Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Woodstock 2013. The POCIĄG.

Chciałam tylko powiedzieć, że mam na koncie kilka przeżytych ekstremalnych sytuacji – dachowałam w lesie, o mały włos utonęłam w bagnie, byłam sparaliżowana od szyi w dół przez kilka godzin – natomiast po minionym wtorku za NAJBARDZIEJ ekstremalne doświadczenie EVER uznaję jazdę woodstockowym pociągiem musicREGIO.

Nie zna życia ten, kto nigdy tego nie spróbował. Wszystkie opowieści jakie kiedykolwiek mieliście okazje usłyszeć o tym, co się dzieje w tych wyjątkowych pociągach – są PRAWDZIWE. Serio serio.

Ale po kolei.

Na wyjazd na Woodstock zdecydowaliśmy się już kilka miesięcy wcześniej. Wszystko sobie dokładnie zaplanowaliśmy*. W połowie lipca zarezerwowaliśmy miejsca na Toi Campie, kilka dni przed wyjazdem kupiłam przez internet bilety na pociąg odjeżdżający z Warszawy 30.08 o 22:40.

O wyborze pociągu na środek transportu zadecydowało kilka czynników – po pierwsze, Y, z którym jechaliśmy w zeszłym roku, tym razem nie jechał z Warszawy oraz nie planował zostawać do końca festiwalu ze względu na Wyjazd Planszówkowy. Po drugie, wydawszy 240 złotych za Toi Camp, pragnęliśmy oszczędności.
I tu pojawiło się pierwsze rozczarowanie. W zeszłym roku za podróż samochodem w obie strony, w komfortowych warunkach, z licznymi postojami dla rozprostowania kości zapłaciliśmy za dwie osoby 220 złotych. W tym roku na serwisie Bla Bla Car znaleźliśmy ofertę z dwoma wolnymi miejscami po 50 złotych od osoby w jedną stronę (nie zdecydowaliśmy się na nią ze względu na mniej atrakcyjną godzinę odjazdu oraz lekkie obawy przed jazdą z zupełnie obcym człowiekiem). Po wejściu na stronę Przewozów Regionalnych i wyklikaniu interesującej nas oferty wyskoczyła suma do zapłaty 192 złote (tak „niewiele” tylko dzięki rabatowi za zakup biletów tam i z powrotem oraz studenckiej zniżce dRaisera). Śmiało mogę stwierdzić, że to najgorzej zainwestowane 200 złotych w moim życiu (a kiedyś kupiliśmy po taniości tablet w Carrefourze, który nie dość, że zawieszał się na amen po zainstalowaniu większej ilości aplikacji, to nie da rady znaleźć specyfikacji wyświetlacza na wymianę po tym, jak dRaiser potłukł oryginalny na wyjeździe).

Prawdą jest, że słyszało się to i owo o podróżach musicREGIO. Pełni nadziei wierzyliśmy jednak, że to tylko hiperbole i propaganda ze strony Ojca Dyrektora i mu podobnych mająca na celu odstraszyć niewinną młodzież od Woodstocku.
Relacje naocznych świadków – naszych znajomych – nie brzmiały wstrząsająco. Y z rozbawieniem wspominał bratanie się nad baniaczkami ze spirytusem ze współpodróżującymi. Konrad wprawdzie wyśmiał moją chęć kupowania biletu („Naprawdę wierzysz, że ktoś będzie próbował kontrolować bilety w pociągu pełnym pijanych panczurów?”), ale nie ostrzegał o niczym ponadto. Patryk z kolei wesoło opowiadał o komforcie jazdy, jakiego doświadczył w zeszłym roku w piętrowej kolejce, o wędrówkach i integracji a także spacyfikował mój entuzjazm do jazdy na gapę, informując, że rok wcześniej kontrole miały miejsce w obie strony. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jak BARDZO musiał być zjarany, że mu obskurne interregio wychodowało pięterko i dodatkową przestrzeń.

Point is że absolutnie nie byliśmy przygotowani na to, co zastaliśmy po dotarciu na właściwy peron Warszawy Gdańskiej. Ludzi było od groma. W życiu nie widziałam tyle osób zgromadzonych na jednym peronie. Oczywiście, większość z nich była pod wpływem rozmaitych używek, a znaczną część kontynuowała spożywanie. Jeden delikwent uznał za zabawny pomysł zejścia na tory i sikania tuż przed przejeżdżającym pociągiem, ignorując wściekłe gwizdy maszynisty.
Pociąg odjeżdżał o 22:40. My dotarliśmy na peron ok.22:10. Z podstawieniem pociągu zwlekano do ostatniej chwili. Ok. 22:20, kiedy było już wiadomo, przy którym torze podstawią, tłum zaczął się ustawiać tuż przy krańcu peronu. My też, bo co robić – z całych sił pragnęliśmy miejsc siedzących, chociaż szansa na nie wydawała się mikra.
Przez kolejne 20 minut przechodziłam od histerii przez załamanie do wściekłości. Byliśmy popychali z każdej strony; bałam się zrzucenia na tory. Nad głowami latały nam puste butelki i puszki. Apogeum nastąpiło, oczywiście, gdy pociąg pojawił się na horyzoncie. Nie tyle wsiadłam przez najbliższe drzwi (które szczęśliwie znalazły się tuż przed nami), co zostałam przez nie wepchnięta. Cudem uniknąwszy wepchnięcia pod pociąg/zdeptania, po mocnym pchnięciu, niezgrabne wylądowałam na pierwszym z brzegu siedzeniu, zaklepałam miejsce obok dla dRaisera (któremu udało się dopchać do wejścia długą chwilę później). Sukces! Wrzuciliśmy największy plecak na półkę bagażową i oboje siedzieliśmy.
Tym sposobem wyczerpaliśmy limit szczęścia na ten wyjazd.

Pociąg był zapchany niemożebnie. Nie rozumiem jakim prawem Przewozy inkasują tyle kasy za bilety, skoro przewożono nas w gorszych warunkach niż bydło na ubój. Ludzie siedzieli WSZĘDZIE. Na podłodze, na sobie, w przejściu, w toalecie.
Przez pierwsze dwie godziny, ktokolwiek chciał skorzystać z przybytku w założeniach ustronnego, nie dość że przeciskał się doń w mękach, to jeszcze musiał użytkować przy otwartych drzwiach w obecności trzech obróconych plecami do siebie chłopów. Po tym czasie panowie stwierdzili, że jednak im tam niewygodnie, bo za duży ruch, więc przenieśli się do przejścia. Dzięki temu, można było korzystać z WC przy zamkniętych drzwiach, za to było się niemalże przenoszonym na rękach, żeby się tam dostać.
Nie wszystkim zamykane drzwi przyniosły ulgę. Jedna laska, próbując przejść do przed drzwi, tak niefortunnie chwyciła się futryny, że wchodzący przytrzasnął jej palce. Całe przejście się dobijało i krzyczało o otwarcie, ale ogólny harmider sprawił, że człowiek w środku nic nie słyszał, a drzwi otworzył dopiero po skorzystaniu.
Na szczęście, do najbliższej stacji nie było daleko. Na miejscu czekali już medycy, karetka podjechała, ale dla tej dziewczyny Woodstock skończył się już w pociągu.

Był to nasz najdłuższy postój na stacji. Jednak już po niecałej godzinie, zaliczyliśmy najdłuższy postój w całej podróży, pośrodku szczerego pola, spowodowany… podpaleniem. #WTEM doleciał nas podejrzany smród i zobaczyliśmy więcej dymu, niż dotychczas powstawało w wyniku palenia papierosów. Po chwili pociąg został zatrzymany i czekaliśmy. Po długiej, długiej chwili okazało się, że w wagonie za nami, ktoś wpadł na pomysł, by uprawiać fireshow poikami. Opóźniło to naszą podróż o co najmniej godzinę.

Nie był to koniec atrakcji.

Mocno podpici panowie, uznali, że kolejki do łazienki są za długie, więc postanowili temu zaradzić. Przy użyciu brute force’a udało im się otworzyć drzwi do wagonu. Aby uniknąć ponownego ich zamknięcia, wykorzystali opróżnione butelki i puszki jako klina i przez powstałą w ten sposób szparę, wystawiali co trzeba i oddawali mocz.
O dziwo nie doszło do brutalnej kastracji.

Doprawdy nie wiem, jakim cudem dojechaliśmy żywi, niepodeptani, niepobici i z całym dobytkiem. A także obrzydliwie trzeźwi.

 

 

* Czy muszę przypominać jaki jest najlepszy sposób na rozbawienie bogów?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 05.08.2013. Komentarzy (Możliwość komentowania Woodstock 2013. The POCIĄG. została wyłączona) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , , , , ,