Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Jestę grafikię*

Mój chłopiec ma kuzyna. Kuzyn ma kumpla, a kumpel ma matkę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to że mamuśka kuzyna poczuła żyłkę Biznesłomen. Synek usłyszawszy o zapotrzebowaniu matki na magików od stron www polecił swego kumpla – aspirującego do miana grafika komputerowego (kuzyna dRaisera), a ten wciągnął w biznesy swojego kuzyna programistę.
Biznes wpierw miał być wielki, ale mamuśkę przerosły koszty, więc zaczęła kombinować nad czymś mniejszym, żeby na ten Wielki Biznes zarobić.
Uzgadnianie szczegółów ciągnęło się dobre pół roku – co samo w sobie jest śmieszne, ale przyznać trzeba, że wina była nie tylko po stronie klientki, ale też kuzyna, który bezczelnie olał kilka spotkań. dRaiser nadrabiał za niego, więc szczęśliwie udało się ustalić zakres prac oraz owe wycenić.
Gorzej zrobiło się, gdy przyszedł moment, w którym spotkanie kuzyna z klientką stało się nieuniknione, bo wypadałoby jednak, żeby szczegóły szaty graficznej z klientem ustał grafik, a nie programista, który w zasadzie do momentu wdrażania może mieć w nosie jak strona będzie wyglądać. Kuzyn nie stawił się na jedno spotkanie, drugie spotkanie, a potem przestał odbierać telefony i wiadomości zarówno od klientki jak i od dRaisera. Pełna profeska, czyż nie?
dRaiser się zirytował, przestał się przejmować „biednym” kuzynkiem, któremu rzekomo „bardzo zależy na tym zleceniu” (tak powtarzał na początku współpracy) i zatrudnił godną zaufania graficzkę. Mnie znaczy się.
Pierwszy kontakt mailowy przebiegł pomyślnie. Klientka poproszona o podanie linków do przykładowych stron, które jej się podobają, wysłała ze trzy. Wszystkie strony były zrobione staromodnie, do tego brzydkie jak noc, ale ostatecznie ja tu nie jestem od oceniania gustu szanownej pani tylko od zaspokajania jej potrzeb. Przygotowałam jej próbkę mojej pracy – wstępny design i poszłam na spotkanie z założeniem, że będzie jakiś punkt wyjścia.
Klientka okazała się zaprawdę z piekła rodem. Wyrzucała z siebie kilkanaście zdań na minutę, jedno z drugim powiązane było jak słoń ze słońcem, a żadne nie zawierało odpowiedzi na pytanie, które zadałam chwilę temu, ale nic to – trzeba było zaciskać zęby i próbować do skutku. En effet zostałam zatrudniona do – jak to dumnie brzmi – wykonania pełnej identyfikacji wizualnej pani biznesu, zgodziłam się pracować za taką samą kwotę jaką wcześniej zaproponował kuzyn (zdając sobie sprawę, że cena była zaniżona solidnie, ale ostatecznie całe zlecenie miało być trochę „po znajomości”, a i tak bardziej mnie cieszyła możliwość dodanie poważnej roboty do portfolio). Co więcej – klientce mój wstępny design spodobał się bardzo, udało mi się z niej wydusić co chciałaby w nim zmienić/dodać/zawrzeć, więc wróciłam do domu i zabrałam się do pracy.
Schody zaczęły się bardzo szybko – po pierwsze szanowna pani za nic nie była w stanie pojąć, że grafik zajmuje się sprawami graficznymi, programista przerabia grafikę na gotową stronę i to w zasadzie tyle z naszych kompetencji. Idea, że kupowanie domen, serwerów i zarządzanie tymi to już powinna we własnym zakresie albo wynająć administratora przerastała jej pojmowanie rzeczy. Bo jak to? Zatrudniła ludzi do zrobienia strony internetowej, to przecież oni jej wszytko zrobią. Co więcej wszytko jej wytłumaczą co i jak. Nauczą korzystać z platformy na której to stoi. Zajmą się wypozycjonowaniem w guglach, a najlepiej również wypromowaniem. Ermm…. czy trochę się nie zapędzamy? Ależ!
Różnica pomiędzy kompetencjami moimi a dRaisera też ni diabła do niej nie docierała. W każdej sprawie kontaktowała się z dRaiserem (i to telefonicznie (!) w godzinach często porannych, gdy ten wyraźnie zaznaczył, że poza sprawami niezwykle pilnymi prosi o komunikację mailową) i nie ważne czy chodziło o to, że chciałaby dodanie kolorowego paseczka na stronie głównej, czy o zalogowanie się do panelu admina i przestawienie czegośtam.
No ale ogólnie prace szły do przodu. Wprowadzałam wszystkie zmiany w grafice, jakie sobie tylko zażyczyła (za dziesiątym razem nawet zrozumiała, że pewnych ikon popkultury nie możemy używać, bo istnieje coś takiego jak „prawa autorskie”). Po każdej najdrobniejszej zmianie projekt był do niej wysyłany, żeby zatwierdziła zanim przejdziemy dalej.
Efekt końcowy no… moim zdaniem nie był piękny, ale jak już podkreślałam moje zdanie tu się nie liczy. Ona – cała w skowronkach – wyraziła końcową aprobatę, dając dRaiseru zielone światło na wdrażanie. Moja robota już prawie skończona – jeszcze jakieś uloteczki miałam jej walnąć. I tu kolejne schody. Poprosiłam panią albo o kontakt do drukarni z której usług zamierza korzystać, albo o skontaktowanie się z nimi i wytyczne odnośnie formatu w jakim sobie życzą ową ulotkę. Pani, owszem, skontaktowała się, po czym w rozmowie mailowej z dRaiserem stwierdziła: „No tak. Oni mi cośtam powiedzieli, ale nic nie zrozumiałam, to nie zapamiętałam. Pomyślałam, że ty będziesz wiedział”. Serio. Bardzo kuźwa serio.
W międzyczasie umówiliśmy się na podpisywanie umowy. Spotkanie można w skrócie opisać tak: przyszliśmy, popatrzyliśmy się na siebie. Ona: No to podpisujemy? My: No tak. Dalej na siebie patrzymy. Ona: A to ja miałam coś przygotować?
Mogłabym się rozwlekać jeszcze długo a to na temat braku zrozumienia, absurdalnych wyobrażeń o kompetencjach twórców stron internetowych lub braku umiejętności napisania maila poprawnie po polsku (najchętniej obrazując cytatami, no ale są granice…).
Point is: zlecenie zostało ukończone. dRaiser wdrożył stronę. Zostały jeszcze jakieś małe popraweczki w stylu button do fanpage’a. Cieszyliśmy się niezmiernie, że mamy to już za sobą, bo oboje koszmarnej kobiety mieliśmy już dość. I wtedy wybuchło.
Kolejnego pięknego dnia kolejny mail, którego treść sprowadzała się do: przyjrzałyśmy się stronie z moją wspólniczką i w zasadzie to ona nam się nie podoba, chciałybyśmy ją przebudować tak żeby była wielokolumnowa, do tego może udałoby się znaleźć jakąś gotową templatkę? W ogóle powinniśmy (ja i dRaiser, nie że my z nimi) przysiąść, spojrzeć na tę stronę i się zastanowić „Co zmieniłbym/abym gdyby to była moja strona? Co jeszcze mogę poprawić?”. I oczywiście wszytko w ramach tego samego zlecenia i ustalonej już kwoty.
Wolne żarty!
Podziwiam dRaisera za stoicki spokój z jakim odpisał paniom, że bardzo mu przykro, że zrobiliśmy wszystko w ramach dotychczasowej umowy i to pod ścisłym nadzorem i stuprocentową akceptacją zleceniodawczyni. Jeśli jednak panie są gotowe zebrać raz a skutecznie wszystkie poprawki, które chciałyby wprowadzić, to możliwym jest wycenienie ich i dalsza współpraca na zasadzie aneksu.
Szanowna pani zamilkła.
Ponieważ wścibscy jesteśmy niemożebnie udało nam się wyśledzić najpierw jej jedną nieudolną próbę działania na gotowym szablonie spod marki wix.com, następnie drugą skuteczniejszą na bloggerze. Ponadto we wpisie na blogu skarżyła się płaczliwie, że miała marzenie, wynajęła do zrealizowania go „internetowych grafików” a ci ją niecnie wykorzystali, no ale. Wariatów/idiotów na świecie nie brakuje, a dopóki nasze nazwiska nie są szkalowane nie ma się czym przejmować. Tylko zapamiętać, żeby więcej nie brać takich zleceń po znajomości.

* a przynajmniej się staram

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 25.11.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Jestę grafikię* została wyłączona) Posted in całe życie z wariatami, Internety, praca Tagi: ,

Dlaczego ludzkość jest skazana na zagładę i co Kot ma z tym wspólnego? – Historia z morałem.

Kot już się przyzwyczaił, że do klienteli kociej firmy zalicza się cała banda kretynów, dziwaków i wariatów. Większość charakteryzuje się zadawaniem durnych pytań, których treść wybitnie świadczy o tym, że przeciętny Polak ma niższy iloraz inteligencji niż Kot obwód biustu, jednak czasami zdarzają sytuacje wyjątkowe.
Posłuchajcie…
Piątkowe późne popołudnie. Kot spędzał siódmą godzinę w pracy na strasznym kacu, który ciągnął się za Kotem od dnia poprzedniego* i myślał jedynie o tym, żeby jak najszybciej opuścić ów przybytek udręki. Niestety, do końca męczarni wciąż pozostawało jakieś 2,5 godziny, po salonie grasowały niezadowolone Siły Wyższe, a Kot pomimo swego ciężkiego stanu został oddelegowany do obsługi klienta w punkcie info. Siedział sobie więc Kot w owym punkcie i przez większość czasu wpatrywał niezbyt inteligentnym wzrokiem w monitor do czasu, gdy podbiegł do Kota człowiek płci męskiej, wieku młodego, atrakcyjności przeciętnej, ubrany, między innymi, w szalik w czarno-szare pasy. Człowiek spojrzał na Kota przejętym wzrokiem, po czym oznajmił Kotu iż jest… Wysłannikiem z Przyszłości, który cofnął się w czasie, co by Kota odnaleźć i przekazać mu Bardzo Ważną Wiadomość.
– Za chwilę podejdzie tu moja młodsza kopia. Proszę koniecznie z nim porozmawiać. Od tego zależą losy świata – oznajmił człowiek, po czym odbiegł.
Kot metaforycznie podrapał się po głowie ze zdziwienia, po czym wrócił do przerwanych czynności. Nie zdążył nawet przemyśleć, o co właściwie człowiekowi chodziło, kiedy przybiegł następny człowiek, ni w ząb nie podobny do poprzedniego, aczkolwiek miał na sobie ten sam szalik.
– Proszę pani, ja to pani muszę dokładnie wytłumaczyć – odezwał się. – Jak jest linia czasu – he actually drew a line through the Cat’s monitor – to pani jest teraz tutaj, ja pochodzę stąd, a w tym miejscu coś się strasznie spieprzyło. Za chwilę przyjdzie tu moja młodsza kopia. To bardzo ważne, żeby była pani dla niego bardzo miła – po czym koleś, wzrorem swojego poprzednika, odbiegł.
No dobra, Kot smelled the Sense of Adventure i poczuł się zaintrygowany. Miał nadzieję, że za chwilę się wyjaśni, ale… niezupełnie.
Następny człowiek podbiegł do Kota, kiedy Kot akurat obługiwał klientkę. Chociaż zupełnie inny od pozostałych dwóch, dało się go poznać po szaliku. Kot uprzejmie powiedział, że za sekundkę się człowiekiem zajmie, tylko dokończy tłumaczyć jedną rzecz pani. Wtedy zaczęło się robić mniej radośnie. Człowiek zaczął się upierać, że jego sprawa jest super ważna i powinna być rozpatrywana przed wszystkimi innymi. Publicznie ogłosił, że pochodzi z przyszłości, musi przekazać Kotu Bardzo Ważną Wiadomość i Kot go natychmiast ma wysłuchać. Szczęśliwie trafiły się klientki albo z ogromnym poczuciem humoru, albo z ogromną dozą wyrozumiałości, gdyż same zaczęły nalegać, żeby Kot najpierw zajął się chłopakiem. Tłumiąc dużo niecenzuralnych słów, Kot tak właśnie uczynił. Niestety, chłopak nie wniósł nic nowego do sprawy. Powtórzył mniej więcej słowa swoich poprzedników, nalegał, żeby Kot był dla wszystkich uber miły i odbiegł. Kot zajął się panią, po czym policzył do 10. Przygoda Przygodą, ale Kot poczuł się lekko zirytowany takim przeszkadzaniem w pracy. Zresztą, tłumaczył sobie Kot, pewnie to wszystko nie ma nic wspólnego z Przygodą, tylko… no właśnie – z czym? Na flashmoba za mało rozmachu, a Candid Camera chyba nie funkcjonuje w naszym pięknym kraju. Niemniej, rozwiązanie zagadki okazało się jeszcze bardziej banalne i rozczarowywujące.
– Przepraszam, ile ten film kosztuje? – Zapytał Człowiek Z Szalikiem Nr 1, materializując się po kociej lewej stronie.**
– Tyle a tyle – odczytał Kot z metki znajdującej się z tyłu produktu. Zdążył nawet ze zniechęceniem pomyśleć, co to za idiotyczne pytanie na rozpoczęcie rozmowy, biorąc pod uwagę iż wszystki produkty mają ponaklejane metki z tyłu. Koci Sens of Adventure zamilkł zasmucony, a Kot chociaż się uśmiechał promiennie, myślał tylko o tym, żeby ten śmieszny człowiek powiedział w końcu o co mu, do diabła, chodzi.
– Proszę pani, ja prowadzę badania nad podróżami w czasie – oznajmił człowiek. – Za kilka lat wybuchnie straszna epidemia. Ktoś wypuści koszmarnego wirusa, który wybije prawie że całą ludzkość. Zostanę tylko ja i garstka strasznie brzydkich kobiet. Na szczęście, przeprowadziłem badania, te badania wykazały, że tylko pani w całym wszechświecie, ma DNA, które pasuje do mojego i my dwoje będziemy w stanie odtworzyć ludzkość. Dlatego błagam: niech pani wróci ze mną do przyszłości i uratuje ludzkość.
– Przykro mi. Ja się nie rozmnażam. – Odpowiedział Kot uprzejmie i ze stoickim spokojem.
– Pani się nie rozmnaża? – Chłopiec popatrzył na Kota z niedowierzaniem. – Chce pani powiedzieć, że skarze pani całą ludzkość na zagładę?!
– A-ha. – Tym razem radość w głosie Kota była autentyczna.
Chłopiec jeszcze raz popatrzył na Kota zszokowanym wzrokiem, po czym odszedł zawiedziony i zasmucony.
Więcej podróżników w czasie nie odwiedziło Kota ani tamtego popołudnia ani kolejnego, ani żadnego z następnych.
Anyway, drodzy czytelnicy, jeśli za kilka lat ludzkość przestanie istnieć w wyniku strasznej epidemii, po której nigdy nie odrodzi, you know who to blame.
Everyone knows how much the Cat loves the humanity, więc nikogo nie powinno dziwić, że Kot z dumą opowiada historię o tym, jak skazał ludzką rasą na zagładę. Wspaniały finał nie zmienia jednak faktu, że takie a nie inne rozwiązanie zagadki Wysłannika z Przyłości strasznie Kota rozczarowało. Koci Sense of Adventure poczuł się zgwałcony analnie i to bez wazeliny*** All this effort, this absurd, ridiculous yet very lovely story was created only in one purpose – to get laid… So sad. Even sadder considering the huge failure****

* Kochani,witamy ponownie w malkaviańskim kąciku, uczącym nas jak nie żyć. Jeśli jednego dnia macie w planach przeprowadzanie wielkiego, ciężkiego biurka do nowego mieszkania przy pomocy zaledwie jednej pary rąk z samego rana, niewskazane jest siedzenie poprzedzającej nocy do 4 nad ranem, granie w BSG i wypicie 12 Desperadosów w ciągu dnia. Niewskazane, ponieważ może się skończyć obudzeniem się o 9 rano, po niecałych 4 przespanych godzinach, na najgorszym kacu tego roku, bo właśnie zadzwonił domofon, a wy zamiast być przytomnymi, obudzonymi, ubranymi i gotowymi do przeprowadzania, jesteście zaspani, nieprzytomni, macie na sobie jedynie powyciąganą koszulkę, a jedyne o czym marzycie to powrót do łóżka a nie dźwiganie ciężkiego mebla.*****

** Oczywiście, nie zmaterializował się dosłownie, tylko zaszedł niepostrzeżenie zamyślonego Kota, co, biorąc pod uwagę koci stan, nie było ani trochę trudne.

*** Kot definitywnie spędza za dużo czasu z co poniektórymi osobami.

**** No dobra, gdyby ten cały Wysłannik Z Przyszłości był nieco starszy i nieco bardziej wyględny, Kot mógłby się zdecydować na podjęcie (NIEUDANYCH!) prób odrodzenia ludzkiej rasy.******

***** Oczywiście możecie mieć szczęście******* i człowiek, który poświęca swój cenny czas na dźwiganie waszych mebli zamiast was opieprzyć od góry do dołu za lekkomyślne podejście do sprawy, może wam przynieść do łóżka wielgachną kawę i pogłaskać po niemądrej główce, ale nie liczcie na to za bardzo.

****** Przy okazji możemy dopisać wstęp do malkaviańskiego poradnika, jak nie należy podrywać.
Well, po pierwsze, podryw na propozycję rozmnażania to nie najlepszy pomysł. Zawsze istnieje ryzyko, że dana jednostka żeńska, którą sobie upatrzyłeś, należy do tej mniejszości, która nie ślini się na widok różowych miniaturowych ubranek, słoników oraz grzechotek, wręcz przeciwnie idea wypuszczania czegoś małego i rozwrzeszczanego z własnej pochwy wydaje się jej mocno obrzydliwa ergo sama sugestia rozmnażania natychmiast ją odstraszy, niezależnie od atrakcyjności modelu proponującego owo rozmnażanie.
I tu przechodzimy do kociego wniosku, że wbrew popularnej teorii wysuniętej przez zaprzyjaźnionych samców, głoszącej, że nieważne, jak wyglądasz, ważne jaki masz bajer, aparycja i chemia pierwszego wrażenia SIĘ LICZĄ! Kot musi jeszcze swoją teorię przedłożyć w szerszym gronie, niemniej jest święcie przekonany, że o wiele większe szanse na numerek ma samiec w typie danej niewiasty, który po prostu podejdzie i spyta: „Wanna fuck?”, niż mniej atrakcyjny egzemplarz z wymyślnym bajerem. At least it’s how the Cat works. And what would make the world a simpler place to live.

******* Like the Cat.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.03.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Dlaczego ludzkość jest skazana na zagładę i co Kot ma z tym wspólnego? – Historia z morałem. została wyłączona) Posted in praca, życie kota Tagi: , , ,

Family Portait

Wczorajszego dnia Kot pełnił spokojnie swój dyżur kasowy w pracy, gdy do lady podeszła pani w średnim wieku z córeczką w wieku podstawówkowym. Co kupowały, Kot nie pamięta. Natomiast na długo zapamięta wymianę zdań pomiędzy nimi. Córeczka opowiadała mamusi o swoim pomyśle na nowelkę czy opowiadanie, a mamusia jej doradzała, komentowała jej pomysły, podrzucała nowe. Krótko mówiąc, było stuprocentowo supportive.
Kiedy odeszły od kasy, Kot musiał się na chwilę schować na zapleczu, co by ochłonąć. Pomyślał bowiem o swojej własnej rodzicielce, która nigdy w życiu nie wykazała chociażby połowy suportywizmu owej pani, która wszystkie kocie artystyczne zapędy tłumiła w zarodku i wyśmiewała. Kotu zrobiło się strasznie źle i smutno, gdy sobie wyobraził, że sytuacja mogła by wyglądać inaczej, jak u tej dziewczynki, która marzy aby trafić do Księgi Rekordów Guinessa jako najmłodsza publikowana pisarka.
Tymczasem jest jak jest. Kot za sukces uważa sytuację, w której zamieni z własną rodzicielką więcej niż 5 nieociekających złośliwością i sarkazmem zdań w ciągu dnia.
Mimo wszystko dobrze widzieć na własne oczy, że jeszcze istnieją przyzwoici rodzice…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 05.01.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Family Portait została wyłączona) Posted in praca, rodzina Tagi: , ,

Święta. The beginning.

Merry Christmas everyone!!!!!

Nie, Kot nie dostał w główkę żadnym ciężkim pudłem z dostawą i nie pomyliły się Kotu miesiące. Kot zdaje sobie sprawę z tego, że mamy właśnie obrzydliwie szary i deszczowy listopad, a do Świąt jeszcze półtora miesiąca. Natomiast szanowni czytelnicy muszą zdać sobie sprawę z tego, że Kot pracuje w handlu, co więcej nie sprzedaje mebli, okularów ani innych produktów neutralnych, tylko książki, płyty, filmy i gry, czyli potencjalnie najbardziej popularne towary prezentowe. Wobec czego dla Kota Gwiazdka nie zaczyna się na tydzień przed Wigilią, kiedy to Kot w ostatniej chwili przypomina sobie, że wypadałoby coś kupić Drogim Najbliższym, a już w pierwszym tygodniu listopada, kiedy to naród odfajkowawszy żałobne wizyty na grobach, dostaje świątecznej gorączki.

Myślicie, że żartuję? Chciałoby się. Kota już w październiku jeden starszy jegomość pytał, czy tą książeczkę, co to on teraz kupuje, to możemy zapakować w jakiś ładny papier, bo on to dla wnuczka na prezent gwiazdkowy kupuje. A od mniej więcej tygodnia z paniką w oczach obserwujemy, jak liczba klientów wzrasta nieustannie, podobnie jak i kwoty na pojedynczych paragonach. I połowa pyta o świąteczne opakowania. Czy ktoś się jeszcze Kotu dziwi, że Kot uważa, że żyje w społeczeństwie idiotów?

Powiedzmy to raz a głośno i wyraźnie: CLIENTS ARE STUPID.

Przyjrzyjmy się w tym miejscu zachowaniom modelowego klienta:

1. Jest absolutnie niezdolny do znalezienia czegokolwiek pomimo zawieszonych/postawionych/etc wszędzie tabliczek informujących o tym, co się znajduje na danym regale/ciągu regałów oraz tablic z informacją, na którym piętrze znajdzie dany asortyment.

Zaegzemplifikujmy dobitniej. Kot pracuje na dziale filmowo-muzycznym. Podział działów jest prosty. Na muzyce znajdują się regały wg kilku podstawowych gatunków muzycznych z wyróżnieniem muzyki polskiej. Na filmie dzielimy wszystko podług gatunków filmowych również z wyróżnieniem kina polskiego. Są też regały dodatkowe, miejsca promocyjne, ale możemy je spokojnie pominąć. Jak już wspominałam nad każdym jednym regałem znajduje się tabliczka informująca, co ów regał zawiera, a na regale towar układany jest alfabetycznie: na muzyce wg wykonawców, na filmie wg tytułów. Wydaje się proste prawda? Nie dla większości klientów, którzy co rusz podchodzą i zasypują nas pytaniami w stylu:

– A Rynkowskiego to gdzie ja znajdę? Bo tu pod R nie ma! – Klient wskazuje na regały z zagranicą.

– A gdzie są filmy polskie? – Pyta klient wgapiając się w regał z bajkami, mając kino polskie za swoimi plecami.

– A dlaczego tu nie ma Koszmaru z ulicy Wiązów? – Pyta inny klient, stojąc przed regałem z komedią.

– A gdzie jest literka S? – Klient stoi przed częścią regału od A do D*.

– A nie mają państwo „Zmierzchu”??? – Pyta Klientka, która 30 sekund temu potknęła się i wpadła na stand ze wspomnianym tytułem.

Ponadto klient, nawet jak dostanie informację, iż, np.: „Nowa płyta Feela znajduje się na muzyce polskiej, to ten rząd regałów pod ścianą, pod literką F, to będzie na drugim regale, trzecia półka od góry”, odmówi przyniesienia owej płyty przez pracownika, następnie uda się na jazz, po drugiej stronie sali, stanie przed losowo wybraną półką, popatrzy przez 3 sekundy, po czym wraca z krzykiem, ale przecież tam nie ma! Albo kiedy sugerujemy mu, żeby Lady Gagi poszukał na zagranicy pod „L” ten udaje się pod „W”. Gdzie tu sens, gdzie tu logika?

Rozumiem, że czasem może być trudno znaleźć pojedynczy tytuł, zwłaszcza jeśli jest stary bądź niszowy i tak, od tego jesteśmy my pracownicy, żeby sprawdzić, żeby znaleźć, ale czy naprawdę łatwiej jest wbiec z obłędem w oczach, stanąć po środku sklepu i zacząć się drzeć, że tu niczego nie można znaleźć, niż zatrzymać się spokojnie, rozejrzeć przez minutę, poświęcić ten czas na przeczytanie napisów na regałach i zobaczyć, że ten upragniony dział z horrorem znajduje się o tam, pod ścianą?

Co więcej klient domaga się tworzenia zupełnie innych metod segregacji np.: filmów wg reżyserów. Albo oddzielnego regału z filmami tylko o kosmitach.

* You think it’s funny? Kiedy klient zapytał się Kota, gdzie na zagranicy znajduje się literka V. Kot, który miau akurat nie najlepszy dzień, odpowiedział zdawkowo, że między U, a W. Klient popatrzył na Kota z ogromną wdzięcznością, jakby mu Kot objawił jakąś wiedzę tajemną, po czym udał się do regału i znalazł samodzielnie potrzebną mu płytę.

2. Potrzebuje informacji, ale nie przyjdzie mu do głowy zaczepić pracownika siedzącego sobie spokojnie w którymś z oznakowanych oczojebnie-żółto punktów informacyjnych, gdzie ludzie nie robią nic innego tylko czekają bezczynnie aż przyjdzie jakiś spragniony pomocy klient, tylko zaczepi pierwszego lepszego pracownika, który zazwyczaj:

– Niesie właśnie naręcze towaru do rozłożenia. Towaru jest tak dużo, że niemalże wysypuje się z rąk nieszczęśnika, mimo to klient właśnie od takiej osoby oczekuje, że podejdzie z nim do półki i czwartym odnóżem poda mu pożądany towar do rąk własnych.

– Niesie uber ciężkie skrzynki z aktualnej dostawy. Skrzynek tych jest tyle, że pracownika ledwo zza nich widać.

– Biegnie właśnie do toalety.

– Szuka właśnie towaru dla klienta telefonicznego i zostawił przy punkcie info kilometrową kolejkę, która ma pierwszeństwo, ale klient z doskoku nie da sobie tego wytłumaczyć.

– Stoi bez asekuracji na bardzo chwiejnej starej drabinie i zmienia materiały reklamowe.

– Właśnie planuje wyjść na przerwę.

– Właśnie skończył pracę i chce się iść przebrać**

** Kotu się kiedyś zdarzyło, że przebrany, w płaszczyku i czapeczce stał na zapleczu i czekał na ochronistę celem okazania się. Ów moment wykorzystać pewien szczególnie nadgorliwy klient. Przyuważył Kota i zaczął się zbliżać w kocim kierunku, głośno domagając się pomocy, nie bacząc na to, że wchodzi na sklepowe zaplecze.

3. Zadaje dużo pytań. Co jedno to głupsze.

– A czy tą windą to ja wjadę do góry?

– A czy jak zakupię tutaj teraz tą płytę, to będę mógł jeszcze pochodzić po sklepie?

– A gdzie jest lewa część sali?

– O! To tu są filmy?

– To kosztuje tyle, ile jest tu napisane?

– A czy tymi drzwiami wyjdę na zewnątrz? – Wskazując windę na pierwszym piętrze.

4. Rozpaczliwie pragnie wydać pieniądze, ale sam nie do końca wie na co.

– Proszę paniom***. No bo byłem tu miesiąc temu. Wtedy na tej półce stała tu taka płyta z zieloną okładką? Ja ją teraz chcę.

– Proszę paniom, bo ja słyszałem w radiu taką piosenkę, nie znam wykonawcy ani tytułu, ale tak to leciało – po czym klient fałszuje pół taktu, który nie wiadomo czy ma być fragmentem sonaty Beethovena czy najnowszym singlem Rammsteinu.

– A proszę pani, bo ja szukam takiej piosenki Edith Piaf, gdzie ona tak jęczy, jakby udawała orgazm.

*** Nieumiejętność posługiwania się poprawną polszczyzną załączona w standardzie.

5. Kiedy wreszcie skończy wybierać zakupy, podchodzi do kasy. Ale nie… nigdy w tym momencie, kiedy nikogo nie ma, a kasjer nudzi się jak mops, tylko wtedy, gdy utworzy się kilometrowa kolejka.****

A. Przy kasie zachowuje się ostatni osioł, nigdy nie ma naszykowanych pieniędzy, tylko w ostatniej chwili zaczyna gorączkowo przeszukiwać bagaż w poszukiwaniu portfela.

B. Płaci banknotem stuzłotowym, a zapytany o jakiekolwiek drobne, zaprzecza, chociaż w portfelu brzęczy mu multum monet.

C. W ostatniej chwili zastanawia się, czy może nie dokupić torebeczki albo czekoladki, czym blokuje kasę na następne kilka minut, ignorując rozwścieczoną kolejkę za nim.

D. Obdarza kasjera niepotrzebnymi szczegółami swojego życia zapytany o to jakąś prostą rzecz np.: czy zapakować do torebki.*****

E. Po dokonaniu zakupu przez 10 minut pakuje się na ladzie i przekłada wszystko w torbie/plecaku, uniemożliwiając innym podejście.

6. Wpada do sklepu na trzy minuty przed opuszczeniem krat, zaczyna się miotać, domagać natychmiastowej pomocy i wybrzydza przez piętnaście minut po zamknięciu krat.

So repeat once more: CLIENTS ARE STUPID.

**** Idealnym sposobem na ściągnięcie kilkunastu klientów do kasy na raz jest pomyślenie o pójściu na kawę do socjalnego/do toalety/wzięcie do ust kawała czekolady/etc.

***** Kolejny przykład z autopsji. Kot obsługiwał dwa babsztyle ****** i po uiszczeniu przez nie zapłaty (jedna płaciła za wszystko, ale z rozmowy wynikało, że część rzeczy jest dla jednej, część dla drugiej), Kot zapytał się czy zapakować wszystko razem. Jedna z bab odpowiedziała:

– Oczywiście, że razem. Mieszkamy ze sobą. – Kot nic więcej nie potrzebował, więc zaczął spokojnie pakować. Babon najwyraźniej oburzył się brakiem zainteresowania/zrozumienia z kociej strony, bo dodał – A także ze sobą śpimy.

Kot nadal pozostał niewzruszony, a po twarzy babona widać było rozczarowanie. Kot do dziś nie wie, czy baby sobie tylko stroiły bezsensowne żarty, czy naprawdę były lesbijkami, ale nie to jest meritum sprawy. Kot raczej wolałby zrozumieć, na jaką cholerę ludzie przychodzą do kasy w sklepie i epatują swoim życiem seksualnym? Jak wszyscy wiedzą, Kot jest biseksualny, w związku z czym sugerowana orientacja seksualna owej pary Kota nie zbulwersowała, nie zszokowała, nie zgorszyła. I Kot zaręcza, że byłby tak samo rozeźlony i pełen niezrozumienia, gdyby to para heteryków zaczęła informować Kota przy kasie o ich heteryckim związku seksualnym.

ARGH.

****** Bardzo mi przykro, ale tlenionych na blond, opasłych blondyn, z kilkucentymetrową tapetą, zmarszczkami jak po solidnym ruchu górotwórczym, z wybrakowanym uzębieniem wyglądających krótko mówiąc jak owe samice, co to je Kot miał wątpliwą przyjemność oglądać na Poznańskiej inaczej określić się nie da.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.11.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Święta. The beginning. została wyłączona) Posted in Frustracje, praca Tagi: , ,

Przemyślenia klienckie

Przedwczoraj młodociany klient podzielił się z Kotem i swoją matką refleksją: 
„Myślenie zabija”.
 

Kot jest w stanie przychylić się do tej opinii.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.07.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Przemyślenia klienckie została wyłączona) Posted in praca Tagi: , ,