Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Woodstock 2013. Reality check. TOI CAMP.

Na wstępie chciałam powiedzieć, że Woodstock jest zajebistą imprezą. I zamierzamy tam wracać. Serio, Serio. I can’t stress that enough, bo z treści wpisu może wynikać coś zgoła innego.

* * *

Dojechaliśmy. Z zaledwie trochę ponad półtora-godzinnym opóźnieniem. Grzecznie poczekaliśmy aż wszyscy bardziej pijani i mniej przytomni od nas wytoczą się z pociągu.
Wreszcie! Świeże (względnie) powietrze i 30 minut spaceru z ciężkimi bagażami.*

Muszę przyznać, że po ponad 8 godzinach w pociągowym ścisku, spacer nawet dobrze mi zrobił. Nie spieszyliśmy się, bo i po co?
Po dotarciu na teren festiwalu, skierowaliśmy się na TOI CAMP.

W tym miejscu pozwolę sobie przypomnieć (lub wyjaśnić – jeśli jeszcze nie tłumaczyłam), dlaczego w ogóle zdecydowaliśmy się płacić po 30zł od osoby za dobę (240 za całość pobytu) za odgrodzone pole namiotowe pośrodku wielkiego bezpłatnego pola.
Po pierwsze – od lat mam problemy z, pardon les mots, układem moczowym, z tego względu MUSZĘ mięć ciągły, w miarę wygodny i bezkolejkowy dostęp do toalety. W zeszłym roku musiałam drałować przez pół zastawionej namiotami górki i często stać w kolejkach – po kilku dniach w lekkiej panice biegłam do apteki w Kostrzynie. W tym roku chciałam tego uniknąć.
dRaiser z kolei napalił się na ciepłą wodę w prysznicach (zachwalanych przez Asję). Poza tym planowaliśmy wziąć trochę droższy sprzęt – ja lustrzankę; do tego oboje zrezygnowaliśmy z brania zastępczych starych „cegieł” na rzeczy smartfonów – a TOI CAMP ogłasza się zarówno z dostępem do prądu jak i depozytem. A że jechaliśmy sami, nie z ekipą, to trochę martwiliśmy się o swój dobytek.
Słowem, TOI CAMP miał zniwelować wszelkie bolączki z zeszłego roku.
Zresztą, przeczytajcie jak sami się zachwalają, o tu:

Każdy TOI CAMP zapewnia między innymi:
Ogrodzony i oświetlony teren
Ochrona 24 godziny na dobę
Punkt gastronomiczny z gorącymi daniami i napojami
Profesjonalną obsługę pracowników TOI CAMP, którzy służą pomocą i z chęcią odpowiedzą na wszelkie pytania
System opasek identyfikujących mieszkańców TOI CAMP
Najwyższej jakości węzeł sanitarny zapewniający prysznice i umywalki z gorącą wodą
Wysokiej jakości kontenery z toaletami
Ułatwienia dla niepełnosprawnych i osób z małymi dziećmi
Wyznaczone i oznakowane miejsca na namiot, camper lub przyczepę kempingową (wybrane imprezy)
Możliwość podłączenia urządzeń elektrycznych do prądu
Bezpieczny depozyt dla cennych przedmiotów osobistych
Punkt opieki medycznej

Brzmi pięknie, prawda?

No to teraz reality check.

Na miejscu okazało się, że są dwa TOI CAMPy – po dwóch stronach ulicy, a każdy ma swoje wejście. Brak jakichkolwiek dodatkowych oznaczeń. Lekko skonfundowani zdecydowaliśmy się podejść do ochroniarza stojącego w bliższej nam bramce.**
– Dzień dobry, jak możemy się zameldować: tutaj czy po drugiej stronie? – Zapytaliśmy grzecznie.
– Ale to jest płatne pole! – Odburknął(!) z ponurą miną niedźwiedziowaty typ.
– Tak wiemy, wykupiliśmy rezerwację przez internet… – Próbowaliśmy wytłumaczyć.
– To trzeba najpierw opaskę!
Wprost doskonale! Bardzo pan pomocny, nie ma co. Pomimo gburowatości ochroniarza, udało nam się dowiedzieć, że musimy się najpierw udać do kasy, tam załatwimy wszystkie formalności.
Nie takiej obsługi się spodziewaliśmy, ale OK. Do kasy kolejki nie było, więc w miarę szybko otrzymaliśmy „opaski identyfikujące mieszkańców TOI CAMP”. Opaski stały się kolejnym źródłem dyskomfortu, albowiem wykonano je z plastiku. Nie z modnego, wodoodpornego papieru, jakiego się zazwyczaj używa do produkcji opasek identyfikujących uczestników kilkudniowej imprezy, nie z materiału (jak podobno było na Heinekenie), tylko z PLASTIKU – obcierającego, rozgrzewającego się w gorącu i parzącego PLASTIKU. Moje alergie skórne przez najbliższe dni miały używanie.

– Z tym nie wejdziecie! – Powitał nas ten sam gburowaty ochroniarz, co wcześniej, kiedy wróciliśmy. Wskazywał palcem na czteropak piwa w puszcze trzymany przeze mnie. Poprosiliśmy o wyjaśnienia. Gbur wyjaśnił, że obowiązuje zakaz wnoszenie alkoholu na teren TOI CAMPu. Rzekomo zgodnie z regulaminem.

BULLSHIT!

Pozwolę sobie zacytować regulamin(którego kopia wisiała na budce kasowej):

4. Na terenie pola namiotowego TOI CAMP obowiązuje zakaz:
spożywania alkoholu i napojów alkoholowych poza wyznaczoną strefą gastronomiczną
konsumpcji jakichkolwiek substancji odurzających
Wszelkie wykroczenia mogą poskutkować wydaleniem z pola namiotowego bez zwrotu opłaty za niewykorzystany pobyt.

Może ja jestem głupia i nie rozumiem po polsku, ale ostatni raz, kiedy sprawdzałam zakaz spożywania, a zakaz wnoszenia czy posiadania to były dwie różne rzeczy.
Cóż, najwyraźniej pracownicy tego TOI CAMPu postanowili wprowadzić własny regulamin, taki w interesie oddzielnego punktu gastronomicznego, który, oczywiście, serwował złoty trunek – w cenie o 2 złote wyższej niż oficjalny Woodstockowy punkt Carlsberga.

Nieśmiało próbowaliśmy protestować, wyjaśniać, ale wszelkie próby dyskusji zostały ucięte w zarodku.

– Ja musiałem wypić 5, które miałam przy sobie, zanim mnie wpuścili – Skomentował z nieszczęśliwą miną facet siedzący pod płotem.
– Ale to może chociaż możemy zostawić w depozycie? – Zapytałam z nadzieją. Kupiliśmy ten czteropak Shandy’ego(niesamowicie wysokoprocentowego trunku), żeby się orzeźwić na trawce, bo wyczerpującym rozstawianiu namiotu, nie żeby żłopać na akord przed wejściem.
Ochroniarz łaskawie wyraził aprobatę, po czym przystąpił do przeszukiwania naszych bagaży w poszukiwaniu wielce niebezpiecznych przedmiotów takich jak słoik z dżemikiem, przed posiadaniem których ostrzegł na ostro.
Czy muszę podkreślać, że w żadnym punkcie regulaminu nie jest napisane, że ochrona ma prawo przeszukiwać rezydentów albo ich bagaże? Oraz że ani słowem nie zająknęli się o zakazie wnoszenia szklanych pojemników? Zdawałam sobie sprawę, że szklane opakowania są niemile widziane na ogólnodostępnym polu, ale wydaje mi się, że taki zakaz w przypadku pola prywatnego-płatnego powinien być uwzględniony w przepisach.
Co prawda nie mieliśmy przy sobie słoiku z dżemikiem, ale mieliśmy flaszkę – wysokoprocentowe napoje nie są szczególnie aprobowane na Woodstocku – w Kostrzynie na czas festiwalu wprowadzają nawet zakaz sprzedaży alkoholu mocniejszego niż piwo we wszystkich sklepach. Powiedziałam panu, że flaszkę oddamy do depozytu razem z piwem – nawet nie mrugnął. Nie przeszkadzało mu również, jak później tego samego dnia popijaliśmy z owej flaszki pod bramą.

Przeszedłszy przez kontrolę, odkryliśmy dlaczego rozwiązanie z depozytem zostało gładko zaaprobowane – otóż ów depozyt, którym TOI CAMP się chwalił jest… uwaga, uwaga… dodatkowo płatny – 7 zł. Niby kwota niewielka, ale czy na stronie TOI CAMPu zająknęli się chociaż słowem o ekstra kosztach? Ależ! Uszczęśliwiono nas również informacją o opłacie 20 zł w przypadku zgubienia numerka.
Jak myślicie? Ilu Woodstockowiczów w odmiennych stanach świadomości musiało płacić karę?

Chcieliśmy też szybko podładować telefony, bo po długiej podróży mój był całkiem rozładowany, a dRaiserowi zostały ostatnie procenty.
Od razu więc wyszła cała prawda o prądzie na TOI CAMPie – nie dość, że dostęp jest mocno ograniczony – urządzenie można podłączyć jedynie w budce przy samym wejściu(czyt.: z daleka od namiotu), to jeszcze… zgadujcie… TAK! Zgadliście! – dostęp do prądu to kolejne dodatkowe koszta.
Jednorazowe podłączenie urządzenia do prądu, to opłata w wysokości 3 zł. Wyjątkiem są telefony komórkowe, które najwyraźniej wykorzystują inny, specjalny rodzaj prądu(z czego do tej pory nie zdawałam sobie sprawy) – ładowanie telefonu kosztuje bowiem 4 zł. I trzeba dać obsłudze własną ładowarkę.
Czy muszę dodawać, że powyższych informacji nie ma ani w regulaminie, ani na stronie?

Słów mi brak.

Następne rozczarowanie – „Profesjonalna obsługa pracowników TOI CAMP, którzy służą pomocą i z chęcią odpowiedzą na wszelkie pytania”. O ile ta część z odpowiedziami na pytania względnie się zgadza, to profesjonalizm na TOI CAMPie nie ma miejsca.
W trakcie tej całej polki udało nam się skontaktować z Argasem, który w tym roku również wykupił pobyt na TOI CAMPie. Zdawaliśmy mu na bieżąco relację z różnić pomiędzy tym, co miało być, a tym, co jest i przy okazji postanowiliśmy rozbić się koło siebie.
„Wyznaczone i oznakowane miejsca na namiot” – napisali. Aha. Owszem, bardzo gadatliwy pracownik obsługi zaprowadził nas pod ogrodzenie, pod którym mogliśmy się rozstawić, wypytawszy najpierw jaki posiadamy namiot.
Zapytaliśmy uprzejmie czy istnieje możliwość zarezerwowania miejsca obok nas pod namiot znajomych, którzy przyjadą później. Nasz „opiekun” pomyślał chwilę, podumał, zaczął dopytywać jaki namiot mają owi znajomi (tak, spekulowaliśmy na temat rozmiarów namiotu, którego w życiu na oczy nie widzieliśmy), znowu podumał… Powiedział, że to może być trudne, ale że się postara, bo w tej części, w której nas ulokował, to już w sumie jest dość na styk, ale że koło nas w sumie z dwóch stron jeszcze trochę miejsca, to akurat – nie będzie kierować nikogo pomiędzy nas a sąsiadów i damy radę. Tylko żeby odebrać znajomych spod bramki i się przypomnieć.

Ucieszyliśmy się bardzo i przystąpiliśmy do rozkładnia namiotu (no dobra, dRaiser przystąpił, ja usiadłam na trawie i byłam kwiatem lotosu wychodząc z założenia, że bardziej w tym rozkładaniu bym przeszkadzała niż pomagała).

Nie mamy własnego namiotu. W zeszłym roku pożyczaliśmy namiot od Y, w tym planowaliśmy kupić, ale że nie wyszło, na ostatnią chwilę pożyczaliśmy od ojca dRaisera. Ojciec dRaisera ma dość specyficzne podejście do przedmiotów użytkowych i ich terminów przydatności do użycia. Namiot, który dostaliśmy nie dość, że starego typu, to jeszcze ubogi w kalenicę.
Po rozłożeniu powinien wyglądać mniej-więcej tak:
.

Nasz zapadał się po bokach i od góry.

Nic to. Dopóki dach nad głową i ciepło materaca pod tyłkiem nic mnie nie rusza.
No właśnie – ciepło materaca pod tyłkiem… Zabraliśmy ze sobą klasyczny dmuchany materac. Taki, który doskonale izoluje od zimnego podłoża, a przy okazji jest mięciutki i wygodny. dRaiser go zaczął dmuchać (tak, ustnie). Po nadmuchaniu do połowy obłamał się kawałek wentyla zabezpieczającego przed wyciekiem powietrza.
No i dramat.

Najpierw poszliśmy do Lidla na polu w nadziei, że tam znajdziemy zastępstwo. Niestety – można było kupić namiot, ale dmuchanego materaca już nie(jedynie dmuchany jednoosobowy fotel). Z niechęcią skierowaliśmy się więc w stronę Tesco, marząc o kawie, bo noc w pociągu zaczęłam nam się dawać we znaki. W Tesco również nie znaleźliśmy materaca ani kropelki (w desperacji uznaliśmy iż może wystarczy skleić zakrętkę – ostatecznie ma wytrzymać tylko 4 dni).
Do centrum miasta nie chciało nam się drałować, na szczęście w małym kiosku, położonym niedaleko Tesco, kropelka była.

Kiedy wróciliśmy ze spaceru z zamiarem dodmuchania materaca i odpoczynku, znowu ciśnienie nam skoczyło. Okazało się, że podczas naszej godzinnej nieobecności, zastawili nas doszczętnie obcymi namiotami i dla naszych znajomych nie zostało dość miejsca.

Mnie nerwy puściły doszczętnie, usiadłam na trawie i się poryczałam jak głupia. dRaiser poszedł wyjaśniać.
Otóż człowień, który nas obsługiwał, owszem przyjął naszą prośbę do wiadomości, ale nie przekazał jej nikomu innemu, co więcej drugi pan, z którym mój luby rozmawiał teraz(bo tamtego nie dało się znaleźć) twierdził, że obsługa nawet nie ma żadnego punktu, w którym mogłaby sobie zostawiała takie informacje. W ogóle najlepiej przyjeżdżać razem (co z tego, że mieszkamy w różnych miastach?).
Ponadto przecież został jeszcze maleńki kawałek ziemi między nami a sąsiadami – może nasi znajomi tam się zamieszczą (co z tego, że na owym kawałku była spora dziura?), a jak nie to może uda się nas przenieść.
Doskonały plan, milordzie!

Kiedy znajomi przyjechali, gorąco zaprotestowali przeciwko rozstawianiu się dziurze. Szczęśliwie w międzyczasie minimalnie drgnęło w jakości obsługi (może więcej osób złożyło skargi?) i udało się ogarnąć nasze przenosiny i ulokowanie nas razem. Nasz namiot po przenosinach prezentował się dziesięć razy marniej (nie myślałam, że to możliwe), ale nic to – twardzi jesteśmy, damy radę!

Ja byłam wściekła, bo miałam przed sobą perspektywę drałowania wszędzie z aparatem i kindelkiem (płacenie 7 złotych za każdym razem, kiedy się gdzieś oddalam na dłużej – no way!), dRaiser miał w sobie resztki optymizmu, bo, jak jeszcze kilkukrotnie podkreślał, najbardziej zależy mu na ciepłej wodzie. Nie zdziwicie się chyba, jeśli napiszę, że z tym również była chryja?
No więc ciepła woda, owszem, bywała czasem. Uściślając, głównie bardzo rano, a wtedy była gorąca, a nie ciepła – nasza koleżanka się poparzyła, kiedy kran był ustawiony w pozycji środka. W późniejszych godzinach ciepła nie uświadczyłam ani pod prysznicem, ani w kranie.

A „Wysokiej jakości kontenery z toaletami”? Faktycznie, sama estetyka kontenerów przewyższała standardowe ToiToie. Owszem, można było skorzystać bez kolejki, a w środku znajdowały się „domowe”, porcelanowe(czy z czego tam się je robi) sedesy oraz małe umywaleczki. Ale miejsca w kabinie było z 2-3 razy mnie niż w ToiToiu, a i o czystości około kontenerowej nie mogę powiedzieć za wiele dobrego. Szczerze nie bardzo sobie wyobrażam jak ktoś z nogami odrobinę dłuższymi od moich(a ja przecież nie mam długaśnych nóg modelki) mógł usiąść w środku, skoro ja dotykałam kolanami drzwi.

Syf i malaria. Kiła i mogiła.

A cała sprawa ma jeszcze jedno, nieprzyjemne dno.

Następnego dnia wieczorem wybraliśmy się na „ten drugi TOI CAMP” – chciałam skorzystać z toalety, a akurat mieliśmy do niego bliżej, no i pomyślałam, że w sumie skoro mamy opaski, to pewnie możemy wchodzić na oba.
Ochrona na bramce była miła. Nikt nie próbował nam przeszukiwać plecaków, które mieliśmy przy sobie. Kontenery toaletowe podzielono na męskie i żeńskie. W kabinie było od groma miejsca i czysto na błysk. Wyposażyli je nawet w miękki, biały papier toaletowy (niby bzdurka, ale u nas był ekonomiczny szary). Nie miałam problemu z ciepłą wodą w umywalce.
Zapytaliśmy przechodzącego chłopaczka z obsługi, skąd ta różnica. Niestety, pan był bardzo miły, ale średnio kompetentny. Powiedział nam, że ludzi z rezerwacjami on-line kierowano na nasz, a tych, którzy kupowali na miejscu na ten. Dowiedzieliśmy się też, że szefostwo jest niezadowolone z części obsługi i będą zwolnienia za niemiłe akcje, których niektórzy się dopuścili.
Od Lisa później usłyszeliśmy, że kiedy on się meldował, mógł wybrać pomiędzy polami, natomiast uprzedzono go, że na tym nie-naszym mieszkają rodziny z dziećmi, więc uprasza się o ciszę i spokój.

Wszystko pięknie i ładnie. Rozumiem problemy z ludźmi – mogą się zdarzyć wszędzie. Jestem w stanie się wysilić i ogarnąć problemy z wodą – ostatecznie to tylko instalacja, która może się spsuć. Natomiast nie rozumiem jak jedna firma mogła na jednej imprezie, na dwóch częściach własnego pola namiotowego zamontować kontenery sanitarne o tak odmiennym standardzie. Jeszcze gdyby je wymieszali – i tu i tu dali oba rodzaje, bo może akurat nie mogli zamówić wszystkich takich samych czy coś. Ale nie! Z zewnątrz wygląda to trochę jakby z premedytacją jedno pole uczynili bardziej luksusowym. A my byliśmy Toicampowiczami drugiej kategorii.

Bez sensu, ale czy ja się znam.

 

 

* Tak, mogliśmy wziąć taryfę za 30 złotych, ale po zbankrutowaniu na TOI CAMP i pociąg, musieliśmy oszczędzać.
** Jestem pewna, że to była decyzja, która zaważyła na naszych losach na tegorocznym Woodstocku.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 15.08.2013. Komentarzy (Możliwość komentowania Woodstock 2013. Reality check. TOI CAMP. została wyłączona) Posted in Imprezy, Wyjazdy Tagi: , ,