Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Polcon 2013

Wniosek po tegorocznym Polconie mam jeden: to strasznie dziwne, kiedy konwent odbywa się w mieście zamieszkania konwentowicza.
Codzienne życie jakoś strasznie nam z konwentem kolidowało.
Niby wzięłam 4 dni wolnego, ale… W czwartek na przykład nie dotarliśmy wcale, chociaż mieliśmy wykupioną pełną akredytację, ponieważ wywoziliśmy rzeczy do mojej mamy i objeżdżaliśmy sklepy budowlane. Dzięki temu wprawdzie ominął nas Kolejkon, ale też kilka prelekcji.
Przez pozostałe trzy dni byliśmy już obecni, ale od jakiegoś południa, na spokojnie, bez spiny. Więcej czasu chyba spędziliśmy (przynajmniej ja) w Games Roomie czy lokalnym chińczyku niż na prelekcjach. Zwłaszcza, że znaczna część interesujących nas prelekcji była przekładana/odwoływana.
Tegoroczna gala zniechęcała dłużyzną. Występ Pawła Penksy był miłą niespodzianką, ogłoszenie laureata (jednego de facto!) emocjonujące, ale poza tym dłuuuuugo za długo i nudno. W poprzednich latach jakoś sprawniej szło.
Miło było zobaczyć się ze znajomymi spoza Warszawy. W sumie powroty do własnego łóżka to spoko sprawa.
Niemniej z przyjemnością w przyszłym roku pojadę do Bielska Białej.
Jednak kiedy się wyjeżdża tylko w celu konwentowania, przeżywa się konwent pełniej.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 07.09.2013. Komentarzy (0) Posted in Imprezy Tagi: , ,

Cliche.

Dobry wieczór. Dziś polecimy banałem. Trudno nie zauważyć, że jest Sylwester – ostatni dzień roku. Zwyczajowo czas wielkiej balangi oraz wszelkie rodzaju przemyśleń i podsumowań minionych dwunastu miesięcy. A jaki był ów miniony rok dla Kota? Chyba najbardziej popieprzony, wzbudzający wiele ambiwalentnych uczuć. Zaczął się od wielkiego kaca 1 stycznia po imprezie u znajomej z pracy. Kot wyczołgał się z łóżka koło południa i pierwsze co zrobił, to udał się, cudem powstrzymując mdłości, na noworoczne śniadanie do McDonalda. Potem było tylko gorzej. Zimę Kot przetrwał pijąc gigantyczne (nawet jak na siebie) ilości kawy, oglądając Gilmore Girls (i inne, temu podobne, wytwory), zajadając lody w łóżku i nie opuszczając mieszkania częściej, niż to było konieczne. Chodził na uczelnię, do pracy, masowo odrzucał zaproszenia na imprezy, koncerty, etc., cudem zaliczył sesję zimową, wszystko w pierwszych terminach. Potem coś drgnęło. Po egzaminie pisemnym ze wstępu do literaturoznawstwa wybrał się do Gniazda na koncert Zaprzyjaźnionego Zespołu. Potem chyba nawet ze dwa razy pojawił się w Tavernie. Normalnie, rozkwit życia socjalnego. Szczęśliwie, zima się skończyła a wraz z jej końcem, nastąpiły rzeczy ekscytujące. Na przykład została kociemu działu przydzielona Najcudowniejsza Szefowa, a prywatnie Futrzak wyciągnął Kota na czwartkowe planszówki w Amplitronie, co zdecydowanie odmieniło kocie życie na lepsze. Kot poznał masę fantastycznych, zwariowanych osób, w tym niezawodnego Towarzysza Wojaży Chaosu, Y, zaczął częściej RPGować, imprezować, etc. Dla kontrastu, kocie studia stawały się coraz bardziej męczące i Kot częściej nie pojawiał się na zajęciach bądź na nich spał, niż aktywnie partycypował. O Majówce Chaosu i wszystkim co potem dane było już tutaj przeczytać. Kot zauroczył się Krakowem w zupełnie nowy sposób, sesję letnią zaliczył jeszcze większym cudem niż zimową i zaczęły się wakacje. Życie towarzyskie kwitło radośnie, gorzej z życiem rodzinnym i