ponownie bezalkoholowy.
– Skraść pocałunek jednemu uroczemu chłopcu. W myśl zasady, że jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest uleganie jej.

Na koniec chciałby Kot życzyć wszystkim szampańskiej zabawy na Sylwestra i oby 2011 był bardziej udany od 2010.

* AMAZING. Kot by się w życiu o taką stałość i konsekwencję nie podejrzewał.”

Taką oto notkę napisał Kot wczoraj, ale nie zdążył jej opublikować.
Po napisaniu jej udał się w biegu na spotkanie z Rodzicielka. Było cudownie. Godzina spędzona na tarzaniu się w kurzu przy okazji sprzątania schowka po ojcu, a następnie noworoczna kłótnia zakończona szantażem. Rodzicielka i Babka odgrażają się, że przestaną zapewniać Kotu pomoc finansowo-żywieniową. Uważają, że Kot powinien w trybie natychmiastowym przeprowadzić się do którejś z nich. Ponadto matka powiedziała, że nie zamierza się nigdzie wynosić, bo ma już 56 lat, mieszka w tym mieszkaniu całe swoje dorosłe życie i nie może zmienić numeru telefonu. Kot w zamian stwierdził, że choćby miau znowu rzucić studia iść na drugi etat, choćby miau sprzedawać siebie, nie wróci do mieszkania z rodziną. A jeśli trzeba będzie, to o swoje pół mieszkania pójdzie się sądzić.

Tak więc, yeah, Happy Fucking New Year!

PS. Sylwester w Ampli był niewątpliwie najbardziej udanym Sylwestrem w moim dorosłym życiu. Co nie zmienia faktu, że de facto był…. dość nudny.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 01.01.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania 2010 została wyłączona) Posted in Frustracje, Imprezy, rodzina, życie kota Tagi: , , , , , , , , , , ,

#dylemacik

Kiedyś kot opisze swoje wrażenia z wizyty w kraju absurdów i ruchu lewostronnego, ale chwilowo przed Kotem rysuje się poważny problem.
Otóż, robić imprezę urodzinową czy nie robić? – oto jest pytanie?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 08.10.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania #dylemacik została wyłączona) Posted in Imprezy Tagi: , , ,

„Chryzantemy złociste w półlitrówce po wiśniówce”

„Zdradziłaś kurwo mnie
Pójdę więc do Oki
Może teraz uda się
Bo ona… lubi takie wyskoki”

Co by upamiętnić wieczór Pod Mosteczkiem. I jak następnym razem nie będzie mi się chciało ruszać gdzieś tyłka, to niech mnie ktoś w niego solidnie kopnie.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 24.07.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania „Chryzantemy złociste w półlitrówce po wiśniówce” została wyłączona) Posted in Imprezy Tagi: , , ,

Seks! Muzyka! Politechnika!

Dawno nie piszący Kot chciał tylko publicznie oświadczyć, że jest wiele ZUYCH imprez, ale wczorajsza impreza zalicza się do tych najźlejeszych. Przynajmiej patrząc na skutki, a dokładniej:
– podstemplowany biust, brzuch i plecy
– podartą spódnicę
– zgubioną klawiaturę od telefonu
– zgubiony szaliczek
– zgubione rajstopy
– zgubioną jeszcze jedną część garderoby
– zagadkową koszulkę klubową nieznanego pochodzenia w torbie
– bolącą głowę

ZUO!!!!!

Tak więc* kącik porad malkaviańskich ostrzega: dla zachowania życia, zdrowia oraz zdrowej psychiki dzieci drogie nie imprezujcie na Politechnice Warszawskiej.

I jest tylko jeden małyn szkopuł… ludzie z PW są AWESOME, a imprezy z ich udział legen…wait…wait for it…DARY!

EDIT: Kot odkrył dalsze szkody. Rozerwany płaszcz, bolące ramię oraz zgubienie kolczyka.

O! A przed chwil odkrył Kot siniaczka takiego wielkiego na nodze. O…..**

* Tak, Kot wie, że nie zaczyna się zdania od „więc”, „no więc”, „tak więc” and so what?
** Wbrew temu, co może się wydawać, Kot doskonale pamięta wszystkie wydarzenia wieczoru***
*** No dooooobra…. oprócz sposobu, w jaki do kociej torby dostała się w/w wspominana koszulka. Kot już się przyzwyczaił do tego, że na imprezach gubi garderobę, ale że zdobywa? To nienaturalne!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 24.04.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Seks! Muzyka! Politechnika! została wyłączona) Posted in Imprezy Tagi: , , , ,

Happy New Year or sth

Dzień dobry… nazywam się Czesio….

Wróć! Nie ta bajka!

Dzień dobry! Witamy w pierwszym dniu roku 2010. Do końca świata pozostały jeszcze dwa lata… (tak przynajmniej twierdzą Majowie)

A tak minimalnie bardziej poważnie…

Kot wita wszystkich w nowym roku. Z przyjemnością oznajmia, że aczkolwiek obyło się bez fajerwerków (w przenośni), to sylwestrowe fatum zostało minimalnie przełamane. Obyło się bez wielkiego pijaństwa (czymże są 4 Desperadosy i łyczek szampana?) i bez wielkiego kaca (tak, podkreślmy to. Jest 1 stycznia, a Kot po raz pierwszy od lat nie ma kaca). Niestety, obyło się też bez zajebistej zabawy, aczkolwiek było zacnie i sympatycznie. Zasoby ludzkie nie dopisały i grono sylwestrowiczów ograniczało się 7 osób nieszczególnie Kotu bliskich. Siedzieliśmy sobie, popijaliśmy chilloutowo, o północy złożyliśmy sobie życzenia… blah blah blah – taki tam standardzik.

Za to pobudka odbyła się w o wiele bliższych Kotu klimatach. Gospodarz wraz z kumplem o godzinie 11 uznali, że koniecznie muszą coś razem zagrać, w związku z czym zaczęli cały sprzęt grający (w sensie gitary i wzmacniacze) znosić do kuchni. Kiedy Kot się do owej doczłapał został posadzony w fotelu jako widownia i dostał Desperadosa. Chwilę później do kuchni wparowała dziewczyna gospodarza i zrobiła Kotu kawy. Panowie pseudo-muzycy zaczęli już wcześniej od klinika, wobec ich gra pozostawiała wiele do życzenia. Mimo to Kot poczuł przyjemny posmak kilku poranków z przeszłości, kiedy to zwlekał się koło południa z wyrka, tylko po to, żeby ujrzeć, że impreza trwa dalej i się do niej dołączyć.

Niestety, w tym wypadku nie dołączył na długo, gdyż musiał dotrzeć do domu, ogarnąć się i zaraz będzie gnać do babci na rosołek, a następnie na „Avatara” do kina. Po raz drugi.*

Anyway, wpadł tu na chwilę, żeby powiedzieć, że wystąpił progres i Kot ma nadzieję, że rozpoczęty rok właśnie taki będzie całościowo – progresywny.

* Bo to przecież oczywiste, że kiedy Y i Kot wychodzili w miniony poniedziałek z kina z „Avatara” właśnie, to był to idealny moment dla Nawiasa, żeby do Y zadzwonić i go na „Avatara” zaprosić. Równie oczywistym jest, że Kot i Y rozbawieni całą sytuacją musieli się zgodzić.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 01.01.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Happy New Year or sth została wyłączona) Posted in Imprezy, życie kota Tagi: , , ,

Cliche.

Dobry wieczór. Dziś polecimy banałem. Trudno nie zauważyć, że jest Sylwester – ostatni dzień roku. Zwyczajowo czas wielkiej balangi oraz wszelkie rodzaju przemyśleń i podsumowań minionych dwunastu miesięcy. A jaki był ów miniony rok dla Kota? Chyba najbardziej popieprzony, wzbudzający wiele ambiwalentnych uczuć. Zaczął się od wielkiego kaca 1 stycznia po imprezie u znajomej z pracy. Kot wyczołgał się z łóżka koło południa i pierwsze co zrobił, to udał się, cudem powstrzymując mdłości, na noworoczne śniadanie do McDonalda. Potem było tylko gorzej. Zimę Kot przetrwał pijąc gigantyczne (nawet jak na siebie) ilości kawy, oglądając Gilmore Girls (i inne, temu podobne, wytwory), zajadając lody w łóżku i nie opuszczając mieszkania częściej, niż to było konieczne. Chodził na uczelnię, do pracy, masowo odrzucał zaproszenia na imprezy, koncerty, etc., cudem zaliczył sesję zimową, wszystko w pierwszych terminach. Potem coś drgnęło. Po egzaminie pisemnym ze wstępu do literaturoznawstwa wybrał się do Gniazda na koncert Zaprzyjaźnionego Zespołu. Potem chyba nawet ze dwa razy pojawił się w Tavernie. Normalnie, rozkwit życia socjalnego. Szczęśliwie, zima się skończyła a wraz z jej końcem, nastąpiły rzeczy ekscytujące. Na przykład została kociemu działu przydzielona Najcudowniejsza Szefowa, a prywatnie Futrzak wyciągnął Kota na czwartkowe planszówki w Amplitronie, co zdecydowanie odmieniło kocie życie na lepsze. Kot poznał masę fantastycznych, zwariowanych osób, w tym niezawodnego Towarzysza Wojaży Chaosu, Y, zaczął częściej RPGować, imprezować, etc. Dla kontrastu, kocie studia stawały się coraz bardziej męczące i Kot częściej nie pojawiał się na zajęciach bądź na nich spał, niż aktywnie partycypował. O Majówce Chaosu i wszystkim co potem dane było już tutaj przeczytać. Kot zauroczył się Krakowem w zupełnie nowy sposób, sesję letnią zaliczył jeszcze większym cudem niż zimową i zaczęły się wakacje. Życie towarzyskie kwitło radośnie, gorzej z życiem rodzinnym i uczuciowym. Niewątpliwie miniony rok był najbardziej wyjazdowy: majówka w Stryszawie, Gdańsk, Malbork, Łódź, dwa razy Zarzęcin, Lublin, Ogrodzieniec… Również konwentowo przedstawiał się atrakcyjnie. Kot zaliczył warszawską Awangardę, łódzki Polcon i lubliński Falkon. Teraz nie może się doczekać pierwszych przyszłorocznych konwentów. Z drugiej strony przez większą część roku kocie finanse kulały bardziej niż House w najgorszych fazach bólu nogi. Szczęśliwie, na początku wakacji zmienił zatrudnienie na pełnoetatowe i powoli staje na nogi. W wakacje udało się Kotu spełnić, jedno z większych marzeń, mianowicie, wynieść z domu. Przez ok. 3 miesiące zamieszkiwał w małym pokoiku przy Placu Prostytucji. Było… różnie. Są momenty, które wspomina szczególnie pięknie, są takie, które przyprawiają Kota o zgrzytanie zębów. Niewątpliwie było to cenne doświadczenie, które wiele Kota nauczyło. Przede wszystkim, prawdą jest, że nie zna się człowieka naprawdę, dopóki się z nim nie zamieszka. Po drugie, najważniejszą rzeczą przy wynajmowaniu mieszkania jest to, żeby to twoje nazwisko znajdowało się na głównej umowie. Bo ten, kto się na niej znajduje, ma władzę. I co najważniejsze, bez względu na zakończenie całej historii, Kot udowodnił sobie (i nie tylko sobie), że jest w stanie się wyprowadzić z domu i samodzielnie utrzymać. Do tego w mieszkaniu, które bynajmniej nie było tanie. Dzięki temu Kot ma jeden więcej powód do dumy i narcyzmu. Niestety, są też mniej przyjemne konsekwencje. Na przykład taka, że Kot został wywalony Metodą Maciusiową, jednocześnie tracąc osobę, którą uważał za najlepszego przyjaciela. Przy okazji przekonał się o prawdziwości powiedzenia, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Całe wydarzenie definitywnie poprzewracało kocią starannie wypracowaną hierarchię układów międzyludzkich. Kiedy Kot został na lodzie, pomoc przyszła z najmniej oczekiwanych stron (no może poza niezawodnym Y). Przy przeprowadzce pomagał Kotu kumpel, którego Kot zna niecały rok, a widuje średnio raz na trzy tygodnie, w ramię Kot wypłakiwał się Mriji (najcudowniejszej Aktualnej Kobiecie Twojego Byłego Faceta jaką można sobie wyobrazić) oraz współpracownikom, propozycje mieszkaniowe (chwilowo bądź stałe) też dostał od osób prawie że obcych, a niektóre osoby, które Kot uważał za naprawdę bliskie, nawet nie raczyły zapytać, jak się Kot czuje. Jeśli chodzi o samą kwestię mieszkania, Kot uznał, że, raz w życiu, nie będzie niczego robił na gwałt i może wróci na stare śmieci, chociażby po to, żeby podleczyć kondycję finansową i zastanowić się w spokoju, co dalej. Kot zrobił tak między innymi, a może przede wszystkim dlatego, że nie musiał. Mógł wybrać inne rozwiązania, ale to wydało się Kotu najrozsądniejsze. Niestety, co w sumie było do przewidzenia, to co dobre dla finansów, niekoniecznie jest dobre dla psychiki. Kot usilnie starał się przekonać, że nic takiego się nie stało, wszystko jest w porządku, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… I tylko spać w nocy nie mógł, pochłaniał coraz większe ilości kofeiny i opuszczał coraz więcej zajęć. Apogeum nastąpiło w, wspominany wcześniej, czwartek, kiedy poszedł na cytrynówkę do Riviery, skąd następnie, pijany w trzy dupy i zapłakany, uciekał taksówką o drugiej w nocy, dzwoniąc do… no właśnie… Wybór osoby, której Kot pragnął się wypłakiwać w ramię w środku nocy, uświadomił Kotu, jak bardzo in denial Kot był przez ostatni miesiąc i jak bardzo nie OK jest w kocim życiu. I jeszcze nigdy Kot tak się nie cieszył, że ktoś nie odebrał kociego telefonu. Gorzej, gdy następnego dnia osoba oddzwoniła i Kot musiał się tłumaczyć, dlaczego właściwie dzwonił… Efektem owej nocy było podjęcie długo rozważanej decyzji o… wzięciu dziekanki. Kot wreszcie zrozumiał, że nie ma najmniejszej szansy na zaliczenie tego semestru. Kot zasadniczo wychodzi z założenia, że nie ma rzeczy niemożliwych, w cuda się nie wierzy, tylko na nich polega, poza tym zawsze dostaje to, czego chce. Więc tym razem Kot chce trochę świętego spokoju, bo w życiu się nie upora sam ze sobą, jeśli będzie musiał teraz kontynuować studia, która go nie satysfakcjonują oraz pracę na cały etat, którą idiotycznie uwielbia pomimo wszystkich jej wad. Co więcej, jeśli nie weźmie owej dziekanki, niechybnie będzie musiał płacić za powtarzanie semestru, a 3 tysięcy na zbyciu bynajmniej nie ma. I tak naprawdę jedynym, co powstrzymywało Kota, przed ubieganiem się o dziekankę już w listopadzie był idiotyczny strach przed tym, co rodzina powie. A tym chyba najwyższa pora przestać się przejmować. Zwłaszcza, że jaka jest kocia rodzina większość wie… Tu zaczęły się schody. Okazuje się, że na kocim cudownym wydziale, nie można od tak wziąć dziekanki w środku semestru, trzeba go najpierw zaliczyć, a potem odbyć bardzo poważną rozmowę z Kierownikiem B., który może się zgodzi jeśli będzie w dobrym humorze. Natomiast jeśli Kot z jakiś powodów nie czuje się na siłach zaliczać semestr, to może ubiegać się o wsteczny urlop zdrowotny. Ergo właśnie teraz Kot to czyni, modląc się, żeby opracowana przez Kota strategia zadziałała na pana ze stosownego biura UW, z którym to panem ma Kot spotkanie w najbliższy czwartek. Kot zdaje sobie sprawę, że opóźnianie ukończenia studiów o kolejny rok to nie jest najwspanialszy pomysł świata. Z drugiej strony, Kot sam się wpakował w te tarapaty, sam jest sobie winien i sam sobie z tym poradzi. Musi przy tym przyznać, że wizja wolnych dni i wolnych popołudni stanowczo do Kota przemawia. A jak już Kot upora się z problemem: będziemy płacić za powtarzanie semestru czy nie (inaczej mówiąc z problemem: mamy pieniądze czy jesteśmy w czarnej dupie przez najbliższe kilka miesięcy), przy odrobinie szczęścia (czyli przy założeniu, że dostanie urlop) zacznie rozglądać się za nowym lokum. I tu, po raz kolejny przeklina Kot skuteczność swoich przewidywań. Bodajże dzień po tym, jak Kota wykopano, napisał do Kota niejaki W., kumpel Fixxera, którego Kot poznał w przelocie. Kot nie wnika w to skąd W. miał Kota numer i w ogóle skąd mu przyszło do głowy pisanie właśnie do Kota, sedno sprawy tkwi w tym, że W. zapytał Kota, czy Kot nie zna kogoś, kto chciałby u niego wynająć pokój. Kot odpisał, że nie i dodał, że może sam będzie może czegoś szukać po Nowym Roku. Kot właściwie nie wie, czemu tak stwierdził, zwłaszcza, że w głębi duszy (czy czegoś tam) miau nadzieję, że uda mu się zakotwiczyć na Grochowie na dłużej, że może coś się zmieniło i z rodzinką da się wytrzymać… a gówno! Okazało się, że wypowiedział słowa prorocze. I nawet nie chodzi o to, że kłóci się z Mamuśką (bo o dziwo wcale nie), tylko o ogólną atmosferę w domu, o nocne alkoholowe ekscesy, o to że nie ma do kogo gęby otworzyć, że nie można spontanicznie zaproponować znajomemu wpadnięcia na trunek, etc. I niby fajnie, że ubrania i naczynia same się czyszczą, że jedzenie spontanicznie materializuje się w lodówce, ale to nie wynagradza niedogodności. Teraz Kot czeka tylko na wyjaśnienie sprawy ze studiami i potrzebuje planu. Dobrego planu, żeby znowu się nie wkopać w mieszkanie, które nie będzie spełniało podstawowych oczekiwań i z którego szybko trzeba będzie się ewakuować. Kiedyś Kot sobie żartował, że może przebije Zapola z ilością przeprowadzek, teraz wie, że wcale tego nie chce. Przeprowadzki są upierdliwe. Najwygodniej byłoby Kotu znaleźć mieszkanie, a potem szukać współlokatora, niestety, Kot zdaje sobie sprawę, że przy kocich zarobkach nie da rady nawet przez jeden miesiąc płacić samodzielnie czynszu, znając ceny za wynajem mieszkań w Warszawie… ARGH! Z rzeczy kontrastowych w minionym roku dochodzą zawirowania emocjonalno-pokrewne. Najpierw Kot się niezbyt fartownie zauroczył, potem w Kotu się nieszczęśliwie zakochano (szczęśliwie niezbyt ekspresyjnie), potem zdarzyło się kilka (do policzenia na palcach jednej ręki) spontanicznych przygód (ich liczba stanowi zdecydowany regres w stosunku do lat poprzednich), w międzyczasie (jeszcze przed przeprowadzką) Kot finalnie wyleczył się z resztki uczuć i pociągu pod adresem F., a chwilę później zaczął się wakacyjny romans, który Kot śmiało może uznać, za romans swojego (dotychczasowego) życia, a który uświadomił Kotu wiele rzeczy, między innymi to, jak bardzo Kot się zmienił, jak zmieniły się kocie zapatrywania na relacje damsko-męskie oraz, że, wbrew temu, co przez minione lata próbował Kotu wpoić wielce szanowny były (i nie, Kot nie ma na myśli Jareczka), Kot jest w stanie stworzyć zdrową, obopólnie korzystną relację damsko-męską. Aktualnie, co prawda Kot nie może poszczycić się szczególnie ognistym życiem ani emocjonalnym, ani seksualnym, aczkolwiek rozmaici mężczyźni usilnie przypominają Kotu, że jest stworzeniem atrakcyjnym, budzącym pożądanie oraz dostarczającym niezapomnianych wrażeń (to ostatnie Kot wnioskuje po tym, że o Kocią obecność zaczęli ostatnio uparcie upominać się mężczyźni z kociej promiskuitycznej przeszłości). Na sam koniec roku Wszechświat postanowił wznowić z Kotem Grę W Fochy. Wnioski, że grudzień jest w większości przechujowy można było wyciągnąć na podstawie poprzednich notek. Klienci dokopali, Kot sobie dokopał, studia Kotu dokopały, do tego w Rivierze pozostała pewna część kociego dobytku (z rzeczy szczególnie boleśnie stratnych, pendrive), na którego odzyskanie Kot nie widział wielkich szans, następnie zaginął zasilacz do Jego Posępności Waleriana I oraz „Piąty Elefant”, posypały się nerki no i nadeszły święta, czyli czas utarczek z rodziną. Wszystko zapowiadało, że Kot zakończy ten roku w raczej posępnym nastroju. Tymczasem… święta oprócz rodzinnych utarczek przyniosły rzeczy miłe (patrz przed-poprzednia notka), zasilacz znalazł się w Amplitronie i będzie do odebrania po Nowym Roku, pendrive szczęśliwie wylądował w rękach znajomego i Kot go odzyska, również praca przyniosła zupełnie niespodziewany i solidny dochód dodatkowy, wczorajszy wieczór spędził Kot na bardzo udanym piwie z Najcudowniejszą Szefową i innymi współpracownikami, a jeszcze wcześniej był na najwspanialszej zaległej wódce świata (i bynajmniej nie ma Kot na myśli smaku). Inna kwestia, że po owej właśnie, Kot zaczął dotkliwie odczuwać brak przyjacielskiej obecności Fixxera w swoim życiu. Przyznaje Kot, ze wstydem przeogromnym, że kiedy następnego poranka wlekł się do domu, marzył o tym, żeby zadzwonić i powiedzieć: „Nie uwierzysz, co się stało…”, i usłyszeć opinię zwrotną. But these days are gone. Kot może tylko mieć nadzieję, że z czasem układy towarzyskie w kocim życiu się wyklarują i uda się Kotu znaleźć osobę, z którą będzie mógł rozmawiać równie szczerze, bezpruderyjnie, etc. A na koniec kwestia Sylwestra itself. Niektórych może dziwić, dlaczego Kot zamiast popijać teraz jakiś szlachetny trunek, klepie über-ekshibicjonistyczną notkę na bloga. Być może dziwi to mniej tych, którzy mieli okazję spędzić z Kotem ostatnie Sylwestry. Sytuacja albowiem przedstawia się tak, że, pomimo kreatywnych corocznych starań, ostatniego naprawdę udanego Sylwestra miał Kot w okolicach początku lat dziewięćdziesiątych. Potem było tylko gorzej. Morze alkoholu, głupoty, następnego dnia kac gigant, często również moralny bądź, dla kontrastu, nuda straszliwa. Co roku Kot obiecuje sobie, że przezwycięży owo Sylwestrowe fatum i co roku Kotu nie wychodzi. W tym roku pierwsze zaproszenie sylwestrowe przyszło na przełomie sierpnia i września. Dotyczyło upragnionej Bukowiny. Niestety, wymagało praktycznie natychmiastowego podjęcia decyzji oraz wpłacenia zaliczki. Kotu planowanie wyjazdu z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem wydaje się być bardzo abstrakcyjne, poza tym w tamtym momencie pieniędzmi niezbyt dysponował. Następnie przyszło kolejnej wyjazdowe zaproszenie. Tym razem do Londynu. Niezwykle kuszące zarówno ze względu na towarzystwo, jak i Londyn sam w sobie, niestety finansowo nierealne. Na krótko przed świętami Olo zaproponował Kotu wyjazd do słynnego Ośrodku Utraty Zdrowia w Maryjanówce, które to zaproszenie Kot również musiał odrzucić z przyczyn rozmaitych. Przez chwilę rozważał Kot Sylwestra w kinie (odpadło ze względów głównie repertuarowych), na koncercie Zaprzyjaźnionego Zespołu (Kot się wahał finansowo, a ostatecznie odpadło po w/w wódce), w No Mercy (ale Szefowa zabroniła) oraz pozostanie w domu i oglądanie jakiś plugawości (niestety, pozostanie w domu oznaczałoby kontakt z rodzinką). Ostatecznie, po kilkugodzinnej debacie z samym sobą, Kot zdecydował się skorzystać z zaproszenia kolegi z pracy, uznając, że nawet jeśli będzie do du…, to przynajmniej spróbuje a może… I jak przystało na banalną notkę sylwestrową; postanowienia noworoczne: – Nigdy więcej nie zdradzić zapolskiej cytrynówki – Przed zanocowaniem w jakimkolwiek miejscu, upewnić się o dostępności porannej kawy – Nie podrywać własnej Szefowej – (Z kategorii über-banał) Zrzucić te kilka zbędnych kilogramów (Kot wcale nie uważa, że jest za gruby (epicko napuchnięte ego mu na to nie pozwala), jednakże wolałby, żeby kilka jego ulubionych ubrań z powrotem na niego pasowało) – Zaliczyć jak najwięcej konwentów, wyjazdów fotograficznych, etc. – Wynieść się z domu do jakiegoś przytulnego lokum z sensownym współlokatorem. – Czynić więcej rzeczy szalonych a zwariowanych (kilka pomysłów już Kot ma) Na koniec Kot życzy sobie (i wam), aby ten rok był lepszy od poprzedniego, no bo musi być lepszy (że pozwolił sobie Kot zacytować życzenia, którymi wymienił się wczoraj z Szefową). Over. Hale fun!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 31.12.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Cliche. została wyłączona) Posted in Frustracje, Imprezy, praca, studia, życie kota Tagi: , , , , , , , , , ,

I faced it all and I stood tall and did it my way*

Dawno dawno temu w odległej galaktyce, w której Uliczka jeszcze rozmawiała z Zapolem, a Fixxer był kocim najlepszym przyjacielem, powstała Koncepcja. Koncepcja zrodziła się w głowie Uliczki i dotyczyła ona świąt grudniowych. Polegała ona z grubsza na bojkocie owych (jako że w kręgu krewnych i przyjaciół królika było tyyyyle poświątecznych i prorodzinnych osób…), zabunkrowaniu się w czyimś mieszkaniu z zapasem pizzy oraz filmów i przeczekaniu owego traumatycznego okresu. W ciągu lat układy towarzyskie się pozmieniały. Niemniej do Kota i Fixxera owa idea nadal przemawiała. A przynajmniej tak się Kotu wydawało, dopóki dwa lata temu nie został na święta prawie bez rodziny za to z wolnym mieszkaniem po babci oraz kluczami do niego. Wtedy to Fixxowatego po początkowym entuzjazmie, napadły wątpliwości aż ostatecznie stwierdził, że nie może Cieciorce świństwa zrobić poprzez niepojawienie się na wigilijnej kolacji. Kot w obliczu takiego postawienia sprawy po pracy (gdyż w ówczesną wigilię jak i w dwie kolejne pracował) poszedł na wódkę z kumplem z roboty, następnie pojechał do domu, gdzie przez pół godziny pseudo wigilii z rodzicami starał się udawać trzeźwą, po czym polazł do swojego pokoju spać.

Jeszcze dwa miesiące temu myślał sobie Kot, że pewnie od tegorocznej kolacji wigilijnej się nie wymiga, ale po niej wróci do swojego małego przytulnego pokoiku, do swoich współlokatorów i wszystko będzie miał w…. poważaniu. A przez następne dwa dni świąteczne nosa z domu nie wyściubi, natomiast będzie mógł zaprosić swoich równie-co-kot-anty-świątecznych znajomych i razem porobią rzeczy durne a plugawe i anty-świąteczne. Cóż, bycie wykopanym z mieszkania zdecydowanie utrudniło realizację planu. Na szczęście, jak życie dowiodło, nie do końca.

A zacznijmy od tego, że święta i zimowe przeziębienie wpędziły Kota w chwilowy alkoholizm. O tym, że dla Kota aktualnie święta wcale nie ograniczają się do zaledwie trzech grudniowych dni tylko do całego grudnia, Kot już pisał. Nie wspominał natomiast, że z dnia na dzień wytrzymywanie w robocie przy zdrowych zmysłach stawało się trudniejsze. Dlatego, gdy po kolejnych czwartkowych planszówkach pojawiła się okazja pójścia na cytrynówkę do Riviery, Kot skrzętnie ową okazję wykorzystał. Wniosek z owego czwartku zrodził się jeden, który zdecydowanie przeistoczy się w postanowienie noworoczne; mianowicie: Nigdy nie zdradzać Cytrynówki Zapolskiej, albowiem inne cytrynówki mniej smaczne, a bardziej szkodliwe są! Na dokładne efekty rivierowej cytrynówki spuścimy zasłonę miłosierdzia, ale nie ukrywajmy, że kaca Kot przestał mieć dopiero w niedzielę.

Ledwo Kot zdążył otrząsnąć się z kaca i pocytrynówkowej traumy, a przeziębił się okrutnie, a raczej został przeziębieniem zarażony przez chorujących współpracowników. Kiedy Kot drugi dzień z rzędu przylazł do pracy zaflukany, zakaszlany i rozgorączkowany, do akcji wkroczyła Najcudowniejsza Szefowa, zlecając uber-kurację, której skuteczność sprawdziła empiryczni na sobie, a mianowicie dużo czekolady oraz Desperadosów. Kimże jest Kot co by nie posłuchać własnej Szefowej? To było jakiś tydzień przed wigilią i od tamtej pory Kot wszystkie wieczory spędzał w towarzystwie Desperadosów i gejów z Queer As Folk**, tak co by się we świąteczny nastrój wprowadzić. Trwało to tak aż do dwudziestego trzeciego grudnia, godziny pi razy oko 19, kiedy to Kot padał na twarz w swoim miejscu pracy i marzył o chwili, gdy znowu zagrzebie się w cieplutkim wyrku ze stosownym trunkiem. Wtedy to Kot ujrzał, coś, co skutecznie zmieniło oblicze tegorocznych świąt, mianowicie Y i Jabbę, którzy właśnie w przerwie między piwem, a piwem wpadli po zakupy. Przy okazji się przywitali z Kotem, zaczęli konwersować i od słowa do słowa doszli do wniosku, że po co Kot ma pić sam u siebie Desperadosa, skoro może dołączyć do Y i Jabby u Jabby i pić z nimi wino po pracy. Wino zamieniło się w cztery (albo i w pięć) do tego doszło arcydzieło współczesnej kinematografii edukacyjnej w postaci „Zombielandu” i następnego dnia, Kot dotarł do pracy tylko dlatego, że go skutecznie wyrzucano***

Przez całą wigilię Kot kaca miał nieziemskiego, co jednak zdecydowaniu poprawiało kocią percepcję na szurniętych wigilijnych klientów, którzy latali bez ładu i składu sami nie wiedząc, na co mają wydawać pieniądze. Apogeum przyszło, gdy do Kota przylazł pan i zapytał, od której sklep będzie otwarty dnia następnego (czyli 25-jego mać-grudnia).

W między jednym świrniętym klientem, a drugim do Kota zadzwonił Y przypomnieć, że Kot się z nim umawiał na wieczór i tak zasadniczo to o której będzie.

Kot przeszukał starannie swoją pamięć, w efekcie na rodzinnej kolacji faktycznie pojawił się na, bagatelka, trzy godzinki, po czym zapakował się w 523 i ruszył na dalekie Bemowo. Oczywiście, nie byłby sobą gdyby na miejscu nie zabłądził. To znaczy, to nie było tak, że Kot się zgubił, Kot tylko nie bardzo wiedział, gdzie jest. Próbując dojść do sklepu monopolowego 24H, który Y ma pięć minut spacerem od domu dotarł do stacji benzynowej jakieś ponad półgodziny dalej. W zimnie, wietrze, po zamarzniętym chodniku, w butach, kuźwa, na obcasie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby potem się nie okazało, że ygrecze osiedle zmieniło swoje położenie i spontanicznie przeteleportowało się na drugą stronę radiowej. Ostatecznie Kot do Y dotarł i spędzili urocze dwie godziny przy mruczących Kotach, Desperdosie (tu tylko Kot, gdyż Y zamierzał jeszcze prowadzić) i arcydziele polskiej kinematografii: „Arche. Czyste zło.”****

O godzinie 23:30 trzeba było się zbierać i jechać odebrać Jabbę z pracy, co by go odstawić do jego własnego mieszkania, gdzie poprzedniego poranka, Y wychodząc w pośpiechu i wciąż na ciężkiej bani zostawił swój aparat i statyw. Rzeczy zostały odzyskane, niestety, po wyjechaniu z podwórka, okazało się, że nie ma stosownej nawrotki, za to jest zakaz skrętu w lewo. Zakaz skrętu w lewo został skrupulatnie zlekceważony, zawróciliśmy, po czym…

– O… jakiś koleś za nami też tak zawrócił. – Beztrosko zauważył Y.

Byłoby pięknie i zabawnie, gdyby nie to, że ten „jakiś koleś za nami” wyciągnął z ukrycia niebieskiego koguta i nie zaczął nas ścigać.

Grzecznie daliśmy się złapać, a cała historia szczęśliwie zakończyła się „świątecznym pouczeniem”, niemniej resztę trasy pokonaliśmy w pełnym poszanowaniu dla przepisów ruchu drogowego.

Z powrotem w ygreczym mieszkaniu czekało na nas więcej szlachetnego trunku, więcej mruczących stworzeń, świąteczny odcinek Futuramy oraz kolejny wspaniały film „Jesus Christ Vampire Hunter”.

Ten wzorcowy wigilijny wieczór zakończył się o 4 nad ranem, a następnego poranka, znaczy się około 15 przyszło zastanawianie, co zrobić z tak pięknie zaczętym dzionkiem. Efektem krótkiej narady postanowiliśmy udać się na Starówkę robić zdjęcia ładnie podświetlonym obiektom. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie… ludzie, oczywiście, którzy zamiast korzystać z dnia wolnego i odpoczywać spokojnie w ciepłych domowych zaciszach, masowo wybrali się na Starówkę oglądać drewniane domki z figurkami w środku. Szczyt rozrywki po prostu! Anyway, i tak bardziej niż ludzie dobił Y i Kota brak otwartych jadłodajni, wobec czego i wobec pustek w żołądkach wieczór skończył się skandaliczniej wcześnie.

Niemniej, Kot miau prawie takie święta, jakie zawsze chciał mieć, teraz pozostaje Kotu tylko skombinowanie równie anty-świątecznych planów na jutro, a tymczasem wraca Kot do Desperadosa i swoich ulubionych telewizyjnych gejów.

* F. Sinatra „My Way”

** Skutecznej owej kuracji potwierdza jak najbardziej

*** Jednocześnie zrodziło się drugie kocie postanowienie noworoczne: „Nigdy więcej nie pozwolić się przenocować w mieszkaniu pozbawionym kofeiny!”

**** Swoją drogą, Kot nie bardzo rozumie skąd się w ogóle wzięło określenie „czyste zło”, a nikt nie mówi „brudne zło” Przecież doświadczenie pokazuje, że większość rzeczy złych, a plugawych jest zdecydowanie na bakier z higieną…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 25.12.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania I faced it all and I stood tall and did it my way* została wyłączona) Posted in Frustracje, Imprezy, praca, rodzina, życie kota Tagi: , , , , , , , , , ,