Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Malkavianie uczą nas jak nie wracać z Woodstocku.

Chciałoby się powiedzieć, że po takich perypetiach z dotarciem na miejsce, reszta pobytu i powrót były usłane różami. Byłoby szkoda, gdyby Y po spędzeniu jednej nocy na polu namiotowym rozchorował się do tego stopnia, że następnego dnia wieczorem pakował się w pociąg powrotny. Również byłoby szkoda, gdyby w pożyczonym namiocie pękła jedna z głównych rurek i „dach” się zapadał na nas. Czy był to efekt zbyt dużego napięcia, czy ktoś w odmiennym stanie świadomości zwalił się na nasz namiot – nie ustaliliśmy. Za to kradzież metalowych rurek podtrzymujących wejście do namiotu była ewidentnie dziełem ludzkim.
Other than that, sam pobyt przebiegał w zasadzie spokojnie.
Za to powrót!
Jako że w Lemonce zostało tylko jedno wolne miejsce (które pierwotnie załatwiliśmy Y, a które zwolniło się z racji jego przedwczesnego wyjazdu), wracaliśmy ze znajomymi z Blipa. Obładowani niczym wielbłądy(oprócz swoich klamotów mieliśmy jeszcze jeden z namiotów Y) zapakowaliśmy się z jeszcze jedną laską do Passata Combi.
O 11 udało nam się wyjechać z pola namiotowego. Następną godzinę+ spędziliśmy w koszmarnym korku trwającym aż do wyjazdu z Kostrzyna. Po tej godzinie+ zajechaliśmy na stację benzynową, gdzie właściciele zatankowali autko do pełna, przemyli szyby, sprawdzili ciśnienie w oponach, etc. Wszystko 100% no problems.
No problems skończyło się po wjeździe na autostradę, kiedy osiągnęliśmy zawrotną prędkość 140 km/h. Obroty silnika gwałtownie skoczyły, a potem spadły i tak kilkukrotnie. Samochód nie chciał się bardziej rozpędzić, mimo iż w podróży w drugą stronę, wyciągał bez problemu 170 km/h (zresztą, który współczesny samochód ma ograniczenie do 140?).
Zrobiliśmy awaryjny postów (tak, NA AUTOSTRADZIE). Właściciel zajrzał pod maskę, daliśmy autku chwilę odpocząć i spróbowaliśmy podjąć podróż. Nie przejechaliśmy więcej niż 40 km autostradą nim zrobiliśmy kolejny postój. Przy czym po ponownym zatrzymaniu, Passat odmówił ruszenia. Warczał trochę silnikiem, bo czemu nie, ale automatyczna skrzynia biegów nie wrzucała żadnego biegu.
– Ha! Myśleliście, że jak nie jedziecie ze mną, to was ominie podróż lawetą? Naiwne Koty! – Skomentował przez telefon Y.
Konsultacje telefoniczne, mające na celu ściągnięcie lawety trwały. Mini Assistance poinformował, że przyjazd lawety może potrwać 3-4 godziny, ale mogą podać numer do szybszej pomocy drogowej. Szybsza pomoc drogowa estymowała 2-3 godziny, ale dysponowała numerem do lokalnego warsztatu, który dysponował własną lawetą. Wreszcie, lokalny mechanik oznajmił, że przyjedzie w pół godziny.
Oględziny w międzyczasie wykryły, że wyciekł olej do skrzyni biegów. Mieliśmy więc niewielką nadzieję, że po uzupełnieniu płynu, będziemy w stanie kontynuować podróż. Dowiedzieliśmy się także, że w tygodniu poprzedzającym wyjazd, samochód był u poleconego mechanika i została w niego wrzucona czterocyfrowa kwota.
Mechanik lawetą przyjechał faktycznie w ciągu pół godziny. Warsztat, do którego nas zawiózł mieścił się w Torzymiu, ale po drodze zahaczyliśmy o dom znajomego, do którego kierowca nie mógł się dodzwonić po jakąś informację.
W warsztacie dowiedzieliśmy się między innymi, że:
– laweta będzie kosztowała dwa więcej niż zrozumieliśmy przez telefon (wycena lawetowania została dokonana po uprzednim wybadaniu skąd jesteśmy)
– samochód nie pojedzie dzisiaj ani jutro za żadne skarby świata
– skrzynię biegów można regenerować albo wymienić na nową (używaną). Warsztat od najbliższego dnia roboczego może zacząć kontakty w lokalsami w celu namierzania odpowiedniej skrzyni, a jeśli właściciel chce żeby kupować przez te, tfu, internety, to sam się musi tym zająć (i zapewne przyjechać z zakupioną w ten sposób skrzynią)
– mogą nam sprawdzić pociągi i dowieźć z bagażami na dworzec.
Sprawdzono nam jakieś tam połączenia i całkiem niedługo mieliśmy mieć TLK z Rzepina do Poznania. Sprężyliśmy się zatem, szybko przepakowaliśmy zostawiając prawie całe mienie z wyjątkiem czegoś ciepłego na plecy oraz przedmiotów wartościowych. Mechanik i jego znajomy zapakowali naszą piątkę na dwa samochody i po kilku minutach wysadzili na dworcu. Byłoby pięknie i nasza przygoda by się zakończyła, gdyby był to dworzec, zgodnie z tym co wcześniej zrozumieliśmy, w Rzepinie, a nie w Torzymiu. I gdyby nad tym dworcem nie zbierały się właśnie burzowe chmury.
Gdybyśmy wracali tydzień później, nie byłoby tak tragicznie – za kwadrans mielibyśmy regionalną kolejkę do Rzepina i zdążylibyśmy na TLKa. Niestety, trafiliśmy na dziurę czasowo-komunikacyjną – z niewiadomych przyczyn w tym tygodnia połowa połączeń była wstrzymana i na najbliższy pociąg do Rzepina czekaliśmy półtorej godziny. Gdybyśmy wracali tydzień później, wspaniałą burzę podziwialibyśmy z okien pociągu siedząc w cieple i suchości. Tymczasem mokliśmy jak głupi nie mając się gdzie schronić. Bo faktycznie znajdowaliśmy się NA DWORCU nie W BUDYNKU DWORCA. Nie to, żeby budynku nie było. Owszem, stał mały kwadratowy ceglaczek, który wszystkie drzwi i okna miał solidnie zamurowane i zabite deskami, żeby komuś nie przyszło do głowy szukać w nim schronienia. Perony, owszem – były dwa. Jeden nawet posiadał szerokie siedzisko zabudowane solidnym daszkiem. Oczywiście, nie był to nasz peron.
W burzy, modląc się, żeby nie dostać piorunem, opędzlowaliśmy zabrane z Wooda piwko (tak, byliśmy ludźmi, którzy z Woodstocku wracali z kupionym a niewypitym piwem), starając nie poddać się czarnej rozpaczy.
Wreszcie pociąg przyjechał i dojechaliśmy do Rzepina, zbliżywszy się tym samym jakieś 20 km do punktu, z którego zaczęliśmy podróż.
W okienku na dworcu dowiedzieliśmy się, że jeśli chcemy jechać oszczędnie, żeby złapać TLK do Warszawy w Poznaniu, jak pierwotnie zamierzaliśmy, musielibyśmy jechać 12 godzin, z kilkoma przesiadkami, w tym pierwszą w Kostrzynie(sic!). Alternatywą był drogi ekspres InterCity, który odjeżdżał za ok. 40 minut i po 3 godzinach niecałych miał dojechać do Warszawy. Z bólem portfela zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję.
Korzystając z wolnych 30 minut, pobiegliśmy na poszukiwanie sklepu spożywczego, w którym zaopatrzyliśmy się w produkty chmielowe kojące nerwy oraz niewielką ilość produktów mocniejszych o działaniu rozgrzewającym, które po przemoknięciu w klimatyzowanym EIC było nam bardzo potrzebne.
Przeleciawszy wszystkie wagony 2 klasy, zajęliśmy jedyne miejsce dostępne dla łącznie 5 osób: tył korytarza w ostatnim wagonie przeznaczony do przewozy rowerów. Urządziliśmy tam sobie scenerię piknikową i w efekcie było nam wygodniej niż w jakimkolwiek przedziale. Tylko chłodno było i zawijałam się w kołderkę, którą dzikim przypadkiem zabraliśmy ze sobą.
Pociąg podjechał i odjechał punktualnie. Przejechaliśmy kilkaset metrów za stację w tempie małego żółwika, po czym zatrzymaliśmy się w szczerym polu i staliśmy. Staliśmy tak chyba z pół godziny zanim rozległ się jakiś komunikat. Przejechaliśmy następne kilkadziesiąt metrów i znowu stanęliśmy. Miły głos z megafonu poinformował nas, że jest im bardzo przykro, że dostaniemy mały poczęstunek i to wszystko odbywa się „z przyczyn niezależnych od PKP”.
– No owszem, nie jest winą PKP, że wsiedliśmy do ich pociągu. – skomentował filozoficznie dRaiser.
En effet, podróż rozpoczęliśmy po 50 minutach. Na trasie opóźnienie zwiększyło się do 70+, ale nie przejmowaliśmy się za bardzo.
Do Centralnej dojechaliśmy o OO:43. Że nie byliśmy planowo ok. 23 to pikuś. Bardziej nas zabolał 10 minutowy postój na Zachodnim – gdyby nie on, zdążylibyśmy na nocne, a tak czekaliśmy pół godziny na następne.
#failwoodstock na tym się właściwie dla nas zakończył.
Tzn, musimy jeszcze odkupić części do namiotu, ale to pikuś.
Nieszczęsny Passat do Warszawy wrócił NA HOLU.
Y swojego samochodu AFAIK do tej pory nie odzyskał (a na pewno nie miał go jeszcze w zeszłym tygodniu, kiedy pragnęliśmy się nim przeprowadzać.
Ponadto w podróży powrotnej zaginął jeden z namiotów Y (o dziwo ten, który NIE wracał z nami).

Teraz przyjmuję zakłady: czego mamy się spodziewać za rok?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.09.2014. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, malkaviański kącik porad wszelakich, Wyjazdy Tagi: , , , , ,

Malkaviański Weekend

Jeszcze nie wszyscy wiedzą, że weekend w wydaniu kocim zaczyna się nie w piątek, lecz w czwartek około godziny 17. Również nie wszyscy wiedzą, że dla Kota weekend od tygodnia na ogół różni się jedynie tym, że nie musi chodzić na zajęcia i do pracy, tylko do pracy, w związku z czym ma więcej czasu na oglądanie filmów wieczorami. O normalnych weekendowych aktywnościach młodych studentów (czyt.: imprezowaniu) Kot rzadko kiedy myśli, albowiem na ogół jest zbyt zmęczony i mu się nic nie chce.  W związku z czym Kot najpierw zapoznaje się z imprezową ofertą danego weekendu, obiecuje sobie, że pójdzie tu i tam, a potem najpierw nie idzie tu, potem nie idzie tam. Potem oczywiście narzeka na brak życia socjalnego, ale to inna bajka. Doświadczenie pokazuje, że jeśli Kotu się uda gdzieś zabawić, to musiało zaistnieć podłoże spontaniczne.
Weźmy na przykład weekend ostatni. Plan wyglądał następująco:

  • Planszówki w Ampli standardowo w czwartek wieczorem
  • Piątek: wczesne wyjście z pracy, szybki powrót do domu, oglądanie filmów i wysypianie się
  • Sobota: pobudka koło 12 (po uprzednim wyspaniu się), praca od 14 do 20, potem koncert urodzinowy Strefy Mocnych Wiatrów wGnieździe Piratów oraz nocleg u Zapola
  • Niedziela: wywleczenie się od Zapola, powrót do domu, przygotowanie grammar activity na metodykę oraz uzupełnianie portfolio na Oral B.

A teraz zobaczymy, jak Wszechświat zareagował na kocie plany i jak zmienił Weekend Zorganizowany w Weekend Iście Malkaviański.

Czwartek

Amplitronowe planszówki odbyły się, o dziwo, bez przeszkód, aczkolwiek w okrojonym składzie. W trakcie oczekiwania na pozostałą część ekipy, Y nieopatrznie przyznał się, że jeszcze nigdy w życiu nie był w kocim ukochanym lokalu, mianowicie Tavernie 10B. Koty natychmiast na Y nafuczały i uznały, że nie ma innej rady, jak tylko zaciągnąć Y do 10B teraz, natychmiast, już, to znaczy dnia następnego.

Piątek

Kot z Y i Kniaziem umówił się o 20 przy metrze centrum. Oczywiście, nie byłby sobą, gdyby się nie spóźnił (bagatelka, godzinę), co mogło mieć pewien związek z tym, że gdzieś po drodze, tudzież w pracy, nierozsądnie spojrzał w lustro, ujrzał siebie i uznał, że jeśli nie doprowadzi się chociaż do minimalnie ludzkiego wyglądu, domu nie opuści, po czym wyruszył pośpiesznie na poszukiwanie odpowiedniej farby do włosów i wosku w plastrach.
W związku z kocim spóźnieniem, zdążyliśmy na końcówkę pierwszego seta Wyciągniętych. Po drodze Kot i Fixxer telefonicznie próbowali opracować strategiczny plan kociego noclegu u Fixxera. Sprawę znacząco utrudniał fakt, że z Dziesiątki do metra Wilanowskiej w okolicach północy dojazd jest, delikatnie mówiąc, średni, a nocne do Fixxowego zadupia odjeżdżają o porach iście idiotycznych. Na miejscu spotkaliśmy liczne grono znajomych kocich, w tym Najpiękniejszą, a w momencie, w którym Kot pochwycił ją w ramiona, stało się jasne, że raczej szybko lokalu nie opuści i o do-Fixxowych nocnych może zapomnieć. Słowo stało się czynem, o godzinie 1:30, o której odjeżdżał najpóźniejszy nocny, którym Kot mógł jechać, Kot radośnie tkwił w knajpie. W efekcie do domu wrócił koło 3. Tylko po to, żeby za trzy godziny wstać, co by przed ósmą do Fixxera jednak dotrzeć.

Sobota

Poranne tłuczenie się przez pół miasta i przysypianie w autobusach, sprawiły, że Kot powziął mocną decyzję nieumawiania się więcej o tak idiotycznych porach. Niemniej do Fixxowego dotarł spóźniony jedynie około pół godziny. Tylko po to, żeby około 11 w pośpiechu się ewakuować, co by zdążyć do Babilonu, gdzie Fixxer robił za Pana Akustyka. Co Kota podkusiło, żeby również do Babilonu dreptać, zamiast pojechać do pracy i zwinąć się w kłębek na zapleczu, Kot do dziś nie wie. Wie tylko, że później przez 6 godzin pracy snuł się nieprzytomny z kąta w kąt. Po pracy, zamiast pojechać grzecznie do Gniazda, podreptał z powrotem do Babilonu, co by zgarnąć stamtąd Fixxera na Strefę. Licho jakieś musiało Kota podkusić do takiego czynu, który zaowocował przybyciem do Gniazda niemiłosiernie późno i bez sensu, albowiem Strefa już dawno skończyła grać. Jak to powiedział Fixxer: „Zapłaciliśmy po 10 zł za wejście, tylko po to, żebym podszedł do baru i zamówił jedzenie za kolejne 8”. Kot z kolei frustrował się niezmiernie, bo będąc świeżo po chorobie i antybiotykach, nie czując się wciąż najlepiej, unikał alkoholu. Z związku z czym, był jedyną całkowicie trzeźwą osobą w towarzystwie i przypomniał sobie, jak to głupio jest oraz jak trudna i upierdliwa bywa komunikacja z osoba w odmiennym stanie świadomości.

Niedziela

W piątek, na szantach, Y stwierdził, że na niedzielę zapowiadają ładną pogodę, w związku z czym jedziemy do Ogrodu Botanicznego w Powsinie robić zdjęcia. Jako że Kot o wizycie w owym ogrodzie marzył do wieków, natychmiast uznał, że zadanie z metodyki nie ucieknie i można jechać.
W niedzielę rano, owszem, pogoda dopisywała, Kot nawet udał się na polowanie na śniadanie (bo, oczywiście, nikt wcześniej nie wziął pod uwagę, że z racji Zielonych Świątek sklepy mogą być zamknięte i być może warto zaopatrzyć się w jedzenie już w sobotę) w samej koszulce. Kiedy około południa Y dzwonił do Kota, co by potwierdzić focenie i umówić się na zgarnianie Kota i Fixxera od Zapola, pogodzie nadal nie można było nić zarzucić. Lunęło 5 minut po naciśnięciu przez Kota czerwonej słuchawki w telefonie. Niezrażeni pojechaliśmy do Konstancina, zahaczając po drodze o koci dom. Szczęśliwie, do czasu, kiedy koło 16 opuszczaliśmy Fixxowy dom, w celu udania się do ogrodu, słońce znowu świeciło. Po krótkiej (nikt nie mówił, że ogród botaniczny jest czynny tylko do 18) wizycie w ogrodzie, Y odwiózł nas na Vampiriadę w Tombie (tak! Albowiem w piątek od Kniazia Kot dowiedział się, że w niedzielę (idiotyczny termin) odbędzie się takowa impreza. A że Kot dawno na Vampiriadzie nie był i od jakiegoś czasu nosił się z zamiarem wielkiego come backu, uznał, że na chwilę może zajrzeć, najwyżej zadanie metodyczne zrobi po powrocie). Kniaziowa teoria, iż z racji terminu frekwencja będzie do du… sprawdziła się. I oczywiście, że zapłaciliśmy 10 zł za wejście, tylko po to, żeby dorwać okrągły stolik i grać przy nim w Jungle Speeda (taki żarcik, w rzeczywistości później impreza się rozkręciła). W efekcie, Kot wrócił do domu o 4:30 i poszedł spać, nie zrobiwszy metodyki. W między czasie przypomniał sobie:

  • dlaczego kiedyś tak lubił na Vampiriady chodzić
  • oraz dlaczego przestał

Oczywiście na zajęcia o 8:30, Kotu nie udało się ni diabła dotrzeć i teraz ma nadzieję, że Pani Od Metodyki będzie łaskawa i zgodzi się dać Kotu zaliczenie w piątek (Kota pociesza uzyskana od Ślicznego P. informacja (bazowana na doświadczeniu własnym), że prędzej budynek wydziału się zawali, niż Pani komuś nie zaliczy).

PS. Znaleziony przez Y symbol prześladującego nas FAILa:

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 02.06.2009. Komentarzy (0) Posted in Imprezy, życie kota Tagi: , , ,