uczuciowym. Niewątpliwie miniony rok był najbardziej wyjazdowy: majówka w Stryszawie, Gdańsk, Malbork, Łódź, dwa razy Zarzęcin, Lublin, Ogrodzieniec… Również konwentowo przedstawiał się atrakcyjnie. Kot zaliczył warszawską Awangardę, łódzki Polcon i lubliński Falkon. Teraz nie może się doczekać pierwszych przyszłorocznych konwentów. Z drugiej strony przez większą część roku kocie finanse kulały bardziej niż House w najgorszych fazach bólu nogi. Szczęśliwie, na początku wakacji zmienił zatrudnienie na pełnoetatowe i powoli staje na nogi. W wakacje udało się Kotu spełnić, jedno z większych marzeń, mianowicie, wynieść z domu. Przez ok. 3 miesiące zamieszkiwał w małym pokoiku przy Placu Prostytucji. Było… różnie. Są momenty, które wspomina szczególnie pięknie, są takie, które przyprawiają Kota o zgrzytanie zębów. Niewątpliwie było to cenne doświadczenie, które wiele Kota nauczyło. Przede wszystkim, prawdą jest, że nie zna się człowieka naprawdę, dopóki się z nim nie zamieszka. Po drugie, najważniejszą rzeczą przy wynajmowaniu mieszkania jest to, żeby to twoje nazwisko znajdowało się na głównej umowie. Bo ten, kto się na niej znajduje, ma władzę. I co najważniejsze, bez względu na zakończenie całej historii, Kot udowodnił sobie (i nie tylko sobie), że jest w stanie się wyprowadzić z domu i samodzielnie utrzymać. Do tego w mieszkaniu, które bynajmniej nie było tanie. Dzięki temu Kot ma jeden więcej powód do dumy i narcyzmu. Niestety, są też mniej przyjemne konsekwencje. Na przykład taka, że Kot został wywalony Metodą Maciusiową, jednocześnie tracąc osobę, którą uważał za najlepszego przyjaciela. Przy okazji przekonał się o prawdziwości powiedzenia, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Całe wydarzenie definitywnie poprzewracało kocią starannie wypracowaną hierarchię układów międzyludzkich. Kiedy Kot został na lodzie, pomoc przyszła z najmniej oczekiwanych stron (no może poza niezawodnym Y). Przy przeprowadzce pomagał Kotu kumpel, którego Kot zna niecały rok, a widuje średnio raz na trzy tygodnie, w ramię Kot wypłakiwał się Mriji (najcudowniejszej Aktualnej Kobiecie Twojego Byłego Faceta jaką można sobie wyobrazić) oraz współpracownikom, propozycje mieszkaniowe (chwilowo bądź stałe) też dostał od osób prawie że obcych, a niektóre osoby, które Kot uważał za naprawdę bliskie, nawet nie raczyły zapytać, jak się Kot czuje. Jeśli chodzi o samą kwestię mieszkania, Kot uznał, że, raz w życiu, nie będzie niczego robił na gwałt i może wróci na stare śmieci, chociażby po to, żeby podleczyć kondycję finansową i zastanowić się w spokoju, co dalej. Kot zrobił tak między innymi, a może przede wszystkim dlatego, że nie musiał. Mógł wybrać inne rozwiązania, ale to wydało się Kotu najrozsądniejsze. Niestety, co w sumie było do przewidzenia, to co dobre dla finansów, niekoniecznie jest dobre dla psychiki. Kot usilnie starał się przekonać, że nic takiego się nie stało, wszystko jest w porządku, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… I tylko spać w nocy nie mógł, pochłaniał coraz większe ilości kofeiny i opuszczał coraz więcej zajęć. Apogeum nastąpiło w, wspominany wcześniej, czwartek, kiedy poszedł na cytrynówkę do Riviery, skąd następnie, pijany w trzy dupy i zapłakany, uciekał taksówką o drugiej w nocy, dzwoniąc do… no właśnie… Wybór osoby, której Kot pragnął się wypłakiwać w ramię w środku nocy, uświadomił Kotu, jak bardzo in denial Kot był przez ostatni miesiąc i jak bardzo nie OK jest w kocim życiu. I jeszcze nigdy Kot tak się nie cieszył, że ktoś nie odebrał kociego telefonu. Gorzej, gdy następnego dnia osoba oddzwoniła i Kot musiał się tłumaczyć, dlaczego właściwie dzwonił… Efektem owej nocy było podjęcie długo rozważanej decyzji o… wzięciu dziekanki. Kot wreszcie zrozumiał, że nie ma najmniejszej szansy na zaliczenie tego semestru. Kot zasadniczo wychodzi z założenia, że nie ma rzeczy niemożliwych, w cuda się nie wierzy, tylko na nich polega, poza tym zawsze dostaje to, czego chce. Więc tym razem Kot chce trochę świętego spokoju, bo w życiu się nie upora sam ze sobą, jeśli będzie musiał teraz kontynuować studia, która go nie satysfakcjonują oraz pracę na cały etat, którą idiotycznie uwielbia pomimo wszystkich jej wad. Co więcej, jeśli nie weźmie owej dziekanki, niechybnie będzie musiał płacić za powtarzanie semestru, a 3 tysięcy na zbyciu bynajmniej nie ma. I tak naprawdę jedynym, co powstrzymywało Kota, przed ubieganiem się o dziekankę już w listopadzie był idiotyczny strach przed tym, co rodzina powie. A tym chyba najwyższa pora przestać się przejmować. Zwłaszcza, że jaka jest kocia rodzina większość wie… Tu zaczęły się schody. Okazuje się, że na kocim cudownym wydziale, nie można od tak wziąć dziekanki w środku semestru, trzeba go najpierw zaliczyć, a potem odbyć bardzo poważną rozmowę z Kierownikiem B., który może się zgodzi jeśli będzie w dobrym humorze. Natomiast jeśli Kot z jakiś powodów nie czuje się na siłach zaliczać semestr, to może ubiegać się o wsteczny urlop zdrowotny. Ergo właśnie teraz Kot to czyni, modląc się, żeby opracowana przez Kota strategia zadziałała na pana ze stosownego biura UW, z którym to panem ma Kot spotkanie w najbliższy czwartek. Kot zdaje sobie sprawę, że opóźnianie ukończenia studiów o kolejny rok to nie jest najwspanialszy pomysł świata. Z drugiej strony, Kot sam się wpakował w te tarapaty, sam jest sobie winien i sam sobie z tym poradzi. Musi przy tym przyznać, że wizja wolnych dni i wolnych popołudni stanowczo do Kota przemawia. A jak już Kot upora się z problemem: będziemy płacić za powtarzanie semestru czy nie (inaczej mówiąc z problemem: mamy pieniądze czy jesteśmy w czarnej dupie przez najbliższe kilka miesięcy), przy odrobinie szczęścia (czyli przy założeniu, że dostanie urlop) zacznie rozglądać się za nowym lokum. I tu, po raz kolejny przeklina Kot skuteczność swoich przewidywań. Bodajże dzień po tym, jak Kota wykopano, napisał do Kota niejaki W., kumpel Fixxera, którego Kot poznał w przelocie. Kot nie wnika w to skąd W. miał Kota numer i w ogóle skąd mu przyszło do głowy pisanie właśnie do Kota, sedno sprawy tkwi w tym, że W. zapytał Kota, czy Kot nie zna kogoś, kto chciałby u niego wynająć pokój. Kot odpisał, że nie i dodał, że może sam będzie może czegoś szukać po Nowym Roku. Kot właściwie nie wie, czemu tak stwierdził, zwłaszcza, że w głębi duszy (czy czegoś tam) miau nadzieję, że uda mu się zakotwiczyć na Grochowie na dłużej, że może coś się zmieniło i z rodzinką da się wytrzymać… a gówno! Okazało się, że wypowiedział słowa prorocze. I nawet nie chodzi o to, że kłóci się z Mamuśką (bo o dziwo wcale nie), tylko o ogólną atmosferę w domu, o nocne alkoholowe ekscesy, o to że nie ma do kogo gęby otworzyć, że nie można spontanicznie zaproponować znajomemu wpadnięcia na trunek, etc. I niby fajnie, że ubrania i naczynia same się czyszczą, że jedzenie spontanicznie materializuje się w lodówce, ale to nie wynagradza niedogodności. Teraz Kot czeka tylko na wyjaśnienie sprawy ze studiami i potrzebuje planu. Dobrego planu, żeby znowu się nie wkopać w mieszkanie, które nie będzie spełniało podstawowych oczekiwań i z którego szybko trzeba będzie się ewakuować. Kiedyś Kot sobie żartował, że może przebije Zapola z ilością przeprowadzek, teraz wie, że wcale tego nie chce. Przeprowadzki są upierdliwe. Najwygodniej byłoby Kotu znaleźć mieszkanie, a potem szukać współlokatora, niestety, Kot zdaje sobie sprawę, że przy kocich zarobkach nie da rady nawet przez jeden miesiąc płacić samodzielnie czynszu, znając ceny za wynajem mieszkań w Warszawie… ARGH! Z rzeczy kontrastowych w minionym roku dochodzą zawirowania emocjonalno-pokrewne. Najpierw Kot się niezbyt fartownie zauroczył, potem w Kotu się nieszczęśliwie zakochano (szczęśliwie niezbyt ekspresyjnie), potem zdarzyło się kilka (do policzenia na palcach jednej ręki) spontanicznych przygód (ich liczba stanowi zdecydowany regres w stosunku do lat poprzednich), w międzyczasie (jeszcze przed przeprowadzką) Kot finalnie wyleczył się z resztki uczuć i pociągu pod adresem F., a chwilę później zaczął się wakacyjny romans, który Kot śmiało może uznać, za romans swojego (dotychczasowego) życia, a który uświadomił Kotu wiele rzeczy, między innymi to, jak bardzo Kot się zmienił, jak zmieniły się kocie zapatrywania na relacje damsko-męskie oraz, że, wbrew temu, co przez minione lata próbował Kotu wpoić wielce szanowny były (i nie, Kot nie ma na myśli Jareczka), Kot jest w stanie stworzyć zdrową, obopólnie korzystną relację damsko-męską. Aktualnie, co prawda Kot nie może poszczycić się szczególnie ognistym życiem ani emocjonalnym, ani seksualnym, aczkolwiek rozmaici mężczyźni usilnie przypominają Kotu, że jest stworzeniem atrakcyjnym, budzącym pożądanie oraz dostarczającym niezapomnianych wrażeń (to ostatnie Kot wnioskuje po tym, że o Kocią obecność zaczęli ostatnio uparcie upominać się mężczyźni z kociej promiskuitycznej przeszłości). Na sam koniec roku Wszechświat postanowił wznowić z Kotem Grę W Fochy. Wnioski, że grudzień jest w większości przechujowy można było wyciągnąć na podstawie poprzednich notek. Klienci dokopali, Kot sobie dokopał, studia Kotu dokopały, do tego w Rivierze pozostała pewna część kociego dobytku (z rzeczy szczególnie boleśnie stratnych, pendrive), na którego odzyskanie Kot nie widział wielkich szans, następnie zaginął zasilacz do Jego Posępności Waleriana I oraz „Piąty Elefant”, posypały się nerki no i nadeszły święta, czyli czas utarczek z rodziną. Wszystko zapowiadało, że Kot zakończy ten roku w raczej posępnym nastroju. Tymczasem… święta oprócz rodzinnych utarczek przyniosły rzeczy miłe (patrz przed-poprzednia notka), zasilacz znalazł się w Amplitronie i będzie do odebrania po Nowym Roku, pendrive szczęśliwie wylądował w rękach znajomego i Kot go odzyska, również praca przyniosła zupełnie niespodziewany i solidny dochód dodatkowy, wczorajszy wieczór spędził Kot na bardzo udanym piwie z Najcudowniejszą Szefową i innymi współpracownikami, a jeszcze wcześniej był na najwspanialszej zaległej wódce świata (i bynajmniej nie ma Kot na myśli smaku). Inna kwestia, że po owej właśnie, Kot zaczął dotkliwie odczuwać brak przyjacielskiej obecności Fixxera w swoim życiu. Przyznaje Kot, ze wstydem przeogromnym, że kiedy następnego poranka wlekł się do domu, marzył o tym, żeby zadzwonić i powiedzieć: „Nie uwierzysz, co się stało…”, i usłyszeć opinię zwrotną. But these days are gone. Kot może tylko mieć nadzieję, że z czasem układy towarzyskie w kocim życiu się wyklarują i uda się Kotu znaleźć osobę, z którą będzie mógł rozmawiać równie szczerze, bezpruderyjnie, etc. A na koniec kwestia Sylwestra itself. Niektórych może dziwić, dlaczego Kot zamiast popijać teraz jakiś szlachetny trunek, klepie über-ekshibicjonistyczną notkę na bloga. Być może dziwi to mniej tych, którzy mieli okazję spędzić z Kotem ostatnie Sylwestry. Sytuacja albowiem przedstawia się tak, że, pomimo kreatywnych corocznych starań, ostatniego naprawdę udanego Sylwestra miał Kot w okolicach początku lat dziewięćdziesiątych. Potem było tylko gorzej. Morze alkoholu, głupoty, następnego dnia kac gigant, często również moralny bądź, dla kontrastu, nuda straszliwa. Co roku Kot obiecuje sobie, że przezwycięży owo Sylwestrowe fatum i co roku Kotu nie wychodzi. W tym roku pierwsze zaproszenie sylwestrowe przyszło na przełomie sierpnia i września. Dotyczyło upragnionej Bukowiny. Niestety, wymagało praktycznie natychmiastowego podjęcia decyzji oraz wpłacenia zaliczki. Kotu planowanie wyjazdu z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem wydaje się być bardzo abstrakcyjne, poza tym w tamtym momencie pieniędzmi niezbyt dysponował. Następnie przyszło kolejnej wyjazdowe zaproszenie. Tym razem do Londynu. Niezwykle kuszące zarówno ze względu na towarzystwo, jak i Londyn sam w sobie, niestety finansowo nierealne. Na krótko przed świętami Olo zaproponował Kotu wyjazd do słynnego Ośrodku Utraty Zdrowia w Maryjanówce, które to zaproszenie Kot również musiał odrzucić z przyczyn rozmaitych. Przez chwilę rozważał Kot Sylwestra w kinie (odpadło ze względów głównie repertuarowych), na koncercie Zaprzyjaźnionego Zespołu (Kot się wahał finansowo, a ostatecznie odpadło po w/w wódce), w No Mercy (ale Szefowa zabroniła) oraz pozostanie w domu i oglądanie jakiś plugawości (niestety, pozostanie w domu oznaczałoby kontakt z rodzinką). Ostatecznie, po kilkugodzinnej debacie z samym sobą, Kot zdecydował się skorzystać z zaproszenia kolegi z pracy, uznając, że nawet jeśli będzie do du…, to przynajmniej spróbuje a może… I jak przystało na banalną notkę sylwestrową; postanowienia noworoczne: – Nigdy więcej nie zdradzić zapolskiej cytrynówki – Przed zanocowaniem w jakimkolwiek miejscu, upewnić się o dostępności porannej kawy – Nie podrywać własnej Szefowej – (Z kategorii über-banał) Zrzucić te kilka zbędnych kilogramów (Kot wcale nie uważa, że jest za gruby (epicko napuchnięte ego mu na to nie pozwala), jednakże wolałby, żeby kilka jego ulubionych ubrań z powrotem na niego pasowało) – Zaliczyć jak najwięcej konwentów, wyjazdów fotograficznych, etc. – Wynieść się z domu do jakiegoś przytulnego lokum z sensownym współlokatorem. – Czynić więcej rzeczy szalonych a zwariowanych (kilka pomysłów już Kot ma) Na koniec Kot życzy sobie (i wam), aby ten rok był lepszy od poprzedniego, no bo musi być lepszy (że pozwolił sobie Kot zacytować życzenia, którymi wymienił się wczoraj z Szefową). Over. Hale fun!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 31.12.2009. Komentarzy (0) Posted in Frustracje, Imprezy, praca, studia, życie kota Tagi: , , , , , , , , , ,