Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

All Heil The Internet!

‚Własnego’ Internetu bardzo długo nie miałam. Pamiętam – w gimnazjum chodziłam do osiedlowej czytelni, gdzie można było korzystać bezpłatnie i wracałam do domu z toną dyskietek z zapisanymi newsami, zdjęciami, etc. odnośnie fascynującego mnie w owym czasie serialu. U sąsiadki czatowałyśmy z obcymi chłopakami, podając się za starsze niż w rzeczywistości. Później, w liceum miałam cudnie wyposażoną mediatekę, w której siedziałam godzinami po skończonych zajęciach, a czasem również zamiast zajęć 😉
Przełom nastąpił, gdy poczytałam trochę o metodach łączenia się z netem. Od początku mój pecet wyposażony był w modem, a ja znienacka dodałam dwa do dwóch i zaczęłam się zastanawiać, co się stanie, jeśli wyjmę kabelek z telefonu i podłączę go do owego modemu. W ten sposób rozpoczęła się dla mnie era potajemnego łączenia się do sieci, kiedy nikogo nie było w domu. Oczywiście moje działania wyszły na jaw przy pierwszym rachunku od TePsy. Na szczęście (dla kiełkującego nałogowca), Rodzicielka nie bardzo miała pomysł jak mnie powstrzymać. Frustrowałam się straszliwie. Modem ciągle się rozłączał, plik ze zdjęciem ściągał się wieczność, ale i tak jaram się strasznie – BYŁAM ON-LINE.
Rodzicielka nie chciała zakładać stałego łącza, „bo to przecież koszmarnie drogie”. Well, rachunki dochodzące do kilkuset złotych jednak zmieniły jej zdanie.
Któregoś pięknego poranka, za moich czasów licealnych, wybrałyśmy się do TePsy, podpisałyśmy umowę na neostradę (1MB) i wyszłyśmy z modemem (po tym jak stanowczo odmówiłam posiadania LiveBoxa, o którym słyszałam jedynie same negatywne opinie). Podłączyłam wszystko i znalazłam się w raju.
Przez następnych kilka lat internet stał się dodatkowym zmysłem. Byłam tak przyzwyczajona do bycia podłączoną do sieci, że kiedy przeprowadziłam się do mieszkania wyposażonego jedynie w playowy internet mobilny oparty na jednym pizdryku USB do podziału na dwie (bez routera, obviously) bardzo długo nie mogłam się przyzwyczaić. Częściowo ratowałam się Internetem w pracy i wykorzystywałam wcześniejsze od moich pory zasypiania współlokatorki, ale czegoś brakowało.
Po kilku miesiącach współlokatorka się wyprowadziła, wprowadził Igor i, za upoważnieniem właściciela mieszkania, po raz pierwszy założyłam internet na siebie. Tym razem w Aster, wiedząc, że już kiedyś providował do tego mieszkania oraz mając ciut dość niezbyt kompetentnej TePsy. Tym razem prędkość wynosiła 2MB w dzień/4 w nocy i to było coś. W zasadzie działało bezproblemowo. Dopiero dRaiser, wprowadziwszy się zaczął narzekać na prędkość łącza. Kilka miesięcy mobilizowałam się do pójścia do Astera i załatwienia zwiększeniu transferu, ale życie zlitowało się nade mną leniwą, sprawiając, że UPC przejęło Astera i w ramach prezentu zwiększyło nam prędkość do 5MB przez całą dobą.
W zasadzie byliśmy zadowoleni i w sumie nie chcieliśmy więcej. A jednak… na początku września wygasała nam umowa. Z otrzymanego mailingu wynikało, że ze jedynie 9 złotych miesięcznie więcej, możemy mieć 30MB. Ciężko było nie skorzystać, więc w pewną środę kolo południa przyszło do nas dwóch panów (których niesamowite kompetencje i profesjonalizm zasługują na oddzielną notkę) i odprawiło czary mary z kabelkami. Przeprowadzony speedtest wykazał iż zaprawdę staliśmy się posiadaczami niesamowicie szybkiego* internetu.
Szkoda tylko, że nie możemy w pełni potestować jego możliwości, gdyż kilka dni po instalacji, umarł nam serwerek, ale takie już nasze szczęście.

* Tak, wiem, że niektórzy to i 120 mają, ale patrząc w kontekście dotychczasowych mych doświadczeń…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 22.09.2012. Komentarzy (Możliwość komentowania All Heil The Internet! została wyłączona) Posted in Bez kategorii, Internety, życie kota Tagi: , , , , ,