Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Woodstock 2013. The POCIĄG.

Chciałam tylko powiedzieć, że mam na koncie kilka przeżytych ekstremalnych sytuacji – dachowałam w lesie, o mały włos utonęłam w bagnie, byłam sparaliżowana od szyi w dół przez kilka godzin – natomiast po minionym wtorku za NAJBARDZIEJ ekstremalne doświadczenie EVER uznaję jazdę woodstockowym pociągiem musicREGIO.

Nie zna życia ten, kto nigdy tego nie spróbował. Wszystkie opowieści jakie kiedykolwiek mieliście okazje usłyszeć o tym, co się dzieje w tych wyjątkowych pociągach – są PRAWDZIWE. Serio serio.

Ale po kolei.

Na wyjazd na Woodstock zdecydowaliśmy się już kilka miesięcy wcześniej. Wszystko sobie dokładnie zaplanowaliśmy*. W połowie lipca zarezerwowaliśmy miejsca na Toi Campie, kilka dni przed wyjazdem kupiłam przez internet bilety na pociąg odjeżdżający z Warszawy 30.08 o 22:40.

O wyborze pociągu na środek transportu zadecydowało kilka czynników – po pierwsze, Y, z którym jechaliśmy w zeszłym roku, tym razem nie jechał z Warszawy oraz nie planował zostawać do końca festiwalu ze względu na Wyjazd Planszówkowy. Po drugie, wydawszy 240 złotych za Toi Camp, pragnęliśmy oszczędności.
I tu pojawiło się pierwsze rozczarowanie. W zeszłym roku za podróż samochodem w obie strony, w komfortowych warunkach, z licznymi postojami dla rozprostowania kości zapłaciliśmy za dwie osoby 220 złotych. W tym roku na serwisie Bla Bla Car znaleźliśmy ofertę z dwoma wolnymi miejscami po 50 złotych od osoby w jedną stronę (nie zdecydowaliśmy się na nią ze względu na mniej atrakcyjną godzinę odjazdu oraz lekkie obawy przed jazdą z zupełnie obcym człowiekiem). Po wejściu na stronę Przewozów Regionalnych i wyklikaniu interesującej nas oferty wyskoczyła suma do zapłaty 192 złote (tak „niewiele” tylko dzięki rabatowi za zakup biletów tam i z powrotem oraz studenckiej zniżce dRaisera). Śmiało mogę stwierdzić, że to najgorzej zainwestowane 200 złotych w moim życiu (a kiedyś kupiliśmy po taniości tablet w Carrefourze, który nie dość, że zawieszał się na amen po zainstalowaniu większej ilości aplikacji, to nie da rady znaleźć specyfikacji wyświetlacza na wymianę po tym, jak dRaiser potłukł oryginalny na wyjeździe).

Prawdą jest, że słyszało się to i owo o podróżach musicREGIO. Pełni nadziei wierzyliśmy jednak, że to tylko hiperbole i propaganda ze strony Ojca Dyrektora i mu podobnych mająca na celu odstraszyć niewinną młodzież od Woodstocku.
Relacje naocznych świadków – naszych znajomych – nie brzmiały wstrząsająco. Y z rozbawieniem wspominał bratanie się nad baniaczkami ze spirytusem ze współpodróżującymi. Konrad wprawdzie wyśmiał moją chęć kupowania biletu („Naprawdę wierzysz, że ktoś będzie próbował kontrolować bilety w pociągu pełnym pijanych panczurów?”), ale nie ostrzegał o niczym ponadto. Patryk z kolei wesoło opowiadał o komforcie jazdy, jakiego doświadczył w zeszłym roku w piętrowej kolejce, o wędrówkach i integracji a także spacyfikował mój entuzjazm do jazdy na gapę, informując, że rok wcześniej kontrole miały miejsce w obie strony. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jak BARDZO musiał być zjarany, że mu obskurne interregio wychodowało pięterko i dodatkową przestrzeń.

Point is że absolutnie nie byliśmy przygotowani na to, co zastaliśmy po dotarciu na właściwy peron Warszawy Gdańskiej. Ludzi było od groma. W życiu nie widziałam tyle osób zgromadzonych na jednym peronie. Oczywiście, większość z nich była pod wpływem rozmaitych używek, a znaczną część kontynuowała spożywanie. Jeden delikwent uznał za zabawny pomysł zejścia na tory i sikania tuż przed przejeżdżającym pociągiem, ignorując wściekłe gwizdy maszynisty.
Pociąg odjeżdżał o 22:40. My dotarliśmy na peron ok.22:10. Z podstawieniem pociągu zwlekano do ostatniej chwili. Ok. 22:20, kiedy było już wiadomo, przy którym torze podstawią, tłum zaczął się ustawiać tuż przy krańcu peronu. My też, bo co robić – z całych sił pragnęliśmy miejsc siedzących, chociaż szansa na nie wydawała się mikra.
Przez kolejne 20 minut przechodziłam od histerii przez załamanie do wściekłości. Byliśmy popychali z każdej strony; bałam się zrzucenia na tory. Nad głowami latały nam puste butelki i puszki. Apogeum nastąpiło, oczywiście, gdy pociąg pojawił się na horyzoncie. Nie tyle wsiadłam przez najbliższe drzwi (które szczęśliwie znalazły się tuż przed nami), co zostałam przez nie wepchnięta. Cudem uniknąwszy wepchnięcia pod pociąg/zdeptania, po mocnym pchnięciu, niezgrabne wylądowałam na pierwszym z brzegu siedzeniu, zaklepałam miejsce obok dla dRaisera (któremu udało się dopchać do wejścia długą chwilę później). Sukces! Wrzuciliśmy największy plecak na półkę bagażową i oboje siedzieliśmy.
Tym sposobem wyczerpaliśmy limit szczęścia na ten wyjazd.

Pociąg był zapchany niemożebnie. Nie rozumiem jakim prawem Przewozy inkasują tyle kasy za bilety, skoro przewożono nas w gorszych warunkach niż bydło na ubój. Ludzie siedzieli WSZĘDZIE. Na podłodze, na sobie, w przejściu, w toalecie.
Przez pierwsze dwie godziny, ktokolwiek chciał skorzystać z przybytku w założeniach ustronnego, nie dość że przeciskał się doń w mękach, to jeszcze musiał użytkować przy otwartych drzwiach w obecności trzech obróconych plecami do siebie chłopów. Po tym czasie panowie stwierdzili, że jednak im tam niewygodnie, bo za duży ruch, więc przenieśli się do przejścia. Dzięki temu, można było korzystać z WC przy zamkniętych drzwiach, za to było się niemalże przenoszonym na rękach, żeby się tam dostać.
Nie wszystkim zamykane drzwi przyniosły ulgę. Jedna laska, próbując przejść do przed drzwi, tak niefortunnie chwyciła się futryny, że wchodzący przytrzasnął jej palce. Całe przejście się dobijało i krzyczało o otwarcie, ale ogólny harmider sprawił, że człowiek w środku nic nie słyszał, a drzwi otworzył dopiero po skorzystaniu.
Na szczęście, do najbliższej stacji nie było daleko. Na miejscu czekali już medycy, karetka podjechała, ale dla tej dziewczyny Woodstock skończył się już w pociągu.

Był to nasz najdłuższy postój na stacji. Jednak już po niecałej godzinie, zaliczyliśmy najdłuższy postój w całej podróży, pośrodku szczerego pola, spowodowany… podpaleniem. #WTEM doleciał nas podejrzany smród i zobaczyliśmy więcej dymu, niż dotychczas powstawało w wyniku palenia papierosów. Po chwili pociąg został zatrzymany i czekaliśmy. Po długiej, długiej chwili okazało się, że w wagonie za nami, ktoś wpadł na pomysł, by uprawiać fireshow poikami. Opóźniło to naszą podróż o co najmniej godzinę.

Nie był to koniec atrakcji.

Mocno podpici panowie, uznali, że kolejki do łazienki są za długie, więc postanowili temu zaradzić. Przy użyciu brute force’a udało im się otworzyć drzwi do wagonu. Aby uniknąć ponownego ich zamknięcia, wykorzystali opróżnione butelki i puszki jako klina i przez powstałą w ten sposób szparę, wystawiali co trzeba i oddawali mocz.
O dziwo nie doszło do brutalnej kastracji.

Doprawdy nie wiem, jakim cudem dojechaliśmy żywi, niepodeptani, niepobici i z całym dobytkiem. A także obrzydliwie trzeźwi.

 

 

* Czy muszę przypominać jaki jest najlepszy sposób na rozbawienie bogów?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 05.08.2013. Komentarzy (Możliwość komentowania Woodstock 2013. The POCIĄG. została wyłączona) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , , , , ,

Fetyszystka

O tym, że Kot jest fetyszystą wiadomo nie od dziś. Kręcą go długie włosy, okulary, ładne dłonie, ładne plecy, muzycy (tak, to już chyba też podpada pod fetysze), no – lista jest jeszcze długa. Natomiast największy koci fetysz nie ma absolutnie nic wspólnego z wyglądem. Kota albowiem niesamowicie podniecają… słowa. Czasem czytając, tudzież słuchając czegoś, Kot potrafi zmitrężyć kilkanaście, ba! czasem i kilkadziesiąt minut na kontemplację jednego słowa, czasem całego zdania a czasem wyrażenia. Człowiek, który umie się ładnie wyrażać i prowadzić inteligentną, niebalną konwerację na każdy temat począwszy od porannej kanapki, na sensie życie, wszechświata i wszystkiego kończąc, w trybie natychmiastowym uzyska kocią przychylność, uwagę i wzbudzi w Kotu zachwyt. A jeśli jeszcze będzie poświęcał swój czas, żeby toczyć niebalne dysputy z Kotem… resztę dopowiedzcie sobie sami,

PS. Refleksja sponsorowana przez wieczór z OP, Łobuzem i cytrynówką.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 15.04.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Fetyszystka została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , ,

Od jutra nie piję i nie imprezuję. Serio, serio.

Zaczęło się od wypłaty. To znaczy ona przyszła dzień przed przewidywanym terminem i trafiła na koci mocno średni humor, a także na kocią matkę. Kot Poszedł do sklepu z myślą, żeby lekko uzupełnić zapas alkoholu w domu (nie mieliśmy nawet pół butelki wygazowanego piwa), a przede wszystkim kupić jedzenie. Tylko że w trakcie zakupów telefonicznie objawiła się kocia Rodzicielka i nagle w kocim koszyku zamiast jednej butelki czegoś dobrego i dużej ilości nabiału, znalazły się 4 butelki i pięciopak budyniu. Nikt nie ma tak destruktywnego wpływu na Kota jak Rodzicielka. Tego samego wieczora Kot opróżnił 2 z 4 butelek, a w trakcie trzepnął się do sklepu po jeszcze jedną (rozsądnie uznając, że po wypiciu 2 butelek wina, nie powinien przerzucać się na vermoutha). Tej samej nocy Igor wpadł do mieszkania ze znakiem drogowym.
Następnego dnia wypadało piwo pracownicze z okazji pensji, po którym przenieśliśmy się do Łobuza, gdzie ja miałam się grzecznie zwinąć w kłębek, a chłopcy grać, ale spontanicznie wszyscy razem piliśmy. Kot odniósł poważne wrażenie, że do pracy na 12 dotarł jeszcze nie-trzeźwy. Po pracy miau Kot jechać grzecznie do domu, ale napadł go Phoenix informacją o Szewcowym ognisku, więc plan uległ drobnej modyfikacji. Z ogniska wrócił w środku nocy, po przemierzeniu na piechotę kawałka Młocin, a że był dość podkur….ny z powodów, na które spuścimy zasłonę miłosierdzia, to likier czekoladowy kupiony z ciekawości came in handy.
W sobotę już Kot był dzielny i po raz kolejny przesunął swój debiut na blipiwie, zamiast tego sprzątał mieszkanie, które przez te kilka dni zamieniło się w jakąś strasznę melinę i wszystko, I mean WSZYSTKO, leżało na wierzchu ku uciesze Kotleta. A że sprzątanie Kot zaczął od sprzątnięcia resztki zawartości ze stojącej na podłodze butelki wina, to inna kwestia.
W niedzielę był koncert kociego ukochanego duetu Tak Po Prostu. Kot miau zahaczyć tylko na 1 seta, a potem się uczyć, ale zostal do końca zauroczony po raz kolejny Głosem Chłopca, bo, wstyd przyznać, wspomnienie o jego cudowności zdążyło się lekko zatrzeć.
W poniedziałek i wtorek chyba nawet Kot nie szalał za bardzo, ale za to w środę pognał do Przechyłów, a potem do Łobuza, w związku z czym czwartkowa wizyta u dentystki nie doszła do skutku. W czwartkowy wieczór z kolei celebrowaliśmy urodziny kolegi Grzegorza. Impreza zaczęła się o 20 i było… zdecydowanie interesująco. Tym razem nawet udało się Kotu wziąć aparat i ma kompromitujące materiały dowodowe 😉 Do domu Kot wrócił koło drugiej i to tylko dlatego, że wpadliśmy z Łobuzem na pomysł, że dalsze oglądanie animki w środku nocy i po X litrach piwa to doskonały plan, więc zapakowaliśmy się w taksówkę. I może nawet udałoby się nam obejrzeć więcej niż 1 odcinek, gdybyśmy się wysiedli z tej taksówki pod nocnym, gdzie mieliśmy zamiar tylko kupić papierosy, a spontanicznie wylądowaliśmy z piwem dla niego i winem dla Kota (taaaak, picie wina, po tym jak się wypiło kilka litrów piwa, to znakomity pomysł – brawo Kocie!).
Całe szczęście, obudziwszy się rano, zastał Kot smsa od Pana Kierownika pod tytułem „Bądź w pracy godzinę później”, a w efekcie Kot przyszedł zamiast na 12 na 14. Uśmiał się przy tym serdecznie, bo kolega Oskar uczynił dokładnie tak samo.
Kota boli głowa (i wcale nie od kaca), lewa nereczka, lewa noga, oba płuca, a także ma spuchnięty prawy węzełek chłonny poduszny. Do tego deadline oddanie outline’u pracy semestralnej zbliża się nieuchronnie, a Kot nawet tematu nie ma w pełni sformułowanego.
Jutro jest impreza pożegnalna Grzesia, Łobuzowego współlokatora, który postanowił robić świetlaną karierę poza naszą drogą Firmą, w niedzielę tradycyjnie koncert TPP. Przynajmniej dziś próbuje Kot jechać po pracy prosto do domu, bo to imprezowanie w końcu Kota wykończy.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 08.04.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Od jutra nie piję i nie imprezuję. Serio, serio. została wyłączona) Posted in Imprezy Tagi: , , , ,

It’s a sign!

Czasami ze znajomymi podśmiewamy się, że Kot, jako internetowa ekshibicjonistka, praktycznie nie musi opowiadać, co nowego u niego, jako że o wszystkich ważnych wydarzeniach w kocoim życiu można przeczytać na blogu albo blipie. Są jednak ludzie, którzy kocich blogów nie czytają, głównie znajomi z pracy, i im radosne historie opowiada Kot osobiście, w ramach udawania, że jednak jest zwierząkiem społecznym i posiada śladowe umiejętności interpersonalne. Tak też dziś chciał uczynić – próbował Albercikowi i Irence opowiedzieć o najnowszym wyczynie kociego Współlokatora. Niestety, prób dokonywał stojąc na kasie i co rusz przychodził klient, zaczepiał, nie pozwalając Kotu dopowiedzieć do końca. Po tym jak po raz piąty zinteruptowano Kotu dokładnie w tym samym momencie, Albercik uznał, że pójdzie i może później będzie spokojniej i Kot dopowie, a Irenka rzuciła: „Napisz na fejsbuku, wtedy na pewno przeczytam!”. Doprawdy!

Anyway, Kot nie byłby sobą, gdyby nie tyle na fejsbuczku, co blogasku ową story umieścił.

A zatem posłuchajcie,

Wczoraj święto było niesłychane – Matki Boskiej Pieniężnej wobec czego Kot postanowił lekko uzupełnić zapas alkoholi w domu, jako że poprzedniego dnia dopijali ze Współlokatorem resztki Whiskey. Zanabył wino, a potem po chwili zastanowienia, co by w środku nocy do sklepu nie lecieć (czego i tak nie udało się Kotu uniknąć), drugie, wrócił do domu, pofarbował włosy i zaczął konsumpcję. Koci Współlokator balował w tym czasie gdzieś indziej, ale w końcu powrócił, nakarmił Kota i wraz z Białym udał się nocny spacer, mając w planach eksplorację jakiegoś opustoszałego budynku.
Kilka chwil później Kot był już pod koniec drugiej butelki wina, gdy usłyszał szczęk otwieranego zamka, a następnie mnogość niepokojących odgłosów. Zaintrygowany powstał sprzed kompa i wychylił się do przedpokoju. Wychylił się i ujrzał – Igora, Białego oraz znak drogowy. Tak, moi drodzi, dobrze widzicie – ZNAK DROGOWY. Przejście dla pieszych, uściślając. I nie to żeby samą tabliczkę przytargali, o nie nie nie, to by było zbyt soft – oni przytargali całą instalcją z długą ciężką rurą.*

Dziś rano Kot się obudził i zaspany, nie pamiętawszy o znaku, udał się do kuchnii kawę poranną sobie przygotować. Wychodzi ze swojego pokoju, a tu… znak leży radośnie w przedpokoju na podłodze, sięga do kuchni… O bogowie!

* Wprawdzie Kot ostatnio przebąkiwał, że życzy sobie zainstalawanie rury, przy której mógłby się wyginać, ale nie myślał, że Współlokator tak dosłownie potraktuje kocie słowa.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 31.03.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania It’s a sign! została wyłączona) Posted in całe życie z wariatami Tagi: , , , ,

Historia jednego kieliszka

– Czy ty nadal nie zaopatrzyłeś się w żadne kieliszki? – zapytał Kot, po raz kolejny wizytując swojego Ulubionego Kolegę Z Pracy z butelką
czerwonego wina.
– Nie. Mogę ci nalać do kieliszka od wódki lub od whisky. Albo do zwykłego kubeczka… – odpowiedział Kolega.
Kotu po raz n-ty wszystko opadło i uznał, że znowu będzie pił z butelki, bo co jak co, ale wino, a zwłaszcza czerowne, zachowuje wszystkie swoje właściwości praktycznie tylko w butelce bądź kieliszku o odpowiednim kształcie.
– Skończy się na tym, że któregoś razu najzwyczajniej przeprowadzę do ciebie mój kieliszek, bo mnie w końcu szlag trafi. – skomentował Kot upiwszy małego łyka.
– I co? I będzie u mnie stał i czekał na kocie wizyty? – Zapytał Kolega, przelewając kolejne tego wieczora piwo do kufla.
– Tak.
– Spoko. Podpiszemy go „Kieliszek Kota” i postawimy w szafeczce. Przynajmniej Kot przestanie marudzić, jak będzie do mnie przychodzić. – Kolega ochoczo zgodził się na koci pomysł…

… trzy dni później Kot ponownie zwizytował Kolegę. Przy okazji uczestniczył w przeprowadzce i rozpakowywaniu G., który do kociego Ulubionego Kolegi się wprowadzał. Mina G., gdy wypakowywał swoje kubki do herbaty do szafeczki i znalazł stojący samotnie na najwyższej półce samotny kieliszek do czerwonego wina podpisany wielkimi zielonymi literami „Kieliszek Kota” – bezcenna.


Zdj.1 Koci kieliszek w Łobuzowej szafce

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 04.03.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Historia jednego kieliszka została wyłączona) Posted in dialogi, życie kota Tagi: , , ,

Oszałamiające wnioski ostatnich kilku dni:

1) Mężczyźni chodzą parami.*

2) Kot ma o wiele więcej szczęścia do samic niż do samców.

3) KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ! KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ! KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ! KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ! KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ! KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ! proszę kurczaka KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ! KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ! KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ! KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ! KOTY CHCĄ NAS ZNISZCZYĆ!**

4) Kot mocno postanowił nauczyć się końcu używać BARDZO WAŻNYCH ŚŁÓW, a mianowicie: „Nie, dziękuję, ja naprawdę nie chcę jeszcze jednego piwa!”

* Jak nieszczęścia, nomen omen.

** o swoich przejściach z czworonogami, Kot kiedyś napisze. Ku przestrodze wszystkich tych, którym kiedyś wpadł do głowy idiotyczny pomysł posiadania takiego potwora na własność…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 27.04.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Oszałamiające wnioski ostatnich kilku dni: została wyłączona) Posted in święte prawdy Tagi: , , , ,

Seks! Muzyka! Politechnika!

Dawno nie piszący Kot chciał tylko publicznie oświadczyć, że jest wiele ZUYCH imprez, ale wczorajsza impreza zalicza się do tych najźlejeszych. Przynajmiej patrząc na skutki, a dokładniej:
– podstemplowany biust, brzuch i plecy
– podartą spódnicę
– zgubioną klawiaturę od telefonu
– zgubiony szaliczek
– zgubione rajstopy
– zgubioną jeszcze jedną część garderoby
– zagadkową koszulkę klubową nieznanego pochodzenia w torbie
– bolącą głowę

ZUO!!!!!

Tak więc* kącik porad malkaviańskich ostrzega: dla zachowania życia, zdrowia oraz zdrowej psychiki dzieci drogie nie imprezujcie na Politechnice Warszawskiej.

I jest tylko jeden małyn szkopuł… ludzie z PW są AWESOME, a imprezy z ich udział legen…wait…wait for it…DARY!

EDIT: Kot odkrył dalsze szkody. Rozerwany płaszcz, bolące ramię oraz zgubienie kolczyka.

O! A przed chwil odkrył Kot siniaczka takiego wielkiego na nodze. O…..**

* Tak, Kot wie, że nie zaczyna się zdania od „więc”, „no więc”, „tak więc” and so what?
** Wbrew temu, co może się wydawać, Kot doskonale pamięta wszystkie wydarzenia wieczoru***
*** No dooooobra…. oprócz sposobu, w jaki do kociej torby dostała się w/w wspominana koszulka. Kot już się przyzwyczaił do tego, że na imprezach gubi garderobę, ale że zdobywa? To nienaturalne!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 24.04.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Seks! Muzyka! Politechnika! została wyłączona) Posted in Imprezy Tagi: , , , ,

Cisza i Kot.

Kot chciał tylko powiedzieć, że kiedyś stworzy tą obiecną notkę o przeprowadzkach i szukaniu mieszkania*,… ale to nie będzie dziś.

Dziś Kot chciał powiedzieć, że czasem najbardziej FAIL’owy dzień świata potrafi przynieść pozytywne skutki, a przynajmniej przemyślenia.

No bo przeca zawsze lepiej wiedzieć, że się kompletnie traci na kogoś czas, niż tracić go i tracić w nieskończoność. Lepiej wiedzieć, że zamartwianie się brakiem kontaktu z kimś jest sensless, bo komuś wcale ciebie nie brakuje. Lepiej wiedzieć… nie… tej ostatniej rzeczy Kot się nie dowiedział, but still…

Chciał też Kot powiedzieć, co poniekąd nawiązuje do strasznie odwlekanego tematu przeprowadzki, że kiedy dziś po pijaku strasznie hałasował, preparując obiad, nagle Kota trzepnęło… trzepnęło Kota, że nikt na Kota nie nakrzyczał… w ogóle w ciągu minionego miesiąca Kot w domu żadnych krzyków nie słyszał. Nawet wtedy, gdy zgubił koty ani gdy rozpieprzył się wąż prysznicowy… w Kocim Domu Rodzinnym awantury by wybuchały z prędkością światła… ale tu…

Ultimate conclusion: the Cat might not be very happy with his/hers life, but he/she’s so frakkin’ lucky!

Serio serio!

* Stworzy ją na przykład wtedy, gdy będzie trzeźwy. Albo gdy skończą się Kotu seriale do oglądania. Albo… you see where this is going….

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 25.03.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Cisza i Kot. została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , , ,

Bo czasem człowiek musi, inaczej się udusi…

Obiecana notka z cyklu malkaviańskiego poradnika in progress. Pojawi się wkrótce po kociej przeprowadzce, czyli za jakieś półtora tygodnia. Pourqoi? Gdyż przeprowadzkom właśnie zostanie ona poświęcona. A raczej temu, jak nie należy się przeprowadzać oraz jak nie szukać mieszkania. W międzyczasie Kot spłodził w bólach notkę alternatywną poświęconą odpowiedzi na pytanie: „Czy nowy rok bezpański 2010 jest progresywny?”. Notka jednak wymaga edycji, poza tym znajduje się na innym komputerze, niż dostępny Kotu w tej chwili. W związku z czym wtręt zastepczy.

Powszechnie wiadomo, że Kot jest zasilany na kawę, przytulanie i światło słoneczne (jaaaaasno i cieeeeeeepło). Kiedyś był zasilany również na czekoladę, ale potem odkrył, że combo: dużo czekolady plus dużo alkoholu plus baaardzo nieregularny tryb żywienia równa się zatrważający przyrost kilogramów, które potem same z siebie nie chcą zniknąć. Taki a nie inny zestaw zasilaczy sprawia wiele problemów. Bo, let’s be honest, kawy zawsze Kot ma po dostatkiem*, jednak gdyby pił kawę za każdym razem, kiedy ma na nią ochotę, pieprznąłby na zawał już z pięć lat temu. Przytulanie również nie zawsze jest osiągalne, o słoneczku nie wspominając**. A kiedy Kotu braknie podstawowych źródel zasilania, włączają się w Kotu autodestrukcyjne skłonności; pije więcej niż ustawa przewiduje, pali chociaż dawno rzucił i osiąga Mistrzostwo Świata i Okolic w Robieniu Rzeczy, Których Nie Powinien Robić. Miniona zima zdecydowanie dostarczyła niedosyt zarówno słońca jak i przytulania, z nadmiaru*** kofeiny Kot przewracał się bezsennie w łóżeczku do czwartej nad ranem. Ma również dziwne wrażenie, ze częściej się budził w objęciach kaca niż bez jego towarzystwa****. Szczęśliwie zbliża się koniec kociej udręki. Kot obudził się dzisiaj rano*****, dla odmiany bez uczucia, jakby ktoś odpalil w kociej głowie młot pneumatyczny i probówał przebić się przez kocia czaszkę na wylot, i ujrzał Słońce. Wyszedł z domu i odkrył ciepło oraz charakterystyczny zapach nadchodzącej wiosny w powietrzu. Kotu od razu wzrosła chęć do życia i tylko szczerze żałuje, że z ową chęcią musi teraz się kisić w zatłoczonym centrum handlowym, zamiast pójść na długi spacer. Niemniej, Kot wyczekuje z zapartym tchem totalnego zniknięcia śniegowych pozostałości oraz pojawienia się pierwszych pączków na drzewach, marcujących kotów****** i ma głęboką nadzieję, że będzie pięknie. Przyrodniczo i życiowo.

* Pomijając ten poranek po imprezie u Jabby, gdy Kot musiał się zwlec do pracy na 9, a kiedy Kot sie obudził o 8 i zaczłą domagać kofeiny, Jabba radośnie Kotu oznajmił, że w jego domu nie znajduje się nic, co chociażby stało koło kawy…. oraz te poranki w Rivierze, gdy Kot po pierwszych, na ogół niezmiernie milych chwilach po obudzeniu, uświadamia sobie, że, pomimo iż znajduje się w studenckim akademiku, miejscu gdzie kawa powinna być drugim najważniejszym produktem żywieniowym (zaraz po piwie), to mieszkający w tymże pokoju studneci, kawy nie spożywają. Niestety*******, te poranki zdarzają się rzadko.

** Kiedy już Kot będzie duży i bogaty od listopada do początków marca będzie przebywał na emigracji w ciepłych krajach. Serio serio.

*** Yes, you see correctly – nawet Kot przyznaje, że istnieje coś takiego jak nadmiar kofeiny.

**** Do tego stopnia, że w miniony wtorek, pierwszy dzień kiedy słońce się objawiło, Kot obudził się w Riv i był w stanie tylko pomyśleć „zgaście to zło” i przewrócić się na drugi bok, zamiast się podnieść i kontemplować doniosłość tego zdarzenia.

***** 11 to przeca jest ranek, ne-c’est pas?

****** Przy odrobinie szczęścia sam zacznie 😛

******* Nie, to nie jest przejęzyczenie.

EDIT: Jak widać polskie znaki w końcu się pojawiły. Kot przeprasza, że to tyle czasu zajęło, ale miał na głowie dużo innych, ważniejszych zajęć.********

******** Np.: BSG, piwo i pakowanie. W takiej właśnie kolejności.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 28.02.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Bo czasem człowiek musi, inaczej się udusi… została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , , ,

Kac morderca (nie) jest bez serca

Dzień dobry.
A teraz kot chciałby powiedzieć coś zaskakującego, co zzdecydownaie do reszty zrujnuje resztki kociej dobrej opinii w oczach co poniektórych. Otóż, ostatnimi czasy Kot zaobserwował, że podoba mu się… bycie na kacu. Zaznaczmy od razu, że nie chodzi tu o kaca gigantusa, takiego po wypiciu morza alkoholu, z mdłościami, kręceniem w głowie i niezdolnością utrzymania posiłku (ani nawet porannej kawy) w żołądku, tylko o takiego małego kacyka, który sprawia, że człowiek (a przynjamniej Kot) czuję się lekkko osłabiony i otępiały. Taki uroczy mały kacyk perfekcyjnie podwyższa obojętność na rzeczywistość i wyłącza wszelkie zbędne emocje poza pragnieniem leżenia i płynów, co przy kocim wybuchowym temperamencie jest istnym błogosławieństwem. Kot ów zbawienny efekt po raz pierwszy zaobserwował w Wigilię (aczkolwiek wtedy kac był jednak ciut za duży), kiedy to siedział sobie otępiale w informacji i nie ruszali go żadni, najdurniejsi nawet klienci.* Obserwuje ten efekt właśnie teraz. Kot obudził się po wczorajszych Desperadosach i świat znowu jest piękny. Problemy, które wczoraj sprawiały, że Kot miał ochotę wyć, gryźć i drapać wydają się odległe o lata świetlne, a na dalsze rozwinięcia co poniektórych spraw i układów Kotu malowniczo zwisają.
Niestety, za chwilkę Kot wypije poranną kawę, weźmie chłodny prysznic i zaniedługo pojedzie na ELKĘ w stanie perfekcyjnej trzeźwości, co rychło kocią obojętność zabije. Mimo to miło jest mieć perspektywę przynajmniej kilku godzin świętego spokoju. Bo spokój od samego siebie wbrew pozorom jest trudniej osiągnąć niż spokój od świata.

* łącznie z tym, który zapytał, od której sklep będzie czyny dnia następnego (czyli 25-ego, kurwa, grudnia!)

PS. Kot nie zapomniał, że miał wywalać dalsze tony frustracji, uczyni to jak tylko wyjdzie z tej cudownej obojętności.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 14.01.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Kac morderca (nie) jest bez serca została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , ,