Reality  
My arch-nemesis

Life, universe and everything

Woodstock 2013. Epilog.

Trochę spóźniony.
Wiem.

Na Woodstocku był Y. To znaczy był przez dwa dni, wyrwawszy się na chwilę z wyjazdu planszówkowego.
Wyjazd planszówkowy odbywał się na zadupiu pod Łodzią. Z Łodzi są taniutkie i szybkie pociągi do Warszawy. Ja, jak już wspominałam, miałam rozwalony układ moczowy.
Po głębokim zastanowieniu uznaliśmy, że ani pieniądze wydane na Toi Camp, ani te wydane na pociąg powrotny, nie są ważniejsze od mojego zdrowia, więc poprosiliśmy Y, żeby nas podrzucił do Łodzi i stamtąd ewakuujemy się do Warszawy.

Przy okazji, będąc przez chwilę w Pięknym Mieście Uć, postanowiliśmy odwiedzić Mriję, której nie widziałam szmat czasu.

W drodze do Pięknego Miasta, ulegliśmy propagandzie Y i daliśmy się namówić na dołączenie do wyjazdu planszówkowego.

Wróciliśmy w niedzielę. Spod Łodzi zamiast spod granicy z Niemcami.

I na co komu plany?

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 02.09.2013. Komentarzy (Możliwość komentowania Woodstock 2013. Epilog. została wyłączona) Posted in Wyjazdy Tagi: , , ,

„It doesn’t work? Did yout try to turn it off and on again?”

Dzisiejszy dzień jest piękny z kilku powodów.

Po pierwsze, w przeciwieństwie do dnia wczorajszego, Kot obudził się na własnym materacu bez okrutnego kaca i dziur w pamięci.

Po drugie, kocie plany na wieczór spontanicznie wyewoluowały z oglądania serialu w kierunku bardziej socjalnym, po raz kolejny udowadniając, że myślenie życzeniowe skutkuje.

Po trzecie, bo Kot udowodnił sobie, że wbrew pozorom jest ogarniętym i samodzielnym Kotem. Do niedawna Kot miał opracowaną niezwykle skuteczną metodę naprawiania wszelkich usterek w swoich komputerach, mianowicie wybierał Kot stosowny numer z listy kontaktowej, po czym po uzyskaniu połączenia miauczał przeraźliwie: „FIIIIIIIXX! NIE DZIAAAAŁAAAA!!!”. Z przyczyn oczywistych niniejsza metoda naprawcza stała się dla Kota niedostępna. W związku z czym, musiał Kot nauczyć radzić sobie sam, a innych znajomych informatyków wykorzystywać tylko w ostateczności. Tak więc, kiedy około półroczny DVDek odmówił współpracy, rozkręcał go Ygrek, kiedy Walerian w zeszłym tygodniu spontanicznie odmówił włączenia się, spaloną płytę główną zdiagnozował Zapol, ale gdy dwa miesiące wcześniej, Kot niechcący odinstalował (również na Walerianie) Bardzo Ważny Składnik Systemu Windows i konieczna była reinstalacja Windozy, Kot radził sobie sam. Nowego DVDika, również, montował sobie sam. Sam sprawdzał, co właściwie za sprzęt w kocim Nienazwanymniewypowiedzianymprawdawnymźle siedzi. A także sam montował świeżo wypożyczony dysk twardy. I oczywiście, Wszechświat nie byłby Wszechświatem, gdyby po zamontowaniu nowego dysku system zabootowałby się prawidłowo. Kot wypowiedział kilka słów wybitnie niecenzuralnych, zdusił w sobie pragnienie telefonicznej konsultacji informatycznej i… zaczął myśleć. 5 minut później, po drobnej zmianie ustawień w biosie, wszystko działało, a Kot napęczniały z dumy usiadł i w spokoju dokończył poranną kawę.

Szkoda jedynie, że gotowanie nie idzie Kotu równie dobrze… 😉

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 13.06.2010. Komentarzy (Możliwość komentowania „It doesn’t work? Did yout try to turn it off and on again?” została wyłączona) Posted in życie kota Tagi: , , , ,

Cliche.

Dobry wieczór. Dziś polecimy banałem. Trudno nie zauważyć, że jest Sylwester – ostatni dzień roku. Zwyczajowo czas wielkiej balangi oraz wszelkie rodzaju przemyśleń i podsumowań minionych dwunastu miesięcy. A jaki był ów miniony rok dla Kota? Chyba najbardziej popieprzony, wzbudzający wiele ambiwalentnych uczuć. Zaczął się od wielkiego kaca 1 stycznia po imprezie u znajomej z pracy. Kot wyczołgał się z łóżka koło południa i pierwsze co zrobił, to udał się, cudem powstrzymując mdłości, na noworoczne śniadanie do McDonalda. Potem było tylko gorzej. Zimę Kot przetrwał pijąc gigantyczne (nawet jak na siebie) ilości kawy, oglądając Gilmore Girls (i inne, temu podobne, wytwory), zajadając lody w łóżku i nie opuszczając mieszkania częściej, niż to było konieczne. Chodził na uczelnię, do pracy, masowo odrzucał zaproszenia na imprezy, koncerty, etc., cudem zaliczył sesję zimową, wszystko w pierwszych terminach. Potem coś drgnęło. Po egzaminie pisemnym ze wstępu do literaturoznawstwa wybrał się do Gniazda na koncert Zaprzyjaźnionego Zespołu. Potem chyba nawet ze dwa razy pojawił się w Tavernie. Normalnie, rozkwit życia socjalnego. Szczęśliwie, zima się skończyła a wraz z jej końcem, nastąpiły rzeczy ekscytujące. Na przykład została kociemu działu przydzielona Najcudowniejsza Szefowa, a prywatnie Futrzak wyciągnął Kota na czwartkowe planszówki w Amplitronie, co zdecydowanie odmieniło kocie życie na lepsze. Kot poznał masę fantastycznych, zwariowanych osób, w tym niezawodnego Towarzysza Wojaży Chaosu, Y, zaczął częściej RPGować, imprezować, etc. Dla kontrastu, kocie studia stawały się coraz bardziej męczące i Kot częściej nie pojawiał się na zajęciach bądź na nich spał, niż aktywnie partycypował. O Majówce Chaosu i wszystkim co potem dane było już tutaj przeczytać. Kot zauroczył się Krakowem w zupełnie nowy sposób, sesję letnią zaliczył jeszcze większym cudem niż zimową i zaczęły się wakacje. Życie towarzyskie kwitło radośnie, gorzej z życiem rodzinnym i uczuciowym. Niewątpliwie miniony rok był najbardziej wyjazdowy: majówka w Stryszawie, Gdańsk, Malbork, Łódź, dwa razy Zarzęcin, Lublin, Ogrodzieniec… Również konwentowo przedstawiał się atrakcyjnie. Kot zaliczył warszawską Awangardę, łódzki Polcon i lubliński Falkon. Teraz nie może się doczekać pierwszych przyszłorocznych konwentów. Z drugiej strony przez większą część roku kocie finanse kulały bardziej niż House w najgorszych fazach bólu nogi. Szczęśliwie, na początku wakacji zmienił zatrudnienie na pełnoetatowe i powoli staje na nogi. W wakacje udało się Kotu spełnić, jedno z większych marzeń, mianowicie, wynieść z domu. Przez ok. 3 miesiące zamieszkiwał w małym pokoiku przy Placu Prostytucji. Było… różnie. Są momenty, które wspomina szczególnie pięknie, są takie, które przyprawiają Kota o zgrzytanie zębów. Niewątpliwie było to cenne doświadczenie, które wiele Kota nauczyło. Przede wszystkim, prawdą jest, że nie zna się człowieka naprawdę, dopóki się z nim nie zamieszka. Po drugie, najważniejszą rzeczą przy wynajmowaniu mieszkania jest to, żeby to twoje nazwisko znajdowało się na głównej umowie. Bo ten, kto się na niej znajduje, ma władzę. I co najważniejsze, bez względu na zakończenie całej historii, Kot udowodnił sobie (i nie tylko sobie), że jest w stanie się wyprowadzić z domu i samodzielnie utrzymać. Do tego w mieszkaniu, które bynajmniej nie było tanie. Dzięki temu Kot ma jeden więcej powód do dumy i narcyzmu. Niestety, są też mniej przyjemne konsekwencje. Na przykład taka, że Kot został wywalony Metodą Maciusiową, jednocześnie tracąc osobę, którą uważał za najlepszego przyjaciela. Przy okazji przekonał się o prawdziwości powiedzenia, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Całe wydarzenie definitywnie poprzewracało kocią starannie wypracowaną hierarchię układów międzyludzkich. Kiedy Kot został na lodzie, pomoc przyszła z najmniej oczekiwanych stron (no może poza niezawodnym Y). Przy przeprowadzce pomagał Kotu kumpel, którego Kot zna niecały rok, a widuje średnio raz na trzy tygodnie, w ramię Kot wypłakiwał się Mriji (najcudowniejszej Aktualnej Kobiecie Twojego Byłego Faceta jaką można sobie wyobrazić) oraz współpracownikom, propozycje mieszkaniowe (chwilowo bądź stałe) też dostał od osób prawie że obcych, a niektóre osoby, które Kot uważał za naprawdę bliskie, nawet nie raczyły zapytać, jak się Kot czuje. Jeśli chodzi o samą kwestię mieszkania, Kot uznał, że, raz w życiu, nie będzie niczego robił na gwałt i może wróci na stare śmieci, chociażby po to, żeby podleczyć kondycję finansową i zastanowić się w spokoju, co dalej. Kot zrobił tak między innymi, a może przede wszystkim dlatego, że nie musiał. Mógł wybrać inne rozwiązania, ale to wydało się Kotu najrozsądniejsze. Niestety, co w sumie było do przewidzenia, to co dobre dla finansów, niekoniecznie jest dobre dla psychiki. Kot usilnie starał się przekonać, że nic takiego się nie stało, wszystko jest w porządku, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… I tylko spać w nocy nie mógł, pochłaniał coraz większe ilości kofeiny i opuszczał coraz więcej zajęć. Apogeum nastąpiło w, wspominany wcześniej, czwartek, kiedy poszedł na cytrynówkę do Riviery, skąd następnie, pijany w trzy dupy i zapłakany, uciekał taksówką o drugiej w nocy, dzwoniąc do… no właśnie… Wybór osoby, której Kot pragnął się wypłakiwać w ramię w środku nocy, uświadomił Kotu, jak bardzo in denial Kot był przez ostatni miesiąc i jak bardzo nie OK jest w kocim życiu. I jeszcze nigdy Kot tak się nie cieszył, że ktoś nie odebrał kociego telefonu. Gorzej, gdy następnego dnia osoba oddzwoniła i Kot musiał się tłumaczyć, dlaczego właściwie dzwonił… Efektem owej nocy było podjęcie długo rozważanej decyzji o… wzięciu dziekanki. Kot wreszcie zrozumiał, że nie ma najmniejszej szansy na zaliczenie tego semestru. Kot zasadniczo wychodzi z założenia, że nie ma rzeczy niemożliwych, w cuda się nie wierzy, tylko na nich polega, poza tym zawsze dostaje to, czego chce. Więc tym razem Kot chce trochę świętego spokoju, bo w życiu się nie upora sam ze sobą, jeśli będzie musiał teraz kontynuować studia, która go nie satysfakcjonują oraz pracę na cały etat, którą idiotycznie uwielbia pomimo wszystkich jej wad. Co więcej, jeśli nie weźmie owej dziekanki, niechybnie będzie musiał płacić za powtarzanie semestru, a 3 tysięcy na zbyciu bynajmniej nie ma. I tak naprawdę jedynym, co powstrzymywało Kota, przed ubieganiem się o dziekankę już w listopadzie był idiotyczny strach przed tym, co rodzina powie. A tym chyba najwyższa pora przestać się przejmować. Zwłaszcza, że jaka jest kocia rodzina większość wie… Tu zaczęły się schody. Okazuje się, że na kocim cudownym wydziale, nie można od tak wziąć dziekanki w środku semestru, trzeba go najpierw zaliczyć, a potem odbyć bardzo poważną rozmowę z Kierownikiem B., który może się zgodzi jeśli będzie w dobrym humorze. Natomiast jeśli Kot z jakiś powodów nie czuje się na siłach zaliczać semestr, to może ubiegać się o wsteczny urlop zdrowotny. Ergo właśnie teraz Kot to czyni, modląc się, żeby opracowana przez Kota strategia zadziałała na pana ze stosownego biura UW, z którym to panem ma Kot spotkanie w najbliższy czwartek. Kot zdaje sobie sprawę, że opóźnianie ukończenia studiów o kolejny rok to nie jest najwspanialszy pomysł świata. Z drugiej strony, Kot sam się wpakował w te tarapaty, sam jest sobie winien i sam sobie z tym poradzi. Musi przy tym przyznać, że wizja wolnych dni i wolnych popołudni stanowczo do Kota przemawia. A jak już Kot upora się z problemem: będziemy płacić za powtarzanie semestru czy nie (inaczej mówiąc z problemem: mamy pieniądze czy jesteśmy w czarnej dupie przez najbliższe kilka miesięcy), przy odrobinie szczęścia (czyli przy założeniu, że dostanie urlop) zacznie rozglądać się za nowym lokum. I tu, po raz kolejny przeklina Kot skuteczność swoich przewidywań. Bodajże dzień po tym, jak Kota wykopano, napisał do Kota niejaki W., kumpel Fixxera, którego Kot poznał w przelocie. Kot nie wnika w to skąd W. miał Kota numer i w ogóle skąd mu przyszło do głowy pisanie właśnie do Kota, sedno sprawy tkwi w tym, że W. zapytał Kota, czy Kot nie zna kogoś, kto chciałby u niego wynająć pokój. Kot odpisał, że nie i dodał, że może sam będzie może czegoś szukać po Nowym Roku. Kot właściwie nie wie, czemu tak stwierdził, zwłaszcza, że w głębi duszy (czy czegoś tam) miau nadzieję, że uda mu się zakotwiczyć na Grochowie na dłużej, że może coś się zmieniło i z rodzinką da się wytrzymać… a gówno! Okazało się, że wypowiedział słowa prorocze. I nawet nie chodzi o to, że kłóci się z Mamuśką (bo o dziwo wcale nie), tylko o ogólną atmosferę w domu, o nocne alkoholowe ekscesy, o to że nie ma do kogo gęby otworzyć, że nie można spontanicznie zaproponować znajomemu wpadnięcia na trunek, etc. I niby fajnie, że ubrania i naczynia same się czyszczą, że jedzenie spontanicznie materializuje się w lodówce, ale to nie wynagradza niedogodności. Teraz Kot czeka tylko na wyjaśnienie sprawy ze studiami i potrzebuje planu. Dobrego planu, żeby znowu się nie wkopać w mieszkanie, które nie będzie spełniało podstawowych oczekiwań i z którego szybko trzeba będzie się ewakuować. Kiedyś Kot sobie żartował, że może przebije Zapola z ilością przeprowadzek, teraz wie, że wcale tego nie chce. Przeprowadzki są upierdliwe. Najwygodniej byłoby Kotu znaleźć mieszkanie, a potem szukać współlokatora, niestety, Kot zdaje sobie sprawę, że przy kocich zarobkach nie da rady nawet przez jeden miesiąc płacić samodzielnie czynszu, znając ceny za wynajem mieszkań w Warszawie… ARGH! Z rzeczy kontrastowych w minionym roku dochodzą zawirowania emocjonalno-pokrewne. Najpierw Kot się niezbyt fartownie zauroczył, potem w Kotu się nieszczęśliwie zakochano (szczęśliwie niezbyt ekspresyjnie), potem zdarzyło się kilka (do policzenia na palcach jednej ręki) spontanicznych przygód (ich liczba stanowi zdecydowany regres w stosunku do lat poprzednich), w międzyczasie (jeszcze przed przeprowadzką) Kot finalnie wyleczył się z resztki uczuć i pociągu pod adresem F., a chwilę później zaczął się wakacyjny romans, który Kot śmiało może uznać, za romans swojego (dotychczasowego) życia, a który uświadomił Kotu wiele rzeczy, między innymi to, jak bardzo Kot się zmienił, jak zmieniły się kocie zapatrywania na relacje damsko-męskie oraz, że, wbrew temu, co przez minione lata próbował Kotu wpoić wielce szanowny były (i nie, Kot nie ma na myśli Jareczka), Kot jest w stanie stworzyć zdrową, obopólnie korzystną relację damsko-męską. Aktualnie, co prawda Kot nie może poszczycić się szczególnie ognistym życiem ani emocjonalnym, ani seksualnym, aczkolwiek rozmaici mężczyźni usilnie przypominają Kotu, że jest stworzeniem atrakcyjnym, budzącym pożądanie oraz dostarczającym niezapomnianych wrażeń (to ostatnie Kot wnioskuje po tym, że o Kocią obecność zaczęli ostatnio uparcie upominać się mężczyźni z kociej promiskuitycznej przeszłości). Na sam koniec roku Wszechświat postanowił wznowić z Kotem Grę W Fochy. Wnioski, że grudzień jest w większości przechujowy można było wyciągnąć na podstawie poprzednich notek. Klienci dokopali, Kot sobie dokopał, studia Kotu dokopały, do tego w Rivierze pozostała pewna część kociego dobytku (z rzeczy szczególnie boleśnie stratnych, pendrive), na którego odzyskanie Kot nie widział wielkich szans, następnie zaginął zasilacz do Jego Posępności Waleriana I oraz „Piąty Elefant”, posypały się nerki no i nadeszły święta, czyli czas utarczek z rodziną. Wszystko zapowiadało, że Kot zakończy ten roku w raczej posępnym nastroju. Tymczasem… święta oprócz rodzinnych utarczek przyniosły rzeczy miłe (patrz przed-poprzednia notka), zasilacz znalazł się w Amplitronie i będzie do odebrania po Nowym Roku, pendrive szczęśliwie wylądował w rękach znajomego i Kot go odzyska, również praca przyniosła zupełnie niespodziewany i solidny dochód dodatkowy, wczorajszy wieczór spędził Kot na bardzo udanym piwie z Najcudowniejszą Szefową i innymi współpracownikami, a jeszcze wcześniej był na najwspanialszej zaległej wódce świata (i bynajmniej nie ma Kot na myśli smaku). Inna kwestia, że po owej właśnie, Kot zaczął dotkliwie odczuwać brak przyjacielskiej obecności Fixxera w swoim życiu. Przyznaje Kot, ze wstydem przeogromnym, że kiedy następnego poranka wlekł się do domu, marzył o tym, żeby zadzwonić i powiedzieć: „Nie uwierzysz, co się stało…”, i usłyszeć opinię zwrotną. But these days are gone. Kot może tylko mieć nadzieję, że z czasem układy towarzyskie w kocim życiu się wyklarują i uda się Kotu znaleźć osobę, z którą będzie mógł rozmawiać równie szczerze, bezpruderyjnie, etc. A na koniec kwestia Sylwestra itself. Niektórych może dziwić, dlaczego Kot zamiast popijać teraz jakiś szlachetny trunek, klepie über-ekshibicjonistyczną notkę na bloga. Być może dziwi to mniej tych, którzy mieli okazję spędzić z Kotem ostatnie Sylwestry. Sytuacja albowiem przedstawia się tak, że, pomimo kreatywnych corocznych starań, ostatniego naprawdę udanego Sylwestra miał Kot w okolicach początku lat dziewięćdziesiątych. Potem było tylko gorzej. Morze alkoholu, głupoty, następnego dnia kac gigant, często również moralny bądź, dla kontrastu, nuda straszliwa. Co roku Kot obiecuje sobie, że przezwycięży owo Sylwestrowe fatum i co roku Kotu nie wychodzi. W tym roku pierwsze zaproszenie sylwestrowe przyszło na przełomie sierpnia i września. Dotyczyło upragnionej Bukowiny. Niestety, wymagało praktycznie natychmiastowego podjęcia decyzji oraz wpłacenia zaliczki. Kotu planowanie wyjazdu z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem wydaje się być bardzo abstrakcyjne, poza tym w tamtym momencie pieniędzmi niezbyt dysponował. Następnie przyszło kolejnej wyjazdowe zaproszenie. Tym razem do Londynu. Niezwykle kuszące zarówno ze względu na towarzystwo, jak i Londyn sam w sobie, niestety finansowo nierealne. Na krótko przed świętami Olo zaproponował Kotu wyjazd do słynnego Ośrodku Utraty Zdrowia w Maryjanówce, które to zaproszenie Kot również musiał odrzucić z przyczyn rozmaitych. Przez chwilę rozważał Kot Sylwestra w kinie (odpadło ze względów głównie repertuarowych), na koncercie Zaprzyjaźnionego Zespołu (Kot się wahał finansowo, a ostatecznie odpadło po w/w wódce), w No Mercy (ale Szefowa zabroniła) oraz pozostanie w domu i oglądanie jakiś plugawości (niestety, pozostanie w domu oznaczałoby kontakt z rodzinką). Ostatecznie, po kilkugodzinnej debacie z samym sobą, Kot zdecydował się skorzystać z zaproszenia kolegi z pracy, uznając, że nawet jeśli będzie do du…, to przynajmniej spróbuje a może… I jak przystało na banalną notkę sylwestrową; postanowienia noworoczne: – Nigdy więcej nie zdradzić zapolskiej cytrynówki – Przed zanocowaniem w jakimkolwiek miejscu, upewnić się o dostępności porannej kawy – Nie podrywać własnej Szefowej – (Z kategorii über-banał) Zrzucić te kilka zbędnych kilogramów (Kot wcale nie uważa, że jest za gruby (epicko napuchnięte ego mu na to nie pozwala), jednakże wolałby, żeby kilka jego ulubionych ubrań z powrotem na niego pasowało) – Zaliczyć jak najwięcej konwentów, wyjazdów fotograficznych, etc. – Wynieść się z domu do jakiegoś przytulnego lokum z sensownym współlokatorem. – Czynić więcej rzeczy szalonych a zwariowanych (kilka pomysłów już Kot ma) Na koniec Kot życzy sobie (i wam), aby ten rok był lepszy od poprzedniego, no bo musi być lepszy (że pozwolił sobie Kot zacytować życzenia, którymi wymienił się wczoraj z Szefową). Over. Hale fun!

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 31.12.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Cliche. została wyłączona) Posted in Frustracje, Imprezy, praca, studia, życie kota Tagi: , , , , , , , , , ,

I faced it all and I stood tall and did it my way*

Dawno dawno temu w odległej galaktyce, w której Uliczka jeszcze rozmawiała z Zapolem, a Fixxer był kocim najlepszym przyjacielem, powstała Koncepcja. Koncepcja zrodziła się w głowie Uliczki i dotyczyła ona świąt grudniowych. Polegała ona z grubsza na bojkocie owych (jako że w kręgu krewnych i przyjaciół królika było tyyyyle poświątecznych i prorodzinnych osób…), zabunkrowaniu się w czyimś mieszkaniu z zapasem pizzy oraz filmów i przeczekaniu owego traumatycznego okresu. W ciągu lat układy towarzyskie się pozmieniały. Niemniej do Kota i Fixxera owa idea nadal przemawiała. A przynajmniej tak się Kotu wydawało, dopóki dwa lata temu nie został na święta prawie bez rodziny za to z wolnym mieszkaniem po babci oraz kluczami do niego. Wtedy to Fixxowatego po początkowym entuzjazmie, napadły wątpliwości aż ostatecznie stwierdził, że nie może Cieciorce świństwa zrobić poprzez niepojawienie się na wigilijnej kolacji. Kot w obliczu takiego postawienia sprawy po pracy (gdyż w ówczesną wigilię jak i w dwie kolejne pracował) poszedł na wódkę z kumplem z roboty, następnie pojechał do domu, gdzie przez pół godziny pseudo wigilii z rodzicami starał się udawać trzeźwą, po czym polazł do swojego pokoju spać.

Jeszcze dwa miesiące temu myślał sobie Kot, że pewnie od tegorocznej kolacji wigilijnej się nie wymiga, ale po niej wróci do swojego małego przytulnego pokoiku, do swoich współlokatorów i wszystko będzie miał w…. poważaniu. A przez następne dwa dni świąteczne nosa z domu nie wyściubi, natomiast będzie mógł zaprosić swoich równie-co-kot-anty-świątecznych znajomych i razem porobią rzeczy durne a plugawe i anty-świąteczne. Cóż, bycie wykopanym z mieszkania zdecydowanie utrudniło realizację planu. Na szczęście, jak życie dowiodło, nie do końca.

A zacznijmy od tego, że święta i zimowe przeziębienie wpędziły Kota w chwilowy alkoholizm. O tym, że dla Kota aktualnie święta wcale nie ograniczają się do zaledwie trzech grudniowych dni tylko do całego grudnia, Kot już pisał. Nie wspominał natomiast, że z dnia na dzień wytrzymywanie w robocie przy zdrowych zmysłach stawało się trudniejsze. Dlatego, gdy po kolejnych czwartkowych planszówkach pojawiła się okazja pójścia na cytrynówkę do Riviery, Kot skrzętnie ową okazję wykorzystał. Wniosek z owego czwartku zrodził się jeden, który zdecydowanie przeistoczy się w postanowienie noworoczne; mianowicie: Nigdy nie zdradzać Cytrynówki Zapolskiej, albowiem inne cytrynówki mniej smaczne, a bardziej szkodliwe są! Na dokładne efekty rivierowej cytrynówki spuścimy zasłonę miłosierdzia, ale nie ukrywajmy, że kaca Kot przestał mieć dopiero w niedzielę.

Ledwo Kot zdążył otrząsnąć się z kaca i pocytrynówkowej traumy, a przeziębił się okrutnie, a raczej został przeziębieniem zarażony przez chorujących współpracowników. Kiedy Kot drugi dzień z rzędu przylazł do pracy zaflukany, zakaszlany i rozgorączkowany, do akcji wkroczyła Najcudowniejsza Szefowa, zlecając uber-kurację, której skuteczność sprawdziła empiryczni na sobie, a mianowicie dużo czekolady oraz Desperadosów. Kimże jest Kot co by nie posłuchać własnej Szefowej? To było jakiś tydzień przed wigilią i od tamtej pory Kot wszystkie wieczory spędzał w towarzystwie Desperadosów i gejów z Queer As Folk**, tak co by się we świąteczny nastrój wprowadzić. Trwało to tak aż do dwudziestego trzeciego grudnia, godziny pi razy oko 19, kiedy to Kot padał na twarz w swoim miejscu pracy i marzył o chwili, gdy znowu zagrzebie się w cieplutkim wyrku ze stosownym trunkiem. Wtedy to Kot ujrzał, coś, co skutecznie zmieniło oblicze tegorocznych świąt, mianowicie Y i Jabbę, którzy właśnie w przerwie między piwem, a piwem wpadli po zakupy. Przy okazji się przywitali z Kotem, zaczęli konwersować i od słowa do słowa doszli do wniosku, że po co Kot ma pić sam u siebie Desperadosa, skoro może dołączyć do Y i Jabby u Jabby i pić z nimi wino po pracy. Wino zamieniło się w cztery (albo i w pięć) do tego doszło arcydzieło współczesnej kinematografii edukacyjnej w postaci „Zombielandu” i następnego dnia, Kot dotarł do pracy tylko dlatego, że go skutecznie wyrzucano***

Przez całą wigilię Kot kaca miał nieziemskiego, co jednak zdecydowaniu poprawiało kocią percepcję na szurniętych wigilijnych klientów, którzy latali bez ładu i składu sami nie wiedząc, na co mają wydawać pieniądze. Apogeum przyszło, gdy do Kota przylazł pan i zapytał, od której sklep będzie otwarty dnia następnego (czyli 25-jego mać-grudnia).

W między jednym świrniętym klientem, a drugim do Kota zadzwonił Y przypomnieć, że Kot się z nim umawiał na wieczór i tak zasadniczo to o której będzie.

Kot przeszukał starannie swoją pamięć, w efekcie na rodzinnej kolacji faktycznie pojawił się na, bagatelka, trzy godzinki, po czym zapakował się w 523 i ruszył na dalekie Bemowo. Oczywiście, nie byłby sobą gdyby na miejscu nie zabłądził. To znaczy, to nie było tak, że Kot się zgubił, Kot tylko nie bardzo wiedział, gdzie jest. Próbując dojść do sklepu monopolowego 24H, który Y ma pięć minut spacerem od domu dotarł do stacji benzynowej jakieś ponad półgodziny dalej. W zimnie, wietrze, po zamarzniętym chodniku, w butach, kuźwa, na obcasie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby potem się nie okazało, że ygrecze osiedle zmieniło swoje położenie i spontanicznie przeteleportowało się na drugą stronę radiowej. Ostatecznie Kot do Y dotarł i spędzili urocze dwie godziny przy mruczących Kotach, Desperdosie (tu tylko Kot, gdyż Y zamierzał jeszcze prowadzić) i arcydziele polskiej kinematografii: „Arche. Czyste zło.”****

O godzinie 23:30 trzeba było się zbierać i jechać odebrać Jabbę z pracy, co by go odstawić do jego własnego mieszkania, gdzie poprzedniego poranka, Y wychodząc w pośpiechu i wciąż na ciężkiej bani zostawił swój aparat i statyw. Rzeczy zostały odzyskane, niestety, po wyjechaniu z podwórka, okazało się, że nie ma stosownej nawrotki, za to jest zakaz skrętu w lewo. Zakaz skrętu w lewo został skrupulatnie zlekceważony, zawróciliśmy, po czym…

– O… jakiś koleś za nami też tak zawrócił. – Beztrosko zauważył Y.

Byłoby pięknie i zabawnie, gdyby nie to, że ten „jakiś koleś za nami” wyciągnął z ukrycia niebieskiego koguta i nie zaczął nas ścigać.

Grzecznie daliśmy się złapać, a cała historia szczęśliwie zakończyła się „świątecznym pouczeniem”, niemniej resztę trasy pokonaliśmy w pełnym poszanowaniu dla przepisów ruchu drogowego.

Z powrotem w ygreczym mieszkaniu czekało na nas więcej szlachetnego trunku, więcej mruczących stworzeń, świąteczny odcinek Futuramy oraz kolejny wspaniały film „Jesus Christ Vampire Hunter”.

Ten wzorcowy wigilijny wieczór zakończył się o 4 nad ranem, a następnego poranka, znaczy się około 15 przyszło zastanawianie, co zrobić z tak pięknie zaczętym dzionkiem. Efektem krótkiej narady postanowiliśmy udać się na Starówkę robić zdjęcia ładnie podświetlonym obiektom. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie… ludzie, oczywiście, którzy zamiast korzystać z dnia wolnego i odpoczywać spokojnie w ciepłych domowych zaciszach, masowo wybrali się na Starówkę oglądać drewniane domki z figurkami w środku. Szczyt rozrywki po prostu! Anyway, i tak bardziej niż ludzie dobił Y i Kota brak otwartych jadłodajni, wobec czego i wobec pustek w żołądkach wieczór skończył się skandaliczniej wcześnie.

Niemniej, Kot miau prawie takie święta, jakie zawsze chciał mieć, teraz pozostaje Kotu tylko skombinowanie równie anty-świątecznych planów na jutro, a tymczasem wraca Kot do Desperadosa i swoich ulubionych telewizyjnych gejów.

* F. Sinatra „My Way”

** Skutecznej owej kuracji potwierdza jak najbardziej

*** Jednocześnie zrodziło się drugie kocie postanowienie noworoczne: „Nigdy więcej nie pozwolić się przenocować w mieszkaniu pozbawionym kofeiny!”

**** Swoją drogą, Kot nie bardzo rozumie skąd się w ogóle wzięło określenie „czyste zło”, a nikt nie mówi „brudne zło” Przecież doświadczenie pokazuje, że większość rzeczy złych, a plugawych jest zdecydowanie na bakier z higieną…

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 25.12.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania I faced it all and I stood tall and did it my way* została wyłączona) Posted in Frustracje, Imprezy, praca, rodzina, życie kota Tagi: , , , , , , , , , ,

Zlot żaglowców – Gdynia 2009

Jak wszyscy wiemy, Kot już dawno osiągnął Mistrzostwo Wszechświata i Okolic w lenistwie (co, poza paroma innymi czynnikami, tłumaczy dlaczego tyle czasu upłynęło od ostatniej notki). Jedyną rzeczą, która może dorównać kociemu lenistwu jest koci upór (co z kolei wyjaśnia, dlaczego zamiast opisywać teraz przełomowe chwile swojego życia (a takowe mają miejsce ostatnio), Kot opowie (w końcu!) o Gdyńskim Wyjeździe Chaosu)

Jeśli jeszcze Szanowni Czytelnicy pamiętają, na początku lipca tego roku w Gdyni odbywały się wydarzenia takie jak Heineken Open’er Festival oraz zlot żaglowców. Kot wraz ze swoim niezawodnym towarzyszem Wyjazdów Chaosu, Ygregiem, uznał, że takiej okazji przepuścić nie można i chociaż na Open’erowe koncerty nie bardzo są fundusze, to do Gdyni przejechać się można i piękne statki pofocić. Ygreg podjął nawet próbę zorganizowania większej ekipy. Ekipa, owszem zorganizowała się, po czym, ku kociemu i ygregowemu załamaniu, uznała, że zamiast wylegiwać się przez weekend na gdyńskiej plaży, woli urządzić szybkiego jedno-wieczorowego grilla gdzieś pod Warszawą. Lamy.
Ygreg i Kot, niezrażeni, uznali, że wyjadą w piątkowy wieczór po ygreczej pracy. Po czym Kot wprowadził Chaos, przypominając sobie, że przecież w piątkowy wieczór WZM grają w Dziesiątce i przecież nie można koncertu opuścić, wobec czego pora wyjazdu została przełożona na 3 w nocy. W trakcie koncertu Kotu udało się radośnie znietrzeźwić, na co należy spuścić zasłonę miłosierdzia. Podobnie jak na późniejsze próby robienia zdjęć nocnych mostu w okolicach Nowego Dworu Mazowieckie (Kot radzi i poucza: nie, drogie dzieci, robienie zdjęć po pijaku nie kończy się niczym dobrym). Szczęśliwie, po ponownym zapakowaniu się do samochodu, organizm koci uznał, że najrozsądniej będzie zasnąć. Obudził się Kot grubo po świcie z potwornym bólem głowy i suchością w gardle (i tu ponownie kącik porad wszelakich: Kot zapewnia, że po niczym, ale to absolutnie po niczym nie ma kaca równie bolesnego co po  zwykłym piwie) na parkingu. Rozejrzał się Kot dookoła, po czym zapytał Ygrega, gdzie właściwie właśnie się znajdują i czy przewidywany Uber FAIL Jeepa już nastąpił. Jakże ogromne było zdziwienie Kota, gdy usłyszał, że znajdują się właśnie pod Gdańskiem i tak, to na pewno jest właściwy Gdańsk, i tak, samochód wciąż działa bez zarzutu. Co więcej, Jeep stanął na wysokości zadania i z Gdańska do Gdyni pod sklep Ola, u którego był załatwiony nocleg, również dojechał bez problemów.
Problemy zaczęły się na miejscu. Na przykład okazało się, że Olo nie dość, że nie ma kawy, to jeszcze nie ma czajnika. Kot jak wszyscy wiemy, cierpi ma kawoholizm zaawansowany, wobec czego wydał z siebie rozdzierający ryk i zażądał natychmiastowego podania lokalizacji najbliższego Coffee Heaven oraz udania się tamże. Następnie Ygreg stwierdził, że tak właściwie to przydałaby mu się mniejsza torba na aparat, a Kot odkrył, że nie zapakowanie kostiumu kąpielowego na wyprawę nad morze, nie było wcale posunięciem strategicznym, biorąc pod uwagę, że zarówno Y, jak i Olo zamierzali Kota zaciągnąć nad morze w celach kąpielowych. Wszystkie te elementy gładko złożyły się w jedną całość, w efekcie pierwszym punktem na liście do zwiedzenia zostało pobliskie Tesco 24H, gdzie Ygreg zanabył drogą kupna torbę, a Kot kawę (a właściwie dwie) i kostium. Wszystko skończyłoby się szybko i  dobrze, gdyby przy opuszczaniu Tesco-parkingu udało nam się zauważyć wielki znak drogowy, który głosił, że w lewo do centrum Gdyni, a w prawo na obwodnicę gdańską. Zapadliśmy jednak na wysoce rozwiniętą ślepotę i znaleźliśmy się na obwodnicy bez perspektywy nawrotki przez najbliższe X (przy czym x = dużo) kilometrów. Grubo ponad pół godziny później mogliśmy podziwiać rozbawioną minę przechodnia, przy którym Ygreg zwolnił, a Kot wychylił się przez okno i z radosnym uśmiechem zapytał: „Przepraszam! Mógłby nam pan powiedzieć, w jaki mieście się znajdujemy?”. Następną godzinę można pokrótce opisać jako jeszcze większe błądzenie, gdyż z niewiadomych przyczyn, uparliśmy się odnaleźć sklep Ola nie używając w tym celu Jadźki* Kiedy w końcu się poddaliśmy i ją włączyliśmy, okazało się, że jesteśmy daleko jak jasna cholera, ale za to praktycznie znaleźliśmy port. Pozostawało tylko wrócić do Ola, zrzucić graty i przebyć trasę do portu (tym razem bez zahaczania o obwodnicę) ponownie.
Kiedy w końcu odnieśliśmy sukces i znaleźliśmy się porcie, stwierdziliśmy, że ze zdjęć żaglowców raczej nici, za to możemy nacykać całą masę ujęć pt.: „dziki tłum zasłania piękne statki”. A że i Kot, i Ygreg cierpią na gawiedziowstręt, poziom frustracji gwałtownie wzrósł. Po czym wzrósł jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że znalezienie jakiegoś cichego spokojnego i taniego lokalu w okolicy najwyraźniej jest awykonalne. Apogeum frustracji nastąpiło, gdy Kot zadzwonił na mLinię i usłyszał stan swojego konta.
Po tych wielce nieprzyjemnych akcentach, nastąpiły szczęśliwie momenty przyjemniejsze. Takie jak powrót na plażę, gdzie znajdował się Olo ze swoimi świeżo przybyłymi znajomymi. Popijanie żubrówki z soczkiem jabłkowym na owej plaży oraz dyskusje po zmierzch z Ygregiem przeplatane marzeniami o wielkiej wodzie. Kiedy się ściemniło, zaczęły się jakieś koncerty, które, ku niewypodzianej radości piszącej te słowa, ściągnęły jeszcze większy i dzikszy tłum. A następnie lunęło. Kolejne ok. półtorej godziny Kot i Y spędzili w pobliskim centrum handlowym, klnąc na czym świat stoi, a już najbardziej na Ola, który pojechał na chwilę do swojego sklepu i miau wrócić i dać znać, jakie plany na resztę wieczoru. Na próby dodzwonienia się i dogadania również należy spuścić zasłonę miłosiernego milczenia, gdyż do tej pory Kotu się włos na głowie jeży na samo wspomnienie. Niemniej ostatecznie dogadać się udało i spotkaliśmy się wszyscy radośnie w porcie pod wojskowym okrętem Błyskawica z gitarą i butelką ginu oraz toniku. Jak wyglądał ciąg dalszy wieczoru, domyślić się nietrudno, chociaż nie wiem, czy wszyscy wpadliby na pomysł, że na brak szklanek do szlachetnego trunku najprostszym rozwiązaniem będzie udanie się na Błyskawicę i poproszenie Panów Oficerów o pożyczenie okrętowych. Podobnie rzecz miała się z kostką go gitary, na której brak narzekał Bałagan. Kot miaua nieużywaną kartę płatniczą, którą bez większych oporów zdecydowała się poświęcić dla szczytnego celu. Olo wziął kartę, polazł do Panów Oficerów i wrócił po 5 minutach z piękną kwadratową kostką. Impreza się skończyła, gdy nastąpiła zmiana warty, o czym dowiedzieli się Kot i Olo, kiedy wleźli ponownie na okręt oddać szklaneczki i przy okazji zostawić miłym panom trochę ginu w ramach wdzięczności, a napotkali na wyjątkowe niezrozumienie, a wręcz wrogość. Po tym zakończeniu ekipa zawinęła się z powrotem do Ola, gdzie czekała schłodzona wódeczka i śpiewnik.
Poranek następnego dnia przyniósł ból głowy (dla odmiany) i dzikie pragnienie kofeiny (dla odmiany). Kot ze zdziwieniem dowiedział się, że koło Ola znajduje się kościół i co godzina począwszy od 8 rano dzwony radośnie biły, budząc wszystkich poza Kotem. Kota obudziło dopiero Ygregowe łaskotanie w piętę koło południa.
Reszta dnia minęła leniwie na plaży (Kot uznał, że nie po to kupował kostium kąpielowy, żeby go ani razu nie użyć).
Podróż powrotna upłynęła pod znakiem korków, Malborka (bo to przecież po drodze) oraz dziur na drodze. O dokumentację fotograficzną Kot zadba w najbliższej przyszłości.
Jeep nie zawiódł również w trakcie powrotu.
Również w trakcie powrotu Kotu nasunął się (po raz n-ty) wniosek, jak to bardzo Kot uwielbia siebie i swój sposób myślenia. A we wnioskowaniu pomogła Kotu… toaleta na stacji benzynowej. W kocie wieloletnie problemy z nerkami i cierpienia z nimi związane, zagłębiać się nie będziemy, należy tylko nadmienić, że tam, gdzie król chodzi piechotą, Kot musi chodzić częściej niż przeciętny człowiek i kocie potrzeby objawiają się niezwykle… intensywnie, co w przypadku podróży jest sporą upierdliwością. Upierdliwością (ogólno życiową) tym większą, gdyż, jak wszyscy na pewno zdążyli w swoim życiu zaobserwować, kolejki do przybytków przeznaczonych dla kobiet potrafią osiągnąć naprawdę niebotyczne rozmiary, ponadto kobiety spędzają w środku owych przybytków jakąś irracjonalną długość czasu. Takowa sytuacja miaua oczywiście miejsce na kolejnej stacji benzynowej, na której w trakcie powrotu się zatrzymaliśmy. Kot popatrzył przez sekundę na sznur niewiast przed drzwiami oznaczonymi kółeczkiem, popatrzył na absolutną pustkę przed drzwiami oznaczonymi trójkącikiem, po czym wzruszył ramionami i przeszedł przez te drugie. Do samochodu wrócił Kot w niezwykle dobrym nastroju. Ujmijmy to tak, przy załatwianiu problemu w opisany sposób, reakcje mężczyzn nie są jakieś szczególnie warte wspominania – kiedy kobieta (tudzież Kot) wychodzi z kabiny w męskiej toalecie i zastaje mężczyznę przy pisuarze, ten na ogół ją ignoruje i kontynuuje bezstresowo wykonywaną czynność – natomiast reakcje kobiet, stojących w sznureczku przed właściwymi drzwiami, na widok tej dzielnej jednostki, która swoją potrzebę bezproblemowo załatwiła i teraz wychodzi na luzaku z drzwi przeciwnych, ich miny pełne oburzenia oraz dzikiej zawiści – bezcenne.
Cóż, nie na darmo Kot pół życia powtarza, że toalety nie dzielą się na męskie i żeńskie, tylko na wolne i zajęte.

Przemyślenia zrodzone w ślicznej kociej główce dnia 17.08.2009. Komentarzy (Możliwość komentowania Zlot żaglowców – Gdynia 2009 została wyłączona) Posted in Imprezy, Wyjazdy, życie kota Tagi: , , , , ,