Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Człowiek-remont.

Zagruntowaliśmy ściany. Zagruntowaliśmy sufit, po uprzednim zeskrobaniu z niego kilku warstw farby. Pomalowaliśmy ściany. Położyliśmy panele w kuchni i przedpokoju.
Sprzątaliśmy, czyściliśmy, szorowaliśmy.
Przewieźliśmy mój ogromny regał i go złożyliśmy.
Przenieśliśmy internet.
Przewieźliśmy metrem kanapę. Y nam przewiózł meble i część kotów.
Od dobrego tygodnia mieszkamy na nowym

I jeszcze tyle zostało do sprzątnięcia, do doczyszczenia. Jeszcze maluję kuchnię. O łazience, na którą w tym miesiącu nie starczy nam budżetu staram się nie myśleć.

Ale i tak jest pięknie. Jest ciepło. Mamy szczelne okna i nie mamy robali.
Jutro pakuje resztę dobytku z Pragi, pojutrze wszystko przewozimy. Jeszcze tylko tam ogarnąć i farewell.
Żegnamy się bez żalu.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.09.2013. Komentarzy (0) Posted in życie kota Tagi: , ,

I want it all… and I want it now!

Połowa sierpnia. Wiemy wszytko, co powinniśmy wiedzieć i jesteśmy zdecydowani na przeprowadzkę, chociaż budżet mamy marny. Mimo wszystko doszliśmy do wniosku,że lepiej mieszkać w przyjaźniejszej, ładniejszej, spokojniejszej okolicy mając normalnych sąsiadów, niż dalej na Szmulowiznie, nawet jeśli wiązać się to będzie ze zmniejszeniem metrażu.

Z racji licznych ograniczeń (czasowych, finansowych oraz innych, które pominę ponurym milczeniem) wybieramy pomiędzy dwoma mieszkaniami, z których każde ma inne zalety. Z podjęciem decyzji czekamy właściwie tylko aż jeden z właścicieli doprecyzuje warunki finansowe.

A ja bym chciała JUŻ. Jak wiadomo cierpliwość nie jest moją mocną stroną i czekanie na cokolwiek, na co nie mam bezpośredniego wpływu, doprowadza mnie do szału.
Przejrzałam już cały asortyment IKEI i ułożyłam długaśną listę zakupów. W wolnych chwilach przeglądam asortyment innych sklepów meblowych i szukam idealnego łóżka. Wyobrażam sobie jak ślicznie będzie w nowym mieszkanku. Najchętniej JUŻ zaczęłabym znosić kartony i pakowałabym dobytek. Nie mogę się doczekać pozbywania się niepotrzebnych rzeczy i układania wszystkiego na nowo.

A to jeszcze trochę ponad miesiąc…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 17.08.2013. Komentarzy (0) Posted in życie kota Tagi: , ,

Przygotowania do ewakuacji. 3…2…1…

Igor mnie zainspirował. Kiedy opiekował się kotkami podczas naszej nieobecności, intensywnie wysprzątał kuchnię oraz podłogi. Zrobiło się taaaak przyjemnie (oczywiście w ramach możliwości naszej nory).

Od powrotu więc dbam, żeby Super Czystość się utrzymywała. Zrobiliśmy mini-mini przemeblowanie i niespodziewanie mamy trochę PRZESTRZENI w łazience. Co więcej, codziennie kawałek po kawałku doczyszczam zakamarki, które płynu i ściereczki nie widziały od miesięcy. Już za chwileczkę, już za momencik zapadną ważne decyzje i tak sobie myślę, że powoli trzeba przygotować się do ewakuacji. Systematycznie pozbywamy się śmieci, których nie zabierzemy ze sobą, gromadzimy taśmę klejącą, a jak sytuacja będzie 100% jasna, zaczniemy gromadzić kartony.

W końcu mamy plan A, B, a nawet C – któryś powinien zadziałać.*

 

 

 

* A jeśli wszystko się sypnie, przynajmniej będziemy wegetować w uber-czystym lokum!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 07.08.2013. Komentarzy (0) Posted in życie kota Tagi: , ,

Praskie klimaty

Wyobraźcie sobie taką sytuację:

Czas akcji: godzina wczesna – 10 rano.
Miejsce akcji: sypialnia w Kocim Legowisku; uściślając – łóżko (i to nie będzie historia z pornografią w tle!)
Okoliczności przyrody: śpimy z dRaiserem snem twardym. Tzn.: on śpi snem twardym, ja się powoli wybudzam, ale bynajmniej nie mam jeszcze zamiaru wstawać, tylko przekręcam się z boku na bok na granicy jawy i snu. Trzy z naszych kotów spokojnie wylegują się z nami. Dwóch pozostałych nie ma w polu widzenia, siedzą cicho, jeść nie płaczą. Istna sielanka.

Niespodziewanie sielankową ciszę przerywa upiornie głośny, podwójny dzwonek do drzwi, a po nim natarczywe pukanie.

*/W tym miejscu pragnę nadmienić, że kiedyś byłam względnie normalnym człowiekiem, który nie reagował paranoicznie na dzwonek do drzwi. To było zanim przeprowadziłam się do naszego aktualnego mieszkania. Odkąd tam mieszkam, regularnie jestem/śmy nawiedzana/ni przez tabuny świadków Jehowy, dezynsektorów, który wpraszają się na siłę, wmawiają, że byli umówieni, a potem żądają kasy (bez kitu! mój poprzedni współlokator miał taką sytuację!), policję (albo przebierańców – trudno powiedzieć – nie otwieraliśmy) oraz całą galerię podejrzanych typków (w dużej mierze pytających o naszych sąsiadów – prawdopodobnie nie w pełni legalnych imigrantów). Po kilku mocno stresujących doświadczeniach drzwi otwieramy tylko jeśli widzimy przed nimi kogoś znajomego albo listonosza czy gospodarza domu./*

Nie zamawialiśmy żadnej przesyłki ani nie umawialiśmy żadnych gości, więc zignorowałam dzwonek i przekręciłam się na drugi bok.
Dzwonek zadzwonił ponownie. Koty się zainteresowały i zaczęły węszyć pod drzwiami. Trwałam w zamiarze ignorowania. W końcu była 10 rano – pora o której przeciętny obywatel jest w pracy. A nawet jeśli nie, to nie ma żadnego obowiązku otwierać niezapowiedzianym wizytatorom.
Kolejny dzwonek i następujące po nim pukanie obudziły dRaisera, który patrzył na mnie pytająco zaspanym wzrokiem.
Nieustępliwość niechcianego gościa, sprawiła, że zaczęłam powoli myśleć o wstaniu, chociażby po to, żeby zobaczyć przez wizjer, kto się tak niekulturalnie dobija.
W tym momencie nastąpił szczyt bezczelności – uparty natręt pociągnął za klamkę do naszych drzwi wejściowych. Powtórzę – niechciany człowiek, który nie dostał żadnego sygnału, że może wejść do mieszkania, ba!, żadnego sygnału, że ktokolwiek się w tym mieszkaniu w danej chwili znajduje, samowolnie pociągnął za klamkę, próbując wbrew ciszy po drugiej stronie wejść do środka.
Czy wyobrażacie sobie nasze osłupienie?
Gdyby cała sytuacja miała miejsce o nieco bardziej cywilizowanej godzinie, jak nic chwyciłabym za najcięższą patelnię i wybiegła na korytarz z włosem rozwianym, wzrokiem szalonym i okrzykiem bojowym na ustach: „Czy kogoś pojebało?!”.
O 10 zdołałam jedynie wygrzebać się ociężale z pościeli i podejść na drzwi na tyle szybko, że przez wizjer dojrzałam sylwetkę naszego porannego prześladowcy.
A był nim zawsze cichy, bardzo uprzejmy, podeszły wiekiem i lekko zniedołężniały gospodarz domu.

Just one more reason to move.

Kurtyna.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.07.2013. Komentarzy (0) Posted in całe życie z wariatami Tagi: , , ,

What’s up?

Jak łatwo zauważyć, nastąpiła kolejna długa przerwa na blogu. Prawda jest taka, że przy aktualnym stopniu rozbudowania wszystkich społecznościówek spada troszkę potrzeba pisania na blogu. Mało finezyjne wpisy pt. „co tam słychać?” zostały dość skutecznie wyparte przez statusy na fejsie, blipnięcia czy też ostatnio (po oficjalnym ogłoszeniu zamknięcia blipa) tweety.
Fakt, że w moim życiu nie dzieje się nic spektakularnego sprzyja blogowemu marazmowi.
Ale co by nie pisać tylko notki o niepisaniu bloga, zapdejtujmy ostatnie kilka miesięcy.
Po raz kolejny zmieniłam dział w ramach firmy – teraz pracuję na najfajniejszym, najluźniejszym i powiązanym z największymi profitami. Chwilowo porzuciłam myśli o szukaniu innej pracy, mając nadzieję, że przy przeprowadzce do Miasta na K. uda mi się przetransferować, dzięki czemu na dzień dobry będę miała zapewnioną robotę, a czegoś lepszego poszukam na miejscu.
W wolnych chwilach zgłębiam tajniki HTMLa i CSSa dzięki Code Academy. Bardzo polecam!
Poza tym żyję sobie spokojnie, cicho i bardzo geekowo(nerdowo?) wolne chwile poświęcając raczej na grania/serialowanie niż ekscesy.
Główną siłą napędową jest myśl o przeprowadzce. Nawet jeśli nie od razu do Miasta na K., to przynajmniej GDZIEKOLWIEK INDZIEJ. Szczerze dość mam już naszej nory – jak zaczęłam myśleć o tym przyciasnym, wymagającym gruntownego remontu i przemeblowaniu mieszkanku. Dość mam robali wypełzających z rozmaitych kątów kuchni pomimo regularnej dezynsekcji. I dość mam tej cholernej, brudnej, zapijaczonej, zadresionej Pragi. Atmosfery permanentnego melanżu. Braku kultury na każdym kroku.
Marzy nam się coś miłego, czystego, uprysznicowanego. Najlepiej na Ursynowie, względnie Żoliborzu.
I jest nadzieja.
Jest projekt, który, jeśli tylko wypali, ułoży nam życie na wystarczająco długo. Oczekujemy wyklarowania w połowie sierpnia. Tak więc trzymajcie kciuki.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 13.07.2013. Komentarzy (0) Posted in blog, Frustracje, praca, życie kota Tagi: , , ,

Bo czymże byłoby kocie życie bez małej dramy every now and then?

Miałam urlop, pamiętacie? Spędzałam go sobie radośnie i beztrosko zabijając hordy potworów. Było błogo i bezstresowo.

Do czasu.

W niedzielę, przedostatni dzień mojego urlopu, do drzwi mieszkania zapukał Gospodarz. Przyniósł rozliczenie za wodę za minione pół roku. Na wszelkie tego typu papiery zazwyczaj rzucam tylko kątem oka i wkładam do koszyczka do przekazania w bliżej nieokreślonej przyszłości Właścicielu. Tym razem jednak kwota końcowa rozliczenia skutecznie przykuła moją uwagę na dłużej. Cyferki twierdziły bowiem, że niedopłata za poprzednie 6 miesięcy wynosi 3880 (słownie: trzy TYSIĄCE osiemset osiemdziesiąt złotych).
W tej sytuacji natychmiast skontaktowaliśmy się z Właścicielem, który obiecał zająć się wyjaśnieniem sprawy.
Następne kilka dni minęło pod znakiem totalnej dramy. Nie muszę chyba mówić, że 4 tysie to nie jest kwota, którą moglibyśmy ot tak sobie skądś wyciągnąć…
W międzyczasie analiza otrzymanego rozliczenia wykazała, że zwiększone zużycie („odpowiedzialne” za naszą niedopłatę) wystąpiło w ciągu 1 miesiąca w postaci 403 m3 (TAK, 403 000 LITRÓW) zimnej wody. Na zdrowy rozum poziom zużycia całkowicie absurdalny i nieosiągalny, chyba że prowadzilibyśmy jakąś nielegalną myjnię samochodową pod oknem. Żeby było zabawniej zaraz na początku następnego miesiąca wymieniali nam liczniki, więc całej sprawy nie można było wyjaśnić prostym skonfrontowaniem z aktualnym stanem sprzętu.
Jako że pisze teraz na spokojnie, zapewne łatwo się domyślić, że cała sprawa została rozwiązana z pozytywnym dla nas skutkiem. W spółdzielni faktycznie się pomylili – ot taki mały błędzik na kilka tysiączków i do przodu, c’nie? W efekcie zapłaciliśmy tylko stosunkowo nieduże wyrównanie, ale zszarganych nerwów nic nam nie wynagrodzi.

Wróciwszy do pracy, zrezygnowałam z pięknych, błękitnych włosów, nie będąc pewną, co na nie Regulamin Pracy i Stroju Służbowego. Nie zrezygnowałam jednak z cudnych tonerów La Riche – po konsultacji z dRaiserem zamówiłam Poppy Red, który na próbkach prezentowała się przeczerwoniście. Na mojej w głowie w trakcie nakładanie także był krwisty. A potem spłukałam, wyszłam na świat i okazało się, że mam rurzowe włosy. To tyle a propos powrotu bez wzbudzania kontrowersji wyglądem. Ale że nikt władny w mej pracy nie wyraża sprzeciwu, to ja się zachwycam i na trochę* rurzowa pozostanę 😉

Trudno pisać teraz o czymkolwiek i całkowicie zignorować festyn, który rozpoczął się w miniony piątek. Tak, tak – całe to EURO mam na myśli. Chciałabym móc napisać, że, za przeproszeniem, leję na nie ciepłym moczem. Niestety, nie jest to możliwe. Codziennie przejeżdżam koło Narodowego Koszyka – no chyba że nie przejeżdżam, bo właśnie jest po/przed meczem i mi urywają od komunikacji miejskiej. Również moja praca została zaafektowana przez piłkę – najpierw wydłużyli nam godziny pracy, przewidując że tłumy bogatych kibiców będą po meczach zachodzić do nas ze Strefy Kibica i kupować kolorowe eurorupiecie. Już pierwszego dnia Euro okazało się, że kibice mają lepsze rzeczy do roboty niż zakupy i od poniedziałku wszystko wróciło do normy. No może oprócz tego, że więcej niż zwykle klientów bucha na mnie oparami gorzały.
I nie, to nie jest tak że jestem całkowicie przeciwna temu EURU – nie neguję, że zrobiło wiele dobrego i dla infrastruktury, i dla promocji Polandu zagranico. Ja bym tylko bardzo, bardzo, bardzo chciała, żeby osoby, które mają na mistrzostwa całkowicie wyjebane (tak jak ja), nie musiały być zewsząd atakowane piłką i atmosferą „WSZYSCY jesteśmy DUMNYMI GOSPODARZAMI”, „WSZYSCY JESTEŚMY KIBICAMI”. Otóż nie, nie wszyscy jesteśmy. Tymczasem z okazji tego ‚festynu’ miasto się blokuje, nawet nie można normalnie pójść na piwo, bo praktycznie każdy pub urządza retransmisje, a czasem i do domu strach wracać, bo agresywni, pijani kibole.
I śmiać mi się chce z tych wszystkich osób, które cieszą się, że miasto jest teraz „kolorowym festiwalem napędzanym pozytywną energią i zjednoczeniem w narodzie”. W związku z tą „pozytywną energią” mieliśmy kilka bardzo poważnych spotkań służbowych poświęconych temu, jak sobie radzić w sytuacji zagrożenia zdrowia/życia, groźby ataku terrorystycznego, itp. W związku z tą „pozytywną energią” dwie nasze filie zostały dziś zamknięte przed czasem z powodów zamieszek polsko-rosyjskich. Pojawiły się nawet plotki o morderstwie w Fanzonie. Świetna sprawa, naprawdę! A co do zjednoczenia – ostatni raz w podstawówce czułam się równie wyizolowana od otaczających mnie ludzi, co teraz wśród wymalowanych rodaków ryczących jakieś dziwne przyśpiewki.
A jeśli miałabym już komuś życzyć wygranej (bo słowo „kibicować” byłoby tu poważnym nadużyciem), to chyba tylko Niemcom w ramach świeżo wyhodowanej i rozwijanej germanofilii oraz planów uczynienia Deutschlandu swoim domem w średnio odległej przyszłości**

* zapewne do lipcowego urlopu
** bo w tej najbliższej czeka nas #MiastonaK

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.06.2012. Komentarzy (0) Posted in Bez kategorii, Frustracje, Imprezy, praca, życie kota Tagi: , , , , ,

Always the hard way

Staramy się wyczerpać całą pulę pecha przeznaczoną na ten rok już na początku. A przynajmniej tak wnioskuję, po tym co nam Wszechświat serwuje. Bo jeśli to mają być te spokojniejsze dni, to ja dziękuję bardzo, nie chcę wiedzieć, co będzie dalej.
W ciągu zaledwie miesiąca (i tygodnia) co najmniej 5 razy szłam do pracy z nastawieniem, że to mój ostatni dzień. dRaiser w sumie nadal nie wie czy firma, z którą ma umowę do końca lutego, będzie chciała przedłużyć z nim współpracę. Z różnych powodów musiałam zmniejszyć etat do 3/4. Na studiach plan mam idiotyczny jak jeszcze nigdy. Tylko w pierwszym tygodniu lutego znienacka, zupełnie nieplanowanie przez własną głupotę i zapominalstwo musieliśmy wydać 2 stówy. Firma, która miała dostarczać zlecenia zajmujące co najmniej 20 godzin tygodniowo trochę nie wyrabia. Małe niedopowiedzenie sprawiło, że pieniądze potrzebne na konkretny cel, poszły na coś zupełnie innego, co było zaplanowane na późniejszą część miesiąca i na gwałt potrzebujemy 4 setek. Porzeczka ma ruję i płacze żałośnie, starając się przy tym być jak najmniej inwazyjna. Okna są bardziej nieszczelne niż ustawa przewiduje, więc, pomimo owinięcia ich kocykami, zimno przedostaje się do pokoju, tak że jednego dnia byłam o krok od założenia czapeczki, szaliczka i rękawiczek do siedzenia przy kompie. Kotki stłukły bardzo ładny świecznik. Wymieniliśmy spławik w sedesie, postanowił więc on zepsuć się winny sposób – woda wycieka od dołu.
Nie wiem, kto nam życzył żyć w ciekawych czasach, ale jak go znajdę, marny będzie jego los.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 05.02.2012. Komentarzy (0) Posted in Frustracje Tagi: , , , ,

Przecież ja jestem lepsza niż cała reszta pań, cały babski wyż

Czas akcji: Wtorkowe popołudnie
Miejsca akcji: Klatka przed windami w naszym bloku
Bohaterowie: Kot, dRasier, Sąsiadka

Kot i dRaiser kupili szafę. Dotaszczyli pudło z elementami do domu i czekali na windę towarową*

(* winda towarowa w tym bloku jest widną typu starego. Składa się między innymi z dwóch par drzwi – jedne dwuskrzydłowe wewnętrzne drewniane oraz metalowe drzwi zewnętrzne będące częścią piętra.)

Winda przyjeżdża. Zatrzymuje się. Otwierają się drzwi wewnętrzne i przez szybę widać Sąsiadkę. Sąsiadka popycha drzwi zewnętrzne, ale te ani drgną. Sąsiadka minę ma skonfundowaną. Po chwili bezowocnego pchania zamyka drzwi wewnętrzne i winda rusza w górę.

Z odgłosów bohaterowie wnioskują, że podjechała piętro wyżej, po czym zjechała ponownie.

Sytuacja się powtarza. Sąsiadka otwiera drzwi wewnętrzne. Drzwi zewnętrzne ani drgną pomimo jej wysiłków. Sąsiadka zamyka drzwi wewnętrzne i rusza w górę.

Winda zatrzymuje się piętro wyżej.
Słychać stukot obcasów na schodach.

Sąsiadka po zejściu na parter zatrzymuje się na chwilę.

Sąsiadka: Ja nie wiem, co się stało! Ta winda jest zepsuta! Trzeba jechać z piętra wyżej!

(z 40 kg szafą po schodach, powiada pani?)

Kot i dRaiser wymieniają się Spojrzeniami. Sąsiadka opuszcza budynek. Kot próbuje ściągnąć windę z powrotem na parter. Winda ani drgnie. Kot tknięty przeczuciem, mrucząc przekleństwa pod nosem idzie po schodach na pierwsze piętro. Okazuje się, że Sąsiadka wychodząc nie zamknęła drzwi zewnętrznych, blokując wszelki ruch windy.

Kot wsiada do windy i zjeżdża na parter.
Otwiera drzwi wewnętrzne. Popycha drzwi zewnętrze. Te ani drgną. Kot się przygląda. Zauważa, że blokadka przytrzymująca drzwi sama się nie chowa pod naciskiem.
Kot się rozgląda.
Na ścianie po prawo, mniej więcej na wysokości dyngielka jest łatwo dostępna wajcha.
Kot naciska wajchę.
Drzwi się otwierają bez problemu.

KURTYNA

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 03.02.2012. Komentarzy (0) Posted in życie kota Tagi: , ,

Współlokator pilnie poszukiwany

No i moi drodzy, nadszedł ten straszliwy dzień, w którym dotychczasowy Współlokator oznajmił Kotu, że się wynosi do innego lokum. Uściślając, wynosi się z końcem maja, zostawiając Kota w kropce. Znaczy się w połowicznie pustym mieszkaniu, a sam zamierza zamieszkiwać ze swoim kumplem – znanym z opowieści o Szalonezie, Białym.
Swoje przemyślenia w związku z całą sprawą Kot zostawi dla siebie (no i może dla Łobuza, któremu się wyżalał), za to przejdzie do sedna: Kot poszukuje nowego współlokatora. Względnie współlokatorki, chociaż nie ukrywa, że wolałby raczej mieć w mieszkaniu mężczyznę.
Do wynajęcia jest samodzielny pokój w Warszawie, na Pradze przy zajezdni – przystanek od pętli tramwajów 7 i 13. W pokoju na wyposażeniu jest łóżko z materacem, otwarta szafa przykręcona do ściany, szafeczka, taboret i 1 półka. Na życzenie potencjalnego lokatora jest możliwość wynegcjowania dodatkowego sprzętu od Właściciela. W grę wchodzi również pomalowanie ścian, etc. przed wprowadzeniem się. Mieszkanie jest dwupokojowe z małym przedpokojem, kuchnią i łazienką. W łazience wanna. Na wyposażeniu mieszkania kuchenka gazowa, pralka, lodówka, zamrażarka, mikrofalówka, Internet Aster (2/4 MB). W planach Kot ma mały remont kuchni i łazienki, ale to dopiero w okresie wakacyjnym.
Właścicielem mieszkania jest przesympatyczny Muzyk, który zasadniczo w mieszkaniu się nie pojawia, za to prezentuje podejście pt.: „róbta co chceta, dopóki nie wiąże się to z permanentnymi szkodami”.
W drugim pokoju, zamieszkuje autorka niniejszego wpisu – wariatka, ale nieszkodliwa (chyba że jej zabraknie mleka do porannej kawy), dużo przebywająca poza domem oraz kot Kotlet – najbardziej przyjazny kot pod słońcem.
W kwestii finanasowej: miesięczny czynsz: 600 zł (620, jeśli delikwent życzy sobie akces do Netu) oraz raz na dwa miesiące (płatne w miesiące parzyste) rachunki za prąd i gaz (wg aktualnej prognozy ok.100 zł/os. wg najwyżej prognozy, jaką do tej pory mieliśmy – 150 zł/os).
Od potencjalnego współlokatora oczekuje się, że nie będzie psychopatą/gwałcicielem/seryjnym mordercą, płatności w terminie (znaczy się na samym początku miesiąca) oraz minimalnego poczucia odpowiedzialności za wynajmowane lokum i stan jego czystości (Kot nie jest pedantem, ale uważa, że naczynia powinno się myć zanim ostatni talerz zostanie zabrudzony, etc.).
Jeśli współlokator/współlokatorka się nie znajdzie, Kot będzie zmuszony się wyprowadzić z powrotem do Domu Rodzinnego, co, jak powszechnie wiadomo, napawa Kota dzikim obrzydzeniem.
Właściciel poinformowany o sytuacji ustalił deadline – 15 maja. Do tego czasu Kot ma się określić, czy udało mi sie znaleźć kogoś, czy się wynosi. Tak więc czasu nie ma dużo.
Na wszelkie pytania Kot chcętnie odpowie.
Kontakt via mail: okoczek@gmail.com oraz via gadu-gadu: 1729736

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.04.2011. Komentarzy (0) Posted in życie kota Tagi: , , ,

Księżniczkę prosimy zamknąć w Wysokiej Wieży. Niekoniecznie Szklanej.

Od kilku tygodniu (które Kotu się wydają wiecznością) koci tryb życia wygląda następująco: budzimy się o jakieś nieprzyzwoicie wczesnej porze (czyt.: między 8 a 10) po śmiesznej ilości godzin snu (czyt. 3-4, jeśli jest wyjątkowo dobrze to 5), konstatujemy, że zasadniczo to powinniśmy byli wstać co najmniej 45 minut, po czym w panice wyskakujmy z łóżka, jedną ręką się myjemy, drugą ubieramy, trzecią zaparzamy kawę (WRÓC!)… Niedopiwszy kawy, nie pomyślawszy nawet o śniadaniu wybiegamy z mieszkania i ruszamy, ruszamy załatwiać Bardzo Ważne Sprawy. Zazwyczaj przez Sprawy należy rozumieć najpierw zajęcia na uczelni, a potem pracę do 22, ale czasami (w dzień wolny od pracy) zdażają się takie atrakcje jak: spotkania z Rodzicielką bądź babcią, komornik, sąd, urząd skarbowy, zakupy (i nie, nie w tym przyjemnym kontekście kupowania ładnych rzeczy Kotu), weterynarz, poczta, biurokracja, praca semestralna a.ka zwiedzanie wszystkich bibliotek w mieście, weterynarz, organizowanie Wielkiej Ucieczki oraz trzy tony innych zobowiązań natury wszelakiej. kiedy Kot po całym dniu obowiązków wraca do domu zazwyczaj okazuje się, że nie może spokojnie zalec przed monitorem, tylko jeszcze trzeba ugotować obiad i posprzątać trzy tony śmiecia, bo Współlokator… WRÓC! O tym miauo być osobno… Do tego wszystkiego Kot próbuje posiadać jakąś namiastkę życia osobistego, czasem wyjść na koncert (Tak Po Prostu!), porobić zdjęcia, spotkać się z Łobuzem, wyjść na zwykły spacer nacieszyć się słońcem…
Dlaczego o tym wszystkim Kot pisze? Otóż Luca po przeprowadzce umieściła następującą notkę. Kot zmierza do tego, że ma dokładnie tak samo. W marcu „wygonił” Współlokatora do mniejszego pokoju, zrobił z większego Pokój Swoich Marzeń, przed chwilą skończył skręcać Ostatni (hopefully) Regał, a nie ma zupełnie kiedy się swoim lokum nacieszyć.
Po tych intenstywnych tygodniach, Kot nie marzy o niczym innym, niż zostać Księżniczką Uwięzioną W Wysokiej Wieży (czyt.: własnym zielonym pokoju). Chciałby z całego serca móc przez długie tygodnie NIGDZIE nie wychodzić. Tylko zostawić Kotu stałe łącze, telefon i regularnie dostarczać żywność (KAWĘ!) pod drzwi Wieży (mieszkania). Kot by zaległ na swoim ukochanym odziedziczonym po Zapolu krześle przed swoimi cudownymi 23 calami i obrobił wreszcie te od roku zaległe zdjęcia, nadrobił zaległości w filmach, serialach, update’owaniu blogów; wylegiwałby się na swoim wielgachnym łóżku i czytał wszystkie te książki, które zanabył, postawił na półce, ale nie miau czasu się z nimi bliżej zapoznać. Kotlet byłby przeszczęśliwy, bo miauby głaskanie i przytulanie na zamiauknięcie. A gdyby Koty znudziła się samotność, poczatowałby/posmsował z Łobuzem, a potem wracałby do zajmowania się sobą… Byłoby tak pięknie.
Ale nie. Kot nie może się zamknąć we własnych czterech kątach. Musi chodzić do pracy, pisać long paper i spełniać pierdylion zobowiązań. W efekcie aktualnie nienawidzi ludzkości bardziej niż zwykle (poza nielicznymi wyjątkami).

A szczególnie wkurzają go #ludziektórzy mają szczątkową ilość wykładów dziennie, żadnej pracy, a i tak nie znajdują czasu na obowiązki domowe.*

* WRÓĆ! Odzielna notka! Kiedyś ją spłodzimy!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 14.04.2011. Komentarzy (0) Posted in Frustracje Tagi: , , ,