Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Woodstock 2013. The POCIĄG.

Chciałam tylko powiedzieć, że mam na koncie kilka przeżytych ekstremalnych sytuacji – dachowałam w lesie, o mały włos utonęłam w bagnie, byłam sparaliżowana od szyi w dół przez kilka godzin – natomiast po minionym wtorku za NAJBARDZIEJ ekstremalne doświadczenie EVER uznaję jazdę woodstockowym pociągiem musicREGIO.

Nie zna życia ten, kto nigdy tego nie spróbował. Wszystkie opowieści jakie kiedykolwiek mieliście okazje usłyszeć o tym, co się dzieje w tych wyjątkowych pociągach – są PRAWDZIWE. Serio serio.

Ale po kolei.

Na wyjazd na Woodstock zdecydowaliśmy się już kilka miesięcy wcześniej. Wszystko sobie dokładnie zaplanowaliśmy*. W połowie lipca zarezerwowaliśmy miejsca na Toi Campie, kilka dni przed wyjazdem kupiłam przez internet bilety na pociąg odjeżdżający z Warszawy 30.08 o 22:40.

O wyborze pociągu na środek transportu zadecydowało kilka czynników – po pierwsze, Y, z którym jechaliśmy w zeszłym roku, tym razem nie jechał z Warszawy oraz nie planował zostawać do końca festiwalu ze względu na Wyjazd Planszówkowy. Po drugie, wydawszy 240 złotych za Toi Camp, pragnęliśmy oszczędności.
I tu pojawiło się pierwsze rozczarowanie. W zeszłym roku za podróż samochodem w obie strony, w komfortowych warunkach, z licznymi postojami dla rozprostowania kości zapłaciliśmy za dwie osoby 220 złotych. W tym roku na serwisie Bla Bla Car znaleźliśmy ofertę z dwoma wolnymi miejscami po 50 złotych od osoby w jedną stronę (nie zdecydowaliśmy się na nią ze względu na mniej atrakcyjną godzinę odjazdu oraz lekkie obawy przed jazdą z zupełnie obcym człowiekiem). Po wejściu na stronę Przewozów Regionalnych i wyklikaniu interesującej nas oferty wyskoczyła suma do zapłaty 192 złote (tak „niewiele” tylko dzięki rabatowi za zakup biletów tam i z powrotem oraz studenckiej zniżce dRaisera). Śmiało mogę stwierdzić, że to najgorzej zainwestowane 200 złotych w moim życiu (a kiedyś kupiliśmy po taniości tablet w Carrefourze, który nie dość, że zawieszał się na amen po zainstalowaniu większej ilości aplikacji, to nie da rady znaleźć specyfikacji wyświetlacza na wymianę po tym, jak dRaiser potłukł oryginalny na wyjeździe).

Prawdą jest, że słyszało się to i owo o podróżach musicREGIO. Pełni nadziei wierzyliśmy jednak, że to tylko hiperbole i propaganda ze strony Ojca Dyrektora i mu podobnych mająca na celu odstraszyć niewinną młodzież od Woodstocku.
Relacje naocznych świadków – naszych znajomych – nie brzmiały wstrząsająco. Y z rozbawieniem wspominał bratanie się nad baniaczkami ze spirytusem ze współpodróżującymi. Konrad wprawdzie wyśmiał moją chęć kupowania biletu („Naprawdę wierzysz, że ktoś będzie próbował kontrolować bilety w pociągu pełnym pijanych panczurów?”), ale nie ostrzegał o niczym ponadto. Patryk z kolei wesoło opowiadał o komforcie jazdy, jakiego doświadczył w zeszłym roku w piętrowej kolejce, o wędrówkach i integracji a także spacyfikował mój entuzjazm do jazdy na gapę, informując, że rok wcześniej kontrole miały miejsce w obie strony. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jak BARDZO musiał być zjarany, że mu obskurne interregio wychodowało pięterko i dodatkową przestrzeń.

Point is że absolutnie nie byliśmy przygotowani na to, co zastaliśmy po dotarciu na właściwy peron Warszawy Gdańskiej. Ludzi było od groma. W życiu nie widziałam tyle osób zgromadzonych na jednym peronie. Oczywiście, większość z nich była pod wpływem rozmaitych używek, a znaczną część kontynuowała spożywanie. Jeden delikwent uznał za zabawny pomysł zejścia na tory i sikania tuż przed przejeżdżającym pociągiem, ignorując wściekłe gwizdy maszynisty.
Pociąg odjeżdżał o 22:40. My dotarliśmy na peron ok.22:10. Z podstawieniem pociągu zwlekano do ostatniej chwili. Ok. 22:20, kiedy było już wiadomo, przy którym torze podstawią, tłum zaczął się ustawiać tuż przy krańcu peronu. My też, bo co robić – z całych sił pragnęliśmy miejsc siedzących, chociaż szansa na nie wydawała się mikra.
Przez kolejne 20 minut przechodziłam od histerii przez załamanie do wściekłości. Byliśmy popychali z każdej strony; bałam się zrzucenia na tory. Nad głowami latały nam puste butelki i puszki. Apogeum nastąpiło, oczywiście, gdy pociąg pojawił się na horyzoncie. Nie tyle wsiadłam przez najbliższe drzwi (które szczęśliwie znalazły się tuż przed nami), co zostałam przez nie wepchnięta. Cudem uniknąwszy wepchnięcia pod pociąg/zdeptania, po mocnym pchnięciu, niezgrabne wylądowałam na pierwszym z brzegu siedzeniu, zaklepałam miejsce obok dla dRaisera (któremu udało się dopchać do wejścia długą chwilę później). Sukces! Wrzuciliśmy największy plecak na półkę bagażową i oboje siedzieliśmy.
Tym sposobem wyczerpaliśmy limit szczęścia na ten wyjazd.

Pociąg był zapchany niemożebnie. Nie rozumiem jakim prawem Przewozy inkasują tyle kasy za bilety, skoro przewożono nas w gorszych warunkach niż bydło na ubój. Ludzie siedzieli WSZĘDZIE. Na podłodze, na sobie, w przejściu, w toalecie.
Przez pierwsze dwie godziny, ktokolwiek chciał skorzystać z przybytku w założeniach ustronnego, nie dość że przeciskał się doń w mękach, to jeszcze musiał użytkować przy otwartych drzwiach w obecności trzech obróconych plecami do siebie chłopów. Po tym czasie panowie stwierdzili, że jednak im tam niewygodnie, bo za duży ruch, więc przenieśli się do przejścia. Dzięki temu, można było korzystać z WC przy zamkniętych drzwiach, za to było się niemalże przenoszonym na rękach, żeby się tam dostać.
Nie wszystkim zamykane drzwi przyniosły ulgę. Jedna laska, próbując przejść do przed drzwi, tak niefortunnie chwyciła się futryny, że wchodzący przytrzasnął jej palce. Całe przejście się dobijało i krzyczało o otwarcie, ale ogólny harmider sprawił, że człowiek w środku nic nie słyszał, a drzwi otworzył dopiero po skorzystaniu.
Na szczęście, do najbliższej stacji nie było daleko. Na miejscu czekali już medycy, karetka podjechała, ale dla tej dziewczyny Woodstock skończył się już w pociągu.

Był to nasz najdłuższy postój na stacji. Jednak już po niecałej godzinie, zaliczyliśmy najdłuższy postój w całej podróży, pośrodku szczerego pola, spowodowany… podpaleniem. #WTEM doleciał nas podejrzany smród i zobaczyliśmy więcej dymu, niż dotychczas powstawało w wyniku palenia papierosów. Po chwili pociąg został zatrzymany i czekaliśmy. Po długiej, długiej chwili okazało się, że w wagonie za nami, ktoś wpadł na pomysł, by uprawiać fireshow poikami. Opóźniło to naszą podróż o co najmniej godzinę.

Nie był to koniec atrakcji.

Mocno podpici panowie, uznali, że kolejki do łazienki są za długie, więc postanowili temu zaradzić. Przy użyciu brute force’a udało im się otworzyć drzwi do wagonu. Aby uniknąć ponownego ich zamknięcia, wykorzystali opróżnione butelki i puszki jako klina i przez powstałą w ten sposób szparę, wystawiali co trzeba i oddawali mocz.
O dziwo nie doszło do brutalnej kastracji.

Doprawdy nie wiem, jakim cudem dojechaliśmy żywi, niepodeptani, niepobici i z całym dobytkiem. A także obrzydliwie trzeźwi.

 

 

* Czy muszę przypominać jaki jest najlepszy sposób na rozbawienie bogów?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 05.08.2013. Komentarzy (Możliwość komentowania Woodstock 2013. The POCIĄG. została wyłączona) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , , , , ,

Kącik Porad Malkaviańskich – Jak nie wyjeżdżać w góry. Part one.

(bo przecież jedna podróż jest najlepszym momentem na to, by spisywać wspomnienia z poprzedniej)

Po rozmowie z J. odpalił Kot 1 odcinek „Supernaturala” i zwinął się w kłębek. Na sekundkę. Sekundka potrwała o wiele za długo i kiedy otworzył Kot ponownie oczka było o wiele za późno, a przecież jeszcze musiał się dopakować! W efekcie wybiegał w dzikim przerażeniu, przeświadczony, że zapomniał miliona Bardzo Ważnych Rzeczy (łącznie z biletem PKSowym, którego lokalizacji wciąż nie był pewien) i nie zdążył sobie niczego zgrać na netbuczka. Szczęśliwie Opatrzność czuwała nad Kotem, gdyż złapał pociąg do Zachodniego tuż po dotarciu na Wschodni i na przystanku PKSowym znalazł się na całe 2 minuty przed odjazdem PKSu.
W PKSie zajał Kot spokojnie miejsce i pierwsza część podróży upłynęła Kotu na dosypianiu. Gdy już się wyspał, postanowił Kot, w przypływie Szaleństwa niewątpliwie, że podróż rozbujanym PKSem jest idealną chwilą na podjęcie prób naprawy nie działającej klawiatury poprzez wyjęcie nie działających klawiszy. Czy muszę pisać, że w efekcie klawisze latały po całym korytarzu i Kot je w panice wyciągął spod siedzeń?* Zdążył rónież Kot po drodze co najmniej trzy razy zgubić czapkę, arafatkę bądź oba na raz. Ponadto tuż za Rzeszowem uświadomił sobie, że w swej nieroztropności i zabieganiu wziął zaledwie jedną książkę ze sobą, w dodatku niezbyt grubą i już dotarł do połowy… Szczęśliwie w tym momencie za oknem zaczęły pojawiać się wzniesienia i Kot już zamarł do końca, obserwując i się zachwycając, starając się nie myśleć, jak właściwie przetransportuje się o godzinie 19 z Ustrzyk do Ustrzyk.
Wspomnieliśmy już, że Opatrzność nad Kotem czuwa? Na miejscu bowiem okazało się, że za 5 minut odjeżdża ostatni PKS do Ustrzyk Górnych i Kot spokojnie na niego zdążył.
Gdy PKS zatrzymał się, a kierowca oznjamił koniec trasy i Kot wyszedł na świat, było już całkiem ciemno. Kot stał pośrodku obcej miejscowości z ponurą świadomością, że zupełnie nie wie, gdzie jest, ani w którą stronę znajduje się Zajazd, w którym dokonał rezerwacji.
– Nic to! – pomyślał Kot z determinacją. Widział przecież Kot zdjęcia, domostwo miało na sobie wielką tabliczkę z nazwą przybytku, miejscowość jest malutka i składa się z jednej ulicy, na pewno Kot znajdzie!
– Der haha! – zaśmiał się Wszechświat, tudzież zaśmiałby sie, gdyby Wszechświaty posiadały struny głosowe i gardło zdatne do wytwarzania odgłosów.
20 minut później ponownie, tym razem już lekko zaniepokojony, stał Kot w, szumnie nazwanym, Centrum miejscowości i dzwonił do Igora, co by ten wygooglał jakieś wskazówki topograficzne. Igor grzecznie podał Kotu adres, obejrzał mapkę Ustrzyk, powiedział Kotu, w którą stronę powinien się Kot kierować, po czym się rozłączył.
Kot uczynił jak mu przykazano i doprowadziło to Kot na wprost wielce malowniczego… placu budowy, na którym stało 3/5 domku i wielka tablica informacyjna głosząca, iż w tym oto miejscu już lipcu stanie „Zajazd pod Caryńską” (w którym to zajedździe Kot zarezerwował nocleg na kilka dni w maju.) Szczęśliwie Kot byłoaząpokoju i bardzospokojnieianitrochęnienerwowo spisał z tablicy informacyjnej numer telefonu, zadzwonił i bardzo miłej i pani, która odebrała powiedział, że bardzo chciałby skorzystać ze swojej rezerwacji, ale trochę tak jakby niekompletność zajazdu ciut to uniemożliwia.
– To nikt pani nie powiedział, jak pani dzwoniła i rezerwowała? – spytała lekko zaniepokojona rozmówczyni Kota.
– Nie powiedział czego? – zapytał Kot odruchowo.
Otóż, czy nikt Kotu nie powiedział, że chociaż Zajazd Pod Caryńską ma już swoją stronę internetową, numer telefonu i wszystko, to trwa budowa, otwarty będzie dopiero od lipca a wszystkie rezerwację czynione do tego czasu jak najbardziej zostają uwzględnione, ale w znajdującym się 6 kilometrów od Ustrzyk Zajeździe Pod Tarnicą. No więc, NIE, nikt Kotu nie powiedział, że tak sprawa wygląda. Gdyby ktoś to Kotu raczył był powiedzieć, nie stałby Kot o godzinie prawie 22, jak ten jelonek bezbronny z ciężkim plecakiem na środku obcej miejscowości.
Pani szczęśliwie nie pozbawiona była pomyślunku i rezonu, bezbłędnie wyczuła lekką frustrację, narastającą w kocim głosie i szybko zadecydowała, że skoro Kot sam niezmotoryzowany, to ona natychmiast wysyła po Kota samochód.
W efekcie, tuż po godzinie 22 zameldował się Kot pod dachem. Tylko niestety, nie pod ślicznym dachem, który widział Kot na zdjęciach, nie w domostwie wyposażonym w WiFI i inne udogodnienia, ale w pokoiku przypominajacym celę, w miejscu, które od najbliższego pola, gdzie można było złapać zasięg Orange, dzieliło co najmniej 10 minut spaceru.
I tak oto minął poranek i wieczór kociego wojażu – dzień pierwszy.

* I czy możliwe, że to właśnie kocia hiperaktywność była przyczyną dla której praktycznie przez całą drogę nikt się do Kota nie przysiadł?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.07.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Kącik Porad Malkaviańskich – Jak nie wyjeżdżać w góry. Part one. została wyłączona) Posted in malkaviański kącik porad wszelakich, Wyjazdy Tagi: , , , ,

Malkaviański Kącik Porad Wszelakich – Jak nie należy wyjezdzac w góry. Prequel

Jako że wszyscy zapewne tęsknili za kolejną notką cyklu „Malkavianie uczą nas jak nie żyć”, oto ona.

[miejsce na aplauz]

W dzisiejszym odcinku nauczymy:

Jak nie należy wyjeżdżać w góry, czyli Kot ucieka. Prequel.

Jak już wcześniej Kot wspominał, zdobywanie górskich szczytów śniło się Kotu po nocach od lat kilku, a rozmaici mężczyźni, wbrew składanych obietnicom, nigdy nie doprowadzili do spełnienia kocich marzeń.

Poirytowany i zdeterminowany Kot postanowił w końcu sam się o siebie zatroszczyć.

Decyzję o Ucieczce powziął Kot prawie dwa miesiące temu, a jako że czasu było od groma, wyjazd miau być solidnie przygotowany, zaplanowany i Absolutnie Nie Chaotyczny. Wiecie, co bogowie robią, jak im opowiedzieć o naszych planach, right? Więc wy też teraz możecie się zaśmiać.

Pierwsza część planowania wypadła Kotu nawet całkiem nieźle. Kot starannie przemyślał termin ucieczki, uznał, że nie ma sensu ze swoim gawiedziowstrętem pchać się w majówkę, natomiast jakby tak wyjechał w czwartek po długim weekendzie, to mógłby zostać nawet do niedzieli. Posłuchawszy rad Luki, wybrał Kot miejscowość na ucieczkę, wygooglał uroczy, mały, niedrogi zajazd, gdzie, oprócz tony innych udogodnień, miało być WiFi; zadzwonił do owego i zarezerwował pokoik w pożądanym terminie. Dowiedział się przy tym, że na dwa tygodnie przed planowanym przyjazdem zobowiązany jest dokonania przedpłaty celem potwierdzenia rezerwacji.

Następnie Kot postanowił zawczasu załatwić sobie wolne w pracy, żeby na ostatnią chwilę przy układaniu grafiku na maj nie było zgrzytów. Już w pierwszym tygodniu kwietnia poszedł do swojej przełożonej i wytłumaczył grzecznie, że sytuacja wygląda tak i tak, że musi dokonać wpłaty zaliczki, że strasznie Kotu zależy, ale póki jeszcze jest czas, to może ewentualnie przebookować się na późniejszy termin w ramach tego samego miesiąca. Kocia przełożona powiedziała, że problemu nie ma. Najmniejszego.

Kot uradowany zapłacił z góry za cały pobyt, żeby potem finansami sobie ślicznej główki nie zaprzątać, zorganizował Łobuza do opieki nad Kotletem, po czym resztę kwestii organizacyjnych, takich jak logistyka transportu, zostawił na koniec miesiąca.

Pierwszy zgrzyt pojawił się koło 20 kwietnia, kiedy to Kot wysłał swojej przełożonej sugestie grafikowe na maj. #WTEM okazało się, że w ten weekend, który Kot zamierzał spędzić na szlaku, przełożona ma wesele, a druga współpracownica szkołę i czy Kot naprawdę musi mieć ten weekend wolny, bo przecież nie może być tak, że nikogo z filmu nie będzie. No doprawdy! Przed zrobieniem karczemnej awantury dzielnie powstrzymał Kota Igor, głaszcząc po główce, dolewając drinka do szklaneczki i tłumacząc łopatologicznie konsekwencje powiedzenia szefowej, co Kot myśli o całej sytuacji. Ostatecznie stanęło na kocim, ale zszarpania nerwów nikt Kotu nie zrekompensował.

Przez kolejne dwa tygodnie Kot solennie sobie obiecywał, że dziś, już dziś, a najpóźniej jutro pojedzie na dworzec, dowie się, kupi te bilety. W międzyczasie zajmował się tak ważnymi sprawami jak Niepisanie Pracy Semestralnej (tak, co lepiej obeznani Czytelnicy słusznie przewidują temat na następną notkę), oglądanie „Trawki”, „Supernaturala”, granie w Disciples II, spotkania towarzyskie, kastracja Kotleta, a także szukanie nowego współlokatora i poskramianie dzikich napadów paniki.

A potem znienacka zaatakowała Majówka.

W Majówkę już ostatecznie-ostatecznie miau Kot opracowywać logistykę transportu, a nawet zawczasu się pakować, gdyż brał pod uwagę, że wyjedzie w środę bezpośrednio po pracy, ale nagle zaatakowały Kota zupełnie nowe dystrakcje i plan spalił na panewce.

W przedwyjazdową środę, Kot miau zamiar wstać odpowiednio wcześniej, pojechać z samego rana zrobić zaległe badania i, jeszcze przed zajęciami, zahaczyć o Zachodni (gdyż tyle, że z Zachodniego właśnie powinien Kot wyruszyć, udało się Kotu ustalić.). Czy zaspał okropnie? Oczywiście. Czy wylał na siebie pierwszą poranną kawę i musiał się w pospiechu przebierać? Ależ. Szczęśliwie zamiast pierwszych zajęć odbywała się prelekcja wygłaszana przez gościa z zagramanicy, więc Kot złapał dodatkową godzinę snu. Gość skończył wykład wcześniej niż kończyły się zajęcia, ponadto na następnych miau poprowadzić pogadankę na jeszcze inny temat, w sposób zapewne równie fascynujący, więc Kot zdecydował, że to będzie idealna przerwa, żeby podjechać na Zachodni.

Na miejscu okazało się, że PKSy, które Kot wcześniej wygooglował, nie jeżdżą o tej porze roku, a jedyny, którym Kot może się transportować, jedzie jedynie do Ustrzyk Dolnych i odjeżdża w środku nocy, tzn. o 8:45.

– Nic to – pomyślał Kot i zakupił bilet na w/w PKS, wychodząc z radosnego założenia, że o przetransportowanie się z Ustrzyk do Ustrzyk zatroszczy się już, jak się w jednych z nich znajdzie.

Powróciwszy na uczelnię, Kot postanowił zjeść śniadanie, co się okazało nader destruktywną w skutkach decyzją. Colą light szczęśliwie zalał Kot jedynie kawalątek podłogi. Niestety, jogurcik truskawkowy* znalazł się wszędzie: na podłodze, na Walerianie, a także na kociej bluzce. Przy czym na kociej bluzce znalazło się najwięcej i najbardziej malowniczo, a że Kot miau w owym stroju iść na jeszcze jedne ćwiczenia, a potem do pracy, uznał, że musi biegiem pędem udać się do najbliższego sklepu z tanią odzieżą i zanabyć okrycie zastępcze.

W międzyczasie Kot prawie że padł na zawał, gdy odczytał SMSa od Łobuza, w którym to Łobuz zapytywał, czy Kotleta to on odbiera dziś czy kiedy, bo coś mu się nie zgadza, poza tym on pracuje do 22, a potem śpieszy się do domu, bo mają grać i pić. Z powiedzeniem Łobuzowi, co o nim myśli, Kot nie miau problemu. Stanęło na tym, że przyjedzie po Kotleta po pracy dzikim pędem.

Czy bogowie komunikacji ze wszech miar utrudniali powrót do domu? No przecież.

Uznawszy, że, znając siebie i swoją przytomność o poranku, rozsądniej Kot zrobi, jeśli w ogóle nie pójdzie spać, zaczął Kot się pakować, cały czas intensywnie zastanawiając się, co u stu diabłów zrobił ze świeżo zakupionym biletem na PKS. Miau plan, że żeby dotrwać do rana będzie grać w Disciples i oglądać świeżo ściągnięty 1 sezon „Supernatural – the Animation”** oraz zgrywać filminki na Walerianowy dysk, co by mieć co robić w Bieszczadach długimi wieczorami

W międzyczasie odkrył Kot, że znaczna część klawiszy w Walerianie przestała działać zupełnie i nie pomagają żadne czyszczenia***. Z radośniejszych wieści, dRaiser uszczęśliwił Kota informacją, że zasadniczo to jest zdecydowany się przeprowadzać i Kot może jechać w góry spokojny, że przynajmniej kwestią poszukiwań współlokatora może się nie martwić.

Koło 1 zadzwonił J. i kiedy, po jakieś absurdalnej ilości czasu, skończyliśmy rozmawiać, Kot zwinął się w kłębek tylko na sekundkę…

Ile trwała rzeczona sekundka oraz jakie były jej konsekwencje? Te oraz inne zagadki wyjaśnimy w kolejnym odcinku Malkaviańskiego Poradnika.

Stay Tuned!

* uprzedzając pytania: w dalszym toku dnia Kotu udało się jeszcze upaćkać roztopionym serkiem pleśniowym, kolejną kawą, a także poupuszczać jakieś absurdalne ilości towaru.

** Supernatural. Wersja anime! AWESOME!!!!! ****

*** Ale to przecież nie mogło mieć nic wspólnego ze wcześniejszym zajogurceniem netbuczka…

**** Wszyscy wiemy, co oznacza 5 wykrzykników, right?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 21.05.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Malkaviański Kącik Porad Wszelakich – Jak nie należy wyjezdzac w góry. Prequel została wyłączona) Posted in Wyjazdy Tagi: , , , ,

Malkaviański Kącik Porad Wszelakich – Jak nie kupować samochodu?

Kiedyś dawno temu uczył Kot jak nie pisać pracy semestralnej oraz jak nie zaliczać UberWażnegoEgzaminu. Wszystkim zapewne bardzo brakowało tego malkaviańskiego kącika porad wszelakich, w związku z czym dzisiaj ów kącik powraca w zupełnie nowej odsłonie, czyli

Kot uczy jak nie kupować samochodu.

Żeby sobie Szanowni Czytelnicy nie pomyśleli, Kot póki co samochodu nie kupił i przez najbliższy czas nie zamierza, auto kupował natomiast przyjaciel kociego Współlokatora – Biały.
Przede wszystkim, jeśli chcecie odnieść epickiego faila na zanabywaniu samochodu na dobry początek musicie oszczędzić niezadużą kwotę pieniędzy i uprzeć się, że jest to kwota wystarczająca na zakupienie samochodu w dobrym stanie. Następnie umówcie się z Człowiekiem Z Łodzi na odbiór samochodu w losowo wybraną sobotę. Zaangażujcie w projekt swojego najlepszego przyjaciela, który nieopatrznie powie swojej Współlokatorce, że w jej wolny weekend jedzie do jednego z jej ukochanych miast. Współlokatorka, oczywiście, z właściwą jej stanowczością oznajmi, że ona jedzie z nimi.
Kiedy ów wstępny plan zostanie ustalony, należy w przeddzień wyjazdu zadzwonić ponownie do Człowieka Z Łodzi, z którym jesteście umówieni, tylko po to by usłyszeć, że tak, że zasadniczo to on pamięta, że się umawialiście, ale w sumie to on już sprzedał ów samochód. Siedzicie w domu wkurwieni, przeglądacie ogłoszenia, natraficie na jeszcze jedno, które wydaje się mieć sens, dzwonicie…
W/w Współlokatorka, czyli Kot, wraca do domu w piątek wieczorem, po całym dniu pracy zakończonym o 22:20 epickim tłumaczeniem klientce, dobijającej się do krat sklepu, że ten jest od 15 minut zamknięty i choćby stanęła na głowie pod kratą i tak nikt jej nie sprzeda „Gazetki Wyborczej”. Wymigał się Kot z alkoholizacji z kolegami z pracy, wiedząc, że wczesnym rankiem będzie musiał być tomny, co by dotrzeć o własnych siłach do pociągu. Kupił za to czerwone wytrawne wino, co by umilić sobie trochę ten przed sesyjny wieczór* Przekracza obładowany jak wielbłąd** próg mieszkania ok. 23 tylko po to by usłyszeć.
– Kocie, a czemu ty właściwie chcesz jechać na naszą epicką wyprawę? – pytanie padające z ust Białego.
– Bo to jest epicka wyprawa, bo Kot kocha zwiedzać, podróżować i oglądać Większy Kawałek Świata!
– A przyzwyczajona jesteś do ekstremalnej jazdy?
– Da, raz nawet dachowałam, a innym razem zakopaliśmy się jeepem w błocie pod Piasecznem…
– Hmm…. a gastrofazy masz? Chorobę lokomocyjną?
– A w życiu!
– Hmm… a nie przeszkadza ci głośna muzyka: Korn, reggae?
– Oczywiście, że nie.
– No dobra. To zbieraj się, bo 15 po północy mamy pociąg do Katowic.
To zdecydowanie był jeden z tych momentów w życiu, kiedy Kot cieszył się, że jest jedyną w swoim rodzaju hybrydą, a nie babą, bo nie dość, że spokojnie zdążył przebrać się w ciuchy bardziej podróżne, zrzucić buty na obcasie, przepakować torbę i zgarnąć aparat, to jeszcze spokojnie nakarmił i ukochał Kotleta, zajrzał do Netu i wypił kieliszek wina. Następnie już ubrany zdążył jeszcze poczekać na współtowarzyszy podróży.
Pociąg oczywiście się spóźnił, na szczęście nie dużo. Sama podróż do Katowic przebiegła spokojnie, w międzyczasie Kot dowiedział się, że jadą odebrać poloneza Caro, który w przypływie jasnowidzenia został ochrzczony Szalonezem. Na dworcu w Katowicach Kot wygrał z Igorem wyścig do automatu z kawą, wyznał mu miłość (automatu, nie Igoru) i zaspokoił nałóg. Dalszym puktem podróży były pod katowickie Świętochłowice.
W Świętochłowicach znajdował się auto komis, w którym Biały miau Szaloneza obejrzeć. Auto komis był czynny od 7, Dzielna Ekipa dojechała na 6, więc trzeba było jakoś spędzić godzinę. Można było iść na jakąś kawę i bułeczkę do piekarni, ale to by było zbyt proste. Zamiast tego chopcy stwierdzili, że świetną rozrywką będzie próba znalezienia właściwego auto komisu bez używania mapy i nie pamiętając właściwego adresu, poza tym, że to miaua być ulica jakiegoś księdza. Kot nie narzakał na takie podejście, w trakcie gubienia się w zupełnie obcym mieście udało mu się zrobić kilka całkiem ładnych zdjęć. Wszechświat najwyraźniej uznał, że takich wariatów jednak trzeba mieć w opiece, bo gdy zatrzymaliśmy się na parkingu Lidla i odpaliliśmy Igorowego GPSa okazało się, że jesteśmy zaledwie 1,8 km od celu i wcale nie poszliśmy w zupełnie złą stronę. Przy okazji udowodniliśmy, że jesteśmy w 100% dziećmi XXI wieku. Od parkingu do komisu szliśmy z włączonym GPSem, używając Igorowego laptopa jako mapy. Na miejscu byliśmy, oczywiście, pierwszymi klientami. Pan Mechanik był wyraźnie święcie oburzony, że jakiś klient ośmiela się przyjeżdżać o 7 rano do komisu, który od 7 jest czynny i jeszcze domaga się obsługi, nie pozwalając w spokoju zjeść śniadania, wypić kawy i wypalić papierosa. Szalonez okazał się być w ciut gorszym stanie niż głosiło ogłoszenie, drzwi ewidentnie zamarzły i trzeba je było otwierać siłą, przedni zderzak ciutkę odstawał, w dodatku radio było na kasety, a nie CD. Pooglądawszy samochód ze wszystkich stron, poprosiliśmy o jazdę próbną. Pan Mechanik łaskawie się zgodził, ale z góry zapowiedział, że to on prowadzi, bo mają już dość tych wszystkich Schumacherów, którzy ledwie ich dopuścić za kółko, a szaleją po okolicznych zakrętach. Nie było by w takim podeściu nic dziwnego, gdyby on sam nie przewiózł nas z ponadprzepisową prędkością, zakręcając tak ostro i na poślizgu, że Kot poważnie się obawiał, że zanim wrócą, to zaliczy drugie w swoim życiu dachowanie.
Mimo licznych wątpliwości wniosek końcowy był „A co tam! Biorę!”. Umowa została podpisana i niecałe dwie godziny po przybyciu do komisu, wyjeżdżaliśmy Szalonezem, tylko po to by zatrzymać się najbliższym parkingu i nie być w stanie ponownie go odpalić (auta, nie parkingu). Szczęśliwie Pan Mechanik, okazał się minimalnie przyzwoitym człowiekiem i zaproponował nam, że pojedzie z jednym z nas po paliwo. Po zatankowaniu samochód dalej nie chciał ruszyć, więc Pan Mechanik zarządził start metodą na popych. Sam wskoczył za kierownicę i kiedy samochód wystartował przejechał kawałek z przerażonym Kotem na pokładzie.
Kiedy oddał samochód, wyruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy.. Na pierwszym ostrzejszym zakręcie okazało się, że Szalonez ma jeszcze jedną wadę, mianowicie przednie drzwi po stronie kierowcy spontanicznie się otwierają i trzeba je było zamknąć na sznurek przywiązany do siedzenia.
Kot nie wie, jakim cudem dojechaliśmy do Warszawy bez szwanku. Biały jest pozytywnie nastawiony względem Szaloneza – uważa, że trochę w niego włoży i będzie miau samochód, który pojeździ przez dłuższą chwilę. A jeśli się rozwali w międzyczasie…oh well… kosztował tyle, że mimo wszystko nie będzie szkoda.
Niemniej, Świetochłowskiego komisu zdecydowanie NIE POLECAMY.

* i niestety, nie mamy tu na myśli sesji RPG…
** bo raz na jakiś czas wpada Kot na szalony pomysł, że może warto by zabrać z pracy te wszystkie zalegające ubrania, buty, etc.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 24.01.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Malkaviański Kącik Porad Wszelakich – Jak nie kupować samochodu? została wyłączona) Posted in Wyjazdy Tagi: , , , , ,

UWAGA! Poniższy wpis zawiera solidną ilość narzekania.

Z cała mocą Kot stwierdza, że to nie jest listopad, tylko jakiś koszmar. Kot znajduje się właśnie w pociągu do Łodzi. Jako że jest to interregio, jest w nim cholernie zimno, więc Kot siedzi zawinięty w zimowy szaliczek, czapeczkę i swój, niedawno zanabyty, jesienny płaszczyk. Siedzi sobie z Walerianem na kolanach i przed chwilą ryczał jak z bóbr z powodu… tak właściwie bez powodu, tudzież z powodu całokształtu. Ma szczerą i głęboko nadzieję, że Piękne Miasto Uć, które zamierza wizytować przez najbliższą dobę, będzie w stanie nieco ukoić koci ból istnienia.
Koci ból istnienia, który tak naprawdę jest gópi i irracjonalny*. Bo przecież to jest gópie i irracjonalne, żeby człowieku, tudzież kotu Weltschmerz włączał się automatycznie wraz z przestawieniem zegarków na czas zimowy! A jednak! Jeszcze w zeszły piątkowy poranek Kot był stworzeniem całkiem szczęśliwym. Niewątpliwie mężczyzna płci przeciwnej śpiący obok zwiększał znacząco kocią szczęśliwość, jednak bez niego też nie było Kotu źle. So WTF has changed? Cóż takiego się stało, że już dwa dni później, w niedzielę, Kot pałał nienawiścią do świata i chęcią zwinięcia się w kłębek i przespania najbliższych co najmniej 4miesięcy? Odpowiedź inna niż „miesiąc kalendarzowy” nie istnieje, a odpowiedź „miesiąc kalendarzowy” wywołuje na twarzach co logiczniej myślących osób pobłażliwy, ironiczny uśmieszek. A jednak! Zaczął się listopad i Kot zupełnie sobie ze sobą nie radzi. Rano praktycznie nie jest w stanie się podnieść z łóżka, w związku z czym wiecznie nie ogarnia, nie zdanża**, zasypia. Konieczna obecność na zajęciach wywołuje w Kotu odruch wymiotny, a obecność w pracy chęć rzucenia się pod najbliższy pociąg na centralnym po wyjściu z owej. Nic się Kotu nie chce, jest mu wiecznie zimno, wiecznie śpiąco i mokro w oczach. Jest wiecznie niezadowolony, wszystko go irytuje i ma ochotę krzyczeć i rzucać się na ludzi. Bo są. Kot wie, że nie powinien, że takie zachowanie jest dziecinne i nieracjonalne, ale nic nie jest w stanie na to poradzić, a im bardziej próbuje, tym bardziej się frustruje.
Znajomi patrzą na Kota krzywo, że nie chce iść na imprezę, koncert, że nie przychodzi na planszówki, ale nic to. Jedną z rzeczy, których się nauczył rok temu to to, że przymusowy kontakt z ludźmi jest na smuty wyjątkowo niewskazany i kończy się opłakanie.*** Dlatego Kot zamyka się w sobie, zwija w kącie w kłębek i koncentruje tylko i wyłącznie na sobie, na tym na co w danej chwili ma ochotę. Bo jeśli Kot się skutecznie sobą zajmie, wtedy smut chwilowo przechodzi. W związku z czym, Kot jest już prawie całkiem umeblowany. Do pokoju brakuje Kotu tylko pościeli (ZIELONEJ SATYNOWEJ!), kilku drobiazgów do łazienki i kuchni, no i trzeba by w końcu wykładzinę w przedpokoju położyć. Anyway, mieszkanko robi się coraz bardziej przytulne. Również koci komputer stacjonarny został wyznaczony do odstrzału tej jesieni. Kot zbiera nowe części i do końca roku niewątpliwie wymiana zostanie zakończona. Kot od czerwca ma nową wypasioną płytę główną, w zeszłym miesiącu kupił mru i mrau grafikę. Jutro odbiera w Łodzi głośniki. Zasilacz (modularny!) ma zaklepany u kumpla, który sprowadza sprzęt z hurtowni po niższych cenach. Jeszcze tylko procka upolować i będzie z głowy. Bo RAM to najmniej upierdliwy nabytek. Także Kota Kot zmienia. Tak, nadal udaje, że może wyglądać jak kobieta. Co by wrażenie pogłębić udał się nawet do fryzjera i zanabył nowe okulary (nie, nie u fryzjera). Przeszedł również na dietę i zrobił sobie 8 kilo Kota mniej (and still going down!). Co byłoby zupełnie super i och i ach, gdyby nie wiązało się z odkryciem, że Kot praktycznie nie ma garderoby na zmniejszonego Kota (i mamy tu na myśli OFC ubrania, a nie pomieszczenie). Nagle spódnice z Kota spadają, w spodniach wygląda Kot jakby włożył na siebie jakiś niekształtny worek, a z 4 staników zakupionych w minionym kwartale dwa już mają zdecydowanie za duża miseczkę na Kota, a dwóm udało się przedłużyć przydatność do użycia poprzez skrócenie paska. Niemniej, oznacza to, że Kota, jeśli chce wyglądać minimalnie atrakcyjnie, czekają duuuże zakupy ubraniowe. A czy naprawdę musi wspominać Kot, że ostatnio nie zwiększyły mu się zarobki?
Kończac to marudzenie (i to wcale nie dlatego, że Kotu się tematy do narzekania na skończyły, tylko dlatego, bo Waleriankowa bateria się wyczerpuje), przypomni Kot, że wbrew zdrowemu rozsądkowi święta w ludzkiej świadomości już się zaczęły, co oznacza, że pracowo również Kot ma przerąbane.
Nie pozostaje nic innego, jak czekać końca roku i mieć nadzieję, że w najbliższej przyszłości będą miauy miejsce jakieś przyjemne eventy****, które ochronią Kota przed utratą resztek sanity.

* Bo przeca zdarzają się bóle istnienia całkiem racjonalne…
** It’s not a mistake, it’s just my idiolect!
*** A chciał Kot zauważyć, że w zeszłym roku jesienna depresja była wspomaga dość racjonalnymi i realnymi czynnikami
**** Na przykład więcej piątkowych poranków jak w/w

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 09.11.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania UWAGA! Poniższy wpis zawiera solidną ilość narzekania. została wyłączona) Posted in Frustracje, Wyjazdy Tagi: , , , , ,

Dzień dziecka

Jak chyba wszyscy zainteresowani wiedzą, dzieciństwo Kota było traumatyczne i raczej nieszczęśliwe, z powodów, na ktore spuścimy chwilowo zasłonę miłosierdzia, nie chcąc denerwować ani czytelników, ani samego autora. Point is, że kiedy inne dzieci opowiadały na początku czerwca, czego to ich rodzice nie zrobili dla nich w Dniu Dziecka, Kot mógł jedynie powiedzieć, że no tak, dostał jakiś na odpierdol wręczony prezencik*. Nie zmieniało się to przez całe kocie dzieciństwo i nastolęctwo**, później Kot się upełnoletnił (ergo teoretycznie przestał być dzieckiem) i już zupełnie porzucił nadzieję, iż kiedyś będzie pierwszy dzień czerwca wspominać z uśmiechem, rozrzewnieniem i prawdziwą przyjemnością.

A jednak…

W tym roku Kot twardo sobie postanowił, że może dzieckiem już nie jest, ale przecież dla rodziców jest się dziećmi forever, zwłaszcza w sytuacji, gdy rodzic szczęśliwie widuje swoje dziecko pi razy drzwi raz na tydzień przez pół godziny, w związku z czym należy jakiś profit odnieść. Zwłaszcza że wyszła nowa Chmielewska, na którą Kot zupełnie nie ma pieniędzy. Postanowił więc swą Rodzicielkę przycisnąć i ową lekturę od niej otrzymać. Rodzicielka się niechętnie zgodziła, Kot się zadowolił, temat 1.06 zamknięty.

Końcówka maja była przebrzydła, począwszy od pogody zupełnie nie-majowej, poprzez klientów, których inteligencja spada wprost proporcjonalnie do czasu kociego stażu pracy, na kocim stanie psycho-fizycznym oraz finansowym kończąc. Wszechświat znowu Kota nienawidził i chociaż zesłał dziką wyprzedaż w Electo Worldzie, to Kot jest pewien, że to tylko ta legendarna chwila dystrakcji, przed zesłaniem większych nieszczęść.

Maj się szczęśliwie dla Kota zakończył wraz z ostatnim kwadransem oglądanego filmu, zaczął się czerwiec. Pierwszy czerwca, Dzień-Kurwa-Dziecka, zegarek pokazuje dwa okrągłe zera, dwukropek, zero i pojedynczą cyferkę, noc jest jeszcze młoda, kociątko radośnie zwinęło się w kłębek na kocich kolanach i śpi, mrucząc. Za wcześnie, żeby iść spać, ale można spróbować rozpocząć od nowa tę kampanię w Disciple’ach która tak mocno dała Kotu w kość…
– Message from the Dark Side, it is. – rozlega się głos Mistrza Yody z kociego telefonu.
– Co kurwa? – myśli sobie Kot, wstając niechętnie. – Co za…. pewnie znowu durny spaaa… oooo….. ooooooo – tok myślowy Kota został przerwany z uśmiechem, gdy Kot dotarł do telefonu i spojrzał na wyświetlacz, na którym ujrzał, że to wyjątkowo nie Orendż oferuje Kotu kolejną szansę wygrania miliona, ale zaprzyjaźniony, dawno niewidziany człowień zapytuje, co tam właściwie u Kota słychać. Krótka wymiana smsów i telefon niechybnie doprowadziły do konkluzji, że o życiu, wszechświecie i całej reszcie*** znacząco lepiej dyskutuje się bez użycia elektroniki, za to przy zacnym trunku****, a pierwsza w nocy to idealna pora na odwiedziny u Kota.
Odwiedziny potrwały do bladego świtu, znacząco zmiejszyły poziom kociej nienawiści do Świata Zewnętrznego oraz Wszelkich Poza Kocich Form Życia*****, po czym Kot zasnął z kotowatą kulką przytuloną do boku, tylko po to by musieć się zrywać cztery godziny później i pędzić do Domu Rodzinnego odebrać paczkę żywieniową. W domu aktualnym zdążył Kot wypić jedynie wielgachną kawę, za to w Domu Rodzinnym otrzymał prawdziwe Śniadanie Mistrzów: pół kilo truskawek oraz czekoladę mleczną z truskawkami. Rodzicielka nawet się bardzo nie naprzykrzała, zapakowała Kotu pożywienie, umówiła się na dzień następny na zakup książeczki, po czym Kot pognał z powrotem do siebie. W dzikim pędzie rozpakował jedzenie i opuścił lokum w pośpiechu, gdyż ciąg dalszy atrakcji czekał.
Był bowiem Kot umówiony z przecudowną Majeczką i garstką osób, których nie znał na strzelankę laserową (jako zagorzały fan Barney’a Stinsona******, Kot zwyczajnie nie mógł odmówić uczestniczenia w owym evencie). Niestety Wszechświat postanowił przez chwilę znowu być złośłiwy i zamknął rozrywkowe lokum, nie raczywszy uprzednio podać najmniejszej nawet informacji o planowanym zamknięciu na stronie internetowej. Mimo to czas nie był stracony. Kot nacieszył się, jak zwykle przeuroczym, towarzystwem Majeczki, pizzą oraz małym piwem i wyruszył w dalszą drogę, na której końcu czekał Starbucks zawierający, poza uragnioną kawą, Ewę (której mózg należy czcić, wielbić i składać mu hołd) oraz jej latorśl, z którymi to Kot w dalszym toku popołudnia, zaliczył radosną wycieczkę ciapągiem oraz od których… otrzymał spontanicznie rower.
Rower, z którym zresztą zmierza właśnie ciapągiem Ostrołęckim do Doktora Igora.*******
Uwieńczeniem wieczoru było odbranie od Zapola kociego aparatu oraz dziko upragnionych sezonów Supernaturala, powrót do domu, gdzie Kot pierwszy odcienek serialu od razu pochłonął, zachwycił się, po czym poszedł spać (już w dniu 02.06.), ponownie w towarzystwie najpiękniejszego kotowatego stworzenia świata********

Reasumując: mru i mrau, mru i mrau. Oczywiście, Kot nie ma wątpliwości, że za tak cudowne 24 godziny, Wszechświat postanowi się na Kotu odegrać. Próbował już wysłać Kota w podróż nieistniejącym pociągiem o 5-KURWA-15-OJAJEBIE-RANO*********, jutro zapewne spróbuje koci pociąg powrotny zaatakować surykatką**********, co by Kot do pracy nie dotarł, ale chwilowo Kot się tym nie przejmuje. Siedzi sobie w jednym z ukochańszych środków transportu, miły samiec zadbał o to, by kociemu roweru było wygodnie***********, a przed Kotem rozrywkowy dzień w Wyszkowie.

Life feels good again.

* Tak, Kot zdaje sobie sprawę, że na świecie istnieją dzieci, które na Dzień Dziecka zamiast na odpierdol wręczonego prezenciku, dostawały wpierdol, ale w swym niezmierzonym egoizmie Kot zamierza zignorować owe dzieci, skupiając się na problemach własnych.************
** Wręcz przeciwnie, z czasem nawet tego olewackiego prezenciku nie było.
*** Czy jest jeszcze ktoś komu Kot nie zdażył się pochwalić, że został szczęśliwym posiadaczem pierwszych trzech powieści galaktycznych Douglasa Adamsa? Jeśli ktoś taki się ostał, to niech słucha uważnie: KOT SIĘ CHWALI!!!!!
**** Znaczy się kawie i herbacie.
***** Niewątpliwie Kot mógłby zostać wzorowym Krikkityjczykiem.
****** Osoby, które wiedzą, co ma jedno do drugiego i kimże jest Barney Stinson zasługują na specjalną nagrodę oraz uścisk kociej łapki. I mean it.
******* Czy Kot już wspominał jak bardzo bardzo bardzo bardzo kocha Jego Posępność Waleriana I, dzięki któremu może blogować z ciapągu?
******** O owym przecudnym stworzeniu Kot kiedyś napisze oddzielnie. I będą zdjęcia. Promise.
********* Od czego uratowała Kota bohatersko Asia, przy okazji dobitnie udowadniając, która z nas dwóch jest true blondynką 😉
********** Napisałby Kot, że drzewem, ale drzewem Wsześchwiat atakował Deficyta. Na Kota zapewne trzyma coś specjalnego.
*********** Kot again and again dochodzi do wniosku, że mężczyźni to naprawdę użyteczne stworzenia i może warto by sobie ze trzech posiadać na własność.
************
– Dlaczego twoje problemy zawsze są najważniejsze?
– Bo są moje.
Dla czytelnika, który dojdzie do źródłą cytatu nagroda miesiąca. Serio serio.

EDIT: Wszechświat zaatakował Kota stacją Rybienko, na której to drzwi ciapąowe nie dość że nie otworzyły się w pełni, to jeszcze zamknęły szybciej niż ustawa przewiduje, w związku z czym Kot drałował na piechtę od Wyszkowa przez most kolejowy.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 03.06.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Dzień dziecka została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , , , ,

Majówka Chaosu

Notka, w której cofniemy się w czasie i opowiemy o tym, jak bardzo Wszechświat nas nie kocha oraz wysuniemy śmiałą hipotezę odnośnie źródła wszelkiego Zua na świecie, czyli o Majówce Chaosu 2009, o poprzedzającym ją i następującym po niej Weekendach Chaosu oraz o różnych wydarzeniach luźno lub luźniej powiązanych.

Notka, której przeczytanie będzie wymagało posiadania dużej dozy wolnego czasu, cierpliwości, samozaparcia oraz kawy, możliwe nawet że dwóch albo i trzech, możliwe nawet że z wkładką, gdyż albowiem chęć pisania (a potem pisania, dalszego pisania, a jak już pisanie się skończy, to pisania) promieniuje z każdego istniejącego kociego atomu (aczkolwiek w zaskakujący sposób nie chce się przerodzić w comparison/contrast essay, który to Kot miau napisać na półtora tygodnia temu, a wysłać mailem najpóźniej w miniony czwartek wieczorem).

 

Przede wszystkim, powiem to na samym początku, zanim potencjalni czytelnicy (których tok rozumowania nie przebiega tak krętymi ścieżkami, jak tok koci) zagubią się w meandrach kociego wywodu: Źródłem wszelkiego Zua i Plugawości na świecie są SESJE RPG. Tak właśnie! Powyższe zdanie należy sobie przepisać na kolorowo, wielkimi literami, podkreślić czymś możliwie oczorażącym i powiesić nad łóżeczkiem. Oraz na ścianie. Drugiej też. Na drzwiach od łazienki również nie za szkodzi. Należy je wykuć na pamięć i powtarzać niczym mantrę. W dalszej kolejności przejść przez (w większości przypadków) krótki i nieskomplikowany proces myślowy, mający na celu uzyskanie odpowiedzi na jedno proste pytanie: „Czy chcę, żeby moje spokojne życie zamieniło się w afirmację Chaosu?”. Jeśli owa odpowiedź jest negatywna, należy nasze motto wziąć również do serca i od wspomnianych trzymać się z daleka. Jeśli jednak wydaje się wam, że autor(ka?) grubo przesadza, jeśli myślicie sobie „Jakież to straszne zło mogło się zrodzić z powodu niewinnej sesyjki?”, posłuchajcie…

(Cejrowskizm jak najbardziej zamierzony)

No bo bądźmy szczerzy, gdyby nie jedna niewinna sesyjka Warhammera, żadne z poniższych mogłoby się nie wydarzyć, a przynajmniej nie w takiej formie. Kot zamiast zdobywać górskie szczyty (wymownie złośliwy kaszel, rozlegający się w tym momencie w tle, stanowczo ignorujemy) w Stryszawie, mógłby wylegiwać się na słonecznej miejskiej plaży Ełku, gdzie Chaos nie miałby do niego dostępu (w myśl dawno udowodnionej teorii, że tym więcej Chaosu dotyka dany obszar, im więcej znajduje się na nim Malkavian (co narzuca refleksję, że przy takim zagęszczeniu Malkavian na metr kwadratowy, jakie występowało w Siedlisku Czerna, należy się cieszyć, że nie ucierpieliśmy bardziej), względnie natężenie Chaosu jest redukowane przez bliżej nie zdefiniowane czynniki (które to czynniki najwyraźniej musiały w SC występować)). To be more precise, wystarczyło tak naprawdę tylko jedno pytanie: „No to kiedy następna sesja?”. Z przyczyn Bardzo Ważnych Innych Planów Y, czyli naszego głównego mięsa bojowego, sesja nie mogła się odbyć za tydzień. Padło więc całkiem logiczne pytanie o za dwa tygodnie. I wtedy Kot (bo któżby inny?) wygłosił (i za to język mu należy uciąć i zapieczętować ranę, co by nowy nie wyrósł) kwestię krótką a treściwą: „Ale przecież za dwa tygodnie jest Długi Weekend”. Mniejsza o to, że wtedy nikt jeszcze planów wyjazdowych żadnych nie miał, nikt nie zdawał się pamiętać, że such thing as Majówka istnieje, realnych przeciwwskazań do umówienia się na sesję nie było, za to wszyscy z niespotykaną dla tej drużyny zgodnością przyznali, że Długi (trzy-ku**a-dniowy) Weekend sesję absolutnie wyklucza. Ciąg dalszy wydarzeń przewidzieć nie trudno.

Jeśli Kot dobrze pomni, to Y pierwszy podchwycił kocie szaleństwo i już w samochodzie powrotnym zaczął zadawać niebezpieczne pytania (np.: „A czy ktoś ma już plany na Majówkę?”), które rychło doprowadziły do z pozoru niewinnej sugestii „A może byśmy gdzieś razem pojechali?”, sugestii, na którą Kot (stworzenie wybitnie nierozsądne, mające na celu niechybne udowodnienie prawdziwość stwierdzeniacuriosity killed the cat) zaczął energicznie przytakiwać główką (i nawet nie może teraz wytłumaczyć się, że ta główka sama tak latała, no bo wyboje i legendarne dziury dróg naszych polskich, bo tych jak na złość nie było). Kolejnym kamyczkiem popychającym lawinę nieszczęść było stwierdzenie Jara, które przyświecało nam przez najbliższy tydzień: „Później to uzgodnimy, przecież mamy jeszcze mnóstwo czasu”. Stwierdzenie to radośnie powtórzyliśmy eMMie, kiedy na czwartkowych planszówkach pytał się nas o rzeczy tak mało istotne jak cel podróży i miejsce noclegowe. Y wyszedł wtedy z kolejną wspaniałą koncepcją, mianowicie: w przypadku absolutnego braku pomysłów względem kierunku podróży, noclegu, etc, czyż jest coś prostszego niż zapakować się w samochód razem z namiotem i oprzyrządowaniem biwakowym i zobaczyć, gdzie nas los (a raczej Los) poniesie? W kontekście późniejszych wydarzeń naprawdę przerażającym jest, jak długo ta koncepcja się utrzymywała.

W tym momencie Wszechświat postanowił się nad nami z lekka zlitować, świadomy najwyraźniej zagrożeń, z jakimi na Biwaku Chaosu musielibyśmy się zmierzyć, a przed których nasłaniem on sam (w sensie że Wszechświat) nie byłby w stanie się powstrzymać. Litość owa polegała na wprowadzeniu Głosu Zdrowego Rozsądku w postaci Nawiasa.

Ale zanim Nawias dominatywnie się objawił, miała miejsce Sobota Przed Majówką Chaosu, która zaczęła się już w piątek wieczorem, kiedy to Fixxowate w ramach celebracji WCF (dla jeszcze niewtajemniczonych: Wolnej Chaty Fixxera) zaprosił mnie i Ewelinę na oglądanie BTSG. Przyjazd do Cieciorkolandii, poprzedzał 6-cio godzinny pobyt Kota w pracy, gdzie kocia destrukcja ukierunkowana na taranowanie klientów oraz przewracanie i gubienie wszystkiego w zasięgu kotałapek, sprawiła, że współpracownicy wyjątkowo odetchnęli z ulgą, kiedy Kot wreszcie sobie poszedł, a Kota trzepnęła (niemalże prorocza) myśl, że jeśli poziom kotodestrukcji przez weekend się utrzyma, to Fixxowate wykopie Kota z domu jeszcze tej samej nocy. Oglądanie BTSG zostało poprzedzone farbowaniem włosów Kota, na które to Kot zdecydował się bardzo spontanicznie tego samego ranka. Równie spontanicznie wyraził zgodę, żeby pierwszego aktu farbowania (czyli rozjaśniania) dokonała Ewelinka. Ewelinkowe delikatne napominania, że jak ostatnim razem farbowała koleżance włosy, uzyskała efekt z deka niekonwencjonalny, Kot w swej radosnej lekkomyślności zlekceważył. I czemu wcale nas nie zdziwiło, że zakupione dwa opakowania rozjaśniacza (sprzedawczyni nawet próbowała wytłumaczyć Kotu, że jedno będzie aż nadto) okazały się ilością niewystarczającą na Kocie włosy, że zaraz po nałożeniu rozjaśniacz zmieniał się w zaschniętą skorupę nijak niedającą się rozprowadzić na pozostałe, nie pokryte nim włosy? Podsumowując efekt końcowy, Kot z zaskakującym stoicyzmem stwierdził, że biorąc pod uwagę jak bardzo Wszechświat go ostatnio nie kocha, to i tak należy się cieszyć, że skutkiem farbowania jest posiadanie chaotyczno-żółto-pomarańczowo-różowawo-czerwonawych włosów, a nie ich całkowite wypadnięcie.

Więcej krzywd piątkowego wieczoru nie zanotowano – Wszechświat czekał na sobotę, kiedy to Ewelinka sobie pojechała, a na jej miejsce przyjechał brat w malkaviańskiej krwi – Y (nadmienię tu szybciutko, że jedną z przewidywanych form aktywności miała być, tak właśnie – SESJA RPG). Fakt, że nie zgubił się tylko dzięki temu, że akurat siedzieliśmy w ogródku i zauważyliśmy jego samochód beztrosko mijający właściwą bramę, prawie że nie zasługuje na wzmiankowanie, podobnie jak obrażenia odniesione w wyniku ogrodowego Jungle’a oraz destrukcja przy gotowaniu obiadu. Zaczęło się dopiero po obiedzie, kiedy to Y stwierdził, że Jeepem (którym zamierzaliśmy jechać na Majówkę), którego ledwo kilka dni wcześniej odebrał z warsztatu, można by pozwiedzać okoliczne wertepy. Fakt, że na najbliższej stacji benzynowej akurat nie mieli niezbędnego nam gazu wcale nas nie zniechęcił wręcz przeciwnie (bo przecież będą inne stacje, a tymczasem wyczerpmy całego możliwego pecha PRZED wyjazdem), a już podsunięcie nam wielkiego placu błota, z wyraźnymi, zachęcającymi śladami jeżdżenia po, było ze strony Wszechświata posunięciem niezwykle strategicznym. Cieszymy się więc bardzo, że Jeep nie powtórzył wyczynu golfa, a jedynie z deka… utknął:

Gdyby Wszechświat uparł się pokrzywdzić nas bardziej, okazałoby się, że akurat trafiliśmy na miejsce, w którym żadna z sieci, w których mamy telefony, nie ma ani odrobiny zasięgu, ponadto właśnie symultanicznie padają nam baterie i musielibyśmy popylać na piechotę, diabli wiedzą ile, porzucając Jeepa na pastwę Losu i błota. Na szczęście Wszechświat zdaje sobie sprawę, że zabawa ma sens tylko i jedynie wtedy, gdy chociaż na chwilę pozwoli wyjść kawałku słońca zza chmur. No bo czyż szansa, że na praktycznie bezludnym dotąd terenie, pośrodku niczego, pojawi się nagle Koleś Na Quadzie, a ulicą będzie przechodził lekko zawiany Mieszkaniec Pobliża: właściciel land rovera, którego Koleś Na Quadzie będzie mógł zawieźć do jego domostwa, po wspomniany samochód, co by nas wyciągnął, nie jest z gatunku Jedna Na Milion (i tak, wszyscy wiemy, że Szansa Jedna Na Milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć)? Odnalezienie w błocie odpadniętej tablicy rejestracyjnej przedniej również należy do wydarzeń szczęśliwych. Fakt, że ramka od niej już się nadawała do użytku oraz że takich ramek nie da się kupić na żadnej z pobliskich kilkudziesięciu stacji benzynowych ani w Tesco na Kabatach już nie. Tabliczkę Y zyskał dopiero po wyprawie do domu w niedzielny poranek. W ten sam niedzielny poranek objawił się wspominany Głos Zdrowego Rozsądku (w tym momencie warto napomknąć, że do soboty włącznie widmo Biwaku Chaosu pośrodku niczego wisiało wciąż nad nami. I to wisiało niebezpiecznie nisko.)

Nawias objawił się w niedzielny poranek telefonicznie. Telefoniczność nie przeszkodziła mu w dominatywności. Oznajmił nam, żebyśmy Biwak Chaosu wybili sobie z głowy kategorycznie, jedziemy bowiem do hotelu Transporter (albo Transportowiec, albo Jakoś Tak) w Bielsku Białej i że on, Nawias, będzie tam dzisiaj dzwonił rezerwować miejsca, koszty są takie a takie, a my mamy mu zaraz, natychmiast, jak najszybciej dać znać, ile osób jedzie. Uradowani, że wreszcie znalazł się jeleń, który pracę organizatorską wykona, poczęliśmy entuzjastycznie dzwonić. I tu się nasza radość troszkę się ulotniła. Okazało się, że niezdecydowanie ludzkie granic nie zna, każdy chce dać odpowiedź co najmniej wieczorem, a najlepiej jutro lub za dni kilka i co z tego, że przewidywany termin wyjazdu to już najbliższy czwartek? Co by było jeszcze zabawniej, zanim zdążyliśmy dorwać wszystkich potencjalnie zainteresowanych, Nawias zadzwonił ponownie. Otóż, jego przezajebisty plan wyjazdowy, nie wziął pod uwagę jednej rzeczy, mianowicie, że jest ostatnia niedziela przed długim weekendem i wszystkie miejsca w upatrzonym hotelu mogą być już daaawno zarezerwowane. Niczym jednak mieliśmy się nie przejmować, znalazł bowiem kolejny, całkiem blisko tego poprzedniego i tak, już tam dzwonił, upewniając się, że tak, są miejsca. I wszystko byłoby piękne i ładne, gdyby nie to, że potencjalna Nowa Lokacja kosztowała ciut drożej, a nie oferowała Super Śniadań. Następne kilka minut okazało się kluczowe. Fixxer zasiadł do laptopa z Kotem i Y dzielnie mu sekundującymi. Zaćmienia na punkcie Bielska Białej dostaliśmy wszyscy, musieliśmy koniecznie tam jechać a przynajmniej w najbliższą okolicę (chociaż nikt nie umiał racjonalnie wytłumaczyć dlaczego). Fixxer googlował zacięcie, po czym zażądał telefonu, zadzwonił i przekazał informacje. Y również przekazał – swój telefon Kotu, w celu złożenia Nawiasowi naszej anty-koncepcji (nie mylić z antykoncepcją). Nawias po pierwszym zdaniu wygłoszonym przez Kota, powiedział „Zajebiście, wyślijcie mi tylko adres, żebym miał co wprowadzić do GPSa.” i… tyle. W ten oto sposób Kot został Main Orgiem i nagle wszystko zaczęło kręcić się wokół niego. Setki głupich pytań, pełnych niezdecydowania odpowiedzi i chaos, Chaos, a nawet CHAOS. Czasu przewisianego na telefonie przez trzy dni przed wyjazdowym czwartkiem, Kot nie zliczy ani nie odzyska. Podobnie zdrowia psychicznego straconego na ustalanie, jak dokładnie, kiedy, o której, z kim oraz kto, no i dlaczego. Ale zanim nastąpiło to trzydniowe pandemonium, Kot musiał jeszcze wrócić do domu.

Przejazd na trasie Cieciorkolandia – okolice Ronda Wiatraczna późnym niedzielnym wieczorem, gdy drogi są prawie całkiem (przynajmniej teoretycznie) opustoszałe, z pozoru nie stwarza żadnych problemów ani zagrożeń. Ale tylko z pozoru – sytuacja zmienia się diametralnie, gdy samochodem, który ma pokonać tę trasę jest świeżo naprawiony Jeep Y, kierowcą – Y, pasażerem – Kotowate., a nawiguje GPS, który w toku dalszych podróży otrzymał wdzięczne imię „Jadźka”.

Nawet mocno topograficznie upośledzony Kot doskonale zdaje sobie sprawę, iż najszybciej do jego legowiska dojeżdża się poprzez Most Siekierkowski. Najszybciej nie oznacza przy tym najprościej, jak wykazuje doświadczenie (to samo doświadczenie, które doprowadziło Kota z Y w trakcie poprzedniej podróży tą trasą do jazdy pod prąd przy Jubilerskiej), wobec czego Kot nie protestował szczególnie, kiedy Jadźka zamiast na Siekierkowski pokierowała do Trasy Łazienkowskiej, która nie ma aż tylu odnóg, w których można by się pogubić. Można za to przegapić wjazd na Most Łazienkowski, zagadując kierowcę opowieścią o nagich kąpielach w jeziorze, w drodze na festiwal szantowy. Następnie można dać się dalej prowadzić Jadźce i pozwolić jej pokierować się na niewłaściwy pas, skutecznie unikając możliwości wjechania na Poniatowski. Ciągle nic to, ponieważ przecież tu jest Wisłostrada i tu, kurcze, muszą być jakieś nawrotki. Owszem nawrotki były. Ale czy uwierzycie, że wszystkie nawrotki na odcinku Poniatowski – Śląsko-Dąbrowski może być w remoncie tudzież nieczynnych w tym samym czasie? Jadźka milczała jak zaklęta, mając problem z satelitą, a Y przypomniał sobie, że w sumie można jeszcze przez Gdański. Na środku Gdańskiego Jadźka odmilkła, każąc nam skręcić w prawo teraz, natychmiast, już, czym zasłużyła sobie na niezwykle malownicze epitety. Mniej więcej w tym momencie Kot uznał, że może jednak przejmie funkcję nawigatora, zwłaszcza że Jadźka wykazała się brakiem inteligencji po raz kolejny chwilę później, każąc nam skręcać w prawo na Świętokrzyski, prowadzący z powrotem na drugą stronę Wisły. Y potwierdził, że nawet Kot ma lepszą orientację w terenie. I wszystko byłoby pięknie, dopókiśmy nie dojechali do właściwego skrzyżowania tuż za Poniatowskim, gdzie powinniśmy byli skręcać w lewo. Widok, który ujrzeliśmy, który sprawił, że obydwoje zaczęliśmy śmiać się dziko a histerycznie, przedstawiał się następująco:

Do legowiska w końcu dojechać się udało i Kot mógł przejść przez organizacyjne piekło, przy którym owo stworzone przez Dantego może się schować ze wstydu, zdążył również serdecznie znienawidzić wszystkich uczestników wyjazdu oraz zapragnąć zwinąć się w aspołeczny kłębek pod łóżkiem i nie wychodzić spod niego do najbliższej Gwiazdki. A przecież jeszcze nie nastąpił wyjazdowy czwartek.

Początek wyjazdowego czwartku nieopatrznie napełnił Kota optymizmem. Optymizmu nie zmącił nawet fakt, że z powodu kupowania książek na ów wyjazd, spóźnił się Kot na fonetykę, gdzie został zaatakowany niezapowiedzianym kolokwium z transkrypcji. Nie zmąciło go też kolokwium z gramatyki opisowej (o którym wprawdzie udało mu się dowiedzieć poprzedniego wieczora, ale rzut na naukę nie był równie udany (do czego mogły się przyczynić idiotyczne pomysły eMMy na równi z brakiem chociażby jednej notatki z całego semestru)). Kot wrócił cało i zdrowo do domu, z idiotycznym optymizmem uwieszonym go nadal, niczym rzep psiego ogona i nawet dokończył się pakować, i – nawet – zdążył pomyśleć, że cześć drużyny już jest w drodze, druga powoli się zbiera i tylko eMMa ubzdurał sobie wyjazd o idiotycznie późnej godzinie dwudziestej pierwszej. Ten właśnie moment niezwykle strategicznie wybrał Fixxer na telefon. Telefonicznie poinformował Kota, że tak jakby niechybnie nastąpią zmiany w transporcie, no bo tak jakby Jeep Y się tak jakby zepsuł i tak jakby stoją sobie właśnie na parkingu, uczciwszy minutą ciszy ygreczy alternator, zastanawiają się, skąd by tu wziąć samochód, a w zasadzie czekają na odpowiedź od rodzinki Fixxera, bo u niego przed domem aktualnie stoją dwa. Oczywiście rodzinka Fixxera, nie byłaby rodzinką Fixxera, gdyby nie stwierdziła, co następuje:

– samochodu Fixxera, Fixxer absolutnie wziąć nie może, ponieważ jego aktualnie obłożnie chora siostra może chcieć nim pojeździć w trakcie weekendu

– samochodu cieciorzego również wziąć nie można, bo, w zasadzie, bo wziąć nie można

Innych widoków na środek transportu dzielna ekipa nie posiadała, słowo „pociąg” nie brzmiało szczególnie user- ani moneyfriendly. W tym momencie Kot dostał ataku histerii, a wręcz Histerii, do którego przyznaje się ze wstydem i głęboką skruchą, wyznając przy tym, że był tylko o krok (o kroczek, o! o taki maluteńki) od rozpakowania bagażu i pokazania wszystkim i wszystkiemu (łącznie z sobą) środkowego palca. Późniejsza koncepcja jechania w pięć osób (z bagażami) samochodem eMMy (z której to istnienia sam eMMa chyba nie zdawał sobie sprawy dopóki nie upadła ostatecznie) Histerię wzmogła (i zrozumie to każdy, kto widział samochód eMMy, wizualizuje go sobie, doda do tego pięć osób i bagaże na 3 dni). Szczęśliwie mamusię Fixxera coś jednak tknęło, coś puknęło w główkę (osobiście lubię myśleć, że „to było takie wielkie pudło”) i zadzwoniła do niego, wielkodusznie godząc się ofiarować mu swój samochód na trzy dni.

Wyczerpana psychicznie doczłapałam na wskazaną porę na Kabaty. Udało mi się nie spóźnić, ba, byłam nawet z pięć minut za wcześnie, dzięki czemu poznałam przecudownie prześliczne stworzenie, jakim jest jarkowy kot. EMMA również stanął na wysokości zadania – przyjechał o czasie. Zrobiliśmy zakupy w Tesco i wyruszyliśmy. Na miejsce dotarliśmy cali i zdrowi, a pół godzinne błądzenie po niecałych 50 kilometrach kwadratowych miejscowości w poszukiwaniu wynajętego lokalu to pikuś przy przygodach pozostałych majówkowiczów.

Otóż, Fixxer z Y i Maqqiem utknęli pod Warszawą w korku. Korek się korczył i korczył, więc dzielni chłopcy postanowili zaoszczędzić czasu i wbili się na, równoległą do trasy głównej, lokalną asfaltową drogę, która, niestety, wkrótce przestała być asfaltowała, co uwadze chłopców umknęło. Samochód natychmiast zakopał się w grząskim piachu i nie chciał drgnąć ani trochę. Drgnął dopiero, gdy pociągnął go przejeżdżający w pobliżu (!) traktor.

Nawiasowi z kolei lokalne drogi, bogate w osławione polskie dziury zabiły dwa koła. Do dziś się zastanawiam, jakim cudem dał radę nie tylko do Stryszawy dojechać, ale i z niej wrócić. Niemniej zawieszenie należy spisać na straty (chociaż do dziś nie jestem pewna, czy będzie wymieniał całe, czy tylko część, czy jeszcze coś innego), co uprawnia Nawiasa do tytułu największego pechowca tej majówki.

EMMie wszyscy docinaliśmy, że z podróży do wyszedł praktycznie bez szwanku i Wszechświat się na nim zemści w drodze powrotnej. Wszechświat okazał się być litościwy. W ramach wyjazdu eMMa stracił jedynie okulary (no i resztki autorytetu), a w drodze z zgubił nas, skręcając na skrzyżowaniu, zamiast w jedyną logicznie poprawną drogę, to w ślepą uliczkę (wybrnął jednak z tego, wracając do korka na Katowickiej, z którego próbowaliśmy uciec). Wszechświat nie byłby jednak Wszechświatem, gdyby na dniach po powrocie, już w Warszawie, eMMy nie puknął jakiś gówniarz, powodując uszkodzenia, pozostawiające eMMę na co najmniej miesiąc bez samochodu. EMMa uparcie twierdzi, że to ten wyjazdowy Fail mu się teraz czkawką odbija.

Kot, bezpośrednio po powrocie, twierdził, że nie wyszedł na tym wyjeździe aż tak źle. Zgubił bowiem skarpetkę (która w tajemniczy sposób odnalazła się trzy dni po powrocie), stracił resztki sanity (że zacytuję Y: „Resztki CZEGO?!”), ponadto koci największy wyjazdowy Fail miał podłoże czysto osobiste i najbardziej ucierpiała na nim kocia miłość własna (co, biorąc pod uwagę dzikie rozmiary kociego narcyzmu, nie wyrządziło jej większej szkody).

Oprócz tego niemalże wszyscy udowodnili sobie, że ich kondycja ssie, ponadto popełniali rozliczne mniejsze i większe głupoty, zapominalstwa, zagubienia i odnajdywania.

Nie na darmo ktoś (Nawias? Ygreg?) sformułowali następujące wnioski po powrocie, cytuję:

  1. Kupić Jeepa
    1. opancerzyć
    2. zamontować wieżyczkę
  2. zdobyć kondycję PRZED wyjazdem w góry
  3. Mapy i kompasy NIE są dla pedałów

A propos map, to nie do końca prawda – mieliśmy mapy. Przy czym chciałabym dobitnie zaznaczyć, że posiadanie map nie jest równoznaczne ze stosowaniem ich w praktyce. Tak, jak drugiego dnia wyjazdu kiedy pojechaliśmy do Lasu (wielka litera jak najbardziej stosowna – Las jest bowiem miejscowością niedaleko Stryszawy, gdzie chłopcy, rozczarowani pierwszym dniem błądze… ekhmm… tak… to znaczy wędrówek po okolicznej górze, znaleźli ładny niebieski szlaczek, który koniecznie chcieli przemierzyć). Jechaliśmy w piątkę samochodem eMMy (eMMa, Kot, MacOO, Y i Fixx). Jechaliśmy sobie radośnie, dopóki Fixx nie zadał pytania, czy ktoś wziął mapę.

– Ostatni raz używałem jej do bicia Jarka po głowie w dużym pokoju – odpowiedział beztrosko Y.

Wniosek nasunął się oczywisty: mapa została w dużym pokoju. Postanowienie zatrzymania się w najbliższym sklepie celem zakupienia nowej było naturalną koleją rzeczy. I właśnie w związku z tym przejechaliśmy najbliższe cztery czy pięć sklepów nawet przy nich nie zwalniając. Za to w następnym, że pozwolę sobie przytoczyć dialog:

– Ale nie zapomnieliście kupić mapy? – Spytał eMMa, wracającą ze sklepy drużynę, która dzierżyła w rękach dużo plastikowych butelek z wodą, ale jakoś niewiele papieru.

– Nie – oświadczył dumnie Y – Teraz mamy trzy mapy. Tzn.: że będziemy musieli się trzy razy bardziej postarać, żeby nie zostawić wszystkich trzech w samochodzie, wysiadając z niego.

Chłopcom się udało – nie wiem, ile map ostatecznie szło z nami w góry, ale wiem, co nie szło – moja specjalnie na przechadzkę kupiona płynna glukoza w postaci Coca-Coli.

Sam podjazd na szlak również zasługuje na opisanie. Otóż szlak zaczynał się dokładnie naprzeciwko lokalnego sklepiku, wyposażonego w lokalny parking i przez początkowy dłuuuugi odcinek był zwykła asfaltową drogą. Mniej więcej zgodnie stwierdziliśmy, że jak zaparkujemy pod sklepikiem, to będziemy mieli kawał drogi do przejścia, można by więc podjechać jak najdalej tym szlakiem po asfalcie, a miejsce do zaparkowania na pewno się znajdzie. Podjechaliśmy, minęliśmy Panią Zbierającą Drewno, potem skończył się asfalt i zaczął regularny wyboisty szlak. Przejechaliśmy nim kawałek, po czym zawróciliśmy, nie widząc perspektyw na wygodny i bezpieczny parking. Po drodze minęliśmy Panią Zbierającą Drewno. Zaparkowaliśmy na parkingu pod sklepem i całą trasę pokonaliśmy ponownie, tym razem na piechotę. I tak, ponownie minęliśmy Panią Zbierającą Drewno. Następnie doszliśmy do miejsca, w którym zawróciliśmy i przeszliśmy zakręt i następny, i następny (ok. 5 min drogi na piechotę), i zobaczyliśmy to oto:

Ostatniego Faila wyjazdu zaliczył Fixxer, pozostawiając swój plecak z laptopem, kluczami do domu oraz dokumentami samochodu, którym jechaliśmy, na chodniczku pod domkiem w Stryszawie i musiał następnego dnia wracać po nie pociągiem (ale, to be honest, biorąc pod uwagę rozwinięcie wyprawy powrotnej, Fixxer nie narzeka i chociaż jeden Fail przyniósł pozytywny efekt).

A w następna sobotę, jak gdyby nigdy nic Kot umówił się na… sesję RPG. Sesję SM u Savil, to be more precise. Nawet nie mogę powiedzieć, żeby się Kotu bardzo chciało, ale Sailorek tak dawno nie było… W ową sobotę również odbywał się jedyny koncert juwenaliowy, na który Kot miał szczerą ochotę pójść – Kult (i inni) na dziedzińcu UW. Jedyny haczyk polegał na tym, że studenci UW mieli darmowy wstęp jedynie do 17:30, a późniejsza cena biletu (choć śmiesznie niska) przerastała koci budżet. Plan wydawał się prosty: sesja do 16:30, no maksymalnie do 17, a potem biegiem na dziedziniec. A teraz uprzejmie proszę zagłosować: ile osób wierzy, że Kot dotarł na ten koncert. No już – łapki w górę… Jak to nikt nie wierzy? No proszę, społeczeństwo jednak szybko się uczy. Oczywiście, że Kot nie dotarł na koncert! Z własnej, nieprzymuszonej woli ok.16 Kot powiedział, że chrzanić, że tu jest sesja do skończenia. Potem z własnej nieprzymuszonej woli siedział Kot u Savil do ok.21, a także z własnej nieprzymuszonej woli przyjął zaproszenie na piwo do GP i z własnej nieprzymuszonej woli je pił. Idąc tym tokiem rozumowania, można by powiedzieć, że następnego dnia na duuuużym kacu też się Kot obudził z własnej nieprzymuszonej woli. Wola jednak była przymuszona – budzikiem oraz świadomością konieczności udania się do pracy, zwłaszcza, że została Kotu tylko jedna UŻ, którą lepiej trzymać na gorsze czasy (och, jakże prorocza to była myśl).

Z niechęcią ogromną (i tym strasznym kacyskiem) do pracy się Kot udał, z roztargnieniem zostawiając telefon własny poniewierający się gdzieś w tazowym pokoju.

A wieczorem Kot był umówiona z Fixxowatym, co było efektem pijackiej rozmowy z wieczora poprzedniego.

(I tak, jestem pewna, że gdyby nie zuo w czystej postaci, ta sesja nieszczęsna, wszystko wyglądałoby inaczej – Kot grzecznie by poczłapał na koncert, bawił się lepiej lub gorzej, a potem z czystym umysłem wróciłby do domku i poszedł spać (względnie uznałby, że tak dobrze siedzi mu się w domku i ogląda filmy w łóżeczku, to może najlepiej będzie, jeśli nie będzie się z tego łóżeczka ruszał wcale))

Pierwotny plan zakładał odzyskanie telefonu z Żoliborza i Rozmowę w drodze do i z. Ale czy bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie przewrócili pierwotnego planu do góry nogami? Wystarczyło, żeby Fixxer powiedział kilka zdań o Kuzynce, żeby Kot nieśmiało wyraził żal, że nie będzie miał zbyt szybko okazji do poznania owej, żeby Fixxer wykonał jeden krótki telefon i… jaki tam telefon, kto by w ogóle potrzebował telefonu do szczęścia, kiedy jest się w drodze na Chmielną? Spontaniczność stała się chyba ideą wieczoru (np.: po co jechać pociągiem o 20 w niedzielę, skoro jest pociąg w poniedziałek rano?). I tylko aktualny stan zdrowia Kota nieśmiało szepce Kotu w główce, że czasami (ale tylko czasami) spontaniczne paradowanie w 2/5 topless po Nowym Świecie zimną nocą może nie być najlepszym pomysłem.

W poniedziałek Kot umarł (i niestety do tej pory nie udało się Kotu zmartwychwstać). Umarłość jednak nie przeszkodziła mu pójść we wtorek na… sesję RPG. O tym że tak właściwie to absolutnie nie powinien teraz nigdzie jeździć, bo następnego dnia ma Wielkie Zaliczenie Pedagogiki udało mu się przypomnieć na mniej więcej godzinę przed sesją. I jeśli ktoś chce wierzyć, że po sesji udało się Kotu w domku grzecznie a pilnie pouczyć, to…. nie będę wyprowadzać z błędu (złudzenia to w końcu taka piękna rzecz).

Celem przypieczętowania swego wywodu, Kot doda jeszcze, że kolejne umówienie się na sesję RPG (w minioną niedzielę) zaowocowało zapaleniem dróg moczowych, wizytą u lekarza i 9cio dniowym L4, które znacznie pogorszy kocie widoki na zaliczenie semestru oraz godziwą wypłatę. W związku z czym Kot leży (more or less) w łóżeczku, w ciągu jednego przedpołudnia przeczytał całe to nieszczęście, jakim jest „Zmierzch”, obejrzał jeszcze większe nieszczęście, jakim jest film na jego podstawie, a teraz czeka aż ściągnie się Kotu odstanie 2% piątego sezonu Angel, sezonu, w którym to wreszcie pojawi się ponownie Spike (uprzejmie chciałam w tym miejscu przypomnieć, że każdy ma jakieś wypaczenia i w związku z tym nie należy śmiać się z wypaczeń innych ludzi (tudzież zwierzątek domowych (zwłaszcza jeśli te są akurat chore))).

O dalszych nieszczęściach, wynikających z sesji, poinformować się nie omieszkam.

 

 

PS. Solennie obiecuję, że jest to pierwsza i ostatnia tak niebotycznej długości notka* Więcej grzeszyć (w ten sposób) nie będę, a tych, którzy dotrwali do aż tutaj, serdecznie przepraszam

 

*no chyba, że mój comparison/contrast essay nadal nie będzie chciał się samoistnie zmaterializować – wtedy nie ręczę za siebie. Chociaż wtedy równie dobrze mogę się zadławić porannym antybiotykiem, utopić w szklance kawy, dać się zjeść mojemu wyimaginowanemu rakowi tudzież paść na podobnież wyimaginowane zapalenie mięśnia sercowego.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.05.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Majówka Chaosu została wyłączona) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , , , , ,