Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Od jutra nie piję i nie imprezuję. Serio, serio.

Zaczęło się od wypłaty. To znaczy ona przyszła dzień przed przewidywanym terminem i trafiła na koci mocno średni humor, a także na kocią matkę. Kot Poszedł do sklepu z myślą, żeby lekko uzupełnić zapas alkoholu w domu (nie mieliśmy nawet pół butelki wygazowanego piwa), a przede wszystkim kupić jedzenie. Tylko że w trakcie zakupów telefonicznie objawiła się kocia Rodzicielka i nagle w kocim koszyku zamiast jednej butelki czegoś dobrego i dużej ilości nabiału, znalazły się 4 butelki i pięciopak budyniu. Nikt nie ma tak destruktywnego wpływu na Kota jak Rodzicielka. Tego samego wieczora Kot opróżnił 2 z 4 butelek, a w trakcie trzepnął się do sklepu po jeszcze jedną (rozsądnie uznając, że po wypiciu 2 butelek wina, nie powinien przerzucać się na vermoutha). Tej samej nocy Igor wpadł do mieszkania ze znakiem drogowym.
Następnego dnia wypadało piwo pracownicze z okazji pensji, po którym przenieśliśmy się do Łobuza, gdzie ja miałam się grzecznie zwinąć w kłębek, a chłopcy grać, ale spontanicznie wszyscy razem piliśmy. Kot odniósł poważne wrażenie, że do pracy na 12 dotarł jeszcze nie-trzeźwy. Po pracy miau Kot jechać grzecznie do domu, ale napadł go Phoenix informacją o Szewcowym ognisku, więc plan uległ drobnej modyfikacji. Z ogniska wrócił w środku nocy, po przemierzeniu na piechotę kawałka Młocin, a że był dość podkur….ny z powodów, na które spuścimy zasłonę miłosierdzia, to likier czekoladowy kupiony z ciekawości came in handy.
W sobotę już Kot był dzielny i po raz kolejny przesunął swój debiut na blipiwie, zamiast tego sprzątał mieszkanie, które przez te kilka dni zamieniło się w jakąś strasznę melinę i wszystko, I mean WSZYSTKO, leżało na wierzchu ku uciesze Kotleta. A że sprzątanie Kot zaczął od sprzątnięcia resztki zawartości ze stojącej na podłodze butelki wina, to inna kwestia.
W niedzielę był koncert kociego ukochanego duetu Tak Po Prostu. Kot miau zahaczyć tylko na 1 seta, a potem się uczyć, ale zostal do końca zauroczony po raz kolejny Głosem Chłopca, bo, wstyd przyznać, wspomnienie o jego cudowności zdążyło się lekko zatrzeć.
W poniedziałek i wtorek chyba nawet Kot nie szalał za bardzo, ale za to w środę pognał do Przechyłów, a potem do Łobuza, w związku z czym czwartkowa wizyta u dentystki nie doszła do skutku. W czwartkowy wieczór z kolei celebrowaliśmy urodziny kolegi Grzegorza. Impreza zaczęła się o 20 i było… zdecydowanie interesująco. Tym razem nawet udało się Kotu wziąć aparat i ma kompromitujące materiały dowodowe 😉 Do domu Kot wrócił koło drugiej i to tylko dlatego, że wpadliśmy z Łobuzem na pomysł, że dalsze oglądanie animki w środku nocy i po X litrach piwa to doskonały plan, więc zapakowaliśmy się w taksówkę. I może nawet udałoby się nam obejrzeć więcej niż 1 odcinek, gdybyśmy się wysiedli z tej taksówki pod nocnym, gdzie mieliśmy zamiar tylko kupić papierosy, a spontanicznie wylądowaliśmy z piwem dla niego i winem dla Kota (taaaak, picie wina, po tym jak się wypiło kilka litrów piwa, to znakomity pomysł – brawo Kocie!).
Całe szczęście, obudziwszy się rano, zastał Kot smsa od Pana Kierownika pod tytułem „Bądź w pracy godzinę później”, a w efekcie Kot przyszedł zamiast na 12 na 14. Uśmiał się przy tym serdecznie, bo kolega Oskar uczynił dokładnie tak samo.
Kota boli głowa (i wcale nie od kaca), lewa nereczka, lewa noga, oba płuca, a także ma spuchnięty prawy węzełek chłonny poduszny. Do tego deadline oddanie outline’u pracy semestralnej zbliża się nieuchronnie, a Kot nawet tematu nie ma w pełni sformułowanego.
Jutro jest impreza pożegnalna Grzesia, Łobuzowego współlokatora, który postanowił robić świetlaną karierę poza naszą drogą Firmą, w niedzielę tradycyjnie koncert TPP. Przynajmniej dziś próbuje Kot jechać po pracy prosto do domu, bo to imprezowanie w końcu Kota wykończy.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 08.04.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Od jutra nie piję i nie imprezuję. Serio, serio. została wyłączona) Posted in Imprezy Tagi: , , , ,

„Chryzantemy złociste w półlitrówce po wiśniówce”

„Zdradziłaś kurwo mnie
Pójdę więc do Oki
Może teraz uda się
Bo ona… lubi takie wyskoki”

Co by upamiętnić wieczór Pod Mosteczkiem. I jak następnym razem nie będzie mi się chciało ruszać gdzieś tyłka, to niech mnie ktoś w niego solidnie kopnie.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 24.07.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania „Chryzantemy złociste w półlitrówce po wiśniówce” została wyłączona) Posted in Imprezy Tagi: , , ,

Kot odpoczywa. NOT.

Człowiek (tudzież Kot) bardzo chory udaje się do lekarza. O tym, jak traumatycznym przeżyciem jest próba dostanie się do internisty w ramach Państwowej Służby Zdrowia, rozpisywać się nie będziemy, wystarczy nadmienić, że po godzinie oczekiwania (i marznięcia) pod przychodnią w towarzystwie marudzących emerytów, czuł się Kot 15 lat starszy i 10 razy bardziej chory (a przyjście o godzinie otwarcia przychodni oznaczałoby niechybnie brak wolnych miejsc, bo rzeczeni emeryci już od 5 nad ranem potrafią okupować przybytek); sedno sprawy w postaci magicznego zwoju zwanego powszechnie L4 Kot otrzymał. Na całe 8 dni.

W tym momencie powinna się rozpocząć opowieść o tygodniowej sielance, Kotu wypoczywającym bezstresowo w łóżeczku, oglądającym film za filmem, odcinek za odcinkiem z herbatką dostarczaną przez troskliwego współlokatora… No dobra, ktoś w ogóle wierzy w sielanką chociażby jednodniową?

Nie? Słusznie. Kot bowiem na zwolnieniu relaksował się w sposób następujący:

– Wreszcie, po wyprowadzce Współlokatorki Igora, która miała wkurzający zwyczaj pożyczać kocie książki i odkładać je potem gdziebądź skrzętnie ignorując koci klucz ułożenia biblioteczki, uporządkował Kot swoje książki.

– Uporządkował także Kot swoją garderobę, wyrzucił półtora ubrań, które albo po diecie zaczęły na Kotu wisieć bardziej przypominając niekształtne wory niż przyzwoitą odzież, albo były nie noszone przez Kota przez minione dwa lata (to się tyczyło głównie ubrań mrocznych i gotyckich, jako że Kot z mhroku już zdecydowanie wyrósł).

– Posprzątał wreszcie Kot dokładnie łazienkę, swój pokój i kuchnię.

– Trzeciego dni zwolnienia musiał Kot się udać do apteki, bo miał ostatni dzień na zrealizowanie recepty. Przy okazji, w związku z pustkami zarówno na koncie jak i w lodówce, odwiedził Dom Rodzinny oraz krawcową.

– Zagonił Kot Współlokatora do kładzenia wykładziny w przedpokoju.

– Kolejnego dnia Kot pojechał zrobić zaległą cytologię i przy okazji odebrać od krawcowej ubranka, które na mur beton miały być do odbioru. Po dotarciu pod zakład krawiecki odkrył Kot, że krawcowa sama się rozchorowała i zakład stoi zamknięty. Karma żesz!

– Jako że i tak leżenie w łóżeczku nie było Kotu pisane, na poprawę humoru udał się Kot w piątek wieczorem do 10b, na koncert, który wbrew oczekiwaniom nie poprawił Kotu humoru.

– W sobotę zaliczył Kot wysyłanie na ostatnią chwilę paczek oraz imprezę urodzinową Zapola.

– W niedzielę z samego rana został Kot porzucony przez Współlokatora, który na tydzień udawał się do swojego Domu Rodzinnego, co Kot nawet ucieszyło. Wieczorem został Kot straumtyzowany telefonicznie, a potem pojawił się w Patrick’u, gdzie, jak zwykle, cały był mruczeniem.

– W poniedziałek po przebudzeniu odkrył Kot, że tak zasadniczo to już mu się ferie skończyły i powinien był pójść na zajęcia („powinien był” albowiem obudził się ciut za późno). Zamiast tego spontanicznie poszedł na basen (bardzo wskazane po ledwo-co-wydobrzeniu z choroby), a następnie odwiedził Rodzicielkę. Miał w planach wypoczęcie wieczorem, ale plany zostały zniweczone przez (prawie że)niespodziewanego gościa.

– We wtorek ponownie pojechał do matki tym razem w celu wyjęcia drzwi od pokoju z zawiasów i wyrzucenia ich na śmietnik oraz rozwalenia łóżka. Wieczorem pojechał do Korsarza i wracał nocnymi, starannie zadbawszy o to, żeby zmarznąć. Zadbawszy poprzez zgubienie po drodze czapki. Do not ask how.

– W środę (ostatni dzień zwolnienia) poszedł Kot na zajęcia, a następnie na przełożony z poprzedniego tygodnia obiad ze znajomym. Z obiadu przeniósł się do Korsarza posłuchać wreszcie tak gorąco polecanego Spirit of St.Louis. Muzycznie się Kot nie zachwycił, natomiast na miejscu spotkał dawno niewidzianego znajomego i postanowił być Dobrym Samarytakotem poprzez użyczeniu (chwilowo) wolnego drugiego pokoju jako noclegowni. Swojej życzliwości pożałował Kot bardzo szybko, kiedy nocowany, (lekko nietrzeźwy), znajomy zaczął się wyzewnętrzniać jak to Kot mu się zawsze szalenie podobał.

Tak oto minęło osiem dni kociego zwolnienia. Kot prawie że poczuł ulgę, że się skończyło, gdyż dawno nie czuł się tak zmęczony jak przez ten tydzień odpoczywania.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.02.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Kot odpoczywa. NOT. została wyłączona) Posted in Frustracje, życie kota Tagi: , , ,

Nie desperuję. Wcale.

Żeby nie było, że nic tylko marazm, defetyzm i nihilizm, Kot uprzejmie informuje, że zamierza spędzić rozrywkowo weekend. Cały.
W piątek wybiera się Kot na Halloweenową vampiriadę do M25, w sobotę na koncert ODNów w Perle (Kot dostał galopującego orgazmu, kiedy w poszukiwaniu rozrywki na Halloween, odkrył iż takowy się odbędzie, gdyż na koncercie ODN nie był od kilku długich miesięcy), a w niedzielę jeśli bogowie dadzą, a pogoda pozwoli na spacer z aparatem.
O!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 28.10.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Nie desperuję. Wcale. została wyłączona) Posted in Imprezy, życie kota Tagi: , , , ,

(o)Koty uczą jak nie żyć.

Kot, zakładając nowego bloga, obiecał sobie, że będą na nim regularnie pisać. Jak widać na załączonym obrazku tytułu Miss Słowności 2009 raczej nie dostanie. Pozostaje jedynie ukorzyć się i pokornie wyjaśnić swoje milczenie. Kot nie pisał, gdyż albowiem ponieważ… był Sfrustrowany. Był Sfrustrowany na przemian bądź równocześnie z powodu: funkcjonowania swojego cudownego wydziału, durnych klientów, funkcjonowania swojego cudownego wydziału, co poniektórych przedstawicieli płci przeciwnej, funkcjonowania swojego cudownego wydziału, funkcjonowania firmy, braku wolnego czasu, braku pieniędzy na koncie jak i w portfelu, szefostwa, a czy wspominałam już o funkcjonowaniu mojego cudownego wydziału? Sfrustrowany Kot uznał, że nie będzie pisał żadnej notki, gdyż niechybnie będzie ona ociekała kocią Frustracją, którą Kot niekoniecznie chce się dzielić z całym światem. W związku z czym Kot milczał, milczał i milczał, i czuł się sfrustrowany tym, że blog znowu porasta kurzem. Ostatecznie Kot postanowił, że jeśli nawet uzewnętrzni swoją Frustrację, to świat się nie skończy, co najwyżej niektórzy się sfoszą, niektórzy pokiwają ubolewająco głową i nigdy więcej na kociego bloga nie zajrzą.
Kot owego postanowienia dokonał mniej więcej na początku poprzedniego tygodnia, po czym.. nie miau czasu na pisanie. A potem Nastąpił Weekend. Ówże weekend sprawił, że Frustracja zeszła na dalszy plan, a zamiast pisać notkę wypełnioną kurwieniem na czym świat stoi, Kot napisze notkę zawierająca walory edukacyjne. Kot zdaje sobie sprawę z tego, że ludzie wyjątkowo nie lubią uczyć się na cudzych błędach (sam wielokrotnie przetestował empirycznie niewłaściwość takiego podejścia), jednakowoż nie może się powstrzymać przed podzieleniem się swoimi smutnymi doświadczeniami. Dwie notki temu Kot uczył, jak nie należy pisać pracy semestralnej. Tym razem Kot zamierza uczyć, jak nie należy podchodzić do egzaminu.
Żeby nie było, że Kot nie tylko nie uczy się na błędach cudzych, ale i swoich, zacznijmy od poinformowania szanownych czytelników, że Kot terminy egzaminów poznał z ponad dwutygodniowym wyprzedzeniem (w tym miejscu nie obędzie się bez Frustracyjnego wtrętu pt.: „Co za smutny, niedochędożony, a-niech-mu-bogowie-w czyrakach-na-jądrach-wynagrodzą-i-ażeby-żył-w-ciekawych-czasach, przebrzydły poteflon wymyślił sobie, żeby uber-ważny praktyczny egzamin pisać w NIEDZIELĘ?!”). Uznał jednak, że  jakoż egzamin jest czysto praktyczny i składa się ze słuchania (ze zrozumieniem), czytania (ze zrozumieniem) oraz pisania (wypadałoby, żeby również zarówno ze zrozumieniem jak i zrozumiale), to nauka do niego nie ma większego sensu, bo czego Kota nie nauczyli przez całe dwa semestry, tego Kot się nie nauczy w jeden wieczór, w związku z czym z czystym sumieniem wybrał się w piątek wieczorem na koncert Wyciągniętych do kochanej Dziesiątki. Samego wypadu na koncert nie należy jeszcze zaliczać, do Rzeczy Których Nie Należy Robić Przed Uber-Ważnym-Egzaminem-Przed-Którym-Straszono-Studentów-Przez-
Cały-Rok-I-Który-Oblewa-Średnio-40-Studentów-Rocznie. Natomiast picie alkoholu do godziny pi razy drzwi drugiej(?)-trzeciej(?) nad ranem oraz wracanie z okolic Mokotowa na Pragę Południe przez Rembertów już owszem. Kot nie pił bynajmniej sam i chyba tylko temu należy zawdzięczać fakt, że Kot nie wracał do domu przez Janki, Raszyn bądź Marki. Igor, z którym to Kot pił, zadbał o to, by Kot znalazł się na Centralnym, co więcej nawet we właściwym autobusie (a nie zasnął już w pierwszym nocnym, do którego wsiadł na Żwirkach). Igor troskliwie przykazał Kotu, co by Kot nie zasnął, nie zgubił się, nie zgubił swoich dóbr materialnych, nie zasnął, nie zrobił niczego głupiego po drodze, nie zasnął… Kot wsiadł grzecznie do N24, grzecznie usiadł na wolnym miejscu, zdążył nawet pomyśleć, że za góra 20 minut znajdzie się w swoim własnym, przewielkim, przewygodnym łóżeczku, po czym otworzył oczy i odkrył, że dookoła jest szaro, ponuro i są drzewa. Pomimo średniego stanu przytomności umysłowej, Kot był jednak zdolny stwierdzić, że ani na Moście Poniatowskiego, ani na Waszyngtona las raczej nie rośnie, w związku z czym niecierpliwie wypatrywał nazwy najbliższego przystanku. Remembertów-kurwa-AON-mać. Fakt, że pan, który siedział naprzeciwko Kota, a który otworzył oczy chwilę później, był niemniej niż Kot zdziwiony aktualną lokalizacją autobusu, wcale Kota nie pocieszył. W efekcie Kot wrócił do domu bladym świtem, a fakt, że okna Kota wychodzą na wschód, a w tymże dniu słońce wstawało szczególnie jasno, wcale nie ułatwił Kotu zasypiania.
Być może postępowanie Kota nie nabrałoby wartości edukacyjno-przestrzegawczych, gdyby Kot mógł się zwyczajnie w sobotni dzień wyspać, zrelaksować przyzwoicie w domu, wyspać porządnie w nocy z soboty na niedzielę, a nie wstawać w sobotę przed 11 po ok.4 godzinach snu, żeby iść do pracy. Życie jednak Kota zasadniczo nie rozpieszcza, wobec czego do pracy podreptał, przekonując po drodze wątpliwą treść swojego żołądka, że chce w owym żołądku pozostać oraz swoją głowę, że świat zawsze się kręcił i nie warto temu poświęcać teraz tyle uwagi. Pocieszające było, że nie tylko Kot przydreptał do pracy w stanie niepełnosprawnym. Snuli się tam wszyscy jak zombie, co Szefowa podsumowała stwierdzeniem „wyglądamy jak banda Rumunów”, po czym schowała się pod biurko. Sam fakt, że trzeba było tworzyć grupę wsparcia w celu przejścia dwóch metrów od biurka do socjalu, co by sobie kawę zrobić, bo ani Kot ani Szefowa nie byli w stanie tego zrobić samodzielnie, o czymś świadczy. Reszta dnia obfitowała w takie atrakcje jak wybór najładniejszego kotka na pulpit, poszukiwania wygaszacza z Hello Kitty oraz ponad godzinne zastanawianie się, co zjeść na obiad. A w wyniku tego ostatniego układanie podstępnego planu całkowitej anihilacji Pizzy Dominium, gdyż albowiem okazało się, że zadanie dostarczenia nam zamówionego posiłku z lokalu na Dworcu Centralnym do ZŁOtych Tarasów w przeciągu pół godziny przerasta ich dziko.
Ten wielce wyczerpujący dzień pracy zakończył się o godzinie 18. Wtedy to Kot powinien był jechać na chwilę do babci, a następnie udać się do domu w celu przemyślenia swojego postępowania (znaczy się, let’s be honest, porządnego wyspania się). Oczywiście, słowa „powinien był” niechybnie implikują, że Kot wcale tak nie postąpił. Bo przecież tak błahy fakt, że następnego dnia Kot ma pisać Uber-Ważny-(…)-Egzamin, nie mógł powstrzymać Kota przed udaniem się do Czarnej Perły na koncert Strefy Mocnych Wiatrów. I gdyby tak chociaż Kot unikał kontaktu z C2H5OH… Czy naprawdę muszę dodawać, że wieczór zakończył się kocim powrotem do domu bladym świtem? Dobrze chociaż, że tym razem obyło się bez turystyki.
Obudziwszy się rano (znaczy koło 10-11 (a na egzamin należało się stawić o 13:15) po śnie mocno przerywanym, Kot uznał, że warto by się dowiedzieć, gdzie właściwie ów egzamin pisze (w tym miejscu Kot pragnie podkreślić, że na wstępie zaznaczył, że udało mu się dowiedzieć,kiedy ma egzaminy a nie gdzie je ma (właściwie Kotu nasunęła się teraz ponura myśl, że od początku było doskonale wiadome, gdzie Kot ma egzaminy, przy czym owo gdzie niewiele ma wspólnego ze współrzędnym geograficzno-topograficznymi)). Dowiedziawszy się, Kot zapisał sobie adres na karteczce, którą następnie radośnie porzucił na biurku, po czym wyleciał z domu w dzikim pędzie jedynie 20 minut później, niż zamierzał. Czy naprawdę konieczny jest opis stanu umysłowości Kota? Tudzież opis Kociego pomylenia przystanku docelowego z przystankiem kolejnym? A także opis Kociego dzikiego sprintu w kierunku powrotnym oraz poszukiwania właściwego budynku na właściwej ulicy oraz następnie poszukiwania wejścia do tegoż (Kot był naprawdę bliski przechodzenia w stroju szumnie nazwanym galowym przez wysooookie ogrodzenie)? Sam egzamin na Kotu wielkiego wrażenia nie zrobił i kiedy koci współmęczennicy nerwowo odpalali papieros za papierosem, Kot siedział otępiale na ławce i marzył o tym, by już znaleźć się z powrotem w swoim legowisku. Pierwsza część egzaminu (listening) jedynie pogłębiła Kocie otępienie (oraz wprost proporcjonalnie histerię pozostałej masy studenckiej). 90% roku szlachetnie określiło ów listening mianem Epickiego Faila, przy czym słowo „wrzesień” zaczęło się pojawiać w konwersacjach równie często, co słowo „kurwa” w kocich myślach. Przed oraz w trakcie części trzeciej (writingu) histeria osiągnęła apogeum, koleżanka z kociej grupy rozpłakała się rzewnie, oglądając tematy esejów, a Kot ze stoickim spokojem wyciągnął z kieszeni płaszcza czekoladę, po czym zaczął ją przegryzać, popijając Pałerrejdem, rozmyślając czy woli napisać o zaletach życia w wielkim mieście, porównać, co opłaca się bardziej – wynajmowanie mieszkania czy kupno domu – a także o tym, jaki film obejrzy, gdy wreszcie będzie mógł opuścić ów przybytek rozpaczy i udać się domu.
Pisanie Kot skończył przed czasem. Wraz z kumplem z innej grupy ulotnił się pospiesznie, dopędzany wizją łóżeczka i panny Marple, starając się nie przejmować tym, że dnia następnego czeka go jeszcze część druga tej szopki, mianowicie egzamin oralny. Kot miał szczery zamiar położyć się spać przed północą, wstać na spokojnie rano, przypomnieć sobie useful expressions i dotrzeć na miejsce przed czasem, co by się zorientować, z kim w komisji będzie miał do czynienia, etc. Kocie plany zniweczył jeden telefon (a właściwie dwa, bo pierwszego Kot nie zdążył odebrać).
Do Kota zadzwonił Youlo, którego Kot nie widział od miesięcy (ostatnia próba zobaczenia się spełzła na niczym z powodu kociej choroby, jak Kot zdążył się już wcześniej pożalić) z niewinnym pytaniem, jakie Kot ma plany na dalszą część dnia i może tak Kot by zaszedł w odwiedziny. Jak już kiedyś zostało stwierdzone, koci język działa szybciej, niż cała reszta Kota, w związku z czym rzekł (on ten język) „tak”, zanim koci mózg zdołał chociaż zapiszczeć ostrzegawczo, przypominając, że wizyty u Youla zawsze niechybnie wiązały się z dużą ilością etanolowych przyjaciół oraz kładzeniem się spać bladym świtem. W drodze do domu, a także w domu samym, gdy Kot spożywał obiad oraz pobieżnie sprawdzał czy nikt wirtualnie od Kota nic nie chciał, resztki zdrowego rozsądku wrzeszczały ostrzegawczo, że kocie postępowanie nie jest odpowiedzialne, że nie tak powinien zachowywać się student pierwszego roku przed kluczowym egzaminem. Jak powszechnie wiadomo, Kot Miss Odpowiedzialności w tym życiu raczej nie zostanie, więc zignorował głos rozsądku i teraz z czystym sumieniem może stwierdzić, że była to jedna z lepszych decyzji podjętych ostatnimi czasy. I nawet było jeszcze ciemno, gdy Kot kładł się spać.
Wstał Kot ok. godz.9 (egzamin miał mieć o 12:20), do domu dotarł tuż po 10. Planował wyjść na egzamin o 11:00. Wyszedł o 11:27 (na stan umysłu Kota litościwie spuścimy zasłonę milczenia, gdyż daleki był od oczekiwanego chociaż Kot profilaktycznie raczył się wyłącznie jabłkowym soczkiem (bo na szlachetne miano Piwa Redd’s nie zasługuje)). Na wydział dotarł o 11:55, spokojnie wjechał na właściwie piętro z przeświadczeniem, że jeszcze ma tyyyyyle czasu. Spacerowym krokiem podszedł do tablicy ogłoszeniowej w celu sprawdzenia, w której sali urzęduje właściwa komisja. Spojrzał. Po czym dzikim biegiem rzucił się przez korytarz. Albowiem ujrzał, że przy kocim nazwisku widnieje godzina 12:00 (tyle by było jeśli chodzi o kocią wiedzę kiedy ma egzaminy). Kot dobiegł pod właściwą salę. Koleżanki z grupy zaczęły Kota natychmiast uspokajać, mówiąc, że Ewa jest właśnie w środku, że Kot jest następny, a komisję mamy najlepszą z możliwych, że Kot naprawdę nie ma się czym denerwować. Kot stwierdził apatycznie „aha”, gdyż koci umysł właśnie ten moment wybrał sobie na popadnięcie w jeszcze głębsze niż dotychczas otępienie. Koleżanki zaczęły naciskać („Ale.Naprawdę.Nie.Ma.Się.Czym.Denerwować.!!!”). Kot wydobył z siebie jeszcze jedno „aha”. Chwilę później Kot wkroczył do Sali Sądu Przedostatecznego, powiedział swoje, wyszedł, doczłapał do Igora, zjadł home made sushi, po czym poszedł spać. Niestety musiał się obejść krótką drzemką, gdyż, oczywiście, na 16 musiał podążyć do pracy (nie wpadło mu do głowy wcześniej, że być może Uber-Ważny-(…)-Egzamin to jednak jest powód by wziąć wolne po-popołudnie).
Wyniki Uber-Ważnego-(…)-Egzaminu w przyszły poniedziałek. Kot raczej nie ma co do nich złudzeń. Na szczęście nie zdążył jeszcze zaplanować sobie wielkich atrakcji na okres wrześniowy. Niestety, Kot nie może ukorzyć się i powiedzieć, że głęboko żałuje swojego postępowania. Może jednak przestrzec innych. Ostatecznie Malkavianie definitywnie uczą nas jak nie żyć, czyż nie?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.06.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania (o)Koty uczą jak nie żyć. została wyłączona) Posted in Frustracje, Imprezy, studia, życie kota Tagi: , , , , , ,

Malkaviański Weekend

Jeszcze nie wszyscy wiedzą, że weekend w wydaniu kocim zaczyna się nie w piątek, lecz w czwartek około godziny 17. Również nie wszyscy wiedzą, że dla Kota weekend od tygodnia na ogół różni się jedynie tym, że nie musi chodzić na zajęcia i do pracy, tylko do pracy, w związku z czym ma więcej czasu na oglądanie filmów wieczorami. O normalnych weekendowych aktywnościach młodych studentów (czyt.: imprezowaniu) Kot rzadko kiedy myśli, albowiem na ogół jest zbyt zmęczony i mu się nic nie chce.  W związku z czym Kot najpierw zapoznaje się z imprezową ofertą danego weekendu, obiecuje sobie, że pójdzie tu i tam, a potem najpierw nie idzie tu, potem nie idzie tam. Potem oczywiście narzeka na brak życia socjalnego, ale to inna bajka. Doświadczenie pokazuje, że jeśli Kotu się uda gdzieś zabawić, to musiało zaistnieć podłoże spontaniczne.
Weźmy na przykład weekend ostatni. Plan wyglądał następująco:

  • Planszówki w Ampli standardowo w czwartek wieczorem
  • Piątek: wczesne wyjście z pracy, szybki powrót do domu, oglądanie filmów i wysypianie się
  • Sobota: pobudka koło 12 (po uprzednim wyspaniu się), praca od 14 do 20, potem koncert urodzinowy Strefy Mocnych Wiatrów wGnieździe Piratów oraz nocleg u Zapola
  • Niedziela: wywleczenie się od Zapola, powrót do domu, przygotowanie grammar activity na metodykę oraz uzupełnianie portfolio na Oral B.

A teraz zobaczymy, jak Wszechświat zareagował na kocie plany i jak zmienił Weekend Zorganizowany w Weekend Iście Malkaviański.

Czwartek

Amplitronowe planszówki odbyły się, o dziwo, bez przeszkód, aczkolwiek w okrojonym składzie. W trakcie oczekiwania na pozostałą część ekipy, Y nieopatrznie przyznał się, że jeszcze nigdy w życiu nie był w kocim ukochanym lokalu, mianowicie Tavernie 10B. Koty natychmiast na Y nafuczały i uznały, że nie ma innej rady, jak tylko zaciągnąć Y do 10B teraz, natychmiast, już, to znaczy dnia następnego.

Piątek

Kot z Y i Kniaziem umówił się o 20 przy metrze centrum. Oczywiście, nie byłby sobą, gdyby się nie spóźnił (bagatelka, godzinę), co mogło mieć pewien związek z tym, że gdzieś po drodze, tudzież w pracy, nierozsądnie spojrzał w lustro, ujrzał siebie i uznał, że jeśli nie doprowadzi się chociaż do minimalnie ludzkiego wyglądu, domu nie opuści, po czym wyruszył pośpiesznie na poszukiwanie odpowiedniej farby do włosów i wosku w plastrach.
W związku z kocim spóźnieniem, zdążyliśmy na końcówkę pierwszego seta Wyciągniętych. Po drodze Kot i Fixxer telefonicznie próbowali opracować strategiczny plan kociego noclegu u Fixxera. Sprawę znacząco utrudniał fakt, że z Dziesiątki do metra Wilanowskiej w okolicach północy dojazd jest, delikatnie mówiąc, średni, a nocne do Fixxowego zadupia odjeżdżają o porach iście idiotycznych. Na miejscu spotkaliśmy liczne grono znajomych kocich, w tym Najpiękniejszą, a w momencie, w którym Kot pochwycił ją w ramiona, stało się jasne, że raczej szybko lokalu nie opuści i o do-Fixxowych nocnych może zapomnieć. Słowo stało się czynem, o godzinie 1:30, o której odjeżdżał najpóźniejszy nocny, którym Kot mógł jechać, Kot radośnie tkwił w knajpie. W efekcie do domu wrócił koło 3. Tylko po to, żeby za trzy godziny wstać, co by przed ósmą do Fixxera jednak dotrzeć.

Sobota

Poranne tłuczenie się przez pół miasta i przysypianie w autobusach, sprawiły, że Kot powziął mocną decyzję nieumawiania się więcej o tak idiotycznych porach. Niemniej do Fixxowego dotarł spóźniony jedynie około pół godziny. Tylko po to, żeby około 11 w pośpiechu się ewakuować, co by zdążyć do Babilonu, gdzie Fixxer robił za Pana Akustyka. Co Kota podkusiło, żeby również do Babilonu dreptać, zamiast pojechać do pracy i zwinąć się w kłębek na zapleczu, Kot do dziś nie wie. Wie tylko, że później przez 6 godzin pracy snuł się nieprzytomny z kąta w kąt. Po pracy, zamiast pojechać grzecznie do Gniazda, podreptał z powrotem do Babilonu, co by zgarnąć stamtąd Fixxera na Strefę. Licho jakieś musiało Kota podkusić do takiego czynu, który zaowocował przybyciem do Gniazda niemiłosiernie późno i bez sensu, albowiem Strefa już dawno skończyła grać. Jak to powiedział Fixxer: „Zapłaciliśmy po 10 zł za wejście, tylko po to, żebym podszedł do baru i zamówił jedzenie za kolejne 8”. Kot z kolei frustrował się niezmiernie, bo będąc świeżo po chorobie i antybiotykach, nie czując się wciąż najlepiej, unikał alkoholu. Z związku z czym, był jedyną całkowicie trzeźwą osobą w towarzystwie i przypomniał sobie, jak to głupio jest oraz jak trudna i upierdliwa bywa komunikacja z osoba w odmiennym stanie świadomości.

Niedziela

W piątek, na szantach, Y stwierdził, że na niedzielę zapowiadają ładną pogodę, w związku z czym jedziemy do Ogrodu Botanicznego w Powsinie robić zdjęcia. Jako że Kot o wizycie w owym ogrodzie marzył do wieków, natychmiast uznał, że zadanie z metodyki nie ucieknie i można jechać.
W niedzielę rano, owszem, pogoda dopisywała, Kot nawet udał się na polowanie na śniadanie (bo, oczywiście, nikt wcześniej nie wziął pod uwagę, że z racji Zielonych Świątek sklepy mogą być zamknięte i być może warto zaopatrzyć się w jedzenie już w sobotę) w samej koszulce. Kiedy około południa Y dzwonił do Kota, co by potwierdzić focenie i umówić się na zgarnianie Kota i Fixxera od Zapola, pogodzie nadal nie można było nić zarzucić. Lunęło 5 minut po naciśnięciu przez Kota czerwonej słuchawki w telefonie. Niezrażeni pojechaliśmy do Konstancina, zahaczając po drodze o koci dom. Szczęśliwie, do czasu, kiedy koło 16 opuszczaliśmy Fixxowy dom, w celu udania się do ogrodu, słońce znowu świeciło. Po krótkiej (nikt nie mówił, że ogród botaniczny jest czynny tylko do 18) wizycie w ogrodzie, Y odwiózł nas na Vampiriadę w Tombie (tak! Albowiem w piątek od Kniazia Kot dowiedział się, że w niedzielę (idiotyczny termin) odbędzie się takowa impreza. A że Kot dawno na Vampiriadzie nie był i od jakiegoś czasu nosił się z zamiarem wielkiego come backu, uznał, że na chwilę może zajrzeć, najwyżej zadanie metodyczne zrobi po powrocie). Kniaziowa teoria, iż z racji terminu frekwencja będzie do du… sprawdziła się. I oczywiście, że zapłaciliśmy 10 zł za wejście, tylko po to, żeby dorwać okrągły stolik i grać przy nim w Jungle Speeda (taki żarcik, w rzeczywistości później impreza się rozkręciła). W efekcie, Kot wrócił do domu o 4:30 i poszedł spać, nie zrobiwszy metodyki. W między czasie przypomniał sobie:

  • dlaczego kiedyś tak lubił na Vampiriady chodzić
  • oraz dlaczego przestał

Oczywiście na zajęcia o 8:30, Kotu nie udało się ni diabła dotrzeć i teraz ma nadzieję, że Pani Od Metodyki będzie łaskawa i zgodzi się dać Kotu zaliczenie w piątek (Kota pociesza uzyskana od Ślicznego P. informacja (bazowana na doświadczeniu własnym), że prędzej budynek wydziału się zawali, niż Pani komuś nie zaliczy).

PS. Znaleziony przez Y symbol prześladującego nas FAILa:

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 02.06.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Malkaviański Weekend została wyłączona) Posted in Imprezy, życie kota Tagi: , , ,