Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Grinch mode on

W tym roku jestem troszku Grinchem. Zupełnie nie czuję Świąt. Ilość pracy, jaką na siebie wzięłam, sprawiła, że zupełnie nie miałam czasu myśleć o świątecznych przygotowaniach. Te kilka prezentów, którymi obdarowałam najbliższych, kupowałam w biegu i mimochodem.
Nie mamy choinki. Jedyne porządki w grudniu robiłam w Wigilię, bo wtedy w końcu miałam czas, a nie mogłam już patrzeć na mieszkanie, które przez trzy tygodnie doprowadziliśmy do stanu zaburdelowienia gorszego niż w akademikach Politechniki.
Wprawdzie wpadłam na chwilę do babci, złożyć pospieszne życzenia, ale potem zaległam przed kompem z podgrzewaną pizzą z poprzedniego dnia. Pragnęłam towarzystwa Bruce’a jako Johna McClane’a, ale nie do końca wyszło – będę musiała dokończyć po powrocie do Warszawy.
25 obraliśmy kierunek Wyszków i zrobiło się piękniej i świąteczniej. Zostajemy do jutra, a potem się zobaczy. Oboje mamy urlop do końca roku, więc można by wreszcie trochę odpocząć.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 26.12.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Grinch mode on została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: ,

Jestem Mugolem

Nie czuję magii. Magii Świąt, uściślając.
Może to dlatego, że ostatnie „prawdziwe” domowe Święta w mojej rodzinie miały miejsce, kiedy mój wiek określała jedna cyfra. Może dlatego, że przez ostatnie kilkanaście lat wszelkie większe spotkania rodzinne były idealną okazją do roztrząsania wieloletnich sporów, wytykania sobie nawzajem wszelkich niedoskonałości i błędnych wyborów. Może dlatego, że ostanie cztery grudnie przepracowałam w Firmie i już w połowie miesiąca miałam Świąt po… uszy.
Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią czerpać radość ze świątecznego czasu i odczuwać jego wyjątkowość. Chciałabym mieć drobne świąteczne rytuały – dekorowanie domu, przygotowywanie dłuuuugich list prezentowych, staranne pakowanie prezentów, ubieranie choinki, spotkanie wigilijne w gronie najbliższych przyjaciół, itp. Mój grudniowy rytuał jest mało wzniosły: 23ego po pracy wypić morze alkoholu i czynić bzdury, w Wigilię dowlec się do pracy na straszliwym kacu i pożywiać przez pół dnia w McDonaldzie. Przez ostatnie dwa lata nawet na Wigilię Rodzinną nie bardzo się załapywałam, nie mówiąc o pozostałych dwóch „świętych” dniach.
W tym roku miało być inaczej. Mieliśmy odnaleźć trochę magii – zapowiadało się naprawdę ekscytująco. Listę prezentów miałam przygotowaną pod koniec listopada i wtedy też kupiłam większość prezentów. Na początku grudnia udekorowaliśmy mieszkanie świątecznymi świecznikami, powiesiliśmy bombeczki i gwiazdeczki. Na naszych oknach zawitał sztuczny śnieg (dRaiser koniecznie chciał pokazać koteckom, czymże jest śnieg – były tylko trochę przerażone, gdy coś białego zaczęło na nie spadać;)). Z niecierpliwością czekaliśmy aż zaczną sprzedawać choinki. Planowaliśmy nawet urządzenie jakieś małej świątecznej posiadówy.
W międzyczasie dopadły nas choroby, moja praca oraz kryzys finansowy.
Moja rodzina z informacjami o organizacji Wigilii wstrzymywała się do ostatniej chwili. Za to Moja Rodzicielka na spotkaniu w połowie miesiąca zaznaczyła, że w tym roku ma nie być żadnych prezentów oprócz tych dla mnie i mojej siostry ciotecznej i żebym „się nie próbowała z niczym wygłupiać”. Babcia z kolei beztrosko oznajmiła, żebym sobie sama kupiła, zapakowała i przyniosła na kolację jakiś prezent, bo ona nie ma czasu no i przecież ja najlepiej wiem, co. Choinkę kupiliśmy i ubraliśmy, i z dumą muszę oznajmić, że to jedno z najbrzydszych drzewek, jakie widziałam. Ale i tak jest piękna. A w zasadzie była, bo teraz został z niej tylko kikut pod śmietnikiem i tona igieł walająca się po całym mieszkaniu. Żałuję, że nie zrobiłam jej zdjęcia, żebyśmy mogli się z niej śmiać w przyszłych latach, kiedy nabierzemy wprawy w choinkowaniu i będziemy mieć pięknie i gustownie ubrane drzewka.
Wigilia przebiegła spokojnie. Z pracy wyszłam z zaledwie 40 minutowym opóźnieniem. Kolacja wigilijna była smaczna, skromna i w miarę szybka. 25ego poszliśmy na obiad do mojej babci, gdzie było miło, ale w zasadzie zupełnie nie świątecznie, a 26ego pojechaliśmy do Y grać w BSG.
W zasadzie całość Świąt przebiegła w miłej atmosferze, ale czegoś niesamowicie brakowało, czegoś co sprawiło, że w ogóle nie odczuwałam, że to jakieś Święta właśnie mamy, że coś wyjątkowego się dzieje. Może to zupełnie nie świąteczna pogoda, listopadowy grudzień i Absolutny Brak Śniegu? Może brak chwili spokoju i ciągłe zabieganie? A może tajemniczy i niezbadany pierwiastek X…
Smutno mi trochę. Nie da się ukryć, że Święta dla mnie nie mają żadnego wymiaru duchowo-religijnego, są raczej zaimplementowanym w dzieciństwie i kultywowanym przez lata memem, ale mimo wszystko jest w nich coś magicznego. Wiem, że potrafi być. A ja bym bardzo chciała, żeby dom, który budujemy był pełen magii.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 01.01.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania Jestem Mugolem została wyłączona) Posted in nastroje, życie kota Tagi: , , , ,

Eksploatować każdy może!

A przynajmniej tak najwyraźniej uważają Nowe Władze nieszczęsnej Firmy, w której mam coraz większą nieprzyjemność pracować.
Już kiedyś opisywałam jak sprytnie podwyższyć pracownikom pensje, żeby mniej zarabiali. Tym razem napiszę o tym jak bardzo Firma szanuje czas swojego pracownika.
Wiadomo, że grudzień, dla Firmy takiej jak ta, jest czasem największego zysku, najwyższych obrotów oraz największego napięcia. Tłumy klientów pragnących zostawić u nas góry pieniędzy wbijają z obłędem w oczach drzwiami (gdyby tylko mogli oknami pewnie też by chętnie wbijali) już od drugiej połowy listopada. Wszyscy pracownicy zdają sobie sprawę, że jest to czas wytężonej pracy, braku odpoczynku, przychodzenia na nocki, itp. Z tej okazji są też dotrudniani ludzie jako tzw.”pomoc świąteczna”. Niejednokrotnie zdarzają się również nadgodziny.
I tu zbliżam się do sedna.
Jeśli dobrze liczę, to będą moje 4(sic!) święta w tej Firmie i, nie da się ukryć, zawsze zostawało się po godzinach lub przychodziło na dodatkowy dzień (lub noc) za co dostawało się pieniążki lub odbierało godziny w miesiącu następnym. I było to w porządku, ponieważ nie byliśmy do tego zmuszani. Pracownik był pytany (czasem nawet proszony) i dopiero kiedy się zgodził dopisywano mu dodatkowe godziny. A większość pracowników się zgadzała. I uważam, że był to bardzo przyzwoity układ.
Ale nie w tym roku, o nie! W tym roku, ok. ostatniego tygodnia listopada dowiedziałam się, że odgórnym zarządzeniem Dyrekcji w grudniu WSZYSCY pracownicy mają odjęte dwa dni wolne od przysługującej, wynikającej z prawa pracy, liczby dni wolnych w miesiącu. Wprawdzie te dni ponoć mają być do odebrania w styczniu, ale zarządzenie nie podlega dyskusji. Podkreślę: zostaliśmy poinformowani. Nikt się nie pytał nikogo o zgodę ani nie brał pod uwagę, że być może ktoś ma Bardzo Ważne Powody, żeby odmówić przychodzenia ponadetatowo.
Jako osoba, studiująca dziennie i mająca w grudniu mnóstwo zaliczeń (bo przecież wszystkie kolosy najlepiej pisać tuż przed świętami) jestem przerażona. Już chodzę ciągle zmęczona, niedospana i nieprzytomna, a miesiąc się na dobre nie zaczął.
Koleżanka, która ma małe dziecko, wyda prawie jedną trzecią swojej pensji na nianię.
Bo przecież pracownicy zmuszani do nadprogramowych godzin na pewno będą obsługiwać klientów z pasją i uśmiechem, right?

Czy ktoś jeszcze się dziwi, że Firma zajmuje tak wysokie miejsce w rankingach na Najgorszego Pracodawcę Roku?

Anyway, ja mam już serdecznie dość i po wielokrotnym przeanalizowaniu sytuacji finansowej dojrzałam do zmiany pracy. Tym razem tak naprawdę-naprawdę. Bo mogę znieść wiele rzeczy (w tym marne zarobki i coraz bardziej idiotyczne procedury wymyślane przez oszołomów, którzy codziennie z klientem styczności nie mają), ale nie zniosę pozbawiania mnie czasu mojego czasu wolnego. No bo skoro mogą tak postępować teraz (choć osobiście nie jestem przekonana czy to w ogóle zgodne z Kodeksem Pracy), to co ich powstrzyma przed eskalacją eksploatacji pracowników w przyszłości?

Więc jak byście słyszeli o jakieś miłej posadce, pamiętajcie o mnie.
Nie mam dużych wymagań:
– praca nie może kolidować z moim trybem studiów (czyli w godzinach południowo-popołudniowo-wieczornych)
– musi przynosić 1k+ dochodu na łapkę
– mile widziany niepełny etat.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 02.12.2011. Komentarzy (Możliwość komentowania Eksploatować każdy może! została wyłączona) Posted in Frustracje, praca Tagi: , ,

Cliche.

Dobry wieczór. Dziś polecimy banałem. Trudno nie zauważyć, że jest Sylwester – ostatni dzień roku. Zwyczajowo czas wielkiej balangi oraz wszelkie rodzaju przemyśleń i podsumowań minionych dwunastu miesięcy. A jaki był ów miniony rok dla Kota? Chyba najbardziej popieprzony, wzbudzający wiele ambiwalentnych uczuć. Zaczął się od wielkiego kaca 1 stycznia po imprezie u znajomej z pracy. Kot wyczołgał się z łóżka koło południa i pierwsze co zrobił, to udał się, cudem powstrzymując mdłości, na noworoczne śniadanie do McDonalda. Potem było tylko gorzej. Zimę Kot przetrwał pijąc gigantyczne (nawet jak na siebie) ilości kawy, oglądając Gilmore Girls (i inne, temu podobne, wytwory), zajadając lody w łóżku i nie opuszczając mieszkania częściej, niż to było konieczne. Chodził na uczelnię, do pracy, masowo odrzucał zaproszenia na imprezy, koncerty, etc., cudem zaliczył sesję zimową, wszystko w pierwszych terminach. Potem coś drgnęło. Po egzaminie pisemnym ze wstępu do literaturoznawstwa wybrał się do Gniazda na koncert Zaprzyjaźnionego Zespołu. Potem chyba nawet ze dwa razy pojawił się w Tavernie. Normalnie, rozkwit życia socjalnego. Szczęśliwie, zima się skończyła a wraz z jej końcem, nastąpiły rzeczy ekscytujące. Na przykład została kociemu działu przydzielona Najcudowniejsza Szefowa, a prywatnie Futrzak wyciągnął Kota na czwartkowe planszówki w Amplitronie, co zdecydowanie odmieniło kocie życie na lepsze. Kot poznał masę fantastycznych, zwariowanych osób, w tym niezawodnego Towarzysza Wojaży Chaosu, Y, zaczął częściej RPGować, imprezować, etc. Dla kontrastu, kocie studia stawały się coraz bardziej męczące i Kot częściej nie pojawiał się na zajęciach bądź na nich spał, niż aktywnie partycypował. O Majówce Chaosu i wszystkim co potem dane było już tutaj przeczytać. Kot zauroczył się Krakowem w zupełnie nowy sposób, sesję letnią zaliczył jeszcze większym cudem niż zimową i zaczęły się wakacje. Życie towarzyskie kwitło radośnie, gorzej z życiem rodzinnym i uczuciowym. Niewątpliwie miniony rok był najbardziej wyjazdowy: majówka w Stryszawie, Gdańsk, Malbork, Łódź, dwa razy Zarzęcin, Lublin, Ogrodzieniec… Również konwentowo przedstawiał się atrakcyjnie. Kot zaliczył warszawską Awangardę, łódzki Polcon i lubliński Falkon. Teraz nie może się doczekać pierwszych przyszłorocznych konwentów. Z drugiej strony przez większą część roku kocie finanse kulały bardziej niż House w najgorszych fazach bólu nogi. Szczęśliwie, na początku wakacji zmienił zatrudnienie na pełnoetatowe i powoli staje na nogi. W wakacje udało się Kotu spełnić, jedno z większych marzeń, mianowicie, wynieść z domu. Przez ok. 3 miesiące zamieszkiwał w małym pokoiku przy Placu Prostytucji. Było… różnie. Są momenty, które wspomina szczególnie pięknie, są takie, które przyprawiają Kota o zgrzytanie zębów. Niewątpliwie było to cenne doświadczenie, które wiele Kota nauczyło. Przede wszystkim, prawdą jest, że nie zna się człowieka naprawdę, dopóki się z nim nie zamieszka. Po drugie, najważniejszą rzeczą przy wynajmowaniu mieszkania jest to, żeby to twoje nazwisko znajdowało się na głównej umowie. Bo ten, kto się na niej znajduje, ma władzę. I co najważniejsze, bez względu na zakończenie całej historii, Kot udowodnił sobie (i nie tylko sobie), że jest w stanie się wyprowadzić z domu i samodzielnie utrzymać. Do tego w mieszkaniu, które bynajmniej nie było tanie. Dzięki temu Kot ma jeden więcej powód do dumy i narcyzmu. Niestety, są też mniej przyjemne konsekwencje. Na przykład taka, że Kot został wywalony Metodą Maciusiową, jednocześnie tracąc osobę, którą uważał za najlepszego przyjaciela. Przy okazji przekonał się o prawdziwości powiedzenia, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Całe wydarzenie definitywnie poprzewracało kocią starannie wypracowaną hierarchię układów międzyludzkich. Kiedy Kot został na lodzie, pomoc przyszła z najmniej oczekiwanych stron (no może poza niezawodnym Y). Przy przeprowadzce pomagał Kotu kumpel, którego Kot zna niecały rok, a widuje średnio raz na trzy tygodnie, w ramię Kot wypłakiwał się Mriji (najcudowniejszej Aktualnej Kobiecie Twojego Byłego Faceta jaką można sobie wyobrazić) oraz współpracownikom, propozycje mieszkaniowe (chwilowo bądź stałe) też dostał od osób prawie że obcych, a niektóre osoby, które Kot uważał za naprawdę bliskie, nawet nie raczyły zapytać, jak się Kot czuje. Jeśli chodzi o samą kwestię mieszkania, Kot uznał, że, raz w życiu, nie będzie niczego robił na gwałt i może wróci na stare śmieci, chociażby po to, żeby podleczyć kondycję finansową i zastanowić się w spokoju, co dalej. Kot zrobił tak między innymi, a może przede wszystkim dlatego, że nie musiał. Mógł wybrać inne rozwiązania, ale to wydało się Kotu najrozsądniejsze. Niestety, co w sumie było do przewidzenia, to co dobre dla finansów, niekoniecznie jest dobre dla psychiki. Kot usilnie starał się przekonać, że nic takiego się nie stało, wszystko jest w porządku, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… I tylko spać w nocy nie mógł, pochłaniał coraz większe ilości kofeiny i opuszczał coraz więcej zajęć. Apogeum nastąpiło w, wspominany wcześniej, czwartek, kiedy poszedł na cytrynówkę do Riviery, skąd następnie, pijany w trzy dupy i zapłakany, uciekał taksówką o drugiej w nocy, dzwoniąc do… no właśnie… Wybór osoby, której Kot pragnął się wypłakiwać w ramię w środku nocy, uświadomił Kotu, jak bardzo in denial Kot był przez ostatni miesiąc i jak bardzo nie OK jest w kocim życiu. I jeszcze nigdy Kot tak się nie cieszył, że ktoś nie odebrał kociego telefonu. Gorzej, gdy następnego dnia osoba oddzwoniła i Kot musiał się tłumaczyć, dlaczego właściwie dzwonił… Efektem owej nocy było podjęcie długo rozważanej decyzji o… wzięciu dziekanki. Kot wreszcie zrozumiał, że nie ma najmniejszej szansy na zaliczenie tego semestru. Kot zasadniczo wychodzi z założenia, że nie ma rzeczy niemożliwych, w cuda się nie wierzy, tylko na nich polega, poza tym zawsze dostaje to, czego chce. Więc tym razem Kot chce trochę świętego spokoju, bo w życiu się nie upora sam ze sobą, jeśli będzie musiał teraz kontynuować studia, która go nie satysfakcjonują oraz pracę na cały etat, którą idiotycznie uwielbia pomimo wszystkich jej wad. Co więcej, jeśli nie weźmie owej dziekanki, niechybnie będzie musiał płacić za powtarzanie semestru, a 3 tysięcy na zbyciu bynajmniej nie ma. I tak naprawdę jedynym, co powstrzymywało Kota, przed ubieganiem się o dziekankę już w listopadzie był idiotyczny strach przed tym, co rodzina powie. A tym chyba najwyższa pora przestać się przejmować. Zwłaszcza, że jaka jest kocia rodzina większość wie… Tu zaczęły się schody. Okazuje się, że na kocim cudownym wydziale, nie można od tak wziąć dziekanki w środku semestru, trzeba go najpierw zaliczyć, a potem odbyć bardzo poważną rozmowę z Kierownikiem B., który może się zgodzi jeśli będzie w dobrym humorze. Natomiast jeśli Kot z jakiś powodów nie czuje się na siłach zaliczać semestr, to może ubiegać się o wsteczny urlop zdrowotny. Ergo właśnie teraz Kot to czyni, modląc się, żeby opracowana przez Kota strategia zadziałała na pana ze stosownego biura UW, z którym to panem ma Kot spotkanie w najbliższy czwartek. Kot zdaje sobie sprawę, że opóźnianie ukończenia studiów o kolejny rok to nie jest najwspanialszy pomysł świata. Z drugiej strony, Kot sam się wpakował w te tarapaty, sam jest sobie winien i sam sobie z tym poradzi. Musi przy tym przyznać, że wizja wolnych dni i wolnych popołudni stanowczo do Kota przemawia. A jak już Kot upora się z problemem: będziemy płacić za powtarzanie semestru czy nie (inaczej mówiąc z problemem: mamy pieniądze czy jesteśmy w czarnej dupie przez najbliższe kilka miesięcy), przy odrobinie szczęścia (czyli przy założeniu, że dostanie urlop) zacznie rozglądać się za nowym lokum. I tu, po raz kolejny przeklina Kot skuteczność swoich przewidywań. Bodajże dzień po tym, jak Kota wykopano, napisał do Kota niejaki W., kumpel Fixxera, którego Kot poznał w przelocie. Kot nie wnika w to skąd W. miał Kota numer i w ogóle skąd mu przyszło do głowy pisanie właśnie do Kota, sedno sprawy tkwi w tym, że W. zapytał Kota, czy Kot nie zna kogoś, kto chciałby u niego wynająć pokój. Kot odpisał, że nie i dodał, że może sam będzie może czegoś szukać po Nowym Roku. Kot właściwie nie wie, czemu tak stwierdził, zwłaszcza, że w głębi duszy (czy czegoś tam) miau nadzieję, że uda mu się zakotwiczyć na Grochowie na dłużej, że może coś się zmieniło i z rodzinką da się wytrzymać… a gówno! Okazało się, że wypowiedział słowa prorocze. I nawet nie chodzi o to, że kłóci się z Mamuśką (bo o dziwo wcale nie), tylko o ogólną atmosferę w domu, o nocne alkoholowe ekscesy, o to że nie ma do kogo gęby otworzyć, że nie można spontanicznie zaproponować znajomemu wpadnięcia na trunek, etc. I niby fajnie, że ubrania i naczynia same się czyszczą, że jedzenie spontanicznie materializuje się w lodówce, ale to nie wynagradza niedogodności. Teraz Kot czeka tylko na wyjaśnienie sprawy ze studiami i potrzebuje planu. Dobrego planu, żeby znowu się nie wkopać w mieszkanie, które nie będzie spełniało podstawowych oczekiwań i z którego szybko trzeba będzie się ewakuować. Kiedyś Kot sobie żartował, że może przebije Zapola z ilością przeprowadzek, teraz wie, że wcale tego nie chce. Przeprowadzki są upierdliwe. Najwygodniej byłoby Kotu znaleźć mieszkanie, a potem szukać współlokatora, niestety, Kot zdaje sobie sprawę, że przy kocich zarobkach nie da rady nawet przez jeden miesiąc płacić samodzielnie czynszu, znając ceny za wynajem mieszkań w Warszawie… ARGH! Z rzeczy kontrastowych w minionym roku dochodzą zawirowania emocjonalno-pokrewne. Najpierw Kot się niezbyt fartownie zauroczył, potem w Kotu się nieszczęśliwie zakochano (szczęśliwie niezbyt ekspresyjnie), potem zdarzyło się kilka (do policzenia na palcach jednej ręki) spontanicznych przygód (ich liczba stanowi zdecydowany regres w stosunku do lat poprzednich), w międzyczasie (jeszcze przed przeprowadzką) Kot finalnie wyleczył się z resztki uczuć i pociągu pod adresem F., a chwilę później zaczął się wakacyjny romans, który Kot śmiało może uznać, za romans swojego (dotychczasowego) życia, a który uświadomił Kotu wiele rzeczy, między innymi to, jak bardzo Kot się zmienił, jak zmieniły się kocie zapatrywania na relacje damsko-męskie oraz, że, wbrew temu, co przez minione lata próbował Kotu wpoić wielce szanowny były (i nie, Kot nie ma na myśli Jareczka), Kot jest w stanie stworzyć zdrową, obopólnie korzystną relację damsko-męską. Aktualnie, co prawda Kot nie może poszczycić się szczególnie ognistym życiem ani emocjonalnym, ani seksualnym, aczkolwiek rozmaici mężczyźni usilnie przypominają Kotu, że jest stworzeniem atrakcyjnym, budzącym pożądanie oraz dostarczającym niezapomnianych wrażeń (to ostatnie Kot wnioskuje po tym, że o Kocią obecność zaczęli ostatnio uparcie upominać się mężczyźni z kociej promiskuitycznej przeszłości). Na sam koniec roku Wszechświat postanowił wznowić z Kotem Grę W Fochy. Wnioski, że grudzień jest w większości przechujowy można było wyciągnąć na podstawie poprzednich notek. Klienci dokopali, Kot sobie dokopał, studia Kotu dokopały, do tego w Rivierze pozostała pewna część kociego dobytku (z rzeczy szczególnie boleśnie stratnych, pendrive), na którego odzyskanie Kot nie widział wielkich szans, następnie zaginął zasilacz do Jego Posępności Waleriana I oraz „Piąty Elefant”, posypały się nerki no i nadeszły święta, czyli czas utarczek z rodziną. Wszystko zapowiadało, że Kot zakończy ten roku w raczej posępnym nastroju. Tymczasem… święta oprócz rodzinnych utarczek przyniosły rzeczy miłe (patrz przed-poprzednia notka), zasilacz znalazł się w Amplitronie i będzie do odebrania po Nowym Roku, pendrive szczęśliwie wylądował w rękach znajomego i Kot go odzyska, również praca przyniosła zupełnie niespodziewany i solidny dochód dodatkowy, wczorajszy wieczór spędził Kot na bardzo udanym piwie z Najcudowniejszą Szefową i innymi współpracownikami, a jeszcze wcześniej był na najwspanialszej zaległej wódce świata (i bynajmniej nie ma Kot na myśli smaku). Inna kwestia, że po owej właśnie, Kot zaczął dotkliwie odczuwać brak przyjacielskiej obecności Fixxera w swoim życiu. Przyznaje Kot, ze wstydem przeogromnym, że kiedy następnego poranka wlekł się do domu, marzył o tym, żeby zadzwonić i powiedzieć: „Nie uwierzysz, co się stało…”, i usłyszeć opinię zwrotną. But these days are gone. Kot może tylko mieć nadzieję, że z czasem układy towarzyskie w kocim życiu się wyklarują i uda się Kotu znaleźć osobę, z którą będzie mógł rozmawiać równie szczerze, bezpruderyjnie, etc. A na koniec kwestia Sylwestra itself. Niektórych może dziwić, dlaczego Kot zamiast popijać teraz jakiś szlachetny trunek, klepie über-ekshibicjonistyczną notkę na bloga. Być może dziwi to mniej tych, którzy mieli okazję spędzić z Kotem ostatnie Sylwestry. Sytuacja albowiem przedstawia się tak, że, pomimo kreatywnych corocznych starań, ostatniego naprawdę udanego Sylwestra miał Kot w okolicach początku lat dziewięćdziesiątych. Potem było tylko gorzej. Morze alkoholu, głupoty, następnego dnia kac gigant, często również moralny bądź, dla kontrastu, nuda straszliwa. Co roku Kot obiecuje sobie, że przezwycięży owo Sylwestrowe fatum i co roku Kotu nie wychodzi. W tym roku pierwsze zaproszenie sylwestrowe przyszło na przełomie sierpnia i września. Dotyczyło upragnionej Bukowiny. Niestety, wymagało praktycznie natychmiastowego podjęcia decyzji oraz wpłacenia zaliczki. Kotu planowanie wyjazdu z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem wydaje się być bardzo abstrakcyjne, poza tym w tamtym momencie pieniędzmi niezbyt dysponował. Następnie przyszło kolejnej wyjazdowe zaproszenie. Tym razem do Londynu. Niezwykle kuszące zarówno ze względu na towarzystwo, jak i Londyn sam w sobie, niestety finansowo nierealne. Na krótko przed świętami Olo zaproponował Kotu wyjazd do słynnego Ośrodku Utraty Zdrowia w Maryjanówce, które to zaproszenie Kot również musiał odrzucić z przyczyn rozmaitych. Przez chwilę rozważał Kot Sylwestra w kinie (odpadło ze względów głównie repertuarowych), na koncercie Zaprzyjaźnionego Zespołu (Kot się wahał finansowo, a ostatecznie odpadło po w/w wódce), w No Mercy (ale Szefowa zabroniła) oraz pozostanie w domu i oglądanie jakiś plugawości (niestety, pozostanie w domu oznaczałoby kontakt z rodzinką). Ostatecznie, po kilkugodzinnej debacie z samym sobą, Kot zdecydował się skorzystać z zaproszenia kolegi z pracy, uznając, że nawet jeśli będzie do du…, to przynajmniej spróbuje a może… I jak przystało na banalną notkę sylwestrową; postanowienia noworoczne: – Nigdy więcej nie zdradzić zapolskiej cytrynówki – Przed zanocowaniem w jakimkolwiek miejscu, upewnić się o dostępności porannej kawy – Nie podrywać własnej Szefowej – (Z kategorii über-banał) Zrzucić te kilka zbędnych kilogramów (Kot wcale nie uważa, że jest za gruby (epicko napuchnięte ego mu na to nie pozwala), jednakże wolałby, żeby kilka jego ulubionych ubrań z powrotem na niego pasowało) – Zaliczyć jak najwięcej konwentów, wyjazdów fotograficznych, etc. – Wynieść się z domu do jakiegoś przytulnego lokum z sensownym współlokatorem. – Czynić więcej rzeczy szalonych a zwariowanych (kilka pomysłów już Kot ma) Na koniec Kot życzy sobie (i wam), aby ten rok był lepszy od poprzedniego, no bo musi być lepszy (że pozwolił sobie Kot zacytować życzenia, którymi wymienił się wczoraj z Szefową). Over. Hale fun!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 31.12.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Cliche. została wyłączona) Posted in Frustracje, Imprezy, praca, studia, życie kota Tagi: , , , , , , , , , ,

I faced it all and I stood tall and did it my way*

Dawno dawno temu w odległej galaktyce, w której Uliczka jeszcze rozmawiała z Zapolem, a Fixxer był kocim najlepszym przyjacielem, powstała Koncepcja. Koncepcja zrodziła się w głowie Uliczki i dotyczyła ona świąt grudniowych. Polegała ona z grubsza na bojkocie owych (jako że w kręgu krewnych i przyjaciół królika było tyyyyle poświątecznych i prorodzinnych osób…), zabunkrowaniu się w czyimś mieszkaniu z zapasem pizzy oraz filmów i przeczekaniu owego traumatycznego okresu. W ciągu lat układy towarzyskie się pozmieniały. Niemniej do Kota i Fixxera owa idea nadal przemawiała. A przynajmniej tak się Kotu wydawało, dopóki dwa lata temu nie został na święta prawie bez rodziny za to z wolnym mieszkaniem po babci oraz kluczami do niego. Wtedy to Fixxowatego po początkowym entuzjazmie, napadły wątpliwości aż ostatecznie stwierdził, że nie może Cieciorce świństwa zrobić poprzez niepojawienie się na wigilijnej kolacji. Kot w obliczu takiego postawienia sprawy po pracy (gdyż w ówczesną wigilię jak i w dwie kolejne pracował) poszedł na wódkę z kumplem z roboty, następnie pojechał do domu, gdzie przez pół godziny pseudo wigilii z rodzicami starał się udawać trzeźwą, po czym polazł do swojego pokoju spać.

Jeszcze dwa miesiące temu myślał sobie Kot, że pewnie od tegorocznej kolacji wigilijnej się nie wymiga, ale po niej wróci do swojego małego przytulnego pokoiku, do swoich współlokatorów i wszystko będzie miał w…. poważaniu. A przez następne dwa dni świąteczne nosa z domu nie wyściubi, natomiast będzie mógł zaprosić swoich równie-co-kot-anty-świątecznych znajomych i razem porobią rzeczy durne a plugawe i anty-świąteczne. Cóż, bycie wykopanym z mieszkania zdecydowanie utrudniło realizację planu. Na szczęście, jak życie dowiodło, nie do końca.

A zacznijmy od tego, że święta i zimowe przeziębienie wpędziły Kota w chwilowy alkoholizm. O tym, że dla Kota aktualnie święta wcale nie ograniczają się do zaledwie trzech grudniowych dni tylko do całego grudnia, Kot już pisał. Nie wspominał natomiast, że z dnia na dzień wytrzymywanie w robocie przy zdrowych zmysłach stawało się trudniejsze. Dlatego, gdy po kolejnych czwartkowych planszówkach pojawiła się okazja pójścia na cytrynówkę do Riviery, Kot skrzętnie ową okazję wykorzystał. Wniosek z owego czwartku zrodził się jeden, który zdecydowanie przeistoczy się w postanowienie noworoczne; mianowicie: Nigdy nie zdradzać Cytrynówki Zapolskiej, albowiem inne cytrynówki mniej smaczne, a bardziej szkodliwe są! Na dokładne efekty rivierowej cytrynówki spuścimy zasłonę miłosierdzia, ale nie ukrywajmy, że kaca Kot przestał mieć dopiero w niedzielę.

Ledwo Kot zdążył otrząsnąć się z kaca i pocytrynówkowej traumy, a przeziębił się okrutnie, a raczej został przeziębieniem zarażony przez chorujących współpracowników. Kiedy Kot drugi dzień z rzędu przylazł do pracy zaflukany, zakaszlany i rozgorączkowany, do akcji wkroczyła Najcudowniejsza Szefowa, zlecając uber-kurację, której skuteczność sprawdziła empiryczni na sobie, a mianowicie dużo czekolady oraz Desperadosów. Kimże jest Kot co by nie posłuchać własnej Szefowej? To było jakiś tydzień przed wigilią i od tamtej pory Kot wszystkie wieczory spędzał w towarzystwie Desperadosów i gejów z Queer As Folk**, tak co by się we świąteczny nastrój wprowadzić. Trwało to tak aż do dwudziestego trzeciego grudnia, godziny pi razy oko 19, kiedy to Kot padał na twarz w swoim miejscu pracy i marzył o chwili, gdy znowu zagrzebie się w cieplutkim wyrku ze stosownym trunkiem. Wtedy to Kot ujrzał, coś, co skutecznie zmieniło oblicze tegorocznych świąt, mianowicie Y i Jabbę, którzy właśnie w przerwie między piwem, a piwem wpadli po zakupy. Przy okazji się przywitali z Kotem, zaczęli konwersować i od słowa do słowa doszli do wniosku, że po co Kot ma pić sam u siebie Desperadosa, skoro może dołączyć do Y i Jabby u Jabby i pić z nimi wino po pracy. Wino zamieniło się w cztery (albo i w pięć) do tego doszło arcydzieło współczesnej kinematografii edukacyjnej w postaci „Zombielandu” i następnego dnia, Kot dotarł do pracy tylko dlatego, że go skutecznie wyrzucano***

Przez całą wigilię Kot kaca miał nieziemskiego, co jednak zdecydowaniu poprawiało kocią percepcję na szurniętych wigilijnych klientów, którzy latali bez ładu i składu sami nie wiedząc, na co mają wydawać pieniądze. Apogeum przyszło, gdy do Kota przylazł pan i zapytał, od której sklep będzie otwarty dnia następnego (czyli 25-jego mać-grudnia).

W między jednym świrniętym klientem, a drugim do Kota zadzwonił Y przypomnieć, że Kot się z nim umawiał na wieczór i tak zasadniczo to o której będzie.

Kot przeszukał starannie swoją pamięć, w efekcie na rodzinnej kolacji faktycznie pojawił się na, bagatelka, trzy godzinki, po czym zapakował się w 523 i ruszył na dalekie Bemowo. Oczywiście, nie byłby sobą gdyby na miejscu nie zabłądził. To znaczy, to nie było tak, że Kot się zgubił, Kot tylko nie bardzo wiedział, gdzie jest. Próbując dojść do sklepu monopolowego 24H, który Y ma pięć minut spacerem od domu dotarł do stacji benzynowej jakieś ponad półgodziny dalej. W zimnie, wietrze, po zamarzniętym chodniku, w butach, kuźwa, na obcasie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby potem się nie okazało, że ygrecze osiedle zmieniło swoje położenie i spontanicznie przeteleportowało się na drugą stronę radiowej. Ostatecznie Kot do Y dotarł i spędzili urocze dwie godziny przy mruczących Kotach, Desperdosie (tu tylko Kot, gdyż Y zamierzał jeszcze prowadzić) i arcydziele polskiej kinematografii: „Arche. Czyste zło.”****

O godzinie 23:30 trzeba było się zbierać i jechać odebrać Jabbę z pracy, co by go odstawić do jego własnego mieszkania, gdzie poprzedniego poranka, Y wychodząc w pośpiechu i wciąż na ciężkiej bani zostawił swój aparat i statyw. Rzeczy zostały odzyskane, niestety, po wyjechaniu z podwórka, okazało się, że nie ma stosownej nawrotki, za to jest zakaz skrętu w lewo. Zakaz skrętu w lewo został skrupulatnie zlekceważony, zawróciliśmy, po czym…

– O… jakiś koleś za nami też tak zawrócił. – Beztrosko zauważył Y.

Byłoby pięknie i zabawnie, gdyby nie to, że ten „jakiś koleś za nami” wyciągnął z ukrycia niebieskiego koguta i nie zaczął nas ścigać.

Grzecznie daliśmy się złapać, a cała historia szczęśliwie zakończyła się „świątecznym pouczeniem”, niemniej resztę trasy pokonaliśmy w pełnym poszanowaniu dla przepisów ruchu drogowego.

Z powrotem w ygreczym mieszkaniu czekało na nas więcej szlachetnego trunku, więcej mruczących stworzeń, świąteczny odcinek Futuramy oraz kolejny wspaniały film „Jesus Christ Vampire Hunter”.

Ten wzorcowy wigilijny wieczór zakończył się o 4 nad ranem, a następnego poranka, znaczy się około 15 przyszło zastanawianie, co zrobić z tak pięknie zaczętym dzionkiem. Efektem krótkiej narady postanowiliśmy udać się na Starówkę robić zdjęcia ładnie podświetlonym obiektom. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie… ludzie, oczywiście, którzy zamiast korzystać z dnia wolnego i odpoczywać spokojnie w ciepłych domowych zaciszach, masowo wybrali się na Starówkę oglądać drewniane domki z figurkami w środku. Szczyt rozrywki po prostu! Anyway, i tak bardziej niż ludzie dobił Y i Kota brak otwartych jadłodajni, wobec czego i wobec pustek w żołądkach wieczór skończył się skandaliczniej wcześnie.

Niemniej, Kot miau prawie takie święta, jakie zawsze chciał mieć, teraz pozostaje Kotu tylko skombinowanie równie anty-świątecznych planów na jutro, a tymczasem wraca Kot do Desperadosa i swoich ulubionych telewizyjnych gejów.

* F. Sinatra „My Way”

** Skutecznej owej kuracji potwierdza jak najbardziej

*** Jednocześnie zrodziło się drugie kocie postanowienie noworoczne: „Nigdy więcej nie pozwolić się przenocować w mieszkaniu pozbawionym kofeiny!”

**** Swoją drogą, Kot nie bardzo rozumie skąd się w ogóle wzięło określenie „czyste zło”, a nikt nie mówi „brudne zło” Przecież doświadczenie pokazuje, że większość rzeczy złych, a plugawych jest zdecydowanie na bakier z higieną…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 25.12.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania I faced it all and I stood tall and did it my way* została wyłączona) Posted in Frustracje, Imprezy, praca, rodzina, życie kota Tagi: , , , , , , , , , ,

Homo Christmas. Because why f***g not?

You’ll probably get sweaters
Underwear and socks
But what you’d really like for Christmas
Is a nice hard cock*

Yes, indeed.

* „Homo Christams” Pansy Division

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 06.12.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Homo Christmas. Because why f***g not? została wyłączona) Posted in muzyka Tagi: , ,

Święta. The beginning.

Merry Christmas everyone!!!!!

Nie, Kot nie dostał w główkę żadnym ciężkim pudłem z dostawą i nie pomyliły się Kotu miesiące. Kot zdaje sobie sprawę z tego, że mamy właśnie obrzydliwie szary i deszczowy listopad, a do Świąt jeszcze półtora miesiąca. Natomiast szanowni czytelnicy muszą zdać sobie sprawę z tego, że Kot pracuje w handlu, co więcej nie sprzedaje mebli, okularów ani innych produktów neutralnych, tylko książki, płyty, filmy i gry, czyli potencjalnie najbardziej popularne towary prezentowe. Wobec czego dla Kota Gwiazdka nie zaczyna się na tydzień przed Wigilią, kiedy to Kot w ostatniej chwili przypomina sobie, że wypadałoby coś kupić Drogim Najbliższym, a już w pierwszym tygodniu listopada, kiedy to naród odfajkowawszy żałobne wizyty na grobach, dostaje świątecznej gorączki.

Myślicie, że żartuję? Chciałoby się. Kota już w październiku jeden starszy jegomość pytał, czy tą książeczkę, co to on teraz kupuje, to możemy zapakować w jakiś ładny papier, bo on to dla wnuczka na prezent gwiazdkowy kupuje. A od mniej więcej tygodnia z paniką w oczach obserwujemy, jak liczba klientów wzrasta nieustannie, podobnie jak i kwoty na pojedynczych paragonach. I połowa pyta o świąteczne opakowania. Czy ktoś się jeszcze Kotu dziwi, że Kot uważa, że żyje w społeczeństwie idiotów?

Powiedzmy to raz a głośno i wyraźnie: CLIENTS ARE STUPID.

Przyjrzyjmy się w tym miejscu zachowaniom modelowego klienta:

1. Jest absolutnie niezdolny do znalezienia czegokolwiek pomimo zawieszonych/postawionych/etc wszędzie tabliczek informujących o tym, co się znajduje na danym regale/ciągu regałów oraz tablic z informacją, na którym piętrze znajdzie dany asortyment.

Zaegzemplifikujmy dobitniej. Kot pracuje na dziale filmowo-muzycznym. Podział działów jest prosty. Na muzyce znajdują się regały wg kilku podstawowych gatunków muzycznych z wyróżnieniem muzyki polskiej. Na filmie dzielimy wszystko podług gatunków filmowych również z wyróżnieniem kina polskiego. Są też regały dodatkowe, miejsca promocyjne, ale możemy je spokojnie pominąć. Jak już wspominałam nad każdym jednym regałem znajduje się tabliczka informująca, co ów regał zawiera, a na regale towar układany jest alfabetycznie: na muzyce wg wykonawców, na filmie wg tytułów. Wydaje się proste prawda? Nie dla większości klientów, którzy co rusz podchodzą i zasypują nas pytaniami w stylu:

– A Rynkowskiego to gdzie ja znajdę? Bo tu pod R nie ma! – Klient wskazuje na regały z zagranicą.

– A gdzie są filmy polskie? – Pyta klient wgapiając się w regał z bajkami, mając kino polskie za swoimi plecami.

– A dlaczego tu nie ma Koszmaru z ulicy Wiązów? – Pyta inny klient, stojąc przed regałem z komedią.

– A gdzie jest literka S? – Klient stoi przed częścią regału od A do D*.

– A nie mają państwo „Zmierzchu”??? – Pyta Klientka, która 30 sekund temu potknęła się i wpadła na stand ze wspomnianym tytułem.

Ponadto klient, nawet jak dostanie informację, iż, np.: „Nowa płyta Feela znajduje się na muzyce polskiej, to ten rząd regałów pod ścianą, pod literką F, to będzie na drugim regale, trzecia półka od góry”, odmówi przyniesienia owej płyty przez pracownika, następnie uda się na jazz, po drugiej stronie sali, stanie przed losowo wybraną półką, popatrzy przez 3 sekundy, po czym wraca z krzykiem, ale przecież tam nie ma! Albo kiedy sugerujemy mu, żeby Lady Gagi poszukał na zagranicy pod „L” ten udaje się pod „W”. Gdzie tu sens, gdzie tu logika?

Rozumiem, że czasem może być trudno znaleźć pojedynczy tytuł, zwłaszcza jeśli jest stary bądź niszowy i tak, od tego jesteśmy my pracownicy, żeby sprawdzić, żeby znaleźć, ale czy naprawdę łatwiej jest wbiec z obłędem w oczach, stanąć po środku sklepu i zacząć się drzeć, że tu niczego nie można znaleźć, niż zatrzymać się spokojnie, rozejrzeć przez minutę, poświęcić ten czas na przeczytanie napisów na regałach i zobaczyć, że ten upragniony dział z horrorem znajduje się o tam, pod ścianą?

Co więcej klient domaga się tworzenia zupełnie innych metod segregacji np.: filmów wg reżyserów. Albo oddzielnego regału z filmami tylko o kosmitach.

* You think it’s funny? Kiedy klient zapytał się Kota, gdzie na zagranicy znajduje się literka V. Kot, który miau akurat nie najlepszy dzień, odpowiedział zdawkowo, że między U, a W. Klient popatrzył na Kota z ogromną wdzięcznością, jakby mu Kot objawił jakąś wiedzę tajemną, po czym udał się do regału i znalazł samodzielnie potrzebną mu płytę.

2. Potrzebuje informacji, ale nie przyjdzie mu do głowy zaczepić pracownika siedzącego sobie spokojnie w którymś z oznakowanych oczojebnie-żółto punktów informacyjnych, gdzie ludzie nie robią nic innego tylko czekają bezczynnie aż przyjdzie jakiś spragniony pomocy klient, tylko zaczepi pierwszego lepszego pracownika, który zazwyczaj:

– Niesie właśnie naręcze towaru do rozłożenia. Towaru jest tak dużo, że niemalże wysypuje się z rąk nieszczęśnika, mimo to klient właśnie od takiej osoby oczekuje, że podejdzie z nim do półki i czwartym odnóżem poda mu pożądany towar do rąk własnych.

– Niesie uber ciężkie skrzynki z aktualnej dostawy. Skrzynek tych jest tyle, że pracownika ledwo zza nich widać.

– Biegnie właśnie do toalety.

– Szuka właśnie towaru dla klienta telefonicznego i zostawił przy punkcie info kilometrową kolejkę, która ma pierwszeństwo, ale klient z doskoku nie da sobie tego wytłumaczyć.

– Stoi bez asekuracji na bardzo chwiejnej starej drabinie i zmienia materiały reklamowe.

– Właśnie planuje wyjść na przerwę.

– Właśnie skończył pracę i chce się iść przebrać**

** Kotu się kiedyś zdarzyło, że przebrany, w płaszczyku i czapeczce stał na zapleczu i czekał na ochronistę celem okazania się. Ów moment wykorzystać pewien szczególnie nadgorliwy klient. Przyuważył Kota i zaczął się zbliżać w kocim kierunku, głośno domagając się pomocy, nie bacząc na to, że wchodzi na sklepowe zaplecze.

3. Zadaje dużo pytań. Co jedno to głupsze.

– A czy tą windą to ja wjadę do góry?

– A czy jak zakupię tutaj teraz tą płytę, to będę mógł jeszcze pochodzić po sklepie?

– A gdzie jest lewa część sali?

– O! To tu są filmy?

– To kosztuje tyle, ile jest tu napisane?

– A czy tymi drzwiami wyjdę na zewnątrz? – Wskazując windę na pierwszym piętrze.

4. Rozpaczliwie pragnie wydać pieniądze, ale sam nie do końca wie na co.

– Proszę paniom***. No bo byłem tu miesiąc temu. Wtedy na tej półce stała tu taka płyta z zieloną okładką? Ja ją teraz chcę.

– Proszę paniom, bo ja słyszałem w radiu taką piosenkę, nie znam wykonawcy ani tytułu, ale tak to leciało – po czym klient fałszuje pół taktu, który nie wiadomo czy ma być fragmentem sonaty Beethovena czy najnowszym singlem Rammsteinu.

– A proszę pani, bo ja szukam takiej piosenki Edith Piaf, gdzie ona tak jęczy, jakby udawała orgazm.

*** Nieumiejętność posługiwania się poprawną polszczyzną załączona w standardzie.

5. Kiedy wreszcie skończy wybierać zakupy, podchodzi do kasy. Ale nie… nigdy w tym momencie, kiedy nikogo nie ma, a kasjer nudzi się jak mops, tylko wtedy, gdy utworzy się kilometrowa kolejka.****

A. Przy kasie zachowuje się ostatni osioł, nigdy nie ma naszykowanych pieniędzy, tylko w ostatniej chwili zaczyna gorączkowo przeszukiwać bagaż w poszukiwaniu portfela.

B. Płaci banknotem stuzłotowym, a zapytany o jakiekolwiek drobne, zaprzecza, chociaż w portfelu brzęczy mu multum monet.

C. W ostatniej chwili zastanawia się, czy może nie dokupić torebeczki albo czekoladki, czym blokuje kasę na następne kilka minut, ignorując rozwścieczoną kolejkę za nim.

D. Obdarza kasjera niepotrzebnymi szczegółami swojego życia zapytany o to jakąś prostą rzecz np.: czy zapakować do torebki.*****

E. Po dokonaniu zakupu przez 10 minut pakuje się na ladzie i przekłada wszystko w torbie/plecaku, uniemożliwiając innym podejście.

6. Wpada do sklepu na trzy minuty przed opuszczeniem krat, zaczyna się miotać, domagać natychmiastowej pomocy i wybrzydza przez piętnaście minut po zamknięciu krat.

So repeat once more: CLIENTS ARE STUPID.

**** Idealnym sposobem na ściągnięcie kilkunastu klientów do kasy na raz jest pomyślenie o pójściu na kawę do socjalnego/do toalety/wzięcie do ust kawała czekolady/etc.

***** Kolejny przykład z autopsji. Kot obsługiwał dwa babsztyle ****** i po uiszczeniu przez nie zapłaty (jedna płaciła za wszystko, ale z rozmowy wynikało, że część rzeczy jest dla jednej, część dla drugiej), Kot zapytał się czy zapakować wszystko razem. Jedna z bab odpowiedziała:

– Oczywiście, że razem. Mieszkamy ze sobą. – Kot nic więcej nie potrzebował, więc zaczął spokojnie pakować. Babon najwyraźniej oburzył się brakiem zainteresowania/zrozumienia z kociej strony, bo dodał – A także ze sobą śpimy.

Kot nadal pozostał niewzruszony, a po twarzy babona widać było rozczarowanie. Kot do dziś nie wie, czy baby sobie tylko stroiły bezsensowne żarty, czy naprawdę były lesbijkami, ale nie to jest meritum sprawy. Kot raczej wolałby zrozumieć, na jaką cholerę ludzie przychodzą do kasy w sklepie i epatują swoim życiem seksualnym? Jak wszyscy wiedzą, Kot jest biseksualny, w związku z czym sugerowana orientacja seksualna owej pary Kota nie zbulwersowała, nie zszokowała, nie zgorszyła. I Kot zaręcza, że byłby tak samo rozeźlony i pełen niezrozumienia, gdyby to para heteryków zaczęła informować Kota przy kasie o ich heteryckim związku seksualnym.

ARGH.

****** Bardzo mi przykro, ale tlenionych na blond, opasłych blondyn, z kilkucentymetrową tapetą, zmarszczkami jak po solidnym ruchu górotwórczym, z wybrakowanym uzębieniem wyglądających krótko mówiąc jak owe samice, co to je Kot miał wątpliwą przyjemność oglądać na Poznańskiej inaczej określić się nie da.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 16.11.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Święta. The beginning. została wyłączona) Posted in Frustracje, praca Tagi: , ,