Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Level Up!

Zakochałam się. Po uszy i od pierwszego wrażenia. Nazywa się… Level Up i jest pubem mieszczącym się w Warszawie przy ul. Moliera 4/6.
Właściwie pub, to za mało powiedziane. Level Up to połączenie pubu i arcade center. Jedyne miejsce w Warszawie, gdzie można przy piwku (bądź innym trunku) pograć sobie na rozmaitych konsolach i to całkiem za free.
Wystrój jest boski. Dwie sale (górna dla niepalących i dolna na palaczy) podzielone kotarami na wygodne, kameralne boksiki. Przyciemnione światła oraz laserowe linie (które mi osobiście kojarzą się z salami do Laser Taga w HIMYM).

żródło: http://polygamia.pl

Na wejściu każdy klient dostaje plastikową kartę, którą okazuje w barze przy składaniu zamówienia. Szalenie wygodne, a zarazem sprytne. Za drinki/piwo/cokolwiek nie płaci się od razu, tylko barmani skanują kartę, zapisują na niej zamówienia, a opłatę uiszcza się przy wyjściu. Super pomysł z punktu widzenia klienta – nie trzeba co chwilę sięgać do portfela oraz z punktu widzenia pubu – klient, który nie płaci od razu, wydaje więcej pieniędzy.

Szczęśliwie, ceny, jak na Warszawę, są bardzo przyzwoite i nie pomyślałabym, że jesteśmy tuż obok uber-drogiej Starówki.

No i konsole…
Wczoraj byliśmy tam przez około godzinę i pograliśmy sobie spokojnie w ostatni Mortal Kombat na Xboxie oraz Szalone Króliki na Wii. Oprócz nowych konsol (Xbox360, PS3, Wii) dostępne są również starsze: Nintendo64, Pegasus. I to wszystko dostępne całkowicie za darmo (płaci się tylko za zamówienia z baru) dostępne od ręki bez rezerwacji (acz można takowej dokonać).

Do tego nad graczami w stanie euforii czuwa przemiła i kompetentna obsługa.

Gorąco polecam. Okot.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 21.08.2013. Komentarzy (0) Posted in Imprezy Tagi: , , , , , ,

Praskie klimaty

Wyobraźcie sobie taką sytuację:

Czas akcji: godzina wczesna – 10 rano.
Miejsce akcji: sypialnia w Kocim Legowisku; uściślając – łóżko (i to nie będzie historia z pornografią w tle!)
Okoliczności przyrody: śpimy z dRaiserem snem twardym. Tzn.: on śpi snem twardym, ja się powoli wybudzam, ale bynajmniej nie mam jeszcze zamiaru wstawać, tylko przekręcam się z boku na bok na granicy jawy i snu. Trzy z naszych kotów spokojnie wylegują się z nami. Dwóch pozostałych nie ma w polu widzenia, siedzą cicho, jeść nie płaczą. Istna sielanka.

Niespodziewanie sielankową ciszę przerywa upiornie głośny, podwójny dzwonek do drzwi, a po nim natarczywe pukanie.

*/W tym miejscu pragnę nadmienić, że kiedyś byłam względnie normalnym człowiekiem, który nie reagował paranoicznie na dzwonek do drzwi. To było zanim przeprowadziłam się do naszego aktualnego mieszkania. Odkąd tam mieszkam, regularnie jestem/śmy nawiedzana/ni przez tabuny świadków Jehowy, dezynsektorów, który wpraszają się na siłę, wmawiają, że byli umówieni, a potem żądają kasy (bez kitu! mój poprzedni współlokator miał taką sytuację!), policję (albo przebierańców – trudno powiedzieć – nie otwieraliśmy) oraz całą galerię podejrzanych typków (w dużej mierze pytających o naszych sąsiadów – prawdopodobnie nie w pełni legalnych imigrantów). Po kilku mocno stresujących doświadczeniach drzwi otwieramy tylko jeśli widzimy przed nimi kogoś znajomego albo listonosza czy gospodarza domu./*

Nie zamawialiśmy żadnej przesyłki ani nie umawialiśmy żadnych gości, więc zignorowałam dzwonek i przekręciłam się na drugi bok.
Dzwonek zadzwonił ponownie. Koty się zainteresowały i zaczęły węszyć pod drzwiami. Trwałam w zamiarze ignorowania. W końcu była 10 rano – pora o której przeciętny obywatel jest w pracy. A nawet jeśli nie, to nie ma żadnego obowiązku otwierać niezapowiedzianym wizytatorom.
Kolejny dzwonek i następujące po nim pukanie obudziły dRaisera, który patrzył na mnie pytająco zaspanym wzrokiem.
Nieustępliwość niechcianego gościa, sprawiła, że zaczęłam powoli myśleć o wstaniu, chociażby po to, żeby zobaczyć przez wizjer, kto się tak niekulturalnie dobija.
W tym momencie nastąpił szczyt bezczelności – uparty natręt pociągnął za klamkę do naszych drzwi wejściowych. Powtórzę – niechciany człowiek, który nie dostał żadnego sygnału, że może wejść do mieszkania, ba!, żadnego sygnału, że ktokolwiek się w tym mieszkaniu w danej chwili znajduje, samowolnie pociągnął za klamkę, próbując wbrew ciszy po drugiej stronie wejść do środka.
Czy wyobrażacie sobie nasze osłupienie?
Gdyby cała sytuacja miała miejsce o nieco bardziej cywilizowanej godzinie, jak nic chwyciłabym za najcięższą patelnię i wybiegła na korytarz z włosem rozwianym, wzrokiem szalonym i okrzykiem bojowym na ustach: „Czy kogoś pojebało?!”.
O 10 zdołałam jedynie wygrzebać się ociężale z pościeli i podejść na drzwi na tyle szybko, że przez wizjer dojrzałam sylwetkę naszego porannego prześladowcy.
A był nim zawsze cichy, bardzo uprzejmy, podeszły wiekiem i lekko zniedołężniały gospodarz domu.

Just one more reason to move.

Kurtyna.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 23.07.2013. Komentarzy (0) Posted in całe życie z wariatami Tagi: , , ,

Coś nowego, coś starego, coś niebieskiego.

Chociaż już od dłuuuugiego czasu powtarzam, że chcę się w końcu wynieść z tej cholernej Pragi – na Mokotów, Żoliborz, Ochotę, a do MiastanaK najlepiej – to nie da się ukryć, że ta dzielnica obfituje w niesamowicie klimatyczne miejsca. Na jedno z takich ostatnio przypadkiem trafiłam i z marszu się zakochałam.
Mówię o Atelier Klitka – niedużym zakładzie fotograficznym przy ulicy Ząbkowskiej. Jak wspomniałam – trafiałam tam zupełnie przypadkiem. Skończyłam kurs na prawo jazdy i nadeszła pora zapisać się na egzamin. Do dokumentów należy dołączyć zdjęcie (no shit, Sherlock), a że ja ostatnie „dokumentowe” miałam robione ładnych kilka lat temu, zaczęłam na szybko szukać fotografa w okolicy. Internet wyrzucił ze trzy propozycje na Pradze, Klitka była najbliżej, to poszłam.
Po przekroczeniu progu lokalu, poczułam się jak w innym świecie. Lokal jest jednocześnie zakładem fotograficznym, galerią i, jak głosi strona internetowa (osobiście nie testowałam), kawiarnią. Wszystkie meble są starusieńkie (lub na takie stylizowane). Również zdjęcia w części galeryjnej niewiele mają wspólnego ze współczesnością. Miejsce wydaje się jednocześnie wypchane po brzegi i bardzo przytulne. W tle gra nastrojowa muzyka. Cudo!
Właścicielka jest przemiłą, przesympatyczną i cierpliwą osobą. Zrobiłyśmy kilka ujęć (nowoczesną lustrzanką cyfrową Nikona), a potem usiadłyśmy do komputera (ślicznego, nowiutkiego Maczka). Pani cierpliwa znosiła moje „wybrzydzanie” nad zdjęciami aż wybrałam dwa (!) ujęcia. Następnie mogłam obserwować cały proces retuszu przy użyciu fotoszopa (przy okazji podchwyciłam parę sztuczek ;)) i druk. Dostałam również kopię cyfrową na maila, a pani zachęciła mnie do polubienia ich strony na fejsbuku.
Zauroczył mnie kompletnie kontrast pomiędzy wystrojem lokalu, dojrzała właścicielką, a nowoczesnymi technologiami i posługiwaniem się social mediami.
Gorąco polecam odwiedzić to wyjątkowe miejsce.

Ps. Atelier Klitka jest m.in. odpowiedzialne za wystawę „Jestem z Pragi”

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 21.07.2012. Komentarzy (0) Posted in życie kota Tagi: , , ,

Almost catnapping

Historia ta wydarzyła się już chwilę temu, ale nie zdążyłam jej opowiedzieć, więc podzielę się teraz.
W zeszłym miesiącu wybraliśmy się z dRaiserem na sushi, a że z kuponów rabatowych, to aż na Kabaty. Sushi jak to sushi mniam-mniam, ale ważniejsze niż jedzenie jest to, że Przygoda czekała na nas po opuszczeniu lokalu.
Idąc niespiesznie w stronę metra, usłyszeliśmy smutne „miau” wydobywające się spod samochodów, a po chwili przywitał nas rudo-biały Pan Kot, spragniony towarzystwa. Pogłaskaliśmy Pana Kota i w zasadzie mieliśmy iść dalej, myśląc, że to lokalny przybłęda, ale Pan Kot zaczął ponownie smutno miauczeć. Po przyjrzeniu się mu stwierdziliśmy, że jest kotem bardzo zadbanym, czyściutkim o miękkiej sierści – wyglądał na o wiele „zbyt zadbanego”, so to speak, na bezpańskiego kota podwórkowego. Pan Kot chodził koło nas, wspiął się nawet na drzewo i przez następne prawie 10 minut miauczał, bo nie mógł wymyślić, jak z niego zejść.
W międzyczasie zobaczyliśmy w pobliskim budynku otwarte okno i przyszło nam do głowy, że może biedaczek postanowił sobie polatać – wysoko nie było, to po wylądowaniu zaczął zwiedzać i teraz nie wie, jak wrócić. Oczywiście, cały czas braliśmy pod uwagę, że to może być kot miejscowy, chociaż jego dobry stan zasiał w nas ziarno wątpliwości.
Zagajeni na ulicy ludzie, w ogóle nie byli zainteresowani pomocą ani kotu, ani w ustaleniu tożsamości kota. Po długich dywagacjach przypomniałam sobie, że po drodze do suszarni mijaliśmy jakaś klinikę weterynaryjną i może spróbowalibyśmy złapać Pana Kota i przejść się z nim tam.
Pan Kot bezproblemowo dał się dRaiserowi wziąć na ręce, co tym bardziej utwierdziło nas w przekonaniu, że to MUSI być kot udomowiony. Zaczął marudzić i się trochę wyrywać dopiero w samym budynku, ale nawet bardzo zdenerwowany nie podniósł na nas łapy.
Pan Weterynarz nie rozpoznał wprawdzie kota, ale potwierdził nasze przypuszczenia, że kot jest udomowiony, gdyż nie dość, że zadbany, to jeszcze odrobaczony i wykastrowany. Niestety, nie rozpoznał go, ale użyczył nam transporterka. Zaoferowaliśmy się bowiem, że zabierzemy go do domu tymczasowo i rozpuścimy wici, iż taki oto Pan Kot został znaleziony w okolicy, i będziemy mieć nadzieję, że jego właściciel się odnajdzie.
Idąc do metra zastanawialiśmy się intensywnie, jak sobie poradzimy z trzecim kotem w domu – nawet jeśli tylko tymczasowo – przecież dwa dorosłe samce pewnie zaraz na siebie naskoczą.
Doszedłszy do al. KEN spostrzegliśmy kolejną lecznicę. Wielkich nadziei nie mieliśmy, ale zajrzeliśmy i tak.
– Dzień dobry, my tak trochę nietypowo. – zaczęłam.
Pokrótce wyjaśniłam całą sytuację, postawiliśmy transporterek na blacie…
– O! Tosiek! – uradowała się dziewczyna.
Okazało się, że kotek jest jak najbardziej miejscowy. Ma domek, właścicieli. I ci właściciele wypuszczają do na wieczorne spacery. Tosiek chodzi sobie po okolicy i czasem nawet zagląda do tej kliniki popatrzeć sobie na akwarium z rybkami.
Wypuściliśmy Tośka tam, gdzie go znaleźliśmy. Oddaliśmy transporterek.
W sumie to dobrze, że kot ma swój domek i nie wywieźliśmy go na Daleką Pragę.
Z drugiej strony – wypuszczanie kota bez nadzoru na otwarte osiedle, gdzie jeżdżą samochody (nawet jeśli jeżdżą wolno)? Boję się, że któregoś dnia właściciele mogą się bardzo zdziwić, gdy Tosiek nie wróci do domu 🙁


#pokaTośka niestety słabe, bo telefonem i po ciemku.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 06.12.2011. Komentarzy (0) Posted in Koty Tagi: , , ,

Praga w remoncie

Dawno, dawno temu kraina zwana Szmulki była doskonale skomunikowana z całym światem. A przynajmniej z tą częścią świata, która interesowała Kota. Kot w niecałe 20 minut docierał na uczelnię, ok. pół godziny zajmowało Kotu znalezienie się w pracy lub Domu Rodzinnym.
Dogodna komunikacja z Centrum była jedną z zalet, które Kot wymieniał w ogłoszeniu, gdy w maju br. rozpaczliwie poszukiwał współlokatora. „Przystanek tramwajowy jest praktycznie pod blokiem, a 7 w 20-25 minut dowiedzie do Metra Centrum, a 20 w 15-20 do Metra Ratusz. Niecałe 7 minut spacerem, a 2 tramwajem do Dworca Wschodniego, skąd odjeżdżają SKMki i Koleje Mazowieckie” – tak właśnie reklamował swoje miejsce zamieszkania Kot, święcie przekonany, że mówi prawdę, gdyż tak wspaniale komunikacja działała przez miniony ponad rok mieszkania Kota na Pradze. Pod koniec maja dRaiser ostatecznie się do Kota wprowadził i, abstrahując od wszystkich innych aspektów sprawy, Kot się cieszy, że zamieszkał z ukochanym, bo nikt emocjonalnie niezwiązany z Kotem nie wstrzymałby komunikacyjnego pandemonium, które po chwili wybuchło.
Otoż Organ Odpowiedzialny przypomniał sobie, że wszak Euro 2012, które hostujemy to tak jakby w przyszłym roku i można by w końcu powymieniać tory, wybudować porządną stację PKP przy Stadionie Narodowym no i Drugą Linię Metra popchnąć do przodu. W efekcie po kolei zamykano i otwierano kawałek Kijowskiej, ktorym tramwaje dojeżdżały do Wschodniego, Targową w stronę Wileńskiego, Targową w stronę Teatru Powszechnego, Kawęczyńską, Linię Średnicową, odcinek między Powszechnym, a Rondem Waszyngtona, ponownie Targową w stronę Wileńskiego. Zamiast 7 i 20 jeździło nam np. 20 i 28, sama 20, 25 przez chwilkę, 22, a teraz jeździ jedynie 3 do Ronda Wiatraczna. Był moment kiedy żeby cokolwiek złapać, musieliśmy na piechotę iść do Wschodniego, kiedy wyłączyli Średnicową, a część Targowej była w trakcie wymiany torów, do Centrum można było dojechać albo poprzez Bankowy, albo zastępczym autobusem który stal często w kilkudziesieciominutowych korkach. Wtedy Kot potrafił jechać ponad godzinę do pracy i spóźniał się notorycznie doprowadzając Szefa do szału. Co więcej, nikt nie zadawał sobie trudu wytworzenia dokładnego planu prac. Nie raz się zdarzało, że o tym iż coś nie jeździ, dowiadywaliśmy się w dniu wyłączenia, wychodząc na przystanek.
Aktualnie nie działa Targowa w stronę Wileńskiego i odcinek między Powszechnym a Stadionem oraz trasa W-Z(a jeśli jeszcze działa, to wyłączają ją za chwilę). Do Centrum da się dojechać jedynie pociągami ze Wschodniego, które już zaczęły się spóźniać(przecież jesień przyszła i zimno, i mokro jest), a za chwilę zima zupełnie zaskoczy kolejowców i piekło komunikacyjne rozpęta się ostatecznie. dRaiser podrzucił Kotu artykuł, w którym napisali, że JUŻ jest koszmarne opóźnienie z budową drugiej linii metra, teraz rusza budowa stacji Dworzec Wileński i Pragę czeka komunikacyjny zator najpewniej do końca 2013.
Poważnie zaczęliśmy rozważać przeprowadzkę, tylko jest „malutki” problem – gdzie w dobrze skomunikowanej Warszawie znajdziemy dwupokojowe, przyjazne kotom mieszkanie za 1400 łącznie z rachunkami(bo tyle, a nawet ciut mniej płacimy teraz)???

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 20.10.2011. Komentarzy (0) Posted in Frustracje Tagi: , , , ,

Czy statystyka może kłamie?

Kocia Najcudowniejsza Szefowa wpadła ostatnio do pracy i podzieliła się zatrważającą informacją. Otóż wyczytała
gdzieś, że według ostatnich statystyk w Warszawie na jednego mężczyznę przypadają cztery kobiety*. Kota owa informacja zmroziła. Jak każda osoba spędzająca dużą ilość czasu na Politechnice, miał dokładnie odwrotne odczucia. Rozglądał się po swoim otoczeniu i widział mężczyzn płci przeciwnej. Fakt, że większość nie szczególnie interesującą, still mężczyzn.
Tymczasem po usłyszeniu statystyk Kot wreszcie zrozumiał, dlaczego ciągle trafia na modele wadliwe i wybrakowane. Ci dobrzy mężczyźni zostali już dawno wyslekcjonowani przez co drapieżniejsze samice, które potem dotarły do statystyk i uznały, że skoro już jakimś cudem pokonały te trzy statystyczne rywalki, to teraz zdobytego samca będą trzymać mocno i nie puszczą. A najlepiej ukryją przed światem i konkurencją. O!
Szefowa najwyraźniej doszła do podobnego wniosku, bo kazała kobiecym współpracowniczkom jak najszybciej upolować jakiś w miarę satysfakcjonujący egzemplarz i się go trzymać
a) dla własnego dobra
b) żeby nie robić sztucznego tłoku przy pozostałych.

Koty nie ukrywają, że miłość nigdy nie była kocim priorytetem życiowym i chociaż ostatnio wszelkie promiskuityczne zapędy w kocie wygasły i zamieniły w chęć minimalnej przynajmniej stałości, to nie poświęcają na znalezienie samca całej swojej energii, a wręcz zużywają minimalne jej ilości, jak zwykle w swoim życiu polegając na cudach… WRÓĆ! Nie o poszukiwaniach samca wszak miało być!

Chciał się raczej Kot podzielić refleksją, że jak na osobę, która do spraw miłosną/związkowów przywiązuje stosunkowo małą wagę, to zadziwiająco wiele spraw w kocim życiu zależy bez- lub pośrednio od samców. Na ten przykład Kot w życiu wyprowadzał się z domu rodzinnego w sumie cztery razy (znaczy się teraz będzie czwarty) i za każym razem przeprowadzka była w mniejszym lub większym stopniu spowodowana mężczyzną. Poza tym Kot się ogólnie życiowo o wiele lepiej czuje, kiedy ma wokół siebie samca lub perspektywę samca albo chociaż samcze zaintresowanie. Kiedy jakiś mężczyzna okazuje Kotu względy, to Kot promienieje, a kocie ego rośnie**. Nawet jeśli dany samiec absolutnie Kota nie interesuje. Przykłady można by mnożyć i mnożyć.
Niemniej, Kot własna słabość martwi,bo w połączeniu z kocim najgorszym na świecie gustem, tworzy niebezpieczne combo i niechybnie składa ku wnioskowi, że to nie curiosity, tylko men killed the Cat.

Zwłaszcza patrząc na ostatnie kocie poczynania – Sense of Impending Doom is definitely in play.***

* Aczkolwiek koci zaprzyjaźnieni mężczyźni, których Kot chciał wczoraj uszczęśliwić statystykami stwierdzili kategorycznie, że to niemożliwe.
** Tak, to jeszcze możliwe.
*** Dlatego kto zgadnie do czego Kot nawiązuje, zostanie nagrodzony. Serio serio.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 05.03.2010. Komentarzy (0) Posted in związki, życie kota Tagi: , , , ,