Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Z dedykacją

And now for sth (not so) completely different…

[Tak, Kot wie, że powinien zajmować się czymś ciut innym, ale już jest strasznie zmęczony, a pisanie notki, nawet najkrótszej jest znacznie przyjemniejsze nż przyswajanie wiedzy na temat e-learningu.

So…]

W ramach bycia Kotem konswekwentym i niełączenia życia prywatnego z pracą, Kot organizuje u siebie posiadówę pod hasłem „Jest środa – idealny dzień na degustację Cytrynówki”. W zasadzie miał tylko zaprosić dwoje znajomych z pracy, którym zaproszenie obiecywał od stuleci, ale nagle spontanicznie zaprosił jeszcze tego i tamtego, rozważa zaproszenie jeszcze dwóch osób, spodziewa się też dwojga byłych współpracowników; sobotę spędził u Łobuza*; co więcej temu ostatniemu całkiem poważnie zaproponował wprowadzenie się, jeśli faktycznie czarny scenariusz wypieprzania go z mieszkania wejdzie w życie….
Taaa…. Kocie – w tym życiu nie dostaniesz tytułu Miss Konsekwencji. W następnym też nie. Ani w żadnym z pozostałych sześciu.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.04.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Z dedykacją została wyłączona) Posted in Imprezy, życie kota Tagi: , , , ,

Fetyszystka

O tym, że Kot jest fetyszystą wiadomo nie od dziś. Kręcą go długie włosy, okulary, ładne dłonie, ładne plecy, muzycy (tak, to już chyba też podpada pod fetysze), no – lista jest jeszcze długa. Natomiast największy koci fetysz nie ma absolutnie nic wspólnego z wyglądem. Kota albowiem niesamowicie podniecają… słowa. Czasem czytając, tudzież słuchając czegoś, Kot potrafi zmitrężyć kilkanaście, ba! czasem i kilkadziesiąt minut na kontemplację jednego słowa, czasem całego zdania a czasem wyrażenia. Człowiek, który umie się ładnie wyrażać i prowadzić inteligentną, niebalną konwerację na każdy temat począwszy od porannej kanapki, na sensie życie, wszechświata i wszystkiego kończąc, w trybie natychmiastowym uzyska kocią przychylność, uwagę i wzbudzi w Kotu zachwyt. A jeśli jeszcze będzie poświęcał swój czas, żeby toczyć niebalne dysputy z Kotem… resztę dopowiedzcie sobie sami,

PS. Refleksja sponsorowana przez wieczór z OP, Łobuzem i cytrynówką.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 15.04.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Fetyszystka została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , ,

Księżniczkę prosimy zamknąć w Wysokiej Wieży. Niekoniecznie Szklanej.

Od kilku tygodniu (które Kotu się wydają wiecznością) koci tryb życia wygląda następująco: budzimy się o jakieś nieprzyzwoicie wczesnej porze (czyt.: między 8 a 10) po śmiesznej ilości godzin snu (czyt. 3-4, jeśli jest wyjątkowo dobrze to 5), konstatujemy, że zasadniczo to powinniśmy byli wstać co najmniej 45 minut, po czym w panice wyskakujmy z łóżka, jedną ręką się myjemy, drugą ubieramy, trzecią zaparzamy kawę (WRÓC!)… Niedopiwszy kawy, nie pomyślawszy nawet o śniadaniu wybiegamy z mieszkania i ruszamy, ruszamy załatwiać Bardzo Ważne Sprawy. Zazwyczaj przez Sprawy należy rozumieć najpierw zajęcia na uczelni, a potem pracę do 22, ale czasami (w dzień wolny od pracy) zdażają się takie atrakcje jak: spotkania z Rodzicielką bądź babcią, komornik, sąd, urząd skarbowy, zakupy (i nie, nie w tym przyjemnym kontekście kupowania ładnych rzeczy Kotu), weterynarz, poczta, biurokracja, praca semestralna a.ka zwiedzanie wszystkich bibliotek w mieście, weterynarz, organizowanie Wielkiej Ucieczki oraz trzy tony innych zobowiązań natury wszelakiej. kiedy Kot po całym dniu obowiązków wraca do domu zazwyczaj okazuje się, że nie może spokojnie zalec przed monitorem, tylko jeszcze trzeba ugotować obiad i posprzątać trzy tony śmiecia, bo Współlokator… WRÓC! O tym miauo być osobno… Do tego wszystkiego Kot próbuje posiadać jakąś namiastkę życia osobistego, czasem wyjść na koncert (Tak Po Prostu!), porobić zdjęcia, spotkać się z Łobuzem, wyjść na zwykły spacer nacieszyć się słońcem…
Dlaczego o tym wszystkim Kot pisze? Otóż Luca po przeprowadzce umieściła następującą notkę. Kot zmierza do tego, że ma dokładnie tak samo. W marcu „wygonił” Współlokatora do mniejszego pokoju, zrobił z większego Pokój Swoich Marzeń, przed chwilą skończył skręcać Ostatni (hopefully) Regał, a nie ma zupełnie kiedy się swoim lokum nacieszyć.
Po tych intenstywnych tygodniach, Kot nie marzy o niczym innym, niż zostać Księżniczką Uwięzioną W Wysokiej Wieży (czyt.: własnym zielonym pokoju). Chciałby z całego serca móc przez długie tygodnie NIGDZIE nie wychodzić. Tylko zostawić Kotu stałe łącze, telefon i regularnie dostarczać żywność (KAWĘ!) pod drzwi Wieży (mieszkania). Kot by zaległ na swoim ukochanym odziedziczonym po Zapolu krześle przed swoimi cudownymi 23 calami i obrobił wreszcie te od roku zaległe zdjęcia, nadrobił zaległości w filmach, serialach, update’owaniu blogów; wylegiwałby się na swoim wielgachnym łóżku i czytał wszystkie te książki, które zanabył, postawił na półce, ale nie miau czasu się z nimi bliżej zapoznać. Kotlet byłby przeszczęśliwy, bo miauby głaskanie i przytulanie na zamiauknięcie. A gdyby Koty znudziła się samotność, poczatowałby/posmsował z Łobuzem, a potem wracałby do zajmowania się sobą… Byłoby tak pięknie.
Ale nie. Kot nie może się zamknąć we własnych czterech kątach. Musi chodzić do pracy, pisać long paper i spełniać pierdylion zobowiązań. W efekcie aktualnie nienawidzi ludzkości bardziej niż zwykle (poza nielicznymi wyjątkami).

A szczególnie wkurzają go #ludziektórzy mają szczątkową ilość wykładów dziennie, żadnej pracy, a i tak nie znajdują czasu na obowiązki domowe.*

* WRÓĆ! Odzielna notka! Kiedyś ją spłodzimy!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 14.04.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Księżniczkę prosimy zamknąć w Wysokiej Wieży. Niekoniecznie Szklanej. została wyłączona) Posted in Frustracje Tagi: , , ,

Bo Współlokator jest od tego…

Kot w przypływie desperacji zadzwonił do Igora.
– Skarbie, czy ty dzisiaj gdzieś imprezujesz?
– No nie.
– Cudownie. To teraz na mnie nakrzycz.
– ???
– No krzycz na mnie. Tak solidnie. Bo ja mam wrócić dziś po pracy prosto do domu i nie kupić po drodze żadnego alkoholu, tylko jakoś umiarkowanie wierzę w swoją silną wolę
– No więc słuchaj…. [tu wstaw pięciominutową tyradę na zażyczony temat, po której Kot poczuł się malutki i zdominowany]
-No dobra, to tylko mi powiedz, ten regał, co to przyszedł w końcu, to już złożony czy będziemy składać, jak wrócę?
– [szmery w tle]
– Tak, kocie, dziś w sumie wracam do domu, to…
– Zaraz, to ciebie nie ma w domu? To jak sprawdzisz czy Kot wrócił grzecznie?
– MASZ MI SIĘ ZAMELDOWAĆ NA GADU!

I w takich chwilach, Kot się cieszy, że mieszka z tym a nie innym Współlokatorem, pomimo wszelkich jego wad 🙂

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 08.04.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Bo Współlokator jest od tego… została wyłączona) Posted in całe życie z wariatami, dialogi Tagi: , ,

Historia jednego kieliszka

– Czy ty nadal nie zaopatrzyłeś się w żadne kieliszki? – zapytał Kot, po raz kolejny wizytując swojego Ulubionego Kolegę Z Pracy z butelką
czerwonego wina.
– Nie. Mogę ci nalać do kieliszka od wódki lub od whisky. Albo do zwykłego kubeczka… – odpowiedział Kolega.
Kotu po raz n-ty wszystko opadło i uznał, że znowu będzie pił z butelki, bo co jak co, ale wino, a zwłaszcza czerowne, zachowuje wszystkie swoje właściwości praktycznie tylko w butelce bądź kieliszku o odpowiednim kształcie.
– Skończy się na tym, że któregoś razu najzwyczajniej przeprowadzę do ciebie mój kieliszek, bo mnie w końcu szlag trafi. – skomentował Kot upiwszy małego łyka.
– I co? I będzie u mnie stał i czekał na kocie wizyty? – Zapytał Kolega, przelewając kolejne tego wieczora piwo do kufla.
– Tak.
– Spoko. Podpiszemy go „Kieliszek Kota” i postawimy w szafeczce. Przynajmniej Kot przestanie marudzić, jak będzie do mnie przychodzić. – Kolega ochoczo zgodził się na koci pomysł…

… trzy dni później Kot ponownie zwizytował Kolegę. Przy okazji uczestniczył w przeprowadzce i rozpakowywaniu G., który do kociego Ulubionego Kolegi się wprowadzał. Mina G., gdy wypakowywał swoje kubki do herbaty do szafeczki i znalazł stojący samotnie na najwyższej półce samotny kieliszek do czerwonego wina podpisany wielkimi zielonymi literami „Kieliszek Kota” – bezcenna.


Zdj.1 Koci kieliszek w Łobuzowej szafce

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 04.03.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Historia jednego kieliszka została wyłączona) Posted in dialogi, życie kota Tagi: , , ,

#Fail

Drodzy czytelnicy, zgadnijcie kto był na tyle genialny, żeby po wpłaceniu WSZYSTKICH posiadanych pieniędzy przy użyciu wpłatomatu zapomnieć zabrać z niego kartę? Kto zauważył brak karty w niedzielny wieczór w sklepie i musiał głęboko zawstydzony musiał zrezygnować z zakupów i wrócić do domu, do pustej lodówki? Tak, dokładnie – Kot tak był uczynił. Oczywiście zadzwonił od razu do banku, zablokował plastik i zamówił nowy. Przyjdzie w ciągu 15 dni. Czyż to nie cudowne? Na 15 został Kot pozbawiony dostępu do pieniędze zalegających na koncie. Nie to, żeby ich jakoś strasznie było, ale zawsze na szybkie zakupy wystarczy. Teraz musi czekać aż mu Współlokator raczy resztę za czynsz i rachunki oddać.
A propos Współlokatora…. przerażony wizją braku pożywienia i mleka do wieczornej kawy, zadzwonił Kot do Współlokatora z zapytaniem czy już wrócił z Domu Rodzinnego, czy jest trochę mniej biedny niż Kot i czy kupi po drodze pożądane przez Kota produkty. Współlokator bezstresowo stwierdził, że jest w pół drogi z Wyszkowa, kupi bez problemu, zwłaszcza że jedzie prosto do domu. Kot się ucieszył, aczkolwiek, jako że pora była jeszcze dość wczesna miał plan awaryjny polegający na pojechaniu do własnego Domu Rodzinnego i zapożyczeniu się u Rodzicielki… Dotarwszy do domu, Kot się umył, przebrał w piżamkę i razem z rozmruczanymi kotowatymi i herbatką zaległ przed kompem. Obejrzał odcinek. Jeden, drugi, trzeci… nagrał płytę, jedną, drugą, wypił herbatę…. W końcu lekko zaniepokojony zerknął na zegarek – Współlokator powinien był już dawno dotrzeć, nawet biorąc poprawkę na czas robienia zakupów. Zaczął Kot niespokojnie oglądać dalej, w końcu! – Współlokator raczył zadzwonić – bo on tak no… spotkał kumpla, którego tego… no…. dawno nie widział i on no… wróci później, nie wie kiedy dokładnie i nie, nie może najpierw podrzucić zakupów. No WYRAZ żesz!
Ciężkiego szlagu, który Kota strzelił nie da się. Gdyby Współlokator od razu odmówił albo zadzwonił wcześniej, Kot zdążyłby się udać do Rodzicielki. A tak… został Kot bez jedzenia z resztką wina, którą w przypływie zdenerwowania zdecydował się od razy spożyć, wizualizując w trakcie spożywania różnorakie metody skrzywdzenia fizycznie Współlokatora. Szczęśliwie dla tego ostatniego jak w końcu dotarł do domu wino i seriale trochę złagodziły kocie żądze mordu.
Dzisiaj Kot opowiadał o całej sytuacji swojemu Ulubionemu Koledze Z Pracy. Kolega popatrzył na Kota pełnym potępienia wzrokiem, popukał Kota w czółko i powiedział:
– Gópi Kot! Trzeba było zadzwonić, to byśmy Kota przygarnęli.
Kot się zwstydził głęboko i wytłumaczył, czemu po telefonie Współlokatora już nie miau siły się nigdzie ruszać, ale obiecał solennie, że jeśli w najbliższej przyszłości Współlokator nie zwróci reszty pieniędzy, a Kotu nie przyślą karty będzie Kolegę bezczelnie wykorzystywać, na co ten się gorliwie zgodził. No doprawdy, jak tu nie uwielbiać tego człowieka?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 07.02.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania #Fail została wyłączona) Posted in Frustracje, życie kota Tagi: , , ,

CopyCat.

czyli z kim przestajesz, takim się stajesz.

Ostatnio Kot produkował się na temat własnej galopującej niezależności, na temat tego jak to w ogóle nie potrzebuje ludzi, a jednak, jak się nad tym głębiej zastanowić, to kim by dzisiaj był, gdyby nie ci wszyscy ludzie, których spotkał na swojej drodze?

Gdy Kot był młody, jeszcze bardziej aspołeczny niż teraz i zupełnie zdany na siebie, spędzał czas rysując, czytając, grając (najpierw w gry planszowe, potem komputerowe), pisząc, oglądając filmy i słuchając takiej muzyki, jaka akurat była na tak zwanym topie. Potem Kot podrósł trochę, uspołecznił się i zaczął zmieniać. Zarówno pod względem charakterologicznym jak i zainteresowań. To znaczy, nadal rysuje (aczkolwiek dużo mniej), czyta, gra, pisze, jest maniakiem filmowym, ale poza tym…

– Dzięki Ewie z klasy w liceum kupił swoje pierwsze glany i zaczął pić wódkę

– Jeż zaszczepił w Kocie fioła na punkcie wielosylabowych wyrazów oraz szeroko rozumianej poprawności językowej.

– Fixxer… well, Fixxerowi niewątpliwie Kot zawdzięcza najwięcej. To pod wpływem Fixxera zaczął Kot słuchać punkowej i rockowej muzyki, chodzić na koncerty i pogować, bywać w warszawskich tawernach, chodzić na ściankę wspinaczkową, trenować sztuki walki (najpierw karate kyokushin, a potem już autonomicznie aikido), podróżować autostopem, pokochał komputery (wcześniej, mając wiecznie krztuszącego się Windowsa MEEEEEEE, Kot uważał, że komputery są wstrętne i nieprzyjazne, a tylko gry komputerowe fajne), żeglarstwo, zaczął używać Linuxa, grać w RPGi i imprezować na ELCE. Pewnie jeszcze wiele rzeczy zawdzięcza Kot w/w, ale teraz nic więcej nie przychodzi mu do głowy.

– Zapol zaraził Kota latawcowaniem, miłością do Linuxa, samolotów, winyli oraz, co Kot odkrywa ostatnio przeprowadzkowaniem.

– u Loe po raz pierwszy w życiu Kot zagrał w brydża.

– Jarek rozszerzył kocie gusta muzyczne, nauczył kochać mruczenie fretlessów oraz na dobre zakorzenił kota w szantowym środowisku warszawskim.

– MacOO przypomniał Kotu, że planszówki są nie tylko dla dzieci oraz był inicjatorem wyjazdu na pierwszy konwent, na którym Kot był.

– U Taza Kot odkrył, że najbardziej pod słońcem lubi wino czerwone wytrawne (a najlepiej chilijski shiraz, aczkolwiek Południowa Afryka też jest niczego sobie).

– Najcudowniejsza Najmroczniejsza Szefowa zaraziła Kota miłością do kina polskiego, Jasona Stathama oraz horrorów klasy XYZ.

– Ygreg utwierdził Kota w pasji fotografowania oraz udowodnił, że można znienacka i spontanicznie wsiąść w samochód i Wyruszyć W Drogę.

– Rudy Leniwiec, powszechnie znany jako Ewa zaraził Kota miłością do Pięknego Miasta Uć.

– Harry pokazał Kotu na czym polega geocaching.

– od Marty Kot nauczył się kochać buty na obcasie i zrozumiał, że czasem warto poudawać kobietę.

– dzięki Monice (mamie Marty), Tacie (czyli Ani) oraz Ali, mamie Zapolskiej, Kot nauczył się, że o Rodzinie nie decydują więzy krwi oraz że Święta ergo spotkania rodzinne mogą być ciepłe i spokojne.

– Igor nauczył Kota robić alkohol. Teraz Kot już sam (patrz: potrzeba niezależności) produkuje cytrynówkę, likier czekoladowo-kawowy; ostatnio na próbę zrobił ajerkoniak (i nawet Kotu wyszedł aczkolwiek jest ciut przymocny, a za mało jajeczny) i nastawił ananasówkę (która będzie gotowa do rozlania za niecałe dwa tygodnie).

Tyle wpływów Kot jest w stanie sobie w pierwszym rzucie przypomnieć. Zapewne jeszcze wielu ludziom zawdzięcza wiele cech i upodobań. I to rodzi pytanie: kim stałby się Kot, gdyby w kocim życiu zabrakło tych osób? Czy jest taka wersja Rzeczywistości, w której Kot ma blond włosy, nosi białe kozaczki i słucha umca-umca? How scary is that?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 11.01.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania CopyCat. została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , , ,

Cisza i Kot.

Kot chciał tylko powiedzieć, że kiedyś stworzy tą obiecną notkę o przeprowadzkach i szukaniu mieszkania*,… ale to nie będzie dziś.

Dziś Kot chciał powiedzieć, że czasem najbardziej FAIL’owy dzień świata potrafi przynieść pozytywne skutki, a przynajmniej przemyślenia.

No bo przeca zawsze lepiej wiedzieć, że się kompletnie traci na kogoś czas, niż tracić go i tracić w nieskończoność. Lepiej wiedzieć, że zamartwianie się brakiem kontaktu z kimś jest sensless, bo komuś wcale ciebie nie brakuje. Lepiej wiedzieć… nie… tej ostatniej rzeczy Kot się nie dowiedział, but still…

Chciał też Kot powiedzieć, co poniekąd nawiązuje do strasznie odwlekanego tematu przeprowadzki, że kiedy dziś po pijaku strasznie hałasował, preparując obiad, nagle Kota trzepnęło… trzepnęło Kota, że nikt na Kota nie nakrzyczał… w ogóle w ciągu minionego miesiąca Kot w domu żadnych krzyków nie słyszał. Nawet wtedy, gdy zgubił koty ani gdy rozpieprzył się wąż prysznicowy… w Kocim Domu Rodzinnym awantury by wybuchały z prędkością światła… ale tu…

Ultimate conclusion: the Cat might not be very happy with his/hers life, but he/she’s so frakkin’ lucky!

Serio serio!

* Stworzy ją na przykład wtedy, gdy będzie trzeźwy. Albo gdy skończą się Kotu seriale do oglądania. Albo… you see where this is going….

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 25.03.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Cisza i Kot. została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , , ,

Once Upon A Time

Zanim Kot się w końcu pokusi o jakaś przyzwoitszą notkę z cyklu Malkaviańskiego Kącika Porad Wszelakich, zrobi wpierw to, o co tak często bywa oskarżany. Mianowicie, właduje w Internet swoje pół kilo frustracji. I nie byłoby w tym zapewne nic dziwnego, gdyby nie to, że tym razem, wyjątkowo, przyczyną kociej frustracji jest… Kot, a uściślając myśli i tęsknoty, które czasem idiotycznie zradzają się w koto-główce.
Uściślając, wracał sobie Kot chwilę temu do domu po najpiękniejszych 24 godzinach może nie tyle całego kociego życia, co aktualnego roku i jedyne, o czym był w stanie myśleć, to to, że miał kiedyś Kot Najlepszego Przyjaciela. I gdyby rzeczy nie wyglądały tak, jak wyglądają, to mógłby Kot owemu człowiekowi opowiedzieć o owych minionych 24 godzinach, o całym szczęściu, jakie na Kota spadło i zostałby Kot w pełni wysłuchany i zrozumiany. A tymczasem…
… a tymczasem większość przemyśleń Kot musi zachować dla siebie…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 06.02.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania Once Upon A Time została wyłączona) Posted in Frustracje, życie kota Tagi: ,

Cliche.

Dobry wieczór. Dziś polecimy banałem. Trudno nie zauważyć, że jest Sylwester – ostatni dzień roku. Zwyczajowo czas wielkiej balangi oraz wszelkie rodzaju przemyśleń i podsumowań minionych dwunastu miesięcy. A jaki był ów miniony rok dla Kota? Chyba najbardziej popieprzony, wzbudzający wiele ambiwalentnych uczuć. Zaczął się od wielkiego kaca 1 stycznia po imprezie u znajomej z pracy. Kot wyczołgał się z łóżka koło południa i pierwsze co zrobił, to udał się, cudem powstrzymując mdłości, na noworoczne śniadanie do McDonalda. Potem było tylko gorzej. Zimę Kot przetrwał pijąc gigantyczne (nawet jak na siebie) ilości kawy, oglądając Gilmore Girls (i inne, temu podobne, wytwory), zajadając lody w łóżku i nie opuszczając mieszkania częściej, niż to było konieczne. Chodził na uczelnię, do pracy, masowo odrzucał zaproszenia na imprezy, koncerty, etc., cudem zaliczył sesję zimową, wszystko w pierwszych terminach. Potem coś drgnęło. Po egzaminie pisemnym ze wstępu do literaturoznawstwa wybrał się do Gniazda na koncert Zaprzyjaźnionego Zespołu. Potem chyba nawet ze dwa razy pojawił się w Tavernie. Normalnie, rozkwit życia socjalnego. Szczęśliwie, zima się skończyła a wraz z jej końcem, nastąpiły rzeczy ekscytujące. Na przykład została kociemu działu przydzielona Najcudowniejsza Szefowa, a prywatnie Futrzak wyciągnął Kota na czwartkowe planszówki w Amplitronie, co zdecydowanie odmieniło kocie życie na lepsze. Kot poznał masę fantastycznych, zwariowanych osób, w tym niezawodnego Towarzysza Wojaży Chaosu, Y, zaczął częściej RPGować, imprezować, etc. Dla kontrastu, kocie studia stawały się coraz bardziej męczące i Kot częściej nie pojawiał się na zajęciach bądź na nich spał, niż aktywnie partycypował. O Majówce Chaosu i wszystkim co potem dane było już tutaj przeczytać. Kot zauroczył się Krakowem w zupełnie nowy sposób, sesję letnią zaliczył jeszcze większym cudem niż zimową i zaczęły się wakacje. Życie towarzyskie kwitło radośnie, gorzej z życiem rodzinnym i uczuciowym. Niewątpliwie miniony rok był najbardziej wyjazdowy: majówka w Stryszawie, Gdańsk, Malbork, Łódź, dwa razy Zarzęcin, Lublin, Ogrodzieniec… Również konwentowo przedstawiał się atrakcyjnie. Kot zaliczył warszawską Awangardę, łódzki Polcon i lubliński Falkon. Teraz nie może się doczekać pierwszych przyszłorocznych konwentów. Z drugiej strony przez większą część roku kocie finanse kulały bardziej niż House w najgorszych fazach bólu nogi. Szczęśliwie, na początku wakacji zmienił zatrudnienie na pełnoetatowe i powoli staje na nogi. W wakacje udało się Kotu spełnić, jedno z większych marzeń, mianowicie, wynieść z domu. Przez ok. 3 miesiące zamieszkiwał w małym pokoiku przy Placu Prostytucji. Było… różnie. Są momenty, które wspomina szczególnie pięknie, są takie, które przyprawiają Kota o zgrzytanie zębów. Niewątpliwie było to cenne doświadczenie, które wiele Kota nauczyło. Przede wszystkim, prawdą jest, że nie zna się człowieka naprawdę, dopóki się z nim nie zamieszka. Po drugie, najważniejszą rzeczą przy wynajmowaniu mieszkania jest to, żeby to twoje nazwisko znajdowało się na głównej umowie. Bo ten, kto się na niej znajduje, ma władzę. I co najważniejsze, bez względu na zakończenie całej historii, Kot udowodnił sobie (i nie tylko sobie), że jest w stanie się wyprowadzić z domu i samodzielnie utrzymać. Do tego w mieszkaniu, które bynajmniej nie było tanie. Dzięki temu Kot ma jeden więcej powód do dumy i narcyzmu. Niestety, są też mniej przyjemne konsekwencje. Na przykład taka, że Kot został wywalony Metodą Maciusiową, jednocześnie tracąc osobę, którą uważał za najlepszego przyjaciela. Przy okazji przekonał się o prawdziwości powiedzenia, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Całe wydarzenie definitywnie poprzewracało kocią starannie wypracowaną hierarchię układów międzyludzkich. Kiedy Kot został na lodzie, pomoc przyszła z najmniej oczekiwanych stron (no może poza niezawodnym Y). Przy przeprowadzce pomagał Kotu kumpel, którego Kot zna niecały rok, a widuje średnio raz na trzy tygodnie, w ramię Kot wypłakiwał się Mriji (najcudowniejszej Aktualnej Kobiecie Twojego Byłego Faceta jaką można sobie wyobrazić) oraz współpracownikom, propozycje mieszkaniowe (chwilowo bądź stałe) też dostał od osób prawie że obcych, a niektóre osoby, które Kot uważał za naprawdę bliskie, nawet nie raczyły zapytać, jak się Kot czuje. Jeśli chodzi o samą kwestię mieszkania, Kot uznał, że, raz w życiu, nie będzie niczego robił na gwałt i może wróci na stare śmieci, chociażby po to, żeby podleczyć kondycję finansową i zastanowić się w spokoju, co dalej. Kot zrobił tak między innymi, a może przede wszystkim dlatego, że nie musiał. Mógł wybrać inne rozwiązania, ale to wydało się Kotu najrozsądniejsze. Niestety, co w sumie było do przewidzenia, to co dobre dla finansów, niekoniecznie jest dobre dla psychiki. Kot usilnie starał się przekonać, że nic takiego się nie stało, wszystko jest w porządku, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… I tylko spać w nocy nie mógł, pochłaniał coraz większe ilości kofeiny i opuszczał coraz więcej zajęć. Apogeum nastąpiło w, wspominany wcześniej, czwartek, kiedy poszedł na cytrynówkę do Riviery, skąd następnie, pijany w trzy dupy i zapłakany, uciekał taksówką o drugiej w nocy, dzwoniąc do… no właśnie… Wybór osoby, której Kot pragnął się wypłakiwać w ramię w środku nocy, uświadomił Kotu, jak bardzo in denial Kot był przez ostatni miesiąc i jak bardzo nie OK jest w kocim życiu. I jeszcze nigdy Kot tak się nie cieszył, że ktoś nie odebrał kociego telefonu. Gorzej, gdy następnego dnia osoba oddzwoniła i Kot musiał się tłumaczyć, dlaczego właściwie dzwonił… Efektem owej nocy było podjęcie długo rozważanej decyzji o… wzięciu dziekanki. Kot wreszcie zrozumiał, że nie ma najmniejszej szansy na zaliczenie tego semestru. Kot zasadniczo wychodzi z założenia, że nie ma rzeczy niemożliwych, w cuda się nie wierzy, tylko na nich polega, poza tym zawsze dostaje to, czego chce. Więc tym razem Kot chce trochę świętego spokoju, bo w życiu się nie upora sam ze sobą, jeśli będzie musiał teraz kontynuować studia, która go nie satysfakcjonują oraz pracę na cały etat, którą idiotycznie uwielbia pomimo wszystkich jej wad. Co więcej, jeśli nie weźmie owej dziekanki, niechybnie będzie musiał płacić za powtarzanie semestru, a 3 tysięcy na zbyciu bynajmniej nie ma. I tak naprawdę jedynym, co powstrzymywało Kota, przed ubieganiem się o dziekankę już w listopadzie był idiotyczny strach przed tym, co rodzina powie. A tym chyba najwyższa pora przestać się przejmować. Zwłaszcza, że jaka jest kocia rodzina większość wie… Tu zaczęły się schody. Okazuje się, że na kocim cudownym wydziale, nie można od tak wziąć dziekanki w środku semestru, trzeba go najpierw zaliczyć, a potem odbyć bardzo poważną rozmowę z Kierownikiem B., który może się zgodzi jeśli będzie w dobrym humorze. Natomiast jeśli Kot z jakiś powodów nie czuje się na siłach zaliczać semestr, to może ubiegać się o wsteczny urlop zdrowotny. Ergo właśnie teraz Kot to czyni, modląc się, żeby opracowana przez Kota strategia zadziałała na pana ze stosownego biura UW, z którym to panem ma Kot spotkanie w najbliższy czwartek. Kot zdaje sobie sprawę, że opóźnianie ukończenia studiów o kolejny rok to nie jest najwspanialszy pomysł świata. Z drugiej strony, Kot sam się wpakował w te tarapaty, sam jest sobie winien i sam sobie z tym poradzi. Musi przy tym przyznać, że wizja wolnych dni i wolnych popołudni stanowczo do Kota przemawia. A jak już Kot upora się z problemem: będziemy płacić za powtarzanie semestru czy nie (inaczej mówiąc z problemem: mamy pieniądze czy jesteśmy w czarnej dupie przez najbliższe kilka miesięcy), przy odrobinie szczęścia (czyli przy założeniu, że dostanie urlop) zacznie rozglądać się za nowym lokum. I tu, po raz kolejny przeklina Kot skuteczność swoich przewidywań. Bodajże dzień po tym, jak Kota wykopano, napisał do Kota niejaki W., kumpel Fixxera, którego Kot poznał w przelocie. Kot nie wnika w to skąd W. miał Kota numer i w ogóle skąd mu przyszło do głowy pisanie właśnie do Kota, sedno sprawy tkwi w tym, że W. zapytał Kota, czy Kot nie zna kogoś, kto chciałby u niego wynająć pokój. Kot odpisał, że nie i dodał, że może sam będzie może czegoś szukać po Nowym Roku. Kot właściwie nie wie, czemu tak stwierdził, zwłaszcza, że w głębi duszy (czy czegoś tam) miau nadzieję, że uda mu się zakotwiczyć na Grochowie na dłużej, że może coś się zmieniło i z rodzinką da się wytrzymać… a gówno! Okazało się, że wypowiedział słowa prorocze. I nawet nie chodzi o to, że kłóci się z Mamuśką (bo o dziwo wcale nie), tylko o ogólną atmosferę w domu, o nocne alkoholowe ekscesy, o to że nie ma do kogo gęby otworzyć, że nie można spontanicznie zaproponować znajomemu wpadnięcia na trunek, etc. I niby fajnie, że ubrania i naczynia same się czyszczą, że jedzenie spontanicznie materializuje się w lodówce, ale to nie wynagradza niedogodności. Teraz Kot czeka tylko na wyjaśnienie sprawy ze studiami i potrzebuje planu. Dobrego planu, żeby znowu się nie wkopać w mieszkanie, które nie będzie spełniało podstawowych oczekiwań i z którego szybko trzeba będzie się ewakuować. Kiedyś Kot sobie żartował, że może przebije Zapola z ilością przeprowadzek, teraz wie, że wcale tego nie chce. Przeprowadzki są upierdliwe. Najwygodniej byłoby Kotu znaleźć mieszkanie, a potem szukać współlokatora, niestety, Kot zdaje sobie sprawę, że przy kocich zarobkach nie da rady nawet przez jeden miesiąc płacić samodzielnie czynszu, znając ceny za wynajem mieszkań w Warszawie… ARGH! Z rzeczy kontrastowych w minionym roku dochodzą zawirowania emocjonalno-pokrewne. Najpierw Kot się niezbyt fartownie zauroczył, potem w Kotu się nieszczęśliwie zakochano (szczęśliwie niezbyt ekspresyjnie), potem zdarzyło się kilka (do policzenia na palcach jednej ręki) spontanicznych przygód (ich liczba stanowi zdecydowany regres w stosunku do lat poprzednich), w międzyczasie (jeszcze przed przeprowadzką) Kot finalnie wyleczył się z resztki uczuć i pociągu pod adresem F., a chwilę później zaczął się wakacyjny romans, który Kot śmiało może uznać, za romans swojego (dotychczasowego) życia, a który uświadomił Kotu wiele rzeczy, między innymi to, jak bardzo Kot się zmienił, jak zmieniły się kocie zapatrywania na relacje damsko-męskie oraz, że, wbrew temu, co przez minione lata próbował Kotu wpoić wielce szanowny były (i nie, Kot nie ma na myśli Jareczka), Kot jest w stanie stworzyć zdrową, obopólnie korzystną relację damsko-męską. Aktualnie, co prawda Kot nie może poszczycić się szczególnie ognistym życiem ani emocjonalnym, ani seksualnym, aczkolwiek rozmaici mężczyźni usilnie przypominają Kotu, że jest stworzeniem atrakcyjnym, budzącym pożądanie oraz dostarczającym niezapomnianych wrażeń (to ostatnie Kot wnioskuje po tym, że o Kocią obecność zaczęli ostatnio uparcie upominać się mężczyźni z kociej promiskuitycznej przeszłości). Na sam koniec roku Wszechświat postanowił wznowić z Kotem Grę W Fochy. Wnioski, że grudzień jest w większości przechujowy można było wyciągnąć na podstawie poprzednich notek. Klienci dokopali, Kot sobie dokopał, studia Kotu dokopały, do tego w Rivierze pozostała pewna część kociego dobytku (z rzeczy szczególnie boleśnie stratnych, pendrive), na którego odzyskanie Kot nie widział wielkich szans, następnie zaginął zasilacz do Jego Posępności Waleriana I oraz „Piąty Elefant”, posypały się nerki no i nadeszły święta, czyli czas utarczek z rodziną. Wszystko zapowiadało, że Kot zakończy ten roku w raczej posępnym nastroju. Tymczasem… święta oprócz rodzinnych utarczek przyniosły rzeczy miłe (patrz przed-poprzednia notka), zasilacz znalazł się w Amplitronie i będzie do odebrania po Nowym Roku, pendrive szczęśliwie wylądował w rękach znajomego i Kot go odzyska, również praca przyniosła zupełnie niespodziewany i solidny dochód dodatkowy, wczorajszy wieczór spędził Kot na bardzo udanym piwie z Najcudowniejszą Szefową i innymi współpracownikami, a jeszcze wcześniej był na najwspanialszej zaległej wódce świata (i bynajmniej nie ma Kot na myśli smaku). Inna kwestia, że po owej właśnie, Kot zaczął dotkliwie odczuwać brak przyjacielskiej obecności Fixxera w swoim życiu. Przyznaje Kot, ze wstydem przeogromnym, że kiedy następnego poranka wlekł się do domu, marzył o tym, żeby zadzwonić i powiedzieć: „Nie uwierzysz, co się stało…”, i usłyszeć opinię zwrotną. But these days are gone. Kot może tylko mieć nadzieję, że z czasem układy towarzyskie w kocim życiu się wyklarują i uda się Kotu znaleźć osobę, z którą będzie mógł rozmawiać równie szczerze, bezpruderyjnie, etc. A na koniec kwestia Sylwestra itself. Niektórych może dziwić, dlaczego Kot zamiast popijać teraz jakiś szlachetny trunek, klepie über-ekshibicjonistyczną notkę na bloga. Być może dziwi to mniej tych, którzy mieli okazję spędzić z Kotem ostatnie Sylwestry. Sytuacja albowiem przedstawia się tak, że, pomimo kreatywnych corocznych starań, ostatniego naprawdę udanego Sylwestra miał Kot w okolicach początku lat dziewięćdziesiątych. Potem było tylko gorzej. Morze alkoholu, głupoty, następnego dnia kac gigant, często również moralny bądź, dla kontrastu, nuda straszliwa. Co roku Kot obiecuje sobie, że przezwycięży owo Sylwestrowe fatum i co roku Kotu nie wychodzi. W tym roku pierwsze zaproszenie sylwestrowe przyszło na przełomie sierpnia i września. Dotyczyło upragnionej Bukowiny. Niestety, wymagało praktycznie natychmiastowego podjęcia decyzji oraz wpłacenia zaliczki. Kotu planowanie wyjazdu z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem wydaje się być bardzo abstrakcyjne, poza tym w tamtym momencie pieniędzmi niezbyt dysponował. Następnie przyszło kolejnej wyjazdowe zaproszenie. Tym razem do Londynu. Niezwykle kuszące zarówno ze względu na towarzystwo, jak i Londyn sam w sobie, niestety finansowo nierealne. Na krótko przed świętami Olo zaproponował Kotu wyjazd do słynnego Ośrodku Utraty Zdrowia w Maryjanówce, które to zaproszenie Kot również musiał odrzucić z przyczyn rozmaitych. Przez chwilę rozważał Kot Sylwestra w kinie (odpadło ze względów głównie repertuarowych), na koncercie Zaprzyjaźnionego Zespołu (Kot się wahał finansowo, a ostatecznie odpadło po w/w wódce), w No Mercy (ale Szefowa zabroniła) oraz pozostanie w domu i oglądanie jakiś plugawości (niestety, pozostanie w domu oznaczałoby kontakt z rodzinką). Ostatecznie, po kilkugodzinnej debacie z samym sobą, Kot zdecydował się skorzystać z zaproszenia kolegi z pracy, uznając, że nawet jeśli będzie do du…, to przynajmniej spróbuje a może… I jak przystało na banalną notkę sylwestrową; postanowienia noworoczne: – Nigdy więcej nie zdradzić zapolskiej cytrynówki – Przed zanocowaniem w jakimkolwiek miejscu, upewnić się o dostępności porannej kawy – Nie podrywać własnej Szefowej – (Z kategorii über-banał) Zrzucić te kilka zbędnych kilogramów (Kot wcale nie uważa, że jest za gruby (epicko napuchnięte ego mu na to nie pozwala), jednakże wolałby, żeby kilka jego ulubionych ubrań z powrotem na niego pasowało) – Zaliczyć jak najwięcej konwentów, wyjazdów fotograficznych, etc. – Wynieść się z domu do jakiegoś przytulnego lokum z sensownym współlokatorem. – Czynić więcej rzeczy szalonych a zwariowanych (kilka pomysłów już Kot ma) Na koniec Kot życzy sobie (i wam), aby ten rok był lepszy od poprzedniego, no bo musi być lepszy (że pozwolił sobie Kot zacytować życzenia, którymi wymienił się wczoraj z Szefową). Over. Hale fun!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 31.12.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Cliche. została wyłączona) Posted in Frustracje, Imprezy, praca, studia, życie kota Tagi: , , , , , , , , , ,