Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Majówka Chaosu

Notka, w której cofniemy się w czasie i opowiemy o tym, jak bardzo Wszechświat nas nie kocha oraz wysuniemy śmiałą hipotezę odnośnie źródła wszelkiego Zua na świecie, czyli o Majówce Chaosu 2009, o poprzedzającym ją i następującym po niej Weekendach Chaosu oraz o różnych wydarzeniach luźno lub luźniej powiązanych.

Notka, której przeczytanie będzie wymagało posiadania dużej dozy wolnego czasu, cierpliwości, samozaparcia oraz kawy, możliwe nawet że dwóch albo i trzech, możliwe nawet że z wkładką, gdyż albowiem chęć pisania (a potem pisania, dalszego pisania, a jak już pisanie się skończy, to pisania) promieniuje z każdego istniejącego kociego atomu (aczkolwiek w zaskakujący sposób nie chce się przerodzić w comparison/contrast essay, który to Kot miau napisać na półtora tygodnia temu, a wysłać mailem najpóźniej w miniony czwartek wieczorem).

 

Przede wszystkim, powiem to na samym początku, zanim potencjalni czytelnicy (których tok rozumowania nie przebiega tak krętymi ścieżkami, jak tok koci) zagubią się w meandrach kociego wywodu: Źródłem wszelkiego Zua i Plugawości na świecie są SESJE RPG. Tak właśnie! Powyższe zdanie należy sobie przepisać na kolorowo, wielkimi literami, podkreślić czymś możliwie oczorażącym i powiesić nad łóżeczkiem. Oraz na ścianie. Drugiej też. Na drzwiach od łazienki również nie za szkodzi. Należy je wykuć na pamięć i powtarzać niczym mantrę. W dalszej kolejności przejść przez (w większości przypadków) krótki i nieskomplikowany proces myślowy, mający na celu uzyskanie odpowiedzi na jedno proste pytanie: „Czy chcę, żeby moje spokojne życie zamieniło się w afirmację Chaosu?”. Jeśli owa odpowiedź jest negatywna, należy nasze motto wziąć również do serca i od wspomnianych trzymać się z daleka. Jeśli jednak wydaje się wam, że autor(ka?) grubo przesadza, jeśli myślicie sobie „Jakież to straszne zło mogło się zrodzić z powodu niewinnej sesyjki?”, posłuchajcie…

(Cejrowskizm jak najbardziej zamierzony)

No bo bądźmy szczerzy, gdyby nie jedna niewinna sesyjka Warhammera, żadne z poniższych mogłoby się nie wydarzyć, a przynajmniej nie w takiej formie. Kot zamiast zdobywać górskie szczyty (wymownie złośliwy kaszel, rozlegający się w tym momencie w tle, stanowczo ignorujemy) w Stryszawie, mógłby wylegiwać się na słonecznej miejskiej plaży Ełku, gdzie Chaos nie miałby do niego dostępu (w myśl dawno udowodnionej teorii, że tym więcej Chaosu dotyka dany obszar, im więcej znajduje się na nim Malkavian (co narzuca refleksję, że przy takim zagęszczeniu Malkavian na metr kwadratowy, jakie występowało w Siedlisku Czerna, należy się cieszyć, że nie ucierpieliśmy bardziej), względnie natężenie Chaosu jest redukowane przez bliżej nie zdefiniowane czynniki (które to czynniki najwyraźniej musiały w SC występować)). To be more precise, wystarczyło tak naprawdę tylko jedno pytanie: „No to kiedy następna sesja?”. Z przyczyn Bardzo Ważnych Innych Planów Y, czyli naszego głównego mięsa bojowego, sesja nie mogła się odbyć za tydzień. Padło więc całkiem logiczne pytanie o za dwa tygodnie. I wtedy Kot (bo któżby inny?) wygłosił (i za to język mu należy uciąć i zapieczętować ranę, co by nowy nie wyrósł) kwestię krótką a treściwą: „Ale przecież za dwa tygodnie jest Długi Weekend”. Mniejsza o to, że wtedy nikt jeszcze planów wyjazdowych żadnych nie miał, nikt nie zdawał się pamiętać, że such thing as Majówka istnieje, realnych przeciwwskazań do umówienia się na sesję nie było, za to wszyscy z niespotykaną dla tej drużyny zgodnością przyznali, że Długi (trzy-ku**a-dniowy) Weekend sesję absolutnie wyklucza. Ciąg dalszy wydarzeń przewidzieć nie trudno.

Jeśli Kot dobrze pomni, to Y pierwszy podchwycił kocie szaleństwo i już w samochodzie powrotnym zaczął zadawać niebezpieczne pytania (np.: „A czy ktoś ma już plany na Majówkę?”), które rychło doprowadziły do z pozoru niewinnej sugestii „A może byśmy gdzieś razem pojechali?”, sugestii, na którą Kot (stworzenie wybitnie nierozsądne, mające na celu niechybne udowodnienie prawdziwość stwierdzeniacuriosity killed the cat) zaczął energicznie przytakiwać główką (i nawet nie może teraz wytłumaczyć się, że ta główka sama tak latała, no bo wyboje i legendarne dziury dróg naszych polskich, bo tych jak na złość nie było). Kolejnym kamyczkiem popychającym lawinę nieszczęść było stwierdzenie Jara, które przyświecało nam przez najbliższy tydzień: „Później to uzgodnimy, przecież mamy jeszcze mnóstwo czasu”. Stwierdzenie to radośnie powtórzyliśmy eMMie, kiedy na czwartkowych planszówkach pytał się nas o rzeczy tak mało istotne jak cel podróży i miejsce noclegowe. Y wyszedł wtedy z kolejną wspaniałą koncepcją, mianowicie: w przypadku absolutnego braku pomysłów względem kierunku podróży, noclegu, etc, czyż jest coś prostszego niż zapakować się w samochód razem z namiotem i oprzyrządowaniem biwakowym i zobaczyć, gdzie nas los (a raczej Los) poniesie? W kontekście późniejszych wydarzeń naprawdę przerażającym jest, jak długo ta koncepcja się utrzymywała.

W tym momencie Wszechświat postanowił się nad nami z lekka zlitować, świadomy najwyraźniej zagrożeń, z jakimi na Biwaku Chaosu musielibyśmy się zmierzyć, a przed których nasłaniem on sam (w sensie że Wszechświat) nie byłby w stanie się powstrzymać. Litość owa polegała na wprowadzeniu Głosu Zdrowego Rozsądku w postaci Nawiasa.

Ale zanim Nawias dominatywnie się objawił, miała miejsce Sobota Przed Majówką Chaosu, która zaczęła się już w piątek wieczorem, kiedy to Fixxowate w ramach celebracji WCF (dla jeszcze niewtajemniczonych: Wolnej Chaty Fixxera) zaprosił mnie i Ewelinę na oglądanie BTSG. Przyjazd do Cieciorkolandii, poprzedzał 6-cio godzinny pobyt Kota w pracy, gdzie kocia destrukcja ukierunkowana na taranowanie klientów oraz przewracanie i gubienie wszystkiego w zasięgu kotałapek, sprawiła, że współpracownicy wyjątkowo odetchnęli z ulgą, kiedy Kot wreszcie sobie poszedł, a Kota trzepnęła (niemalże prorocza) myśl, że jeśli poziom kotodestrukcji przez weekend się utrzyma, to Fixxowate wykopie Kota z domu jeszcze tej samej nocy. Oglądanie BTSG zostało poprzedzone farbowaniem włosów Kota, na które to Kot zdecydował się bardzo spontanicznie tego samego ranka. Równie spontanicznie wyraził zgodę, żeby pierwszego aktu farbowania (czyli rozjaśniania) dokonała Ewelinka. Ewelinkowe delikatne napominania, że jak ostatnim razem farbowała koleżance włosy, uzyskała efekt z deka niekonwencjonalny, Kot w swej radosnej lekkomyślności zlekceważył. I czemu wcale nas nie zdziwiło, że zakupione dwa opakowania rozjaśniacza (sprzedawczyni nawet próbowała wytłumaczyć Kotu, że jedno będzie aż nadto) okazały się ilością niewystarczającą na Kocie włosy, że zaraz po nałożeniu rozjaśniacz zmieniał się w zaschniętą skorupę nijak niedającą się rozprowadzić na pozostałe, nie pokryte nim włosy? Podsumowując efekt końcowy, Kot z zaskakującym stoicyzmem stwierdził, że biorąc pod uwagę jak bardzo Wszechświat go ostatnio nie kocha, to i tak należy się cieszyć, że skutkiem farbowania jest posiadanie chaotyczno-żółto-pomarańczowo-różowawo-czerwonawych włosów, a nie ich całkowite wypadnięcie.

Więcej krzywd piątkowego wieczoru nie zanotowano – Wszechświat czekał na sobotę, kiedy to Ewelinka sobie pojechała, a na jej miejsce przyjechał brat w malkaviańskiej krwi – Y (nadmienię tu szybciutko, że jedną z przewidywanych form aktywności miała być, tak właśnie – SESJA RPG). Fakt, że nie zgubił się tylko dzięki temu, że akurat siedzieliśmy w ogródku i zauważyliśmy jego samochód beztrosko mijający właściwą bramę, prawie że nie zasługuje na wzmiankowanie, podobnie jak obrażenia odniesione w wyniku ogrodowego Jungle’a oraz destrukcja przy gotowaniu obiadu. Zaczęło się dopiero po obiedzie, kiedy to Y stwierdził, że Jeepem (którym zamierzaliśmy jechać na Majówkę), którego ledwo kilka dni wcześniej odebrał z warsztatu, można by pozwiedzać okoliczne wertepy. Fakt, że na najbliższej stacji benzynowej akurat nie mieli niezbędnego nam gazu wcale nas nie zniechęcił wręcz przeciwnie (bo przecież będą inne stacje, a tymczasem wyczerpmy całego możliwego pecha PRZED wyjazdem), a już podsunięcie nam wielkiego placu błota, z wyraźnymi, zachęcającymi śladami jeżdżenia po, było ze strony Wszechświata posunięciem niezwykle strategicznym. Cieszymy się więc bardzo, że Jeep nie powtórzył wyczynu golfa, a jedynie z deka… utknął:

Gdyby Wszechświat uparł się pokrzywdzić nas bardziej, okazałoby się, że akurat trafiliśmy na miejsce, w którym żadna z sieci, w których mamy telefony, nie ma ani odrobiny zasięgu, ponadto właśnie symultanicznie padają nam baterie i musielibyśmy popylać na piechotę, diabli wiedzą ile, porzucając Jeepa na pastwę Losu i błota. Na szczęście Wszechświat zdaje sobie sprawę, że zabawa ma sens tylko i jedynie wtedy, gdy chociaż na chwilę pozwoli wyjść kawałku słońca zza chmur. No bo czyż szansa, że na praktycznie bezludnym dotąd terenie, pośrodku niczego, pojawi się nagle Koleś Na Quadzie, a ulicą będzie przechodził lekko zawiany Mieszkaniec Pobliża: właściciel land rovera, którego Koleś Na Quadzie będzie mógł zawieźć do jego domostwa, po wspomniany samochód, co by nas wyciągnął, nie jest z gatunku Jedna Na Milion (i tak, wszyscy wiemy, że Szansa Jedna Na Milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć)? Odnalezienie w błocie odpadniętej tablicy rejestracyjnej przedniej również należy do wydarzeń szczęśliwych. Fakt, że ramka od niej już się nadawała do użytku oraz że takich ramek nie da się kupić na żadnej z pobliskich kilkudziesięciu stacji benzynowych ani w Tesco na Kabatach już nie. Tabliczkę Y zyskał dopiero po wyprawie do domu w niedzielny poranek. W ten sam niedzielny poranek objawił się wspominany Głos Zdrowego Rozsądku (w tym momencie warto napomknąć, że do soboty włącznie widmo Biwaku Chaosu pośrodku niczego wisiało wciąż nad nami. I to wisiało niebezpiecznie nisko.)

Nawias objawił się w niedzielny poranek telefonicznie. Telefoniczność nie przeszkodziła mu w dominatywności. Oznajmił nam, żebyśmy Biwak Chaosu wybili sobie z głowy kategorycznie, jedziemy bowiem do hotelu Transporter (albo Transportowiec, albo Jakoś Tak) w Bielsku Białej i że on, Nawias, będzie tam dzisiaj dzwonił rezerwować miejsca, koszty są takie a takie, a my mamy mu zaraz, natychmiast, jak najszybciej dać znać, ile osób jedzie. Uradowani, że wreszcie znalazł się jeleń, który pracę organizatorską wykona, poczęliśmy entuzjastycznie dzwonić. I tu się nasza radość troszkę się ulotniła. Okazało się, że niezdecydowanie ludzkie granic nie zna, każdy chce dać odpowiedź co najmniej wieczorem, a najlepiej jutro lub za dni kilka i co z tego, że przewidywany termin wyjazdu to już najbliższy czwartek? Co by było jeszcze zabawniej, zanim zdążyliśmy dorwać wszystkich potencjalnie zainteresowanych, Nawias zadzwonił ponownie. Otóż, jego przezajebisty plan wyjazdowy, nie wziął pod uwagę jednej rzeczy, mianowicie, że jest ostatnia niedziela przed długim weekendem i wszystkie miejsca w upatrzonym hotelu mogą być już daaawno zarezerwowane. Niczym jednak mieliśmy się nie przejmować, znalazł bowiem kolejny, całkiem blisko tego poprzedniego i tak, już tam dzwonił, upewniając się, że tak, są miejsca. I wszystko byłoby piękne i ładne, gdyby nie to, że potencjalna Nowa Lokacja kosztowała ciut drożej, a nie oferowała Super Śniadań. Następne kilka minut okazało się kluczowe. Fixxer zasiadł do laptopa z Kotem i Y dzielnie mu sekundującymi. Zaćmienia na punkcie Bielska Białej dostaliśmy wszyscy, musieliśmy koniecznie tam jechać a przynajmniej w najbliższą okolicę (chociaż nikt nie umiał racjonalnie wytłumaczyć dlaczego). Fixxer googlował zacięcie, po czym zażądał telefonu, zadzwonił i przekazał informacje. Y również przekazał – swój telefon Kotu, w celu złożenia Nawiasowi naszej anty-koncepcji (nie mylić z antykoncepcją). Nawias po pierwszym zdaniu wygłoszonym przez Kota, powiedział „Zajebiście, wyślijcie mi tylko adres, żebym miał co wprowadzić do GPSa.” i… tyle. W ten oto sposób Kot został Main Orgiem i nagle wszystko zaczęło kręcić się wokół niego. Setki głupich pytań, pełnych niezdecydowania odpowiedzi i chaos, Chaos, a nawet CHAOS. Czasu przewisianego na telefonie przez trzy dni przed wyjazdowym czwartkiem, Kot nie zliczy ani nie odzyska. Podobnie zdrowia psychicznego straconego na ustalanie, jak dokładnie, kiedy, o której, z kim oraz kto, no i dlaczego. Ale zanim nastąpiło to trzydniowe pandemonium, Kot musiał jeszcze wrócić do domu.

Przejazd na trasie Cieciorkolandia – okolice Ronda Wiatraczna późnym niedzielnym wieczorem, gdy drogi są prawie całkiem (przynajmniej teoretycznie) opustoszałe, z pozoru nie stwarza żadnych problemów ani zagrożeń. Ale tylko z pozoru – sytuacja zmienia się diametralnie, gdy samochodem, który ma pokonać tę trasę jest świeżo naprawiony Jeep Y, kierowcą – Y, pasażerem – Kotowate., a nawiguje GPS, który w toku dalszych podróży otrzymał wdzięczne imię „Jadźka”.

Nawet mocno topograficznie upośledzony Kot doskonale zdaje sobie sprawę, iż najszybciej do jego legowiska dojeżdża się poprzez Most Siekierkowski. Najszybciej nie oznacza przy tym najprościej, jak wykazuje doświadczenie (to samo doświadczenie, które doprowadziło Kota z Y w trakcie poprzedniej podróży tą trasą do jazdy pod prąd przy Jubilerskiej), wobec czego Kot nie protestował szczególnie, kiedy Jadźka zamiast na Siekierkowski pokierowała do Trasy Łazienkowskiej, która nie ma aż tylu odnóg, w których można by się pogubić. Można za to przegapić wjazd na Most Łazienkowski, zagadując kierowcę opowieścią o nagich kąpielach w jeziorze, w drodze na festiwal szantowy. Następnie można dać się dalej prowadzić Jadźce i pozwolić jej pokierować się na niewłaściwy pas, skutecznie unikając możliwości wjechania na Poniatowski. Ciągle nic to, ponieważ przecież tu jest Wisłostrada i tu, kurcze, muszą być jakieś nawrotki. Owszem nawrotki były. Ale czy uwierzycie, że wszystkie nawrotki na odcinku Poniatowski – Śląsko-Dąbrowski może być w remoncie tudzież nieczynnych w tym samym czasie? Jadźka milczała jak zaklęta, mając problem z satelitą, a Y przypomniał sobie, że w sumie można jeszcze przez Gdański. Na środku Gdańskiego Jadźka odmilkła, każąc nam skręcić w prawo teraz, natychmiast, już, czym zasłużyła sobie na niezwykle malownicze epitety. Mniej więcej w tym momencie Kot uznał, że może jednak przejmie funkcję nawigatora, zwłaszcza że Jadźka wykazała się brakiem inteligencji po raz kolejny chwilę później, każąc nam skręcać w prawo na Świętokrzyski, prowadzący z powrotem na drugą stronę Wisły. Y potwierdził, że nawet Kot ma lepszą orientację w terenie. I wszystko byłoby pięknie, dopókiśmy nie dojechali do właściwego skrzyżowania tuż za Poniatowskim, gdzie powinniśmy byli skręcać w lewo. Widok, który ujrzeliśmy, który sprawił, że obydwoje zaczęliśmy śmiać się dziko a histerycznie, przedstawiał się następująco:

Do legowiska w końcu dojechać się udało i Kot mógł przejść przez organizacyjne piekło, przy którym owo stworzone przez Dantego może się schować ze wstydu, zdążył również serdecznie znienawidzić wszystkich uczestników wyjazdu oraz zapragnąć zwinąć się w aspołeczny kłębek pod łóżkiem i nie wychodzić spod niego do najbliższej Gwiazdki. A przecież jeszcze nie nastąpił wyjazdowy czwartek.

Początek wyjazdowego czwartku nieopatrznie napełnił Kota optymizmem. Optymizmu nie zmącił nawet fakt, że z powodu kupowania książek na ów wyjazd, spóźnił się Kot na fonetykę, gdzie został zaatakowany niezapowiedzianym kolokwium z transkrypcji. Nie zmąciło go też kolokwium z gramatyki opisowej (o którym wprawdzie udało mu się dowiedzieć poprzedniego wieczora, ale rzut na naukę nie był równie udany (do czego mogły się przyczynić idiotyczne pomysły eMMy na równi z brakiem chociażby jednej notatki z całego semestru)). Kot wrócił cało i zdrowo do domu, z idiotycznym optymizmem uwieszonym go nadal, niczym rzep psiego ogona i nawet dokończył się pakować, i – nawet – zdążył pomyśleć, że cześć drużyny już jest w drodze, druga powoli się zbiera i tylko eMMa ubzdurał sobie wyjazd o idiotycznie późnej godzinie dwudziestej pierwszej. Ten właśnie moment niezwykle strategicznie wybrał Fixxer na telefon. Telefonicznie poinformował Kota, że tak jakby niechybnie nastąpią zmiany w transporcie, no bo tak jakby Jeep Y się tak jakby zepsuł i tak jakby stoją sobie właśnie na parkingu, uczciwszy minutą ciszy ygreczy alternator, zastanawiają się, skąd by tu wziąć samochód, a w zasadzie czekają na odpowiedź od rodzinki Fixxera, bo u niego przed domem aktualnie stoją dwa. Oczywiście rodzinka Fixxera, nie byłaby rodzinką Fixxera, gdyby nie stwierdziła, co następuje:

– samochodu Fixxera, Fixxer absolutnie wziąć nie może, ponieważ jego aktualnie obłożnie chora siostra może chcieć nim pojeździć w trakcie weekendu

– samochodu cieciorzego również wziąć nie można, bo, w zasadzie, bo wziąć nie można

Innych widoków na środek transportu dzielna ekipa nie posiadała, słowo „pociąg” nie brzmiało szczególnie user- ani moneyfriendly. W tym momencie Kot dostał ataku histerii, a wręcz Histerii, do którego przyznaje się ze wstydem i głęboką skruchą, wyznając przy tym, że był tylko o krok (o kroczek, o! o taki maluteńki) od rozpakowania bagażu i pokazania wszystkim i wszystkiemu (łącznie z sobą) środkowego palca. Późniejsza koncepcja jechania w pięć osób (z bagażami) samochodem eMMy (z której to istnienia sam eMMa chyba nie zdawał sobie sprawy dopóki nie upadła ostatecznie) Histerię wzmogła (i zrozumie to każdy, kto widział samochód eMMy, wizualizuje go sobie, doda do tego pięć osób i bagaże na 3 dni). Szczęśliwie mamusię Fixxera coś jednak tknęło, coś puknęło w główkę (osobiście lubię myśleć, że „to było takie wielkie pudło”) i zadzwoniła do niego, wielkodusznie godząc się ofiarować mu swój samochód na trzy dni.

Wyczerpana psychicznie doczłapałam na wskazaną porę na Kabaty. Udało mi się nie spóźnić, ba, byłam nawet z pięć minut za wcześnie, dzięki czemu poznałam przecudownie prześliczne stworzenie, jakim jest jarkowy kot. EMMA również stanął na wysokości zadania – przyjechał o czasie. Zrobiliśmy zakupy w Tesco i wyruszyliśmy. Na miejsce dotarliśmy cali i zdrowi, a pół godzinne błądzenie po niecałych 50 kilometrach kwadratowych miejscowości w poszukiwaniu wynajętego lokalu to pikuś przy przygodach pozostałych majówkowiczów.

Otóż, Fixxer z Y i Maqqiem utknęli pod Warszawą w korku. Korek się korczył i korczył, więc dzielni chłopcy postanowili zaoszczędzić czasu i wbili się na, równoległą do trasy głównej, lokalną asfaltową drogę, która, niestety, wkrótce przestała być asfaltowała, co uwadze chłopców umknęło. Samochód natychmiast zakopał się w grząskim piachu i nie chciał drgnąć ani trochę. Drgnął dopiero, gdy pociągnął go przejeżdżający w pobliżu (!) traktor.

Nawiasowi z kolei lokalne drogi, bogate w osławione polskie dziury zabiły dwa koła. Do dziś się zastanawiam, jakim cudem dał radę nie tylko do Stryszawy dojechać, ale i z niej wrócić. Niemniej zawieszenie należy spisać na straty (chociaż do dziś nie jestem pewna, czy będzie wymieniał całe, czy tylko część, czy jeszcze coś innego), co uprawnia Nawiasa do tytułu największego pechowca tej majówki.

EMMie wszyscy docinaliśmy, że z podróży do wyszedł praktycznie bez szwanku i Wszechświat się na nim zemści w drodze powrotnej. Wszechświat okazał się być litościwy. W ramach wyjazdu eMMa stracił jedynie okulary (no i resztki autorytetu), a w drodze z zgubił nas, skręcając na skrzyżowaniu, zamiast w jedyną logicznie poprawną drogę, to w ślepą uliczkę (wybrnął jednak z tego, wracając do korka na Katowickiej, z którego próbowaliśmy uciec). Wszechświat nie byłby jednak Wszechświatem, gdyby na dniach po powrocie, już w Warszawie, eMMy nie puknął jakiś gówniarz, powodując uszkodzenia, pozostawiające eMMę na co najmniej miesiąc bez samochodu. EMMa uparcie twierdzi, że to ten wyjazdowy Fail mu się teraz czkawką odbija.

Kot, bezpośrednio po powrocie, twierdził, że nie wyszedł na tym wyjeździe aż tak źle. Zgubił bowiem skarpetkę (która w tajemniczy sposób odnalazła się trzy dni po powrocie), stracił resztki sanity (że zacytuję Y: „Resztki CZEGO?!”), ponadto koci największy wyjazdowy Fail miał podłoże czysto osobiste i najbardziej ucierpiała na nim kocia miłość własna (co, biorąc pod uwagę dzikie rozmiary kociego narcyzmu, nie wyrządziło jej większej szkody).

Oprócz tego niemalże wszyscy udowodnili sobie, że ich kondycja ssie, ponadto popełniali rozliczne mniejsze i większe głupoty, zapominalstwa, zagubienia i odnajdywania.

Nie na darmo ktoś (Nawias? Ygreg?) sformułowali następujące wnioski po powrocie, cytuję:

  1. Kupić Jeepa
    1. opancerzyć
    2. zamontować wieżyczkę
  2. zdobyć kondycję PRZED wyjazdem w góry
  3. Mapy i kompasy NIE są dla pedałów

A propos map, to nie do końca prawda – mieliśmy mapy. Przy czym chciałabym dobitnie zaznaczyć, że posiadanie map nie jest równoznaczne ze stosowaniem ich w praktyce. Tak, jak drugiego dnia wyjazdu kiedy pojechaliśmy do Lasu (wielka litera jak najbardziej stosowna – Las jest bowiem miejscowością niedaleko Stryszawy, gdzie chłopcy, rozczarowani pierwszym dniem błądze… ekhmm… tak… to znaczy wędrówek po okolicznej górze, znaleźli ładny niebieski szlaczek, który koniecznie chcieli przemierzyć). Jechaliśmy w piątkę samochodem eMMy (eMMa, Kot, MacOO, Y i Fixx). Jechaliśmy sobie radośnie, dopóki Fixx nie zadał pytania, czy ktoś wziął mapę.

– Ostatni raz używałem jej do bicia Jarka po głowie w dużym pokoju – odpowiedział beztrosko Y.

Wniosek nasunął się oczywisty: mapa została w dużym pokoju. Postanowienie zatrzymania się w najbliższym sklepie celem zakupienia nowej było naturalną koleją rzeczy. I właśnie w związku z tym przejechaliśmy najbliższe cztery czy pięć sklepów nawet przy nich nie zwalniając. Za to w następnym, że pozwolę sobie przytoczyć dialog:

– Ale nie zapomnieliście kupić mapy? – Spytał eMMa, wracającą ze sklepy drużynę, która dzierżyła w rękach dużo plastikowych butelek z wodą, ale jakoś niewiele papieru.

– Nie – oświadczył dumnie Y – Teraz mamy trzy mapy. Tzn.: że będziemy musieli się trzy razy bardziej postarać, żeby nie zostawić wszystkich trzech w samochodzie, wysiadając z niego.

Chłopcom się udało – nie wiem, ile map ostatecznie szło z nami w góry, ale wiem, co nie szło – moja specjalnie na przechadzkę kupiona płynna glukoza w postaci Coca-Coli.

Sam podjazd na szlak również zasługuje na opisanie. Otóż szlak zaczynał się dokładnie naprzeciwko lokalnego sklepiku, wyposażonego w lokalny parking i przez początkowy dłuuuugi odcinek był zwykła asfaltową drogą. Mniej więcej zgodnie stwierdziliśmy, że jak zaparkujemy pod sklepikiem, to będziemy mieli kawał drogi do przejścia, można by więc podjechać jak najdalej tym szlakiem po asfalcie, a miejsce do zaparkowania na pewno się znajdzie. Podjechaliśmy, minęliśmy Panią Zbierającą Drewno, potem skończył się asfalt i zaczął regularny wyboisty szlak. Przejechaliśmy nim kawałek, po czym zawróciliśmy, nie widząc perspektyw na wygodny i bezpieczny parking. Po drodze minęliśmy Panią Zbierającą Drewno. Zaparkowaliśmy na parkingu pod sklepem i całą trasę pokonaliśmy ponownie, tym razem na piechotę. I tak, ponownie minęliśmy Panią Zbierającą Drewno. Następnie doszliśmy do miejsca, w którym zawróciliśmy i przeszliśmy zakręt i następny, i następny (ok. 5 min drogi na piechotę), i zobaczyliśmy to oto:

Ostatniego Faila wyjazdu zaliczył Fixxer, pozostawiając swój plecak z laptopem, kluczami do domu oraz dokumentami samochodu, którym jechaliśmy, na chodniczku pod domkiem w Stryszawie i musiał następnego dnia wracać po nie pociągiem (ale, to be honest, biorąc pod uwagę rozwinięcie wyprawy powrotnej, Fixxer nie narzeka i chociaż jeden Fail przyniósł pozytywny efekt).

A w następna sobotę, jak gdyby nigdy nic Kot umówił się na… sesję RPG. Sesję SM u Savil, to be more precise. Nawet nie mogę powiedzieć, żeby się Kotu bardzo chciało, ale Sailorek tak dawno nie było… W ową sobotę również odbywał się jedyny koncert juwenaliowy, na który Kot miał szczerą ochotę pójść – Kult (i inni) na dziedzińcu UW. Jedyny haczyk polegał na tym, że studenci UW mieli darmowy wstęp jedynie do 17:30, a późniejsza cena biletu (choć śmiesznie niska) przerastała koci budżet. Plan wydawał się prosty: sesja do 16:30, no maksymalnie do 17, a potem biegiem na dziedziniec. A teraz uprzejmie proszę zagłosować: ile osób wierzy, że Kot dotarł na ten koncert. No już – łapki w górę… Jak to nikt nie wierzy? No proszę, społeczeństwo jednak szybko się uczy. Oczywiście, że Kot nie dotarł na koncert! Z własnej, nieprzymuszonej woli ok.16 Kot powiedział, że chrzanić, że tu jest sesja do skończenia. Potem z własnej nieprzymuszonej woli siedział Kot u Savil do ok.21, a także z własnej nieprzymuszonej woli przyjął zaproszenie na piwo do GP i z własnej nieprzymuszonej woli je pił. Idąc tym tokiem rozumowania, można by powiedzieć, że następnego dnia na duuuużym kacu też się Kot obudził z własnej nieprzymuszonej woli. Wola jednak była przymuszona – budzikiem oraz świadomością konieczności udania się do pracy, zwłaszcza, że została Kotu tylko jedna UŻ, którą lepiej trzymać na gorsze czasy (och, jakże prorocza to była myśl).

Z niechęcią ogromną (i tym strasznym kacyskiem) do pracy się Kot udał, z roztargnieniem zostawiając telefon własny poniewierający się gdzieś w tazowym pokoju.

A wieczorem Kot był umówiona z Fixxowatym, co było efektem pijackiej rozmowy z wieczora poprzedniego.

(I tak, jestem pewna, że gdyby nie zuo w czystej postaci, ta sesja nieszczęsna, wszystko wyglądałoby inaczej – Kot grzecznie by poczłapał na koncert, bawił się lepiej lub gorzej, a potem z czystym umysłem wróciłby do domku i poszedł spać (względnie uznałby, że tak dobrze siedzi mu się w domku i ogląda filmy w łóżeczku, to może najlepiej będzie, jeśli nie będzie się z tego łóżeczka ruszał wcale))

Pierwotny plan zakładał odzyskanie telefonu z Żoliborza i Rozmowę w drodze do i z. Ale czy bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie przewrócili pierwotnego planu do góry nogami? Wystarczyło, żeby Fixxer powiedział kilka zdań o Kuzynce, żeby Kot nieśmiało wyraził żal, że nie będzie miał zbyt szybko okazji do poznania owej, żeby Fixxer wykonał jeden krótki telefon i… jaki tam telefon, kto by w ogóle potrzebował telefonu do szczęścia, kiedy jest się w drodze na Chmielną? Spontaniczność stała się chyba ideą wieczoru (np.: po co jechać pociągiem o 20 w niedzielę, skoro jest pociąg w poniedziałek rano?). I tylko aktualny stan zdrowia Kota nieśmiało szepce Kotu w główce, że czasami (ale tylko czasami) spontaniczne paradowanie w 2/5 topless po Nowym Świecie zimną nocą może nie być najlepszym pomysłem.

W poniedziałek Kot umarł (i niestety do tej pory nie udało się Kotu zmartwychwstać). Umarłość jednak nie przeszkodziła mu pójść we wtorek na… sesję RPG. O tym że tak właściwie to absolutnie nie powinien teraz nigdzie jeździć, bo następnego dnia ma Wielkie Zaliczenie Pedagogiki udało mu się przypomnieć na mniej więcej godzinę przed sesją. I jeśli ktoś chce wierzyć, że po sesji udało się Kotu w domku grzecznie a pilnie pouczyć, to…. nie będę wyprowadzać z błędu (złudzenia to w końcu taka piękna rzecz).

Celem przypieczętowania swego wywodu, Kot doda jeszcze, że kolejne umówienie się na sesję RPG (w minioną niedzielę) zaowocowało zapaleniem dróg moczowych, wizytą u lekarza i 9cio dniowym L4, które znacznie pogorszy kocie widoki na zaliczenie semestru oraz godziwą wypłatę. W związku z czym Kot leży (more or less) w łóżeczku, w ciągu jednego przedpołudnia przeczytał całe to nieszczęście, jakim jest „Zmierzch”, obejrzał jeszcze większe nieszczęście, jakim jest film na jego podstawie, a teraz czeka aż ściągnie się Kotu odstanie 2% piątego sezonu Angel, sezonu, w którym to wreszcie pojawi się ponownie Spike (uprzejmie chciałam w tym miejscu przypomnieć, że każdy ma jakieś wypaczenia i w związku z tym nie należy śmiać się z wypaczeń innych ludzi (tudzież zwierzątek domowych (zwłaszcza jeśli te są akurat chore))).

O dalszych nieszczęściach, wynikających z sesji, poinformować się nie omieszkam.

 

 

PS. Solennie obiecuję, że jest to pierwsza i ostatnia tak niebotycznej długości notka* Więcej grzeszyć (w ten sposób) nie będę, a tych, którzy dotrwali do aż tutaj, serdecznie przepraszam

 

*no chyba, że mój comparison/contrast essay nadal nie będzie chciał się samoistnie zmaterializować – wtedy nie ręczę za siebie. Chociaż wtedy równie dobrze mogę się zadławić porannym antybiotykiem, utopić w szklance kawy, dać się zjeść mojemu wyimaginowanemu rakowi tudzież paść na podobnież wyimaginowane zapalenie mięśnia sercowego.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 19.05.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Majówka Chaosu została wyłączona) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , , , , ,