Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Zlot żaglowców – Gdynia 2009

Jak wszyscy wiemy, Kot już dawno osiągnął Mistrzostwo Wszechświata i Okolic w lenistwie (co, poza paroma innymi czynnikami, tłumaczy dlaczego tyle czasu upłynęło od ostatniej notki). Jedyną rzeczą, która może dorównać kociemu lenistwu jest koci upór (co z kolei wyjaśnia, dlaczego zamiast opisywać teraz przełomowe chwile swojego życia (a takowe mają miejsce ostatnio), Kot opowie (w końcu!) o Gdyńskim Wyjeździe Chaosu)

Jeśli jeszcze Szanowni Czytelnicy pamiętają, na początku lipca tego roku w Gdyni odbywały się wydarzenia takie jak Heineken Open’er Festival oraz zlot żaglowców. Kot wraz ze swoim niezawodnym towarzyszem Wyjazdów Chaosu, Ygregiem, uznał, że takiej okazji przepuścić nie można i chociaż na Open’erowe koncerty nie bardzo są fundusze, to do Gdyni przejechać się można i piękne statki pofocić. Ygreg podjął nawet próbę zorganizowania większej ekipy. Ekipa, owszem zorganizowała się, po czym, ku kociemu i ygregowemu załamaniu, uznała, że zamiast wylegiwać się przez weekend na gdyńskiej plaży, woli urządzić szybkiego jedno-wieczorowego grilla gdzieś pod Warszawą. Lamy.
Ygreg i Kot, niezrażeni, uznali, że wyjadą w piątkowy wieczór po ygreczej pracy. Po czym Kot wprowadził Chaos, przypominając sobie, że przecież w piątkowy wieczór WZM grają w Dziesiątce i przecież nie można koncertu opuścić, wobec czego pora wyjazdu została przełożona na 3 w nocy. W trakcie koncertu Kotu udało się radośnie znietrzeźwić, na co należy spuścić zasłonę miłosierdzia. Podobnie jak na późniejsze próby robienia zdjęć nocnych mostu w okolicach Nowego Dworu Mazowieckie (Kot radzi i poucza: nie, drogie dzieci, robienie zdjęć po pijaku nie kończy się niczym dobrym). Szczęśliwie, po ponownym zapakowaniu się do samochodu, organizm koci uznał, że najrozsądniej będzie zasnąć. Obudził się Kot grubo po świcie z potwornym bólem głowy i suchością w gardle (i tu ponownie kącik porad wszelakich: Kot zapewnia, że po niczym, ale to absolutnie po niczym nie ma kaca równie bolesnego co po  zwykłym piwie) na parkingu. Rozejrzał się Kot dookoła, po czym zapytał Ygrega, gdzie właściwie właśnie się znajdują i czy przewidywany Uber FAIL Jeepa już nastąpił. Jakże ogromne było zdziwienie Kota, gdy usłyszał, że znajdują się właśnie pod Gdańskiem i tak, to na pewno jest właściwy Gdańsk, i tak, samochód wciąż działa bez zarzutu. Co więcej, Jeep stanął na wysokości zadania i z Gdańska do Gdyni pod sklep Ola, u którego był załatwiony nocleg, również dojechał bez problemów.
Problemy zaczęły się na miejscu. Na przykład okazało się, że Olo nie dość, że nie ma kawy, to jeszcze nie ma czajnika. Kot jak wszyscy wiemy, cierpi ma kawoholizm zaawansowany, wobec czego wydał z siebie rozdzierający ryk i zażądał natychmiastowego podania lokalizacji najbliższego Coffee Heaven oraz udania się tamże. Następnie Ygreg stwierdził, że tak właściwie to przydałaby mu się mniejsza torba na aparat, a Kot odkrył, że nie zapakowanie kostiumu kąpielowego na wyprawę nad morze, nie było wcale posunięciem strategicznym, biorąc pod uwagę, że zarówno Y, jak i Olo zamierzali Kota zaciągnąć nad morze w celach kąpielowych. Wszystkie te elementy gładko złożyły się w jedną całość, w efekcie pierwszym punktem na liście do zwiedzenia zostało pobliskie Tesco 24H, gdzie Ygreg zanabył drogą kupna torbę, a Kot kawę (a właściwie dwie) i kostium. Wszystko skończyłoby się szybko i  dobrze, gdyby przy opuszczaniu Tesco-parkingu udało nam się zauważyć wielki znak drogowy, który głosił, że w lewo do centrum Gdyni, a w prawo na obwodnicę gdańską. Zapadliśmy jednak na wysoce rozwiniętą ślepotę i znaleźliśmy się na obwodnicy bez perspektywy nawrotki przez najbliższe X (przy czym x = dużo) kilometrów. Grubo ponad pół godziny później mogliśmy podziwiać rozbawioną minę przechodnia, przy którym Ygreg zwolnił, a Kot wychylił się przez okno i z radosnym uśmiechem zapytał: „Przepraszam! Mógłby nam pan powiedzieć, w jaki mieście się znajdujemy?”. Następną godzinę można pokrótce opisać jako jeszcze większe błądzenie, gdyż z niewiadomych przyczyn, uparliśmy się odnaleźć sklep Ola nie używając w tym celu Jadźki* Kiedy w końcu się poddaliśmy i ją włączyliśmy, okazało się, że jesteśmy daleko jak jasna cholera, ale za to praktycznie znaleźliśmy port. Pozostawało tylko wrócić do Ola, zrzucić graty i przebyć trasę do portu (tym razem bez zahaczania o obwodnicę) ponownie.
Kiedy w końcu odnieśliśmy sukces i znaleźliśmy się porcie, stwierdziliśmy, że ze zdjęć żaglowców raczej nici, za to możemy nacykać całą masę ujęć pt.: „dziki tłum zasłania piękne statki”. A że i Kot, i Ygreg cierpią na gawiedziowstręt, poziom frustracji gwałtownie wzrósł. Po czym wzrósł jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że znalezienie jakiegoś cichego spokojnego i taniego lokalu w okolicy najwyraźniej jest awykonalne. Apogeum frustracji nastąpiło, gdy Kot zadzwonił na mLinię i usłyszał stan swojego konta.
Po tych wielce nieprzyjemnych akcentach, nastąpiły szczęśliwie momenty przyjemniejsze. Takie jak powrót na plażę, gdzie znajdował się Olo ze swoimi świeżo przybyłymi znajomymi. Popijanie żubrówki z soczkiem jabłkowym na owej plaży oraz dyskusje po zmierzch z Ygregiem przeplatane marzeniami o wielkiej wodzie. Kiedy się ściemniło, zaczęły się jakieś koncerty, które, ku niewypodzianej radości piszącej te słowa, ściągnęły jeszcze większy i dzikszy tłum. A następnie lunęło. Kolejne ok. półtorej godziny Kot i Y spędzili w pobliskim centrum handlowym, klnąc na czym świat stoi, a już najbardziej na Ola, który pojechał na chwilę do swojego sklepu i miau wrócić i dać znać, jakie plany na resztę wieczoru. Na próby dodzwonienia się i dogadania również należy spuścić zasłonę miłosiernego milczenia, gdyż do tej pory Kotu się włos na głowie jeży na samo wspomnienie. Niemniej ostatecznie dogadać się udało i spotkaliśmy się wszyscy radośnie w porcie pod wojskowym okrętem Błyskawica z gitarą i butelką ginu oraz toniku. Jak wyglądał ciąg dalszy wieczoru, domyślić się nietrudno, chociaż nie wiem, czy wszyscy wpadliby na pomysł, że na brak szklanek do szlachetnego trunku najprostszym rozwiązaniem będzie udanie się na Błyskawicę i poproszenie Panów Oficerów o pożyczenie okrętowych. Podobnie rzecz miała się z kostką go gitary, na której brak narzekał Bałagan. Kot miaua nieużywaną kartę płatniczą, którą bez większych oporów zdecydowała się poświęcić dla szczytnego celu. Olo wziął kartę, polazł do Panów Oficerów i wrócił po 5 minutach z piękną kwadratową kostką. Impreza się skończyła, gdy nastąpiła zmiana warty, o czym dowiedzieli się Kot i Olo, kiedy wleźli ponownie na okręt oddać szklaneczki i przy okazji zostawić miłym panom trochę ginu w ramach wdzięczności, a napotkali na wyjątkowe niezrozumienie, a wręcz wrogość. Po tym zakończeniu ekipa zawinęła się z powrotem do Ola, gdzie czekała schłodzona wódeczka i śpiewnik.
Poranek następnego dnia przyniósł ból głowy (dla odmiany) i dzikie pragnienie kofeiny (dla odmiany). Kot ze zdziwieniem dowiedział się, że koło Ola znajduje się kościół i co godzina począwszy od 8 rano dzwony radośnie biły, budząc wszystkich poza Kotem. Kota obudziło dopiero Ygregowe łaskotanie w piętę koło południa.
Reszta dnia minęła leniwie na plaży (Kot uznał, że nie po to kupował kostium kąpielowy, żeby go ani razu nie użyć).
Podróż powrotna upłynęła pod znakiem korków, Malborka (bo to przecież po drodze) oraz dziur na drodze. O dokumentację fotograficzną Kot zadba w najbliższej przyszłości.
Jeep nie zawiódł również w trakcie powrotu.
Również w trakcie powrotu Kotu nasunął się (po raz n-ty) wniosek, jak to bardzo Kot uwielbia siebie i swój sposób myślenia. A we wnioskowaniu pomogła Kotu… toaleta na stacji benzynowej. W kocie wieloletnie problemy z nerkami i cierpienia z nimi związane, zagłębiać się nie będziemy, należy tylko nadmienić, że tam, gdzie król chodzi piechotą, Kot musi chodzić częściej niż przeciętny człowiek i kocie potrzeby objawiają się niezwykle… intensywnie, co w przypadku podróży jest sporą upierdliwością. Upierdliwością (ogólno życiową) tym większą, gdyż, jak wszyscy na pewno zdążyli w swoim życiu zaobserwować, kolejki do przybytków przeznaczonych dla kobiet potrafią osiągnąć naprawdę niebotyczne rozmiary, ponadto kobiety spędzają w środku owych przybytków jakąś irracjonalną długość czasu. Takowa sytuacja miaua oczywiście miejsce na kolejnej stacji benzynowej, na której w trakcie powrotu się zatrzymaliśmy. Kot popatrzył przez sekundę na sznur niewiast przed drzwiami oznaczonymi kółeczkiem, popatrzył na absolutną pustkę przed drzwiami oznaczonymi trójkącikiem, po czym wzruszył ramionami i przeszedł przez te drugie. Do samochodu wrócił Kot w niezwykle dobrym nastroju. Ujmijmy to tak, przy załatwianiu problemu w opisany sposób, reakcje mężczyzn nie są jakieś szczególnie warte wspominania – kiedy kobieta (tudzież Kot) wychodzi z kabiny w męskiej toalecie i zastaje mężczyznę przy pisuarze, ten na ogół ją ignoruje i kontynuuje bezstresowo wykonywaną czynność – natomiast reakcje kobiet, stojących w sznureczku przed właściwymi drzwiami, na widok tej dzielnej jednostki, która swoją potrzebę bezproblemowo załatwiła i teraz wychodzi na luzaku z drzwi przeciwnych, ich miny pełne oburzenia oraz dzikiej zawiści – bezcenne.
Cóż, nie na darmo Kot pół życia powtarza, że toalety nie dzielą się na męskie i żeńskie, tylko na wolne i zajęte.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 17.08.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Zlot żaglowców – Gdynia 2009 została wyłączona) Posted in Imprezy, Wyjazdy, życie kota Tagi: , , , , ,

Możliwość komentowania jest wyłączona.