Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Woodstock 2013. Epilog.

Trochę spóźniony.
Wiem.

Na Woodstocku był Y. To znaczy był przez dwa dni, wyrwawszy się na chwilę z wyjazdu planszówkowego.
Wyjazd planszówkowy odbywał się na zadupiu pod Łodzią. Z Łodzi są taniutkie i szybkie pociągi do Warszawy. Ja, jak już wspominałam, miałam rozwalony układ moczowy.
Po głębokim zastanowieniu uznaliśmy, że ani pieniądze wydane na Toi Camp, ani te wydane na pociąg powrotny, nie są ważniejsze od mojego zdrowia, więc poprosiliśmy Y, żeby nas podrzucił do Łodzi i stamtąd ewakuujemy się do Warszawy.

Przy okazji, będąc przez chwilę w Pięknym Mieście Uć, postanowiliśmy odwiedzić Mriję, której nie widziałam szmat czasu.

W drodze do Pięknego Miasta, ulegliśmy propagandzie Y i daliśmy się namówić na dołączenie do wyjazdu planszówkowego.

Wróciliśmy w niedzielę. Spod Łodzi zamiast spod granicy z Niemcami.

I na co komu plany?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 02.09.2013. Komentarzy (0) Posted in Wyjazdy Tagi: , , ,

Kącik Porad Malkaviańskich – Jak nie wyjeżdżać w góry. Part one.

(bo przecież jedna podróż jest najlepszym momentem na to, by spisywać wspomnienia z poprzedniej)

Po rozmowie z J. odpalił Kot 1 odcinek „Supernaturala” i zwinął się w kłębek. Na sekundkę. Sekundka potrwała o wiele za długo i kiedy otworzył Kot ponownie oczka było o wiele za późno, a przecież jeszcze musiał się dopakować! W efekcie wybiegał w dzikim przerażeniu, przeświadczony, że zapomniał miliona Bardzo Ważnych Rzeczy (łącznie z biletem PKSowym, którego lokalizacji wciąż nie był pewien) i nie zdążył sobie niczego zgrać na netbuczka. Szczęśliwie Opatrzność czuwała nad Kotem, gdyż złapał pociąg do Zachodniego tuż po dotarciu na Wschodni i na przystanku PKSowym znalazł się na całe 2 minuty przed odjazdem PKSu.
W PKSie zajał Kot spokojnie miejsce i pierwsza część podróży upłynęła Kotu na dosypianiu. Gdy już się wyspał, postanowił Kot, w przypływie Szaleństwa niewątpliwie, że podróż rozbujanym PKSem jest idealną chwilą na podjęcie prób naprawy nie działającej klawiatury poprzez wyjęcie nie działających klawiszy. Czy muszę pisać, że w efekcie klawisze latały po całym korytarzu i Kot je w panice wyciągął spod siedzeń?* Zdążył rónież Kot po drodze co najmniej trzy razy zgubić czapkę, arafatkę bądź oba na raz. Ponadto tuż za Rzeszowem uświadomił sobie, że w swej nieroztropności i zabieganiu wziął zaledwie jedną książkę ze sobą, w dodatku niezbyt grubą i już dotarł do połowy… Szczęśliwie w tym momencie za oknem zaczęły pojawiać się wzniesienia i Kot już zamarł do końca, obserwując i się zachwycając, starając się nie myśleć, jak właściwie przetransportuje się o godzinie 19 z Ustrzyk do Ustrzyk.
Wspomnieliśmy już, że Opatrzność nad Kotem czuwa? Na miejscu bowiem okazało się, że za 5 minut odjeżdża ostatni PKS do Ustrzyk Górnych i Kot spokojnie na niego zdążył.
Gdy PKS zatrzymał się, a kierowca oznjamił koniec trasy i Kot wyszedł na świat, było już całkiem ciemno. Kot stał pośrodku obcej miejscowości z ponurą świadomością, że zupełnie nie wie, gdzie jest, ani w którą stronę znajduje się Zajazd, w którym dokonał rezerwacji.
– Nic to! – pomyślał Kot z determinacją. Widział przecież Kot zdjęcia, domostwo miało na sobie wielką tabliczkę z nazwą przybytku, miejscowość jest malutka i składa się z jednej ulicy, na pewno Kot znajdzie!
– Der haha! – zaśmiał się Wszechświat, tudzież zaśmiałby sie, gdyby Wszechświaty posiadały struny głosowe i gardło zdatne do wytwarzania odgłosów.
20 minut później ponownie, tym razem już lekko zaniepokojony, stał Kot w, szumnie nazwanym, Centrum miejscowości i dzwonił do Igora, co by ten wygooglał jakieś wskazówki topograficzne. Igor grzecznie podał Kotu adres, obejrzał mapkę Ustrzyk, powiedział Kotu, w którą stronę powinien się Kot kierować, po czym się rozłączył.
Kot uczynił jak mu przykazano i doprowadziło to Kot na wprost wielce malowniczego… placu budowy, na którym stało 3/5 domku i wielka tablica informacyjna głosząca, iż w tym oto miejscu już lipcu stanie „Zajazd pod Caryńską” (w którym to zajedździe Kot zarezerwował nocleg na kilka dni w maju.) Szczęśliwie Kot byłoaząpokoju i bardzospokojnieianitrochęnienerwowo spisał z tablicy informacyjnej numer telefonu, zadzwonił i bardzo miłej i pani, która odebrała powiedział, że bardzo chciałby skorzystać ze swojej rezerwacji, ale trochę tak jakby niekompletność zajazdu ciut to uniemożliwia.
– To nikt pani nie powiedział, jak pani dzwoniła i rezerwowała? – spytała lekko zaniepokojona rozmówczyni Kota.
– Nie powiedział czego? – zapytał Kot odruchowo.
Otóż, czy nikt Kotu nie powiedział, że chociaż Zajazd Pod Caryńską ma już swoją stronę internetową, numer telefonu i wszystko, to trwa budowa, otwarty będzie dopiero od lipca a wszystkie rezerwację czynione do tego czasu jak najbardziej zostają uwzględnione, ale w znajdującym się 6 kilometrów od Ustrzyk Zajeździe Pod Tarnicą. No więc, NIE, nikt Kotu nie powiedział, że tak sprawa wygląda. Gdyby ktoś to Kotu raczył był powiedzieć, nie stałby Kot o godzinie prawie 22, jak ten jelonek bezbronny z ciężkim plecakiem na środku obcej miejscowości.
Pani szczęśliwie nie pozbawiona była pomyślunku i rezonu, bezbłędnie wyczuła lekką frustrację, narastającą w kocim głosie i szybko zadecydowała, że skoro Kot sam niezmotoryzowany, to ona natychmiast wysyła po Kota samochód.
W efekcie, tuż po godzinie 22 zameldował się Kot pod dachem. Tylko niestety, nie pod ślicznym dachem, który widział Kot na zdjęciach, nie w domostwie wyposażonym w WiFI i inne udogodnienia, ale w pokoiku przypominajacym celę, w miejscu, które od najbliższego pola, gdzie można było złapać zasięg Orange, dzieliło co najmniej 10 minut spaceru.
I tak oto minął poranek i wieczór kociego wojażu – dzień pierwszy.

* I czy możliwe, że to właśnie kocia hiperaktywność była przyczyną dla której praktycznie przez całą drogę nikt się do Kota nie przysiadł?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.07.2011. Komentarzy (0) Posted in malkaviański kącik porad wszelakich, Wyjazdy Tagi: , , , ,

Malkaviański Kącik Porad Wszelakich – Jak nie należy wyjezdzac w góry. Prequel

Jako że wszyscy zapewne tęsknili za kolejną notką cyklu „Malkavianie uczą nas jak nie żyć”, oto ona.

[miejsce na aplauz]

W dzisiejszym odcinku nauczymy:

Jak nie należy wyjeżdżać w góry, czyli Kot ucieka. Prequel.

Jak już wcześniej Kot wspominał, zdobywanie górskich szczytów śniło się Kotu po nocach od lat kilku, a rozmaici mężczyźni, wbrew składanych obietnicom, nigdy nie doprowadzili do spełnienia kocich marzeń.

Poirytowany i zdeterminowany Kot postanowił w końcu sam się o siebie zatroszczyć.

Decyzję o Ucieczce powziął Kot prawie dwa miesiące temu, a jako że czasu było od groma, wyjazd miau być solidnie przygotowany, zaplanowany i Absolutnie Nie Chaotyczny. Wiecie, co bogowie robią, jak im opowiedzieć o naszych planach, right? Więc wy też teraz możecie się zaśmiać.

Pierwsza część planowania wypadła Kotu nawet całkiem nieźle. Kot starannie przemyślał termin ucieczki, uznał, że nie ma sensu ze swoim gawiedziowstrętem pchać się w majówkę, natomiast jakby tak wyjechał w czwartek po długim weekendzie, to mógłby zostać nawet do niedzieli. Posłuchawszy rad Luki, wybrał Kot miejscowość na ucieczkę, wygooglał uroczy, mały, niedrogi zajazd, gdzie, oprócz tony innych udogodnień, miało być WiFi; zadzwonił do owego i zarezerwował pokoik w pożądanym terminie. Dowiedział się przy tym, że na dwa tygodnie przed planowanym przyjazdem zobowiązany jest dokonania przedpłaty celem potwierdzenia rezerwacji.

Następnie Kot postanowił zawczasu załatwić sobie wolne w pracy, żeby na ostatnią chwilę przy układaniu grafiku na maj nie było zgrzytów. Już w pierwszym tygodniu kwietnia poszedł do swojej przełożonej i wytłumaczył grzecznie, że sytuacja wygląda tak i tak, że musi dokonać wpłaty zaliczki, że strasznie Kotu zależy, ale póki jeszcze jest czas, to może ewentualnie przebookować się na późniejszy termin w ramach tego samego miesiąca. Kocia przełożona powiedziała, że problemu nie ma. Najmniejszego.

Kot uradowany zapłacił z góry za cały pobyt, żeby potem finansami sobie ślicznej główki nie zaprzątać, zorganizował Łobuza do opieki nad Kotletem, po czym resztę kwestii organizacyjnych, takich jak logistyka transportu, zostawił na koniec miesiąca.

Pierwszy zgrzyt pojawił się koło 20 kwietnia, kiedy to Kot wysłał swojej przełożonej sugestie grafikowe na maj. #WTEM okazało się, że w ten weekend, który Kot zamierzał spędzić na szlaku, przełożona ma wesele, a druga współpracownica szkołę i czy Kot naprawdę musi mieć ten weekend wolny, bo przecież nie może być tak, że nikogo z filmu nie będzie. No doprawdy! Przed zrobieniem karczemnej awantury dzielnie powstrzymał Kota Igor, głaszcząc po główce, dolewając drinka do szklaneczki i tłumacząc łopatologicznie konsekwencje powiedzenia szefowej, co Kot myśli o całej sytuacji. Ostatecznie stanęło na kocim, ale zszarpania nerwów nikt Kotu nie zrekompensował.

Przez kolejne dwa tygodnie Kot solennie sobie obiecywał, że dziś, już dziś, a najpóźniej jutro pojedzie na dworzec, dowie się, kupi te bilety. W międzyczasie zajmował się tak ważnymi sprawami jak Niepisanie Pracy Semestralnej (tak, co lepiej obeznani Czytelnicy słusznie przewidują temat na następną notkę), oglądanie „Trawki”, „Supernaturala”, granie w Disciples II, spotkania towarzyskie, kastracja Kotleta, a także szukanie nowego współlokatora i poskramianie dzikich napadów paniki.

A potem znienacka zaatakowała Majówka.

W Majówkę już ostatecznie-ostatecznie miau Kot opracowywać logistykę transportu, a nawet zawczasu się pakować, gdyż brał pod uwagę, że wyjedzie w środę bezpośrednio po pracy, ale nagle zaatakowały Kota zupełnie nowe dystrakcje i plan spalił na panewce.

W przedwyjazdową środę, Kot miau zamiar wstać odpowiednio wcześniej, pojechać z samego rana zrobić zaległe badania i, jeszcze przed zajęciami, zahaczyć o Zachodni (gdyż tyle, że z Zachodniego właśnie powinien Kot wyruszyć, udało się Kotu ustalić.). Czy zaspał okropnie? Oczywiście. Czy wylał na siebie pierwszą poranną kawę i musiał się w pospiechu przebierać? Ależ. Szczęśliwie zamiast pierwszych zajęć odbywała się prelekcja wygłaszana przez gościa z zagramanicy, więc Kot złapał dodatkową godzinę snu. Gość skończył wykład wcześniej niż kończyły się zajęcia, ponadto na następnych miau poprowadzić pogadankę na jeszcze inny temat, w sposób zapewne równie fascynujący, więc Kot zdecydował, że to będzie idealna przerwa, żeby podjechać na Zachodni.

Na miejscu okazało się, że PKSy, które Kot wcześniej wygooglował, nie jeżdżą o tej porze roku, a jedyny, którym Kot może się transportować, jedzie jedynie do Ustrzyk Dolnych i odjeżdża w środku nocy, tzn. o 8:45.

– Nic to – pomyślał Kot i zakupił bilet na w/w PKS, wychodząc z radosnego założenia, że o przetransportowanie się z Ustrzyk do Ustrzyk zatroszczy się już, jak się w jednych z nich znajdzie.

Powróciwszy na uczelnię, Kot postanowił zjeść śniadanie, co się okazało nader destruktywną w skutkach decyzją. Colą light szczęśliwie zalał Kot jedynie kawalątek podłogi. Niestety, jogurcik truskawkowy* znalazł się wszędzie: na podłodze, na Walerianie, a także na kociej bluzce. Przy czym na kociej bluzce znalazło się najwięcej i najbardziej malowniczo, a że Kot miau w owym stroju iść na jeszcze jedne ćwiczenia, a potem do pracy, uznał, że musi biegiem pędem udać się do najbliższego sklepu z tanią odzieżą i zanabyć okrycie zastępcze.

W międzyczasie Kot prawie że padł na zawał, gdy odczytał SMSa od Łobuza, w którym to Łobuz zapytywał, czy Kotleta to on odbiera dziś czy kiedy, bo coś mu się nie zgadza, poza tym on pracuje do 22, a potem śpieszy się do domu, bo mają grać i pić. Z powiedzeniem Łobuzowi, co o nim myśli, Kot nie miau problemu. Stanęło na tym, że przyjedzie po Kotleta po pracy dzikim pędem.

Czy bogowie komunikacji ze wszech miar utrudniali powrót do domu? No przecież.

Uznawszy, że, znając siebie i swoją przytomność o poranku, rozsądniej Kot zrobi, jeśli w ogóle nie pójdzie spać, zaczął Kot się pakować, cały czas intensywnie zastanawiając się, co u stu diabłów zrobił ze świeżo zakupionym biletem na PKS. Miau plan, że żeby dotrwać do rana będzie grać w Disciples i oglądać świeżo ściągnięty 1 sezon „Supernatural – the Animation”** oraz zgrywać filminki na Walerianowy dysk, co by mieć co robić w Bieszczadach długimi wieczorami

W międzyczasie odkrył Kot, że znaczna część klawiszy w Walerianie przestała działać zupełnie i nie pomagają żadne czyszczenia***. Z radośniejszych wieści, dRaiser uszczęśliwił Kota informacją, że zasadniczo to jest zdecydowany się przeprowadzać i Kot może jechać w góry spokojny, że przynajmniej kwestią poszukiwań współlokatora może się nie martwić.

Koło 1 zadzwonił J. i kiedy, po jakieś absurdalnej ilości czasu, skończyliśmy rozmawiać, Kot zwinął się w kłębek tylko na sekundkę…

Ile trwała rzeczona sekundka oraz jakie były jej konsekwencje? Te oraz inne zagadki wyjaśnimy w kolejnym odcinku Malkaviańskiego Poradnika.

Stay Tuned!

* uprzedzając pytania: w dalszym toku dnia Kotu udało się jeszcze upaćkać roztopionym serkiem pleśniowym, kolejną kawą, a także poupuszczać jakieś absurdalne ilości towaru.

** Supernatural. Wersja anime! AWESOME!!!!! ****

*** Ale to przecież nie mogło mieć nic wspólnego ze wcześniejszym zajogurceniem netbuczka…

**** Wszyscy wiemy, co oznacza 5 wykrzykników, right?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 21.05.2011. Komentarzy (0) Posted in Wyjazdy Tagi: , , , ,

Zlot żaglowców – Gdynia 2009

Jak wszyscy wiemy, Kot już dawno osiągnął Mistrzostwo Wszechświata i Okolic w lenistwie (co, poza paroma innymi czynnikami, tłumaczy dlaczego tyle czasu upłynęło od ostatniej notki). Jedyną rzeczą, która może dorównać kociemu lenistwu jest koci upór (co z kolei wyjaśnia, dlaczego zamiast opisywać teraz przełomowe chwile swojego życia (a takowe mają miejsce ostatnio), Kot opowie (w końcu!) o Gdyńskim Wyjeździe Chaosu)

Jeśli jeszcze Szanowni Czytelnicy pamiętają, na początku lipca tego roku w Gdyni odbywały się wydarzenia takie jak Heineken Open’er Festival oraz zlot żaglowców. Kot wraz ze swoim niezawodnym towarzyszem Wyjazdów Chaosu, Ygregiem, uznał, że takiej okazji przepuścić nie można i chociaż na Open’erowe koncerty nie bardzo są fundusze, to do Gdyni przejechać się można i piękne statki pofocić. Ygreg podjął nawet próbę zorganizowania większej ekipy. Ekipa, owszem zorganizowała się, po czym, ku kociemu i ygregowemu załamaniu, uznała, że zamiast wylegiwać się przez weekend na gdyńskiej plaży, woli urządzić szybkiego jedno-wieczorowego grilla gdzieś pod Warszawą. Lamy.
Ygreg i Kot, niezrażeni, uznali, że wyjadą w piątkowy wieczór po ygreczej pracy. Po czym Kot wprowadził Chaos, przypominając sobie, że przecież w piątkowy wieczór WZM grają w Dziesiątce i przecież nie można koncertu opuścić, wobec czego pora wyjazdu została przełożona na 3 w nocy. W trakcie koncertu Kotu udało się radośnie znietrzeźwić, na co należy spuścić zasłonę miłosierdzia. Podobnie jak na późniejsze próby robienia zdjęć nocnych mostu w okolicach Nowego Dworu Mazowieckie (Kot radzi i poucza: nie, drogie dzieci, robienie zdjęć po pijaku nie kończy się niczym dobrym). Szczęśliwie, po ponownym zapakowaniu się do samochodu, organizm koci uznał, że najrozsądniej będzie zasnąć. Obudził się Kot grubo po świcie z potwornym bólem głowy i suchością w gardle (i tu ponownie kącik porad wszelakich: Kot zapewnia, że po niczym, ale to absolutnie po niczym nie ma kaca równie bolesnego co po  zwykłym piwie) na parkingu. Rozejrzał się Kot dookoła, po czym zapytał Ygrega, gdzie właściwie właśnie się znajdują i czy przewidywany Uber FAIL Jeepa już nastąpił. Jakże ogromne było zdziwienie Kota, gdy usłyszał, że znajdują się właśnie pod Gdańskiem i tak, to na pewno jest właściwy Gdańsk, i tak, samochód wciąż działa bez zarzutu. Co więcej, Jeep stanął na wysokości zadania i z Gdańska do Gdyni pod sklep Ola, u którego był załatwiony nocleg, również dojechał bez problemów.
Problemy zaczęły się na miejscu. Na przykład okazało się, że Olo nie dość, że nie ma kawy, to jeszcze nie ma czajnika. Kot jak wszyscy wiemy, cierpi ma kawoholizm zaawansowany, wobec czego wydał z siebie rozdzierający ryk i zażądał natychmiastowego podania lokalizacji najbliższego Coffee Heaven oraz udania się tamże. Następnie Ygreg stwierdził, że tak właściwie to przydałaby mu się mniejsza torba na aparat, a Kot odkrył, że nie zapakowanie kostiumu kąpielowego na wyprawę nad morze, nie było wcale posunięciem strategicznym, biorąc pod uwagę, że zarówno Y, jak i Olo zamierzali Kota zaciągnąć nad morze w celach kąpielowych. Wszystkie te elementy gładko złożyły się w jedną całość, w efekcie pierwszym punktem na liście do zwiedzenia zostało pobliskie Tesco 24H, gdzie Ygreg zanabył drogą kupna torbę, a Kot kawę (a właściwie dwie) i kostium. Wszystko skończyłoby się szybko i  dobrze, gdyby przy opuszczaniu Tesco-parkingu udało nam się zauważyć wielki znak drogowy, który głosił, że w lewo do centrum Gdyni, a w prawo na obwodnicę gdańską. Zapadliśmy jednak na wysoce rozwiniętą ślepotę i znaleźliśmy się na obwodnicy bez perspektywy nawrotki przez najbliższe X (przy czym x = dużo) kilometrów. Grubo ponad pół godziny później mogliśmy podziwiać rozbawioną minę przechodnia, przy którym Ygreg zwolnił, a Kot wychylił się przez okno i z radosnym uśmiechem zapytał: „Przepraszam! Mógłby nam pan powiedzieć, w jaki mieście się znajdujemy?”. Następną godzinę można pokrótce opisać jako jeszcze większe błądzenie, gdyż z niewiadomych przyczyn, uparliśmy się odnaleźć sklep Ola nie używając w tym celu Jadźki* Kiedy w końcu się poddaliśmy i ją włączyliśmy, okazało się, że jesteśmy daleko jak jasna cholera, ale za to praktycznie znaleźliśmy port. Pozostawało tylko wrócić do Ola, zrzucić graty i przebyć trasę do portu (tym razem bez zahaczania o obwodnicę) ponownie.
Kiedy w końcu odnieśliśmy sukces i znaleźliśmy się porcie, stwierdziliśmy, że ze zdjęć żaglowców raczej nici, za to możemy nacykać całą masę ujęć pt.: „dziki tłum zasłania piękne statki”. A że i Kot, i Ygreg cierpią na gawiedziowstręt, poziom frustracji gwałtownie wzrósł. Po czym wzrósł jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że znalezienie jakiegoś cichego spokojnego i taniego lokalu w okolicy najwyraźniej jest awykonalne. Apogeum frustracji nastąpiło, gdy Kot zadzwonił na mLinię i usłyszał stan swojego konta.
Po tych wielce nieprzyjemnych akcentach, nastąpiły szczęśliwie momenty przyjemniejsze. Takie jak powrót na plażę, gdzie znajdował się Olo ze swoimi świeżo przybyłymi znajomymi. Popijanie żubrówki z soczkiem jabłkowym na owej plaży oraz dyskusje po zmierzch z Ygregiem przeplatane marzeniami o wielkiej wodzie. Kiedy się ściemniło, zaczęły się jakieś koncerty, które, ku niewypodzianej radości piszącej te słowa, ściągnęły jeszcze większy i dzikszy tłum. A następnie lunęło. Kolejne ok. półtorej godziny Kot i Y spędzili w pobliskim centrum handlowym, klnąc na czym świat stoi, a już najbardziej na Ola, który pojechał na chwilę do swojego sklepu i miau wrócić i dać znać, jakie plany na resztę wieczoru. Na próby dodzwonienia się i dogadania również należy spuścić zasłonę miłosiernego milczenia, gdyż do tej pory Kotu się włos na głowie jeży na samo wspomnienie. Niemniej ostatecznie dogadać się udało i spotkaliśmy się wszyscy radośnie w porcie pod wojskowym okrętem Błyskawica z gitarą i butelką ginu oraz toniku. Jak wyglądał ciąg dalszy wieczoru, domyślić się nietrudno, chociaż nie wiem, czy wszyscy wpadliby na pomysł, że na brak szklanek do szlachetnego trunku najprostszym rozwiązaniem będzie udanie się na Błyskawicę i poproszenie Panów Oficerów o pożyczenie okrętowych. Podobnie rzecz miała się z kostką go gitary, na której brak narzekał Bałagan. Kot miaua nieużywaną kartę płatniczą, którą bez większych oporów zdecydowała się poświęcić dla szczytnego celu. Olo wziął kartę, polazł do Panów Oficerów i wrócił po 5 minutach z piękną kwadratową kostką. Impreza się skończyła, gdy nastąpiła zmiana warty, o czym dowiedzieli się Kot i Olo, kiedy wleźli ponownie na okręt oddać szklaneczki i przy okazji zostawić miłym panom trochę ginu w ramach wdzięczności, a napotkali na wyjątkowe niezrozumienie, a wręcz wrogość. Po tym zakończeniu ekipa zawinęła się z powrotem do Ola, gdzie czekała schłodzona wódeczka i śpiewnik.
Poranek następnego dnia przyniósł ból głowy (dla odmiany) i dzikie pragnienie kofeiny (dla odmiany). Kot ze zdziwieniem dowiedział się, że koło Ola znajduje się kościół i co godzina począwszy od 8 rano dzwony radośnie biły, budząc wszystkich poza Kotem. Kota obudziło dopiero Ygregowe łaskotanie w piętę koło południa.
Reszta dnia minęła leniwie na plaży (Kot uznał, że nie po to kupował kostium kąpielowy, żeby go ani razu nie użyć).
Podróż powrotna upłynęła pod znakiem korków, Malborka (bo to przecież po drodze) oraz dziur na drodze. O dokumentację fotograficzną Kot zadba w najbliższej przyszłości.
Jeep nie zawiódł również w trakcie powrotu.
Również w trakcie powrotu Kotu nasunął się (po raz n-ty) wniosek, jak to bardzo Kot uwielbia siebie i swój sposób myślenia. A we wnioskowaniu pomogła Kotu… toaleta na stacji benzynowej. W kocie wieloletnie problemy z nerkami i cierpienia z nimi związane, zagłębiać się nie będziemy, należy tylko nadmienić, że tam, gdzie król chodzi piechotą, Kot musi chodzić częściej niż przeciętny człowiek i kocie potrzeby objawiają się niezwykle… intensywnie, co w przypadku podróży jest sporą upierdliwością. Upierdliwością (ogólno życiową) tym większą, gdyż, jak wszyscy na pewno zdążyli w swoim życiu zaobserwować, kolejki do przybytków przeznaczonych dla kobiet potrafią osiągnąć naprawdę niebotyczne rozmiary, ponadto kobiety spędzają w środku owych przybytków jakąś irracjonalną długość czasu. Takowa sytuacja miaua oczywiście miejsce na kolejnej stacji benzynowej, na której w trakcie powrotu się zatrzymaliśmy. Kot popatrzył przez sekundę na sznur niewiast przed drzwiami oznaczonymi kółeczkiem, popatrzył na absolutną pustkę przed drzwiami oznaczonymi trójkącikiem, po czym wzruszył ramionami i przeszedł przez te drugie. Do samochodu wrócił Kot w niezwykle dobrym nastroju. Ujmijmy to tak, przy załatwianiu problemu w opisany sposób, reakcje mężczyzn nie są jakieś szczególnie warte wspominania – kiedy kobieta (tudzież Kot) wychodzi z kabiny w męskiej toalecie i zastaje mężczyznę przy pisuarze, ten na ogół ją ignoruje i kontynuuje bezstresowo wykonywaną czynność – natomiast reakcje kobiet, stojących w sznureczku przed właściwymi drzwiami, na widok tej dzielnej jednostki, która swoją potrzebę bezproblemowo załatwiła i teraz wychodzi na luzaku z drzwi przeciwnych, ich miny pełne oburzenia oraz dzikiej zawiści – bezcenne.
Cóż, nie na darmo Kot pół życia powtarza, że toalety nie dzielą się na męskie i żeńskie, tylko na wolne i zajęte.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 17.08.2009. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, Wyjazdy, życie kota Tagi: , , , , ,

(o)Koty uczą jak nie żyć.

Kot, zakładając nowego bloga, obiecał sobie, że będą na nim regularnie pisać. Jak widać na załączonym obrazku tytułu Miss Słowności 2009 raczej nie dostanie. Pozostaje jedynie ukorzyć się i pokornie wyjaśnić swoje milczenie. Kot nie pisał, gdyż albowiem ponieważ… był Sfrustrowany. Był Sfrustrowany na przemian bądź równocześnie z powodu: funkcjonowania swojego cudownego wydziału, durnych klientów, funkcjonowania swojego cudownego wydziału, co poniektórych przedstawicieli płci przeciwnej, funkcjonowania swojego cudownego wydziału, funkcjonowania firmy, braku wolnego czasu, braku pieniędzy na koncie jak i w portfelu, szefostwa, a czy wspominałam już o funkcjonowaniu mojego cudownego wydziału? Sfrustrowany Kot uznał, że nie będzie pisał żadnej notki, gdyż niechybnie będzie ona ociekała kocią Frustracją, którą Kot niekoniecznie chce się dzielić z całym światem. W związku z czym Kot milczał, milczał i milczał, i czuł się sfrustrowany tym, że blog znowu porasta kurzem. Ostatecznie Kot postanowił, że jeśli nawet uzewnętrzni swoją Frustrację, to świat się nie skończy, co najwyżej niektórzy się sfoszą, niektórzy pokiwają ubolewająco głową i nigdy więcej na kociego bloga nie zajrzą.
Kot owego postanowienia dokonał mniej więcej na początku poprzedniego tygodnia, po czym.. nie miau czasu na pisanie. A potem Nastąpił Weekend. Ówże weekend sprawił, że Frustracja zeszła na dalszy plan, a zamiast pisać notkę wypełnioną kurwieniem na czym świat stoi, Kot napisze notkę zawierająca walory edukacyjne. Kot zdaje sobie sprawę z tego, że ludzie wyjątkowo nie lubią uczyć się na cudzych błędach (sam wielokrotnie przetestował empirycznie niewłaściwość takiego podejścia), jednakowoż nie może się powstrzymać przed podzieleniem się swoimi smutnymi doświadczeniami. Dwie notki temu Kot uczył, jak nie należy pisać pracy semestralnej. Tym razem Kot zamierza uczyć, jak nie należy podchodzić do egzaminu.
Żeby nie było, że Kot nie tylko nie uczy się na błędach cudzych, ale i swoich, zacznijmy od poinformowania szanownych czytelników, że Kot terminy egzaminów poznał z ponad dwutygodniowym wyprzedzeniem (w tym miejscu nie obędzie się bez Frustracyjnego wtrętu pt.: „Co za smutny, niedochędożony, a-niech-mu-bogowie-w czyrakach-na-jądrach-wynagrodzą-i-ażeby-żył-w-ciekawych-czasach, przebrzydły poteflon wymyślił sobie, żeby uber-ważny praktyczny egzamin pisać w NIEDZIELĘ?!”). Uznał jednak, że  jakoż egzamin jest czysto praktyczny i składa się ze słuchania (ze zrozumieniem), czytania (ze zrozumieniem) oraz pisania (wypadałoby, żeby również zarówno ze zrozumieniem jak i zrozumiale), to nauka do niego nie ma większego sensu, bo czego Kota nie nauczyli przez całe dwa semestry, tego Kot się nie nauczy w jeden wieczór, w związku z czym z czystym sumieniem wybrał się w piątek wieczorem na koncert Wyciągniętych do kochanej Dziesiątki. Samego wypadu na koncert nie należy jeszcze zaliczać, do Rzeczy Których Nie Należy Robić Przed Uber-Ważnym-Egzaminem-Przed-Którym-Straszono-Studentów-Przez-
Cały-Rok-I-Który-Oblewa-Średnio-40-Studentów-Rocznie. Natomiast picie alkoholu do godziny pi razy drzwi drugiej(?)-trzeciej(?) nad ranem oraz wracanie z okolic Mokotowa na Pragę Południe przez Rembertów już owszem. Kot nie pił bynajmniej sam i chyba tylko temu należy zawdzięczać fakt, że Kot nie wracał do domu przez Janki, Raszyn bądź Marki. Igor, z którym to Kot pił, zadbał o to, by Kot znalazł się na Centralnym, co więcej nawet we właściwym autobusie (a nie zasnął już w pierwszym nocnym, do którego wsiadł na Żwirkach). Igor troskliwie przykazał Kotu, co by Kot nie zasnął, nie zgubił się, nie zgubił swoich dóbr materialnych, nie zasnął, nie zrobił niczego głupiego po drodze, nie zasnął… Kot wsiadł grzecznie do N24, grzecznie usiadł na wolnym miejscu, zdążył nawet pomyśleć, że za góra 20 minut znajdzie się w swoim własnym, przewielkim, przewygodnym łóżeczku, po czym otworzył oczy i odkrył, że dookoła jest szaro, ponuro i są drzewa. Pomimo średniego stanu przytomności umysłowej, Kot był jednak zdolny stwierdzić, że ani na Moście Poniatowskiego, ani na Waszyngtona las raczej nie rośnie, w związku z czym niecierpliwie wypatrywał nazwy najbliższego przystanku. Remembertów-kurwa-AON-mać. Fakt, że pan, który siedział naprzeciwko Kota, a który otworzył oczy chwilę później, był niemniej niż Kot zdziwiony aktualną lokalizacją autobusu, wcale Kota nie pocieszył. W efekcie Kot wrócił do domu bladym świtem, a fakt, że okna Kota wychodzą na wschód, a w tymże dniu słońce wstawało szczególnie jasno, wcale nie ułatwił Kotu zasypiania.
Być może postępowanie Kota nie nabrałoby wartości edukacyjno-przestrzegawczych, gdyby Kot mógł się zwyczajnie w sobotni dzień wyspać, zrelaksować przyzwoicie w domu, wyspać porządnie w nocy z soboty na niedzielę, a nie wstawać w sobotę przed 11 po ok.4 godzinach snu, żeby iść do pracy. Życie jednak Kota zasadniczo nie rozpieszcza, wobec czego do pracy podreptał, przekonując po drodze wątpliwą treść swojego żołądka, że chce w owym żołądku pozostać oraz swoją głowę, że świat zawsze się kręcił i nie warto temu poświęcać teraz tyle uwagi. Pocieszające było, że nie tylko Kot przydreptał do pracy w stanie niepełnosprawnym. Snuli się tam wszyscy jak zombie, co Szefowa podsumowała stwierdzeniem „wyglądamy jak banda Rumunów”, po czym schowała się pod biurko. Sam fakt, że trzeba było tworzyć grupę wsparcia w celu przejścia dwóch metrów od biurka do socjalu, co by sobie kawę zrobić, bo ani Kot ani Szefowa nie byli w stanie tego zrobić samodzielnie, o czymś świadczy. Reszta dnia obfitowała w takie atrakcje jak wybór najładniejszego kotka na pulpit, poszukiwania wygaszacza z Hello Kitty oraz ponad godzinne zastanawianie się, co zjeść na obiad. A w wyniku tego ostatniego układanie podstępnego planu całkowitej anihilacji Pizzy Dominium, gdyż albowiem okazało się, że zadanie dostarczenia nam zamówionego posiłku z lokalu na Dworcu Centralnym do ZŁOtych Tarasów w przeciągu pół godziny przerasta ich dziko.
Ten wielce wyczerpujący dzień pracy zakończył się o godzinie 18. Wtedy to Kot powinien był jechać na chwilę do babci, a następnie udać się do domu w celu przemyślenia swojego postępowania (znaczy się, let’s be honest, porządnego wyspania się). Oczywiście, słowa „powinien był” niechybnie implikują, że Kot wcale tak nie postąpił. Bo przecież tak błahy fakt, że następnego dnia Kot ma pisać Uber-Ważny-(…)-Egzamin, nie mógł powstrzymać Kota przed udaniem się do Czarnej Perły na koncert Strefy Mocnych Wiatrów. I gdyby tak chociaż Kot unikał kontaktu z C2H5OH… Czy naprawdę muszę dodawać, że wieczór zakończył się kocim powrotem do domu bladym świtem? Dobrze chociaż, że tym razem obyło się bez turystyki.
Obudziwszy się rano (znaczy koło 10-11 (a na egzamin należało się stawić o 13:15) po śnie mocno przerywanym, Kot uznał, że warto by się dowiedzieć, gdzie właściwie ów egzamin pisze (w tym miejscu Kot pragnie podkreślić, że na wstępie zaznaczył, że udało mu się dowiedzieć,kiedy ma egzaminy a nie gdzie je ma (właściwie Kotu nasunęła się teraz ponura myśl, że od początku było doskonale wiadome, gdzie Kot ma egzaminy, przy czym owo gdzie niewiele ma wspólnego ze współrzędnym geograficzno-topograficznymi)). Dowiedziawszy się, Kot zapisał sobie adres na karteczce, którą następnie radośnie porzucił na biurku, po czym wyleciał z domu w dzikim pędzie jedynie 20 minut później, niż zamierzał. Czy naprawdę konieczny jest opis stanu umysłowości Kota? Tudzież opis Kociego pomylenia przystanku docelowego z przystankiem kolejnym? A także opis Kociego dzikiego sprintu w kierunku powrotnym oraz poszukiwania właściwego budynku na właściwej ulicy oraz następnie poszukiwania wejścia do tegoż (Kot był naprawdę bliski przechodzenia w stroju szumnie nazwanym galowym przez wysooookie ogrodzenie)? Sam egzamin na Kotu wielkiego wrażenia nie zrobił i kiedy koci współmęczennicy nerwowo odpalali papieros za papierosem, Kot siedział otępiale na ławce i marzył o tym, by już znaleźć się z powrotem w swoim legowisku. Pierwsza część egzaminu (listening) jedynie pogłębiła Kocie otępienie (oraz wprost proporcjonalnie histerię pozostałej masy studenckiej). 90% roku szlachetnie określiło ów listening mianem Epickiego Faila, przy czym słowo „wrzesień” zaczęło się pojawiać w konwersacjach równie często, co słowo „kurwa” w kocich myślach. Przed oraz w trakcie części trzeciej (writingu) histeria osiągnęła apogeum, koleżanka z kociej grupy rozpłakała się rzewnie, oglądając tematy esejów, a Kot ze stoickim spokojem wyciągnął z kieszeni płaszcza czekoladę, po czym zaczął ją przegryzać, popijając Pałerrejdem, rozmyślając czy woli napisać o zaletach życia w wielkim mieście, porównać, co opłaca się bardziej – wynajmowanie mieszkania czy kupno domu – a także o tym, jaki film obejrzy, gdy wreszcie będzie mógł opuścić ów przybytek rozpaczy i udać się domu.
Pisanie Kot skończył przed czasem. Wraz z kumplem z innej grupy ulotnił się pospiesznie, dopędzany wizją łóżeczka i panny Marple, starając się nie przejmować tym, że dnia następnego czeka go jeszcze część druga tej szopki, mianowicie egzamin oralny. Kot miał szczery zamiar położyć się spać przed północą, wstać na spokojnie rano, przypomnieć sobie useful expressions i dotrzeć na miejsce przed czasem, co by się zorientować, z kim w komisji będzie miał do czynienia, etc. Kocie plany zniweczył jeden telefon (a właściwie dwa, bo pierwszego Kot nie zdążył odebrać).
Do Kota zadzwonił Youlo, którego Kot nie widział od miesięcy (ostatnia próba zobaczenia się spełzła na niczym z powodu kociej choroby, jak Kot zdążył się już wcześniej pożalić) z niewinnym pytaniem, jakie Kot ma plany na dalszą część dnia i może tak Kot by zaszedł w odwiedziny. Jak już kiedyś zostało stwierdzone, koci język działa szybciej, niż cała reszta Kota, w związku z czym rzekł (on ten język) „tak”, zanim koci mózg zdołał chociaż zapiszczeć ostrzegawczo, przypominając, że wizyty u Youla zawsze niechybnie wiązały się z dużą ilością etanolowych przyjaciół oraz kładzeniem się spać bladym świtem. W drodze do domu, a także w domu samym, gdy Kot spożywał obiad oraz pobieżnie sprawdzał czy nikt wirtualnie od Kota nic nie chciał, resztki zdrowego rozsądku wrzeszczały ostrzegawczo, że kocie postępowanie nie jest odpowiedzialne, że nie tak powinien zachowywać się student pierwszego roku przed kluczowym egzaminem. Jak powszechnie wiadomo, Kot Miss Odpowiedzialności w tym życiu raczej nie zostanie, więc zignorował głos rozsądku i teraz z czystym sumieniem może stwierdzić, że była to jedna z lepszych decyzji podjętych ostatnimi czasy. I nawet było jeszcze ciemno, gdy Kot kładł się spać.
Wstał Kot ok. godz.9 (egzamin miał mieć o 12:20), do domu dotarł tuż po 10. Planował wyjść na egzamin o 11:00. Wyszedł o 11:27 (na stan umysłu Kota litościwie spuścimy zasłonę milczenia, gdyż daleki był od oczekiwanego chociaż Kot profilaktycznie raczył się wyłącznie jabłkowym soczkiem (bo na szlachetne miano Piwa Redd’s nie zasługuje)). Na wydział dotarł o 11:55, spokojnie wjechał na właściwie piętro z przeświadczeniem, że jeszcze ma tyyyyyle czasu. Spacerowym krokiem podszedł do tablicy ogłoszeniowej w celu sprawdzenia, w której sali urzęduje właściwa komisja. Spojrzał. Po czym dzikim biegiem rzucił się przez korytarz. Albowiem ujrzał, że przy kocim nazwisku widnieje godzina 12:00 (tyle by było jeśli chodzi o kocią wiedzę kiedy ma egzaminy). Kot dobiegł pod właściwą salę. Koleżanki z grupy zaczęły Kota natychmiast uspokajać, mówiąc, że Ewa jest właśnie w środku, że Kot jest następny, a komisję mamy najlepszą z możliwych, że Kot naprawdę nie ma się czym denerwować. Kot stwierdził apatycznie „aha”, gdyż koci umysł właśnie ten moment wybrał sobie na popadnięcie w jeszcze głębsze niż dotychczas otępienie. Koleżanki zaczęły naciskać („Ale.Naprawdę.Nie.Ma.Się.Czym.Denerwować.!!!”). Kot wydobył z siebie jeszcze jedno „aha”. Chwilę później Kot wkroczył do Sali Sądu Przedostatecznego, powiedział swoje, wyszedł, doczłapał do Igora, zjadł home made sushi, po czym poszedł spać. Niestety musiał się obejść krótką drzemką, gdyż, oczywiście, na 16 musiał podążyć do pracy (nie wpadło mu do głowy wcześniej, że być może Uber-Ważny-(…)-Egzamin to jednak jest powód by wziąć wolne po-popołudnie).
Wyniki Uber-Ważnego-(…)-Egzaminu w przyszły poniedziałek. Kot raczej nie ma co do nich złudzeń. Na szczęście nie zdążył jeszcze zaplanować sobie wielkich atrakcji na okres wrześniowy. Niestety, Kot nie może ukorzyć się i powiedzieć, że głęboko żałuje swojego postępowania. Może jednak przestrzec innych. Ostatecznie Malkavianie definitywnie uczą nas jak nie żyć, czyż nie?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.06.2009. Komentarzy (0) Posted in Frustracje, Imprezy, studia, życie kota Tagi: , , , , , ,

Malkaviański Kącik Porad Wszelakich – Jak nie pisać pracy semestralnej?

 

Witamy w malkaviańskim kąciku porad wszelakich! Dziś nasz ekspert udzieli kilku praktycznych rad w kwestii „Jak nie należy pisać prac semestralnych?”. Czyżby zagadnienie wydawało się wam banalne? Otóż, uwierzcie mi, pisanie pracy semestralnej metodą malkaviańską wcale nie jest takie proste, wręcz przeciwnie – wymaga wiele wysiłĸu i przygotowań.

 

 

I. W trakcie jakże leniwych ferii zimowych w ostatniej chwili przypomnieć sobie o czymś takim jak rejestracja na zajęcia przez USOS.
1) W panice zacząć przeglądać plan zajęć
A. Dojść do wniosku, że Akwizycja CzegośTam jako jedyne zajęcia w środku poniedziałku to nie jest to, co Tygryski*(*Tygrysek – też Kot tylko że większy) lubią najbardziej
B. Znaleźć alternatywę w postaci Akwizycji CzegośTam z Innym Wykładowcą w czwartki popołudniem z inną grupą
C. Zapisać się na Akwizycję CzegośTam z inną grupą w czwartki
a) W trakcie całego semestru uparcie nie zapamiętać prawidłowej pełnej nazwy przedmiotu
II. Przyjść na pierwsze zajęcia Akwizycji CzegośTam w nowym semestrze
1) Odkryć, że Inny Wykładowca jest Nową Ulepszoną Wersją Severusa Snape’a (+10 cutting remark, +15 nieprzepuszczanie uczniów na następny rok, +20 Nieżyczenie Sobie Aby Studenci Z Innych Grup Niż Przypisane Uczęszczali Na Te Zajęcia)
2) Przy całej miłość żywionej do Mistrza Eliksirów, stwierdzić że dany przedmiot wolałoby się jednak zaliczyć
A. Wypytać kolegów z własnej grupy, jak się przedstawia sytuacja na zajęciach z Wykładowczynią Właściwą
a) Uzyskać odpowiedź, iż Wykładowczyni Właściwa jest uosobieniem łagodności
B. W najbliższy poniedziałek udać się na zajęcia z Akwizycji CzegośTam z własną grupą do Wykładowczyni Właściwej
a) Najprzeserdeczniej prosić o możliwość uczęszczania na te zajęcia do Wykładowczyni Właściwej
i) Uzyskać serdeczne zaproszenie do uczestnictwa w zajęciach
ii) Polecenie napisania stosownego podania do władz uczelnianych, w celu przepisania w USOSie studenta z grupy Snape’a 2.0 do grupy Wykładowczyni Właściwej
iii) Usłyszeć, że obecność na wykładach z Akwizycji CzegośTam u Wykładowczyni Właściwej zasadniczo nie jest obowiązkowa ani niezbędna do uzyskania zaliczenia, aczkolwiek może podwyższyć ocenę końcową
b) Zostać do końca wykładu, na który się przyszło
i) Odkryć, że Wykładowczyni Właściwa prowadzi wykłady w taki sposób, że przy nich nawet wyścigi ślimaków wydają się być wydarzeniem pasjonujacym i dynamicznym
III. Napisać stosowne podanie do władz uczelni
1) Udać się do uczelnianego siedliska defetyzmu (dziekanatu)
A. Złożyć napisane podanie
B. Usłyszeć, że podanie może być odrzucone
a) Zapytać, na czyje zajęcia w związku z tym powinno się uczęszczać
i) Usłyszeć, że Pani Z Dziekanatu nie wie, ale najlepiej na oba
ii) Buńczucznie postanowić, że w związku z powyższym nie będzie się uczęszczało do nikogo, dopóki nie dostanie się odpowiedzi na podanie
2) Zapomnieć o napisanym podaniu
A. Nie uczęszczać na żadne zajęcia
3) Rozchorować się i być na zwolnieniu przez tydzień
A. Wyzdrowieć
B. Wrócić ze zwolnienia
4) Przypomnieć sobie o podaniu
A. Pójść do sekretariatu
a) Dostać zgodę władz uczelni na uczęszczanie do Wykładowczyni Właściwej
IV. Przyjść po długiej przerwie na poniedziałĸowy wykład z Akwizycji CzegośTam
1) Odkryć, że w międzyczasie frekwencja na wykładzie drastycznie zmalała*(*albo że na początku kwietnia rozszalała się epidemia grypy, dziesiątkując szeregi studentów, odsyłając ich do łóżek, uniemożliwiając dotarcie na upragniony wykład)
2) Zapytać kolegę z grupy, na czym właściwie polegać będzie zaliczenie tego przedmiotu
A. Usłyszeć, że trzeba napisać pracę. Są trzy możliwe tematy. Jak się napisze tylko na pierwszy, otrzyma się dostateczny, a jak…
a) Zaprzestać słuchania ciągu dalszego, uznając ocenę dostateczną za absolutnie satysfakcjonującą
3) Przesiedzieć cały wykład
A. Dojść do podobnych wniosków odnośnie wykładu, co poprzednio
B. Obiecać sobie, że więcej się tu nie przyjdzie i że podwyższenie oceny o dwa stopnie nie byłoby warte tych męczarni, a co dopiero o pół
V. Nie chodzić więcej na wykłady z Akwizycji CzegośTam
VI. Przetrwać do maja
VII. Na początku maja zacząć myśleć o zaliczeniach
1) Przypomnieć sobie o Akwizycji CzegośTam
A. Pomyśleć o dowiedzeniu się, na jaki właściwie temat jest ta praca na dostateczny
a) Przypadkiem odkryć karteczkę z tematami w gablocie, obok planu zajęć, na którym prawie codziennie sprawdza się, jakie i gdzie ma się zajęcia*(*o uparte niezapamiętaniu własnego planu zajęć należało zatroszczyć się wcześniej)
i) Spojrzeć na temat na ocenę dostateczną
ii) Zarejestrować zdanie: „obserwacja dwóch lekcji języka obcego”
– Powiedzieć: „Dżizas, kurwa, ja pierdolę”, po czym zakląć szpetnie
– Odetchnąć głęboko
– Pomyśleć: „Coś się wymyśli, jest jeszcze tyyyle czasu”
iii) Starannie zignorować ciąg dalszy tematu
B. Pomyśleć o zaopatrzeniu się w notatki
a) W trakcie drugiego tygodnia maja pożyczyć notatki z przedmiotu od kolegi z grupy
i) Skserować notatki
ii) Przywieźć notatki do domu
iii) Schować notatki starannie w najciemniejszym kącie pokoju, żeby się nie zgubiły
– Ucieszyć się, że nie trzeba na nie patrzeć do czasu pisania pracy
iv) Zapomnieć o istnieniu notatek
b) oddać notatki koledze
2) W trzecim tygodniu maja rozchorować się
A. Udać się do lekarza.
a) otrzymać zwolnienie na 9 dni
B. Przez 4 dnia siedzieć we własnym pokoju.
a) Przypomnieć sobie o akwizycji po raz kolejny
i) Postanowić poważnie się dowiedzieć, kiedy właściwie jest deadline oddania pracy
– Napisać stosownego posta na gronie grupy
* Otrzymać odpowiedź iż w najbliższy poniedziałek
ii) Wpaść w panikę
iii) Ustalić, jak dokładnie brzmi temat pracy zaliczeniowej*(*Krytyczna ewaluacja dwóch lekcji języka obcego pod kątem czynników dydaktycznych omawianych w trakcie semestru na wykładach)
– Odkryć, że absolutnie nie ma się pojęcia, o czym należy napisać
– Odkryć, że udanie się na obserwacje jakichś zajęć języka obcego jest niezbędne
* Ponownie wpaść w panikę
* Podjąć mężną decyzję, że w najgrorszym przypadku weźmiemy przykład z Konrada i stworzymy kolejna Wielką Improwizację
b) Przygotować się do pisania pracy
i) W czwartek (kiedy już czujemy się mniej więcej zdrowi) poprosić swoją Rodzicielkę, nauczycielką języka angielskiego, o zabranie dnia następnego ze sobą do pracy celem poobserowania
– Przyjąć odmowę
* Ponownie wpaść w panikę
– Usłyszeć od Rodzicielki po jej powrocie z pracy, że może zabrać ze sobą na zajęcia, ale w poniedziałek o 8 rano*(*dla przypomnienia deadline jest w poniedziałek o 14… no 15:30 najpóźniej)
ii) W niedzielę około 20 odebrać telefon od spanikować koleżanki z grupy
– Zostać zapytanym o postępy w pracy
* Poinformować o braku
– Zostać zapytanym o to, co to są te czynniki dydaktyczne i gdzie je można znaleźć
* Poinformować, że nie ma się zielonego pojęcia, czymże są czynniki dydatkyczne, ale ma się nadzieję je znaleźć w notatkach Tomka
– Zostać poinformowanym, że cała grupa korzysta z notatek Tomka, które najprawdopodobniej w ogóle nie są jego, tylko jego dziewczyny i że koleżnka w owych notatkach nie jest w stanie znalźć niczego, co by za owe czynniki mogło służyć
– Skończyć rozmowę
iii) Nawiązać kontakt z Tomkiem przez grono
– Dowiedzieć się, że Tomek prace napisał
– Dowiedzieć się, że pomimo iż Tomek pracę napisał, nie ma zielonego pojęcia, co to są te czynniki dydaktyczne
– Dowiedzieć się, że chociaż Tomek nie ma pojęcia, co to są czynniki dydaktyczne, to użył Tego, a Tego ze swoich notatek
iv) Zajrzeć w notatki Tomka
– Uświadomić sobie, że nie ma się zielonego pojęcia, gdzie są notatk
* Znaleźć notatki
– Przeczytać wskazany fragment
– Ocenić iż To i To z notatek przy dużym nakładzie dobrej wiary faktycznie mogłoby zostać uznane za czynniki dydaktyczne*(*albo przynajmniej coś w tym rodzaju)
– Uznać, że przed obserwacją lekcji i tak się nic nie napisze
* Wrócić do oglądania „Przygód Sherlocka Holmesa”
VIII. Napisać pracę zaliczeniową.
1) Pójść z Rodzicielką na obserwację jej lekcji
A. Dowiedzieć się, że trzeba wyjść z domu o godzinie 7:00
B. Wstać o godzinie 6.39
a) W panice szukać wszystkiego, co potrzebne do wyjścia z domu włącznie z łazienką
C. Wyjść z domu i pojechać na zajęcia
D, Siedzieć przez prawie 2 godziny na zajęciach
a) Robić notatki z przebiegu zajęć
E. Wyjść z zajęć o 9:46 i jechać do domu
a) Pójść na przystanek autobusowy
i) Odkryć, że autobus uciekł tuż przed chwilą
ii) Odkryć, że następny autobus jest za prawie 10 minut
b) Przejść jeden przystanek na piechotę w niewygodnych nowych pantoflach
i) Po drodze myśleć wyłącznie o tym, gdzie tu można dostać Kawę
c) Dojść do metra
d) Znaleźć w podziemiach sklep
i) Kupić niezbyt zdrowe śniadanie i Wielką Kawę
– W trakcie zakupów przepuścić co najmniej trzy pociągi
e) Pojechać metrem do Politechniki, najbilższej i najdogodniejszej stacji przesiadkowej
f) Wyjść z metra i pójść na „podwójny” przystanek na górze
g) Czekać na autobus
i) Z rezygnacją odkryć, że jak się czeka na przystanku tych jadących prosto, to żaden nie jedzie, za to jedzie mnóstwo tych skręcających w lewo, a teraz kiedy się czeka na ten jadący w lewo, jadą same te jadące prosto.
h) Doczekać się autobusu, ale nie bezpośredniego do domu
i) Wysiąść na dogodnym przystanku przesiadkowym
ii) Czekać na bezpośredni autobus do domu
– Obserwować, jak przejeżdża czwarte 520, podczas gdy nie przejechał jeszcze żaden z trzech pasującyh nam autobusów
iii) Doczekać się autobusu dodomowego
i) Dotrzeć do domu
2) Stworzyć pracę.
A. Włączyć komputer
a) Sprawdzić, czy koledzy z grupy odpisali na gronie na pytanie odnośnie pracy
i) Odkryć, że nie, nie odpisali
b) Włączyć Worda
c) Z dziką paniką w oczach spojrzeć na zegarek i odkryć, że jest 11:12
B. Pisać pracę
a) Zacząć pisać wstęp
b) Skończyć pisać wstęp ok. 12
c) Zastanowić się, co dalej
i) Wpaść w panikę, bo nie wie się, co powinno się pisać
ii) Uspokoić się
iii) Stwierdzić, że cokolwiek się nie napisze, nie będzie gorzej niż jakby się nie napisało nic
iv) Zacząć improwizować
d) Zaimprowizować rozwinięcie
e) Wysunąć logiczną konkluzję
f) Skończyć pisać o 13:36
IX. Dostarczyć pracę Wykładowczyni
1) Uświadomić sobie, że skończył się tusz w drukarce
2) Wydrukować pracę w najbliższej punkcie świadczącym taki usługi
A. Znaleźć pendrive’a
B. Zgrać pracę na pendrive’a
C. Wyjść z domu
D. Odkryć, że ma się punkt xero, świadczący usługi drukarskie we własnym bloku
E. Wejść do punktu xero i dać Pani Obsługującej pendrive’a z pracą
F. Odebrać wydruki
3) Pójść szybko na przystanek*(*tak, ciągle w tych samych nowych, nierozchodzonych pantoflach)
4) Jechać tramwajem do Centrum*(*o dziwo bez przygód)’
5) Dotrzeć pod salę z jedynie 7 minutowym spojrzeniem
A. Odkyć, że Wykładowczyni spóźni się bardziej
B. Obserwować przybycie Wykładowczyni
C. Wejść do sali i zająć miejsce
D. Usłyszeć, że Wykładowczyni zachwycona frekwencją musi dokończyć jeden temacik, dopiero później zbierze prace
a) Zostać na mini-wykładziku
i) Nie dostać ataku apopleksji
E. Usłyszeć, że Wykładowczyni będzie zbierała prace w kolejności alfabetycznej, czytając listę, co by mieć pewość, kto był i złożył, a kto nie.
a) Nie dostać ataku apopleksji
b) Dotrwać do środka listy
i) Usłyszeć swoje nazwisko
– Złożyć pracę.

 

Nadal uważacie, że to takie łatwe?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 26.05.2009. Komentarzy (0) Posted in studia Tagi: , ,

Majówka Chaosu

Notka, w której cofniemy się w czasie i opowiemy o tym, jak bardzo Wszechświat nas nie kocha oraz wysuniemy śmiałą hipotezę odnośnie źródła wszelkiego Zua na świecie, czyli o Majówce Chaosu 2009, o poprzedzającym ją i następującym po niej Weekendach Chaosu oraz o różnych wydarzeniach luźno lub luźniej powiązanych.

Notka, której przeczytanie będzie wymagało posiadania dużej dozy wolnego czasu, cierpliwości, samozaparcia oraz kawy, możliwe nawet że dwóch albo i trzech, możliwe nawet że z wkładką, gdyż albowiem chęć pisania (a potem pisania, dalszego pisania, a jak już pisanie się skończy, to pisania) promieniuje z każdego istniejącego kociego atomu (aczkolwiek w zaskakujący sposób nie chce się przerodzić w comparison/contrast essay, który to Kot miau napisać na półtora tygodnia temu, a wysłać mailem najpóźniej w miniony czwartek wieczorem).

 

Przede wszystkim, powiem to na samym początku, zanim potencjalni czytelnicy (których tok rozumowania nie przebiega tak krętymi ścieżkami, jak tok koci) zagubią się w meandrach kociego wywodu: Źródłem wszelkiego Zua i Plugawości na świecie są SESJE RPG. Tak właśnie! Powyższe zdanie należy sobie przepisać na kolorowo, wielkimi literami, podkreślić czymś możliwie oczorażącym i powiesić nad łóżeczkiem. Oraz na ścianie. Drugiej też. Na drzwiach od łazienki również nie za szkodzi. Należy je wykuć na pamięć i powtarzać niczym mantrę. W dalszej kolejności przejść przez (w większości przypadków) krótki i nieskomplikowany proces myślowy, mający na celu uzyskanie odpowiedzi na jedno proste pytanie: „Czy chcę, żeby moje spokojne życie zamieniło się w afirmację Chaosu?”. Jeśli owa odpowiedź jest negatywna, należy nasze motto wziąć również do serca i od wspomnianych trzymać się z daleka. Jeśli jednak wydaje się wam, że autor(ka?) grubo przesadza, jeśli myślicie sobie „Jakież to straszne zło mogło się zrodzić z powodu niewinnej sesyjki?”, posłuchajcie…

(Cejrowskizm jak najbardziej zamierzony)

No bo bądźmy szczerzy, gdyby nie jedna niewinna sesyjka Warhammera, żadne z poniższych mogłoby się nie wydarzyć, a przynajmniej nie w takiej formie. Kot zamiast zdobywać górskie szczyty (wymownie złośliwy kaszel, rozlegający się w tym momencie w tle, stanowczo ignorujemy) w Stryszawie, mógłby wylegiwać się na słonecznej miejskiej plaży Ełku, gdzie Chaos nie miałby do niego dostępu (w myśl dawno udowodnionej teorii, że tym więcej Chaosu dotyka dany obszar, im więcej znajduje się na nim Malkavian (co narzuca refleksję, że przy takim zagęszczeniu Malkavian na metr kwadratowy, jakie występowało w Siedlisku Czerna, należy się cieszyć, że nie ucierpieliśmy bardziej), względnie natężenie Chaosu jest redukowane przez bliżej nie zdefiniowane czynniki (które to czynniki najwyraźniej musiały w SC występować)). To be more precise, wystarczyło tak naprawdę tylko jedno pytanie: „No to kiedy następna sesja?”. Z przyczyn Bardzo Ważnych Innych Planów Y, czyli naszego głównego mięsa bojowego, sesja nie mogła się odbyć za tydzień. Padło więc całkiem logiczne pytanie o za dwa tygodnie. I wtedy Kot (bo któżby inny?) wygłosił (i za to język mu należy uciąć i zapieczętować ranę, co by nowy nie wyrósł) kwestię krótką a treściwą: „Ale przecież za dwa tygodnie jest Długi Weekend”. Mniejsza o to, że wtedy nikt jeszcze planów wyjazdowych żadnych nie miał, nikt nie zdawał się pamiętać, że such thing as Majówka istnieje, realnych przeciwwskazań do umówienia się na sesję nie było, za to wszyscy z niespotykaną dla tej drużyny zgodnością przyznali, że Długi (trzy-ku**a-dniowy) Weekend sesję absolutnie wyklucza. Ciąg dalszy wydarzeń przewidzieć nie trudno.

Jeśli Kot dobrze pomni, to Y pierwszy podchwycił kocie szaleństwo i już w samochodzie powrotnym zaczął zadawać niebezpieczne pytania (np.: „A czy ktoś ma już plany na Majówkę?”), które rychło doprowadziły do z pozoru niewinnej sugestii „A może byśmy gdzieś razem pojechali?”, sugestii, na którą Kot (stworzenie wybitnie nierozsądne, mające na celu niechybne udowodnienie prawdziwość stwierdzeniacuriosity killed the cat) zaczął energicznie przytakiwać główką (i nawet nie może teraz wytłumaczyć się, że ta główka sama tak latała, no bo wyboje i legendarne dziury dróg naszych polskich, bo tych jak na złość nie było). Kolejnym kamyczkiem popychającym lawinę nieszczęść było stwierdzenie Jara, które przyświecało nam przez najbliższy tydzień: „Później to uzgodnimy, przecież mamy jeszcze mnóstwo czasu”. Stwierdzenie to radośnie powtórzyliśmy eMMie, kiedy na czwartkowych planszówkach pytał się nas o rzeczy tak mało istotne jak cel podróży i miejsce noclegowe. Y wyszedł wtedy z kolejną wspaniałą koncepcją, mianowicie: w przypadku absolutnego braku pomysłów względem kierunku podróży, noclegu, etc, czyż jest coś prostszego niż zapakować się w samochód razem z namiotem i oprzyrządowaniem biwakowym i zobaczyć, gdzie nas los (a raczej Los) poniesie? W kontekście późniejszych wydarzeń naprawdę przerażającym jest, jak długo ta koncepcja się utrzymywała.

W tym momencie Wszechświat postanowił się nad nami z lekka zlitować, świadomy najwyraźniej zagrożeń, z jakimi na Biwaku Chaosu musielibyśmy się zmierzyć, a przed których nasłaniem on sam (w sensie że Wszechświat) nie byłby w stanie się powstrzymać. Litość owa polegała na wprowadzeniu Głosu Zdrowego Rozsądku w postaci Nawiasa.

Ale zanim Nawias dominatywnie się objawił, miała miejsce Sobota Przed Majówką Chaosu, która zaczęła się już w piątek wieczorem, kiedy to Fixxowate w ramach celebracji WCF (dla jeszcze niewtajemniczonych: Wolnej Chaty Fixxera) zaprosił mnie i Ewelinę na oglądanie BTSG. Przyjazd do Cieciorkolandii, poprzedzał 6-cio godzinny pobyt Kota w pracy, gdzie kocia destrukcja ukierunkowana na taranowanie klientów oraz przewracanie i gubienie wszystkiego w zasięgu kotałapek, sprawiła, że współpracownicy wyjątkowo odetchnęli z ulgą, kiedy Kot wreszcie sobie poszedł, a Kota trzepnęła (niemalże prorocza) myśl, że jeśli poziom kotodestrukcji przez weekend się utrzyma, to Fixxowate wykopie Kota z domu jeszcze tej samej nocy. Oglądanie BTSG zostało poprzedzone farbowaniem włosów Kota, na które to Kot zdecydował się bardzo spontanicznie tego samego ranka. Równie spontanicznie wyraził zgodę, żeby pierwszego aktu farbowania (czyli rozjaśniania) dokonała Ewelinka. Ewelinkowe delikatne napominania, że jak ostatnim razem farbowała koleżance włosy, uzyskała efekt z deka niekonwencjonalny, Kot w swej radosnej lekkomyślności zlekceważył. I czemu wcale nas nie zdziwiło, że zakupione dwa opakowania rozjaśniacza (sprzedawczyni nawet próbowała wytłumaczyć Kotu, że jedno będzie aż nadto) okazały się ilością niewystarczającą na Kocie włosy, że zaraz po nałożeniu rozjaśniacz zmieniał się w zaschniętą skorupę nijak niedającą się rozprowadzić na pozostałe, nie pokryte nim włosy? Podsumowując efekt końcowy, Kot z zaskakującym stoicyzmem stwierdził, że biorąc pod uwagę jak bardzo Wszechświat go ostatnio nie kocha, to i tak należy się cieszyć, że skutkiem farbowania jest posiadanie chaotyczno-żółto-pomarańczowo-różowawo-czerwonawych włosów, a nie ich całkowite wypadnięcie.

Więcej krzywd piątkowego wieczoru nie zanotowano – Wszechświat czekał na sobotę, kiedy to Ewelinka sobie pojechała, a na jej miejsce przyjechał brat w malkaviańskiej krwi – Y (nadmienię tu szybciutko, że jedną z przewidywanych form aktywności miała być, tak właśnie – SESJA RPG). Fakt, że nie zgubił się tylko dzięki temu, że akurat siedzieliśmy w ogródku i zauważyliśmy jego samochód beztrosko mijający właściwą bramę, prawie że nie zasługuje na wzmiankowanie, podobnie jak obrażenia odniesione w wyniku ogrodowego Jungle’a oraz destrukcja przy gotowaniu obiadu. Zaczęło się dopiero po obiedzie, kiedy to Y stwierdził, że Jeepem (którym zamierzaliśmy jechać na Majówkę), którego ledwo kilka dni wcześniej odebrał z warsztatu, można by pozwiedzać okoliczne wertepy. Fakt, że na najbliższej stacji benzynowej akurat nie mieli niezbędnego nam gazu wcale nas nie zniechęcił wręcz przeciwnie (bo przecież będą inne stacje, a tymczasem wyczerpmy całego możliwego pecha PRZED wyjazdem), a już podsunięcie nam wielkiego placu błota, z wyraźnymi, zachęcającymi śladami jeżdżenia po, było ze strony Wszechświata posunięciem niezwykle strategicznym. Cieszymy się więc bardzo, że Jeep nie powtórzył wyczynu golfa, a jedynie z deka… utknął:

Gdyby Wszechświat uparł się pokrzywdzić nas bardziej, okazałoby się, że akurat trafiliśmy na miejsce, w którym żadna z sieci, w których mamy telefony, nie ma ani odrobiny zasięgu, ponadto właśnie symultanicznie padają nam baterie i musielibyśmy popylać na piechotę, diabli wiedzą ile, porzucając Jeepa na pastwę Losu i błota. Na szczęście Wszechświat zdaje sobie sprawę, że zabawa ma sens tylko i jedynie wtedy, gdy chociaż na chwilę pozwoli wyjść kawałku słońca zza chmur. No bo czyż szansa, że na praktycznie bezludnym dotąd terenie, pośrodku niczego, pojawi się nagle Koleś Na Quadzie, a ulicą będzie przechodził lekko zawiany Mieszkaniec Pobliża: właściciel land rovera, którego Koleś Na Quadzie będzie mógł zawieźć do jego domostwa, po wspomniany samochód, co by nas wyciągnął, nie jest z gatunku Jedna Na Milion (i tak, wszyscy wiemy, że Szansa Jedna Na Milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć)? Odnalezienie w błocie odpadniętej tablicy rejestracyjnej przedniej również należy do wydarzeń szczęśliwych. Fakt, że ramka od niej już się nadawała do użytku oraz że takich ramek nie da się kupić na żadnej z pobliskich kilkudziesięciu stacji benzynowych ani w Tesco na Kabatach już nie. Tabliczkę Y zyskał dopiero po wyprawie do domu w niedzielny poranek. W ten sam niedzielny poranek objawił się wspominany Głos Zdrowego Rozsądku (w tym momencie warto napomknąć, że do soboty włącznie widmo Biwaku Chaosu pośrodku niczego wisiało wciąż nad nami. I to wisiało niebezpiecznie nisko.)

Nawias objawił się w niedzielny poranek telefonicznie. Telefoniczność nie przeszkodziła mu w dominatywności. Oznajmił nam, żebyśmy Biwak Chaosu wybili sobie z głowy kategorycznie, jedziemy bowiem do hotelu Transporter (albo Transportowiec, albo Jakoś Tak) w Bielsku Białej i że on, Nawias, będzie tam dzisiaj dzwonił rezerwować miejsca, koszty są takie a takie, a my mamy mu zaraz, natychmiast, jak najszybciej dać znać, ile osób jedzie. Uradowani, że wreszcie znalazł się jeleń, który pracę organizatorską wykona, poczęliśmy entuzjastycznie dzwonić. I tu się nasza radość troszkę się ulotniła. Okazało się, że niezdecydowanie ludzkie granic nie zna, każdy chce dać odpowiedź co najmniej wieczorem, a najlepiej jutro lub za dni kilka i co z tego, że przewidywany termin wyjazdu to już najbliższy czwartek? Co by było jeszcze zabawniej, zanim zdążyliśmy dorwać wszystkich potencjalnie zainteresowanych, Nawias zadzwonił ponownie. Otóż, jego przezajebisty plan wyjazdowy, nie wziął pod uwagę jednej rzeczy, mianowicie, że jest ostatnia niedziela przed długim weekendem i wszystkie miejsca w upatrzonym hotelu mogą być już daaawno zarezerwowane. Niczym jednak mieliśmy się nie przejmować, znalazł bowiem kolejny, całkiem blisko tego poprzedniego i tak, już tam dzwonił, upewniając się, że tak, są miejsca. I wszystko byłoby piękne i ładne, gdyby nie to, że potencjalna Nowa Lokacja kosztowała ciut drożej, a nie oferowała Super Śniadań. Następne kilka minut okazało się kluczowe. Fixxer zasiadł do laptopa z Kotem i Y dzielnie mu sekundującymi. Zaćmienia na punkcie Bielska Białej dostaliśmy wszyscy, musieliśmy koniecznie tam jechać a przynajmniej w najbliższą okolicę (chociaż nikt nie umiał racjonalnie wytłumaczyć dlaczego). Fixxer googlował zacięcie, po czym zażądał telefonu, zadzwonił i przekazał informacje. Y również przekazał – swój telefon Kotu, w celu złożenia Nawiasowi naszej anty-koncepcji (nie mylić z antykoncepcją). Nawias po pierwszym zdaniu wygłoszonym przez Kota, powiedział „Zajebiście, wyślijcie mi tylko adres, żebym miał co wprowadzić do GPSa.” i… tyle. W ten oto sposób Kot został Main Orgiem i nagle wszystko zaczęło kręcić się wokół niego. Setki głupich pytań, pełnych niezdecydowania odpowiedzi i chaos, Chaos, a nawet CHAOS. Czasu przewisianego na telefonie przez trzy dni przed wyjazdowym czwartkiem, Kot nie zliczy ani nie odzyska. Podobnie zdrowia psychicznego straconego na ustalanie, jak dokładnie, kiedy, o której, z kim oraz kto, no i dlaczego. Ale zanim nastąpiło to trzydniowe pandemonium, Kot musiał jeszcze wrócić do domu.

Przejazd na trasie Cieciorkolandia – okolice Ronda Wiatraczna późnym niedzielnym wieczorem, gdy drogi są prawie całkiem (przynajmniej teoretycznie) opustoszałe, z pozoru nie stwarza żadnych problemów ani zagrożeń. Ale tylko z pozoru – sytuacja zmienia się diametralnie, gdy samochodem, który ma pokonać tę trasę jest świeżo naprawiony Jeep Y, kierowcą – Y, pasażerem – Kotowate., a nawiguje GPS, który w toku dalszych podróży otrzymał wdzięczne imię „Jadźka”.

Nawet mocno topograficznie upośledzony Kot doskonale zdaje sobie sprawę, iż najszybciej do jego legowiska dojeżdża się poprzez Most Siekierkowski. Najszybciej nie oznacza przy tym najprościej, jak wykazuje doświadczenie (to samo doświadczenie, które doprowadziło Kota z Y w trakcie poprzedniej podróży tą trasą do jazdy pod prąd przy Jubilerskiej), wobec czego Kot nie protestował szczególnie, kiedy Jadźka zamiast na Siekierkowski pokierowała do Trasy Łazienkowskiej, która nie ma aż tylu odnóg, w których można by się pogubić. Można za to przegapić wjazd na Most Łazienkowski, zagadując kierowcę opowieścią o nagich kąpielach w jeziorze, w drodze na festiwal szantowy. Następnie można dać się dalej prowadzić Jadźce i pozwolić jej pokierować się na niewłaściwy pas, skutecznie unikając możliwości wjechania na Poniatowski. Ciągle nic to, ponieważ przecież tu jest Wisłostrada i tu, kurcze, muszą być jakieś nawrotki. Owszem nawrotki były. Ale czy uwierzycie, że wszystkie nawrotki na odcinku Poniatowski – Śląsko-Dąbrowski może być w remoncie tudzież nieczynnych w tym samym czasie? Jadźka milczała jak zaklęta, mając problem z satelitą, a Y przypomniał sobie, że w sumie można jeszcze przez Gdański. Na środku Gdańskiego Jadźka odmilkła, każąc nam skręcić w prawo teraz, natychmiast, już, czym zasłużyła sobie na niezwykle malownicze epitety. Mniej więcej w tym momencie Kot uznał, że może jednak przejmie funkcję nawigatora, zwłaszcza że Jadźka wykazała się brakiem inteligencji po raz kolejny chwilę później, każąc nam skręcać w prawo na Świętokrzyski, prowadzący z powrotem na drugą stronę Wisły. Y potwierdził, że nawet Kot ma lepszą orientację w terenie. I wszystko byłoby pięknie, dopókiśmy nie dojechali do właściwego skrzyżowania tuż za Poniatowskim, gdzie powinniśmy byli skręcać w lewo. Widok, który ujrzeliśmy, który sprawił, że obydwoje zaczęliśmy śmiać się dziko a histerycznie, przedstawiał się następująco:

Do legowiska w końcu dojechać się udało i Kot mógł przejść przez organizacyjne piekło, przy którym owo stworzone przez Dantego może się schować ze wstydu, zdążył również serdecznie znienawidzić wszystkich uczestników wyjazdu oraz zapragnąć zwinąć się w aspołeczny kłębek pod łóżkiem i nie wychodzić spod niego do najbliższej Gwiazdki. A przecież jeszcze nie nastąpił wyjazdowy czwartek.

Początek wyjazdowego czwartku nieopatrznie napełnił Kota optymizmem. Optymizmu nie zmącił nawet fakt, że z powodu kupowania książek na ów wyjazd, spóźnił się Kot na fonetykę, gdzie został zaatakowany niezapowiedzianym kolokwium z transkrypcji. Nie zmąciło go też kolokwium z gramatyki opisowej (o którym wprawdzie udało mu się dowiedzieć poprzedniego wieczora, ale rzut na naukę nie był równie udany (do czego mogły się przyczynić idiotyczne pomysły eMMy na równi z brakiem chociażby jednej notatki z całego semestru)). Kot wrócił cało i zdrowo do domu, z idiotycznym optymizmem uwieszonym go nadal, niczym rzep psiego ogona i nawet dokończył się pakować, i – nawet – zdążył pomyśleć, że cześć drużyny już jest w drodze, druga powoli się zbiera i tylko eMMa ubzdurał sobie wyjazd o idiotycznie późnej godzinie dwudziestej pierwszej. Ten właśnie moment niezwykle strategicznie wybrał Fixxer na telefon. Telefonicznie poinformował Kota, że tak jakby niechybnie nastąpią zmiany w transporcie, no bo tak jakby Jeep Y się tak jakby zepsuł i tak jakby stoją sobie właśnie na parkingu, uczciwszy minutą ciszy ygreczy alternator, zastanawiają się, skąd by tu wziąć samochód, a w zasadzie czekają na odpowiedź od rodzinki Fixxera, bo u niego przed domem aktualnie stoją dwa. Oczywiście rodzinka Fixxera, nie byłaby rodzinką Fixxera, gdyby nie stwierdziła, co następuje:

– samochodu Fixxera, Fixxer absolutnie wziąć nie może, ponieważ jego aktualnie obłożnie chora siostra może chcieć nim pojeździć w trakcie weekendu

– samochodu cieciorzego również wziąć nie można, bo, w zasadzie, bo wziąć nie można

Innych widoków na środek transportu dzielna ekipa nie posiadała, słowo „pociąg” nie brzmiało szczególnie user- ani moneyfriendly. W tym momencie Kot dostał ataku histerii, a wręcz Histerii, do którego przyznaje się ze wstydem i głęboką skruchą, wyznając przy tym, że był tylko o krok (o kroczek, o! o taki maluteńki) od rozpakowania bagażu i pokazania wszystkim i wszystkiemu (łącznie z sobą) środkowego palca. Późniejsza koncepcja jechania w pięć osób (z bagażami) samochodem eMMy (z której to istnienia sam eMMa chyba nie zdawał sobie sprawy dopóki nie upadła ostatecznie) Histerię wzmogła (i zrozumie to każdy, kto widział samochód eMMy, wizualizuje go sobie, doda do tego pięć osób i bagaże na 3 dni). Szczęśliwie mamusię Fixxera coś jednak tknęło, coś puknęło w główkę (osobiście lubię myśleć, że „to było takie wielkie pudło”) i zadzwoniła do niego, wielkodusznie godząc się ofiarować mu swój samochód na trzy dni.

Wyczerpana psychicznie doczłapałam na wskazaną porę na Kabaty. Udało mi się nie spóźnić, ba, byłam nawet z pięć minut za wcześnie, dzięki czemu poznałam przecudownie prześliczne stworzenie, jakim jest jarkowy kot. EMMA również stanął na wysokości zadania – przyjechał o czasie. Zrobiliśmy zakupy w Tesco i wyruszyliśmy. Na miejsce dotarliśmy cali i zdrowi, a pół godzinne błądzenie po niecałych 50 kilometrach kwadratowych miejscowości w poszukiwaniu wynajętego lokalu to pikuś przy przygodach pozostałych majówkowiczów.

Otóż, Fixxer z Y i Maqqiem utknęli pod Warszawą w korku. Korek się korczył i korczył, więc dzielni chłopcy postanowili zaoszczędzić czasu i wbili się na, równoległą do trasy głównej, lokalną asfaltową drogę, która, niestety, wkrótce przestała być asfaltowała, co uwadze chłopców umknęło. Samochód natychmiast zakopał się w grząskim piachu i nie chciał drgnąć ani trochę. Drgnął dopiero, gdy pociągnął go przejeżdżający w pobliżu (!) traktor.

Nawiasowi z kolei lokalne drogi, bogate w osławione polskie dziury zabiły dwa koła. Do dziś się zastanawiam, jakim cudem dał radę nie tylko do Stryszawy dojechać, ale i z niej wrócić. Niemniej zawieszenie należy spisać na straty (chociaż do dziś nie jestem pewna, czy będzie wymieniał całe, czy tylko część, czy jeszcze coś innego), co uprawnia Nawiasa do tytułu największego pechowca tej majówki.

EMMie wszyscy docinaliśmy, że z podróży do wyszedł praktycznie bez szwanku i Wszechświat się na nim zemści w drodze powrotnej. Wszechświat okazał się być litościwy. W ramach wyjazdu eMMa stracił jedynie okulary (no i resztki autorytetu), a w drodze z zgubił nas, skręcając na skrzyżowaniu, zamiast w jedyną logicznie poprawną drogę, to w ślepą uliczkę (wybrnął jednak z tego, wracając do korka na Katowickiej, z którego próbowaliśmy uciec). Wszechświat nie byłby jednak Wszechświatem, gdyby na dniach po powrocie, już w Warszawie, eMMy nie puknął jakiś gówniarz, powodując uszkodzenia, pozostawiające eMMę na co najmniej miesiąc bez samochodu. EMMa uparcie twierdzi, że to ten wyjazdowy Fail mu się teraz czkawką odbija.

Kot, bezpośrednio po powrocie, twierdził, że nie wyszedł na tym wyjeździe aż tak źle. Zgubił bowiem skarpetkę (która w tajemniczy sposób odnalazła się trzy dni po powrocie), stracił resztki sanity (że zacytuję Y: „Resztki CZEGO?!”), ponadto koci największy wyjazdowy Fail miał podłoże czysto osobiste i najbardziej ucierpiała na nim kocia miłość własna (co, biorąc pod uwagę dzikie rozmiary kociego narcyzmu, nie wyrządziło jej większej szkody).

Oprócz tego niemalże wszyscy udowodnili sobie, że ich kondycja ssie, ponadto popełniali rozliczne mniejsze i większe głupoty, zapominalstwa, zagubienia i odnajdywania.

Nie na darmo ktoś (Nawias? Ygreg?) sformułowali następujące wnioski po powrocie, cytuję:

  1. Kupić Jeepa
    1. opancerzyć
    2. zamontować wieżyczkę
  2. zdobyć kondycję PRZED wyjazdem w góry
  3. Mapy i kompasy NIE są dla pedałów

A propos map, to nie do końca prawda – mieliśmy mapy. Przy czym chciałabym dobitnie zaznaczyć, że posiadanie map nie jest równoznaczne ze stosowaniem ich w praktyce. Tak, jak drugiego dnia wyjazdu kiedy pojechaliśmy do Lasu (wielka litera jak najbardziej stosowna – Las jest bowiem miejscowością niedaleko Stryszawy, gdzie chłopcy, rozczarowani pierwszym dniem błądze… ekhmm… tak… to znaczy wędrówek po okolicznej górze, znaleźli ładny niebieski szlaczek, który koniecznie chcieli przemierzyć). Jechaliśmy w piątkę samochodem eMMy (eMMa, Kot, MacOO, Y i Fixx). Jechaliśmy sobie radośnie, dopóki Fixx nie zadał pytania, czy ktoś wziął mapę.

– Ostatni raz używałem jej do bicia Jarka po głowie w dużym pokoju – odpowiedział beztrosko Y.

Wniosek nasunął się oczywisty: mapa została w dużym pokoju. Postanowienie zatrzymania się w najbliższym sklepie celem zakupienia nowej było naturalną koleją rzeczy. I właśnie w związku z tym przejechaliśmy najbliższe cztery czy pięć sklepów nawet przy nich nie zwalniając. Za to w następnym, że pozwolę sobie przytoczyć dialog:

– Ale nie zapomnieliście kupić mapy? – Spytał eMMa, wracającą ze sklepy drużynę, która dzierżyła w rękach dużo plastikowych butelek z wodą, ale jakoś niewiele papieru.

– Nie – oświadczył dumnie Y – Teraz mamy trzy mapy. Tzn.: że będziemy musieli się trzy razy bardziej postarać, żeby nie zostawić wszystkich trzech w samochodzie, wysiadając z niego.

Chłopcom się udało – nie wiem, ile map ostatecznie szło z nami w góry, ale wiem, co nie szło – moja specjalnie na przechadzkę kupiona płynna glukoza w postaci Coca-Coli.

Sam podjazd na szlak również zasługuje na opisanie. Otóż szlak zaczynał się dokładnie naprzeciwko lokalnego sklepiku, wyposażonego w lokalny parking i przez początkowy dłuuuugi odcinek był zwykła asfaltową drogą. Mniej więcej zgodnie stwierdziliśmy, że jak zaparkujemy pod sklepikiem, to będziemy mieli kawał drogi do przejścia, można by więc podjechać jak najdalej tym szlakiem po asfalcie, a miejsce do zaparkowania na pewno się znajdzie. Podjechaliśmy, minęliśmy Panią Zbierającą Drewno, potem skończył się asfalt i zaczął regularny wyboisty szlak. Przejechaliśmy nim kawałek, po czym zawróciliśmy, nie widząc perspektyw na wygodny i bezpieczny parking. Po drodze minęliśmy Panią Zbierającą Drewno. Zaparkowaliśmy na parkingu pod sklepem i całą trasę pokonaliśmy ponownie, tym razem na piechotę. I tak, ponownie minęliśmy Panią Zbierającą Drewno. Następnie doszliśmy do miejsca, w którym zawróciliśmy i przeszliśmy zakręt i następny, i następny (ok. 5 min drogi na piechotę), i zobaczyliśmy to oto:

Ostatniego Faila wyjazdu zaliczył Fixxer, pozostawiając swój plecak z laptopem, kluczami do domu oraz dokumentami samochodu, którym jechaliśmy, na chodniczku pod domkiem w Stryszawie i musiał następnego dnia wracać po nie pociągiem (ale, to be honest, biorąc pod uwagę rozwinięcie wyprawy powrotnej, Fixxer nie narzeka i chociaż jeden Fail przyniósł pozytywny efekt).

A w następna sobotę, jak gdyby nigdy nic Kot umówił się na… sesję RPG. Sesję SM u Savil, to be more precise. Nawet nie mogę powiedzieć, żeby się Kotu bardzo chciało, ale Sailorek tak dawno nie było… W ową sobotę również odbywał się jedyny koncert juwenaliowy, na który Kot miał szczerą ochotę pójść – Kult (i inni) na dziedzińcu UW. Jedyny haczyk polegał na tym, że studenci UW mieli darmowy wstęp jedynie do 17:30, a późniejsza cena biletu (choć śmiesznie niska) przerastała koci budżet. Plan wydawał się prosty: sesja do 16:30, no maksymalnie do 17, a potem biegiem na dziedziniec. A teraz uprzejmie proszę zagłosować: ile osób wierzy, że Kot dotarł na ten koncert. No już – łapki w górę… Jak to nikt nie wierzy? No proszę, społeczeństwo jednak szybko się uczy. Oczywiście, że Kot nie dotarł na koncert! Z własnej, nieprzymuszonej woli ok.16 Kot powiedział, że chrzanić, że tu jest sesja do skończenia. Potem z własnej nieprzymuszonej woli siedział Kot u Savil do ok.21, a także z własnej nieprzymuszonej woli przyjął zaproszenie na piwo do GP i z własnej nieprzymuszonej woli je pił. Idąc tym tokiem rozumowania, można by powiedzieć, że następnego dnia na duuuużym kacu też się Kot obudził z własnej nieprzymuszonej woli. Wola jednak była przymuszona – budzikiem oraz świadomością konieczności udania się do pracy, zwłaszcza, że została Kotu tylko jedna UŻ, którą lepiej trzymać na gorsze czasy (och, jakże prorocza to była myśl).

Z niechęcią ogromną (i tym strasznym kacyskiem) do pracy się Kot udał, z roztargnieniem zostawiając telefon własny poniewierający się gdzieś w tazowym pokoju.

A wieczorem Kot był umówiona z Fixxowatym, co było efektem pijackiej rozmowy z wieczora poprzedniego.

(I tak, jestem pewna, że gdyby nie zuo w czystej postaci, ta sesja nieszczęsna, wszystko wyglądałoby inaczej – Kot grzecznie by poczłapał na koncert, bawił się lepiej lub gorzej, a potem z czystym umysłem wróciłby do domku i poszedł spać (względnie uznałby, że tak dobrze siedzi mu się w domku i ogląda filmy w łóżeczku, to może najlepiej będzie, jeśli nie będzie się z tego łóżeczka ruszał wcale))

Pierwotny plan zakładał odzyskanie telefonu z Żoliborza i Rozmowę w drodze do i z. Ale czy bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie przewrócili pierwotnego planu do góry nogami? Wystarczyło, żeby Fixxer powiedział kilka zdań o Kuzynce, żeby Kot nieśmiało wyraził żal, że nie będzie miał zbyt szybko okazji do poznania owej, żeby Fixxer wykonał jeden krótki telefon i… jaki tam telefon, kto by w ogóle potrzebował telefonu do szczęścia, kiedy jest się w drodze na Chmielną? Spontaniczność stała się chyba ideą wieczoru (np.: po co jechać pociągiem o 20 w niedzielę, skoro jest pociąg w poniedziałek rano?). I tylko aktualny stan zdrowia Kota nieśmiało szepce Kotu w główce, że czasami (ale tylko czasami) spontaniczne paradowanie w 2/5 topless po Nowym Świecie zimną nocą może nie być najlepszym pomysłem.

W poniedziałek Kot umarł (i niestety do tej pory nie udało się Kotu zmartwychwstać). Umarłość jednak nie przeszkodziła mu pójść we wtorek na… sesję RPG. O tym że tak właściwie to absolutnie nie powinien teraz nigdzie jeździć, bo następnego dnia ma Wielkie Zaliczenie Pedagogiki udało mu się przypomnieć na mniej więcej godzinę przed sesją. I jeśli ktoś chce wierzyć, że po sesji udało się Kotu w domku grzecznie a pilnie pouczyć, to…. nie będę wyprowadzać z błędu (złudzenia to w końcu taka piękna rzecz).

Celem przypieczętowania swego wywodu, Kot doda jeszcze, że kolejne umówienie się na sesję RPG (w minioną niedzielę) zaowocowało zapaleniem dróg moczowych, wizytą u lekarza i 9cio dniowym L4, które znacznie pogorszy kocie widoki na zaliczenie semestru oraz godziwą wypłatę. W związku z czym Kot leży (more or less) w łóżeczku, w ciągu jednego przedpołudnia przeczytał całe to nieszczęście, jakim jest „Zmierzch”, obejrzał jeszcze większe nieszczęście, jakim jest film na jego podstawie, a teraz czeka aż ściągnie się Kotu odstanie 2% piątego sezonu Angel, sezonu, w którym to wreszcie pojawi się ponownie Spike (uprzejmie chciałam w tym miejscu przypomnieć, że każdy ma jakieś wypaczenia i w związku z tym nie należy śmiać się z wypaczeń innych ludzi (tudzież zwierzątek domowych (zwłaszcza jeśli te są akurat chore))).

O dalszych nieszczęściach, wynikających z sesji, poinformować się nie omieszkam.

 

 

PS. Solennie obiecuję, że jest to pierwsza i ostatnia tak niebotycznej długości notka* Więcej grzeszyć (w ten sposób) nie będę, a tych, którzy dotrwali do aż tutaj, serdecznie przepraszam

 

*no chyba, że mój comparison/contrast essay nadal nie będzie chciał się samoistnie zmaterializować – wtedy nie ręczę za siebie. Chociaż wtedy równie dobrze mogę się zadławić porannym antybiotykiem, utopić w szklance kawy, dać się zjeść mojemu wyimaginowanemu rakowi tudzież paść na podobnież wyimaginowane zapalenie mięśnia sercowego.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.05.2009. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , , , , ,